Clickbait clickbaitowi nierówny, czyli jak tworzyć nagłówki, które przyciągną twoich odbiorców i nie zaszkodzą twojej wiarygodności

Nie uwierzysz, jak kilka odpowiednich słów może zwiększyć zyski firmy nawet o 167%!

Niezły clickbait, nie? Przyjrzyjmy mu się bliżej.

„Nie uwierzysz…” – sformułowanie irytujące, ale często stosowane, bo skuteczne. Sugeruje odbiorcy, że tylko jeden klik dzieli go od poznania czegoś absolutnie nowego i zaskakującego.

„…kilka odpowiednich słów…” – odpowiedź musi być prosta, a kto nie lubi łatwych rozwiązań trudnych problemów?

„…nawet o 167%!” – taka nietypowa liczba jest pewnie poparta jakimiś badaniami albo konkretnym przykładem, co bardzo wzmacnia wiarygodność przekazu. 

Dokładnie przemyślany nagłówek może zdziałać cuda. Nie tylko zapowiada temat, ale także sprawia, że ludzie klikną, bo chcą czytać dalej. Zatrzymają się na ułamek sekundy, wyłowią ten konkretny tekst spośród innych w feedzie i… voilà! Za chwilę mogą stać się twoimi odbiorcami, a może nawet klientami.

Jak pisać nagłówki, które spełniają te funkcje, ale nie są clickbaitami – przynajmniej takimi w negatywnym znaczeniu? Jakich błędów unikać, tworząc tytuły, żeby nie stracić wiarygodności, zachować spójność marki, nie zmylić i wkurzyć odbiorcy, ale zaciekawić go na tyle, żeby kliknął po więcej, a potem chętnie do nas wracał?

Zapytałem o to osobę, która spędziła lata na tworzeniu tekstów (i nagłówków!) do jednego z najpopularniejszych serwisów rozrywkowych, a dziś jest copywriterką, która pomaga markom lepiej odnaleźć się w mediach społecznościowych. W sieci znana jest jako Królowa Słowa, a nazywa się Olga Wadowska.

Linki do osób i firm wymienionych
w tym odcinku podcastu

Prezent dla słuchaczy

Jak tworzyć nagłówki
Jak tworzyć nagłówki? Dołącz do Klubu MWF i pobierz zeszyt ćwiczeń Chcę to 

3 rzeczy do zrobienia po wysłuchaniu tego podcastu

  1. Określ swój ton komunikacji, czyli elementy, które wyróżniają cię spośród innych.
  2. Za każdym razem, tworząc nagłówek do tekstu, zastanów się, jaki cel chcesz za jego pomocą osiągnąć.
  3. Postaw na autentyczność – nagłówek powinien zajawiać temat i rozwiązanie problemu, które odbiorca faktycznie znajdzie w tekście.

Podcast do czytania

Marek Jankowski: Co ostatnio czytałaś?

Olga Wadowska: Był to e‑book Jak zbudować zaangażowaną społeczność, którego autorką jest Ania Kęska, znana jako Ania Maluje. Dotyczy głównie Instagrama, ale wiedzę, którą przekazuje, można wykorzystać też na innych platformach.

Znajduje się tam sporo praktycznych podpowiedzi, porad i trików przedstawionych w typowy dla autorki sposób: samo mięso bez pitu-pitu. Są tam konkretne przykłady i sporo polecajek. Pisząc o dobrych praktykach w cross-postowaniu albo ciekawym robieniu stories, Ania podaje linki do twórców, którzy robią to we właściwy sposób. Nie brakuje tam też występów gościnnych.

E-book jest ładnie wydany, co dla mnie mocno zanurzonej w mediach społecznościowych ma duże znaczenie.

Bardzo dziękuję za polecenie. Przejdźmy do głównego tematu: liczyłaś kiedyś, ile napisałaś w swoim życiu nagłówków?

Kiedy odchodziłam z portalu na Pe…

Nie powiemy, jak się nazywa, ale zdradzimy, że zaczyna się na „Pu”, a kończy na „delek”…

Tak jest! No, więc kiedy odchodziłam z portalu, zrobiłam sobie takie podsumowanie mojego 10-letniego dorobku, żeby mieć co pokazać moim przyszłym klientkom. Przez cały ten czas zajmowałam się zawodowo pisaniem i wyszło mi, że napisałam w tym okresie ponad 20 tysięcy tekstów.

I pewnie każdy z nich miał nagłówek?

Dokładnie. Teraz od czterech lat piszę inne rzeczy, ale nawet nie jestem w stanie tego policzyć. Średnio 10 klientów na media społecznościowe, każdy z nich ma 10 postów w miesiącu, razy 12 miesięcy… Ja się zajmuję pisaniem, a nie liczeniem, więc mogę mieć problem.

Jednym słowem: dużo. W mediach społecznościowym podstawową miarą skuteczności nagłówka jest liczba osób, które w niego klikają. Dużo klika – dobry, mało klika – zły. Czy właśnie tę miarę stosujesz?

Wszystko zależy od rodzaju platformy. Trudno stwierdzić, kto klika w post na Facebooku, można sprawdzić najwyżej, ile osób go rozwija. Na Instagramie, który jest moim prymarnym medium, takim wyznacznikiem może być liczba komentarzy, ale ja zwracam uwagę na to, ile osób zapisało sobie dany post na później.

Jest to dla mnie sygnał, że ktoś uznał to na tyle ciekawe, że chce do tego wrócić później albo mieć to pod ręką.

Pytanie, czy to zależy od nagłówka czy może grafiki albo treści…

No, właśnie! Oczywiście najłatwiej zmierzymy to przy blogu. Roboczo możemy uznać, że pewnym wyznacznikiem są jednak komentarze pod postem. Jeżeli nagłówek jest dobry, przyciągający uwagę i uczciwy, czyli mocno korespondujący z treścią artykułu, to odbiorca zatrzyma na nim wzrok i zdecyduje się czytać dalej. A jeżeli treść będzie tak samo dobra, to postanowi ją skomentować lub wda się w dyskusję pod postem.

W przypadku newsletterów wyznacznikiem jest oczywiście otwarcie maila, a w mailingu sprzedażowym – konwersja.

Dochodzimy do sedna: jak tworzyć takie właśnie przyciągające uwagę nagłówki?

Zaczęłabym od 5 rzeczy, których nie należy robić, jednak warto wyjść od definicji clickbaitu.

Clickbait to nagłówek lub ikona, miniatura, które mają na celu wzbudzenie w odbiorcy maksymalnego zainteresowania, nie dowożąc tego później, gdy odbiorca kliknie dalej.

Ciekawe, bo te definicje są różne. W polskiej Wikipedii clickbait jest rzeczywiście określany jako nagłówek mylący, ale w definicji Oxford Languages jest to treść, której głównym celem jest przyciągnięcie uwagi i zachęcenie użytkownika do kliknięcia. Nie ma słowa o tym, że jest to mylące.

Z kolei w anglojęzycznej Wikipedii pojawia się pojęcie curiosity gap

…czyli wzbudzenie zaciekawienia, ale to nie oznacza, że ta ciekawość nie zostanie zaspokojona.

Dla mnie przykładem klasycznego clickbaitu są nagłówki w serwisach informacyjnych, wcale nie plotkarskich. Takie portale biją się o kliki, żeby mieć jak najwięcej do zaoferowania reklamodawcom.

Przychodzi mi do głowy taki nagłówek: „W wypadku samochodowym zginął minister obrony.” My jesteśmy bardzo polocentryczni, dociera do nas mało wiadomości ze świata – do tego stopnia, że swego czasu w sezonie ogórkowym TVN24 informowało o dziurze w chodniku, bo nic ciekawszego się u nas nie działo – więc wiele osób klika, a tu okazuje się, że chodziło o ministra obrony Rwandy…

Skłamali?

Taki nagłówek działa, gdy towarzyszy mu enigmatyczne zdjęcie. Sam pamiętam dwa przykłady, po których wkurzyłem się, że dałem się nabrać. Pierwszy: „12 gwiazd telewizji, które zmarły przedwcześnie”, a na zdjęciu ten chłopiec z serialu Dwóch i pół. Pomyślałem: „Kurczę, on nie żyje?”, kliknąłem i okazało się, że go na tej liście w ogóle nie było! Zdjęcie było dla przyciągnięcia uwagi.

To rzeczywiście chamówa.

Drugi przykład: „Gwiazdor serialu Przyjaciele ma IV stadium raka” i na zdjęciu kadr z szóstką głównych bohaterów. Dopiero później okazało się, że chodziło o aktora grającego Gunthera z kawiarni… W takich sytuacjach myślę sobie: jak trzeba mieć porąbane w głowie, żeby coś takiego robić? Przecież to jest chore!

Zgadza się. Ale to też w dużej mierze wynika z tego, że w dzisiejszych czasach dziennikarz to już dość archaiczna figura. Teraz mamy głównie media workerów. Ale to temat na inną i smutniejszą rozmowę.

Wróćmy zatem do robienia dobrych nagłówków.

W definicjach clicbaitu przewija się to, że jego zło polega na wywoływaniu niepokoju i straszeniu. Odbiorca klika, żeby ten niepokój, tę ciekawość uspokoić – tylko czy tak się rzeczywiście dzieje? Moim zdaniem nie.

Zatem pierwsza zasada brzmi: nie strasz.

Nie wywołuj niepokoju w swoim czytelniku – w osobie, z którą chcesz budować długotrwałą, szczerą relację, z osobą, która ma ci zaufać i być może w przyszłości stać się twoim klientem. Takie działanie jest zwyczajnie nieuczciwe.

Zło clickbaitu polega na tym, że wywołuje w odbiorcy pewien niepokój i składa fałszywe obietnice

Druga zasada wiąże się z pierwszą: nie składaj fałszywych obietnic. Przychodzą mi tu do głowy te wszystkie nagłówki, które urosły wręcz do rangi memów: „Fryzjerzy go nienawidzą, bo wynalazł sposób na…”.

Fałszywa obietnica to zapewnienie w nagłówku, że rozwiążesz jakiś problem czy odpowiesz na jakieś pytanie, ale później tego nie zrobisz.

Weźmy tytuł: „10 darmowych narzędzi dla początkującego podcastera”. Byłby on fałszywą obietnicą, gdyby okazało się, że z tych dziesięciu, to tylko trzy są darmowe, z czego dwa w okrojonej wersji, a ten ostatni to Skype.

Dostarczanie takich treści odbija się później negatywnie na osobach, które je tworzą.

Kolejna zasada: nie sabotuj swojej wiarygodności.

Czy te kliki i chwilowy wzrost statystyk rzeczywiście są warte tego, żeby podważać swoją długo i ciężko budowaną pozycję? Zwłaszcza jeśli działamy w niszy, która może nie jest duża, ale za to ma bardzo wierną i zaangażowaną społeczność. Każdy błąd może się wówczas obrócić przeciwko nam.

Nie rozczarowuj, obiecując, że podasz 5 sposobów na napisanie fantastycznych nagłówków, a oferujesz tekst, w którym omawiasz raptem 3 metody, tyle że każdą w inny sposób.

I ostatnia zasada: nie używaj wielkich słów i kwantyfikatorów, np. „żaden”, „nigdy”, „każdy”, „zawsze”… Lepiej napisać: „Tych pięciu technik nie stosuj, jeżeli chcesz sprzedać e‑booka” niż „Nigdy nie rób tego, bo zbankrutujesz”.

OK, przedstawiłaś 5 zasad, ale prawda jest taka, że każdy z nas widział pewnie nagłówki, które bezpardonowo je łamią.

Oczywiście!

Myślę, że zasady te są łamane, ponieważ twórcy tych nagłówków wychodzą z założenia, że trzeba komunikować się mocniej, głośniej i głębiej, bo to pomoże im się przebić. Czy ja mam szansę zatem przebić się z moim przekazem, gdy będę grzeczny, będę przestrzegał zasad i nie będę krzyczał?

To wszystko jest kwestią sprytu. Można zrobić ciekawy, przebijający się i przykuwający uwagę nagłówek, który nie będzie straszył, składał fałszywych obietnic czy używał kwantyfikatorów.

Nie twierdzę, oczywiście, że nigdy nie można używać słowa nigdy…

Ty teraz nie możesz powiedzieć: nigdy nie używaj słowa nigdy!

Tak!

Wiesz, ja rozumiem podejście, że ktoś chce się w ten sposób wyróżnić, ale i tak bombarduje nas już zewsząd natłok informacji. Nie chodzi więc o to, żeby było głośno – powinno być sprytnie i zgodnie z twoim tone of voice.

Nie chodzi o to, żeby przekaz był głośny; ma być sprytny i zgodny z twoim tonem komunikacji

Twoja społeczność ma uznać, że jesteś fajnym facetem, który ma być może coś ciekawego do powiedzenia, więc warto go zaobserwować czy zapisać się na jego newsletter.

Użyłaś trudnego angielskiego określenia „tone of voice”. Jak to przetłumaczysz?

Bardzo prosto: ton komunikacji. Warto ustalić, czy bardziej mówisz: „szanowni państwo” czy „siema”. Czy twój język jest bardziej formalny czy używasz więcej potocyzmów.

Na przykład moja przyjaciółka i jednocześnie klientka używa anglicyzmów, ale zawsze zapisuje je fonetycznie. Zamiast „Beyoncé” pisze „Bijons” – i to jest coś, co ją wyróżnia i rezonuje z jej grupą docelową.

Polecam tu coś, czego nauczyłam się od Taylor Swift – jednej z moich ulubionych piosenkarek. W wywiadzie wyznała, że posługuje się czymś, co ja nazwałam bankiem słów. Jest to plik, w którym zapisuje wyrazy i zwroty, które wpadły jej w ucho, fajnie brzmią i dobrze się kojarzą. Wykorzystuje je, gdy siada do pisania piosenki i potrzebuje inspiracji do zbudowania historii.

Bank słów, który ja proponuję, to lista wyrazów i wyrażeń, które po jakimś czasie będą rozpoznawane przez odbiorcę, który będzie czuł, że twórca mówi do niego jego językiem.

Jest to trochę zasada mimikry, czyli mówienie językiem problemu, jaki ma odbiorca.

Ja na przykład każdy mój post zaczynam od emoji korony. Wierzę, że będą osoby, które będą to rozpoznawały. Używam też przekleństw, co również warto wziąć pod uwagę, określając swój tone of voice.

Gdy ustalimy ten tone of voice, dużo nam się wyklaruje z samymi nagłówkami.

To jak się zabrać za to stworzenie nagłówka? Od czego wyjść?

Nie ukrywam, że uprocesowienie czegoś, co jest dla mnie mniej lub bardziej naturalne, sprawia mi pewną trudność. Jeśli chodzi o nagłówki jednak, to wypracowałam sobie dwie rzeczy.

Czasami to po prostu przychodzi: bum! I masz to, całość jakoś idzie. Czasami jednak jest inaczej: wpada do głowy ostatnie zdanie tekstu, czyli puenta, i musisz napisać całą resztę właśnie pod nią.

Czyli nagłówek ma zachęcić czytelnika do doczytania do końca, bo tam czeka rozwiązanie?

Dokładnie tak.

Muszę jednak zaznaczyć, że operujemy tutaj na dość dużym poziomie ogólności, bo inaczej konstruujemy nagłówki do newslettera czy mailingu, a inaczej do bloga, gdzie musimy błyskawicznie zainteresować odbiorcę, żeby wyłowił tekst spośród innych i zechciał czytać dalej. Wynika to z attention span – bardzo szybko rozpraszamy swoją uwagę.

Gdy jednak tekst jest już gotowy, trzeba sobie zadać jedno bardzo ważne pytanie: co jest najważniejsze? Co ci przyświeca? Czy ty chcesz sprzedać? Zbudować relację, podzielić się jakąś emocją, a może o czymś poinformować? Jednym słowem – cytując Kayah – po co?

A jesteś w stanie podać przykład, czym różniłby się nagłówek stworzony w celu sprzedania od tego stworzonego w celu poinformowania?

Jak najbardziej. Załóżmy, że zostało 100 ostatnich sztuk książki. Nagłówek, który informuje, brzmiałby: „To już ostatnie 100 sztuk. Spiesz się, zanim je wykupią”. Ale można by też napisać: „Trzeba zrobić dodruk, bo zostało tylko 100 sztuk” albo „Super, wykupiliście wszystko! Bardzo dziękujemy”.

Kolejny krok polega na pokazaniu, że wiesz, czego potrzebuje odbiorca. Granica między odpowiadaniem na potrzeby społeczności a pozostaniem prawdziwym wobec samego siebie jest bardzo cienka.

Nagłówek powinien być dostosowany do rodzaju tekstu, jaki zapowiada, oraz celu, jaki chcemy osiągnąć

Odbiorcy chcą kupować od ludzi, których jara to, co robią, bo są specjalistami w danej dziedzinie.

Jeśli już w nagłówku damy do zrozumienia, że znamy rozwiązanie konkretnego problemu, to prawdopodobieństwo, że odbiorca będzie czytał dalej, a potem skonwertuje na obserwującego czy klienta, jest po prostu większe.

Coś jeszcze, co warto mieć na uwadze?

Tak. Dostarcz obiektywnej i szczerej odpowiedzi na to, co obiecujesz w nagłówku. I już w nagłówku dostarcz tej odpowiedzi. Niech tych 10 darmowych narzędzi dla początkującego podcastera naprawdę będzie dziesięć i niech będą darmowe i dla początkującego podcastera.

Czyli mów prawdę po prostu!

Niby oczywiste, ale nawet najwięksi gracze, wydawcy dużych serwisów nie działają zgodnie z tą zasadą, więc dlaczego mieliby jej przestrzegać mniejsi twórcy?

Czasem można dodać jakieś bajery, czyli puścić oczko do odbiorcy, jeśli mamy wypracowany jakiś styl. To zadanie dla nieco bardziej zaawansowanych użytkowników języka – i to zarówno dla twórców, jak i ich odbiorców.

Mój profil na Instagramie Królowa Słowa jest dedykowany markom osobistym i mikroprzedsiębiorczyniom, które chciałyby same tworzyć swoje treści – a ja mogę je tego nauczyć, bo uważam, że w przypadku marek osobistych najlepszą ambasadorką tego, co robisz, jesteś ty sama. Wypracowałam sobie pewien styl komunikacji i kobiety, które mnie obserwują, wiedzą, że zdarza mi się przeklnąć i że sięgam po żarty językowe. One się tego spodziewają.

Ja też, otrzymując mail od Maćka Aniserowicza zaczynający się od: „Siema!”, nie dziwię się, bo się tego spodziewam. Gdyby przywitali się tak ze mną Joanna Ceplin albo Michał Szafrański, zdziwiłabym się i być może zastanowiłabym się nad kwestią wiarygodności.

Ich styl komunikacji jest inny, więc brzmiałoby to trochę nie na miejscu.

Pewnie tak. Wracamy więc do tone of voice.

Wszystko będzie dobrze widać na przykładach 5 typów nagłówków.

Dajesz!

Najprostszy, najczęściej stosowany i też bardzo skuteczny to nagłówek skonstruowany ze słów kluczy oraz podtytułu. Przykład: „Podcast dla początkujących, czyli 5 narzędzi, które potrzebne ci są na start”. Zamiast „czyli” może też być kropka lub myślnik – ważne, żeby było to doprecyzowanie. Ja bardzo lubię to „czyli”, bo ono pozwala nam trochę zabajerzyć.

Ta konstrukcja jest też zalecana przez ludzi od SEO, ponieważ początek ze słowami kluczowymi jest najważniejszy z punktu widzenia wyszukiwarki, a dalsza część jest dla twórcy, który może się jakoś wykazać.

Skoro jesteśmy już przy SEO, to pamiętajmy, że roboty bardzo dobrze radzą sobie z zawiłościami polszczyzny, więc możemy spokojnie te wyrazy odmieniać.

Inny przykład: „Wakacje w Grecji. 10 wysp, które warto odwiedzić”. Zauważ, że nie użyłam słów „musisz” czy „koniecznie”. Z tym „warto” wydźwięk jest taki sam, ale od razu robi się milej.

Drugi typ nagłówka to pytanie i ono też jest dość proste. Ja to nazywam tytułem na zagwozdkę.

Przykład: „Nie możesz schudnąć? Sprawdź, czy robisz jedną z tych rzeczy”. Przyznaję, że jest to nagłówek trochę clickbaitowy…

Albo jeszcze inaczej: „Chcesz zacząć nagrywać podcast? Przeczytaj, o czym musisz pamiętać na start”. Albo: „Przeczytaj wywiad z twórcą najpopularniejszego podcastu w Polsce”.

Swoją drogą, muszę ci powiedzieć, że po tym, jak otrzymałam zaproszenie do twojego podcastu, pochwaliłam się tym paru bliskim osobom z mojego otoczenia. A że niektórzy członkowie mojej rodziny niekoniecznie wiedzieli, czym jest Mała Wielka Firma czy podcast w ogóle, musiałam wymyślić jakieś sensowne porównanie, żeby mieli świadomość, jakiej rangi jest to dla mnie wydarzenie. I powiedziałam im, że to jest jak Dzień Dobry TVN wśród podcastów!

To jest przykład dostosowania komunikatu do odbiorcy.

Trzeci typ to nagłówek edukacyjny. Użyjemy w nim słów: „jak”, „gdzie”, „kiedy”, które sugerują, że odbiorca się czegoś dowie i że my mu coś pokażemy lub wytłumaczymy.

Takie nagłówki świetnie sprawdzają się na Instagramie, który w ostatnich dwóch latach przeszedł mocną metamorfozę od lekkiego lifestyle’u do treści edukacyjnych, propagatorskich czy aktywistycznych.

Kolejny typ to tak zwana wiedza tajemna. To taki nagłówek edukacyjny z dodatkowym twistem. Tutaj pojawiają się słowa: „mało znane”, „ukryte”, „być może nie wiedziałaś o tym”…

…„o których ci nie powiedzą”.

Dokładnie. „Fryzjerzy jej nienawidzą, bo odkryła sposób na coś”.

Swego czasu ja miałam na Instagramie post: „Ukryte skarby Netfliksa”. Prawie każdy z nas ma dzisiaj Netfliksa, który jest trochę takim symbolem serwisu streamingowego, coś jak adidasy i walkman, ale czasem myślimy sobie, że już wszystko tam obejrzeliśmy i nic więcej nie ma. Zrobiłam więc ten post-karuzelę, w którym wymieniłam kilka mniej znanych tytułów, które sama obejrzałam i polecam.

Ty mógłbyś na przykład zrobić coś w stylu: „10 anglojęzycznych podcastów, o których zapewne nie słyszałeś, a powinieneś”.

Ja daję czasem w nagłówkach gwiazdki, żeby coś doprecyzować. To też jest dobry sposób na zachęcenie odbiorcy, żeby zescrollował niżej w poszukiwaniu tej gwiazdki.

Mam tutaj jedną anegdotę. Parę miesięcy temu pisałam oświadczenie w imieniu teściowej mojej przyjaciółki. Zastanawiałyśmy się, jak je zatytułować, żeby mieć pewność, że ludzie to przeczytają. Moja przyjaciółka zasugerowała, żeby nagłówek brzmiał… OŚWIADCZENIE! Jak wrzucisz do internetu tekst z takim tytułem, to na bank ludzie to przeczytają, bo będą ciekawi g*wnoburzy, jaką ten tekst może wywołać.

Piąty typ lubię najbardziej, ale – tak jak wspominałam – jest on zarezerwowany dla zaawansowanych użytkowników języka oraz zwartych i zgranych społeczności, które rozumieją różne wewnętrzne żarty.

Ten typ nagłówka to gry słowne.

Na grach słownych opiera się cała prasa brytyjska. Zresztą, język angielski jest pod tym względem bardzo wdzięczny.

Tak.

Jedną z rad na temat pisania, jaką otrzymałam na początku mojej drogi zawodowej, było to, żeby pisać tak, jak mówisz. To się ma po prostu dobrze czytać, odbiorca powinien mieć wrażenie, że wchodzi z tobą rozmowę.

Wiesz, jakie jest słowo, którego używa się tylko w języku pisanym?

Nie wiem, musiałabym się zastanowić…

To ja ci powiem: „bowiem”. Nikt tak nie mówi, to jest taki bardzo formalny, oficjalny styl…

Ja mówię!

Mówisz „bowiem”?!

Tak… Mówię nawet „albowiem”.

Ale to jest takie, wiesz… Taka konwencja. To zupełnie inna historia – ludzie bawią się takimi słowami, żeby zbudować pewną atmosferę. W normalnym, mówionym języku nikt nie powie w sklepie: „Poproszę tamte dwie bułki, bowiem ta jedna wygląda na nieco starą.”

To prawda. Ale to też wynika z tego, że „bowiem” jest już swego rodzaju archaizmem.

Wrócę jeszcze do kwestii upraszczania komunikacji. Znasz portal Donald.pl?

Nie.

Oni tworzą bardzo długie nagłówki. Mogą one wyglądać na przykład tak: „Sasin zorganizował wybory, ale coś nie pykło”. Z konstrukcyjnego punktu widzenia to nawet nie wygląda jak nagłówek. Raczej jak zdanie wyrwane z treści.

Donald.pl estetyką przypomina trochę Make Life Harder. Myślę, że gdyby MLH miało serwis, to wyglądałoby to bardzo podobnie.

Estetyka Donald.pl jest z przymrużeniem oka, trochę do pośmiania się. Zresztą, na moim Instastories najczęściej wyświetla się właśnie Make Life Harder, Tygodnik NIE i Donald.pl.

Donald.pl ma też fanpage na Facebooku Polska w dużych dawkach.

Bardzo podoba mi się ich styl komunikacji, który jest przede wszystkim prawdziwy. Oni teoretycznie są medium newsowym, ale jednocześnie nie są tym medium newsowym.

Nie silą się na nagłówki rodem z mainstreamowych mediów informacyjnych i przez to są obiektywni.

Właśnie trafiłem na jeden z ich nagłówków: „Michał Szpak podłapał modę na bluzę z ptactwem, lecz miast orła przywdział kaczkę”.

Sam widzisz! To jest właśnie to, co rezonuje z ich grupą docelową i z czym oni się czują swobodnie.

Bardzo ważne jest, żeby pisać to, co się czuje. Wiem, że to są banały, ale ta szczerość i autentyczność są teraz bardzo w cenie po latach przeretuszowanych zdjęć w mediach społecznościowych, których mamy dosyć.

Stosowanie gier językowych w tekstach powinno rezonować z grupą docelową oraz stylem danego twórcy

Jeżeli obawiasz się, czy twoje nagłówki będą wystarczająco dobre dla twojej marki, to nie dowiesz się, jeżeli nie będziesz ćwiczyć.

Gdy prowadziłam zajęcia na uniwersytecie, powtarzałam moim studentom: czytać, czytać, czytać, a potem pisać, pisać, pisać. Czy twój pierwszy nagłówek będzie dobry! Prawdopodobnie niekoniecznie. Czy dziesiąty będzie lepszy od pierwszego? Na pewno!

Na koniec mam dla ciebie ostatnie pytanie. Czy jesteś gotowa? Będzie trudne.

Dobrze.

Trzymaj się mocno. Jaki tytuł dałabyś naszej dzisiejszej rozmowie?

Muszę powiedzieć teraz, nie?

Tak, później możesz korespondencyjnie nanieść korekty. Ale chciałbym pokazać proces twórczy na żywo.

OK. Skłamałabym, gdybym powiedziała, że się nad tym nie zastanawiałam. Kołatało mi się po głowie coś w stylu: „Clickbait clickbaitowi nierówny, czyli jak tworzyć nagłówki, które będą przyciągały twoich odbiorców”. Z naciskiem na „twoich”. Później jeszcze doprecyzowałabym może, że trzeba być w tym uczciwym i pozostawać w zgodzie ze sobą.

Nie wiem, czy aż taki długi tytuł mi się zmieści, ale będę próbował. Bardzo dziękuję za przyjemną rozmowę.

A ja dziękuję za zaproszenie.

Na stronie zostały wykorzystane linki afiliacyjne. Jeżeli wejdziesz przez nie na stronę sprzedawcy i dokonasz zakupu, sprzedawca podzieli się ze mną częścią swojej marży (nie wpływa to na twoją cenę). Wymieniam wyłącznie te produkty i usługi, z których rzeczywiście korzystam i jestem z nich zadowolony.
Wyraź swoją opinię Dodaj komentarz
Podaj dalej Jeśli spodobał ci się ten odcinek - udostępnij go swoim znajomym:

Dodaj komentarz

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 Comments
Inline Feedbacks
View all comments