Porządkowanie myślenia i otoczenia. Jak osiągać cele, gdy cały świat mi przeszkadza

18 grudnia 2017

Osiąganie celów to w teorii dość prosta sprawa.

  • Wyznaczasz cel, który spełnia pięć warunków: jest konkretny, mierzalny, atrakcyjny, realistyczny i określony w czasie.
  • Rozpisujesz sobie, co po kolei trzeba zrobić, żeby dojść do tego celu.
  • Wykonujesz kolejne kroki i osiągasz cel.

Akurat.

Być może to działa, ale na bezludnej wyspie, gdzie nie ma internetu, nikt nie zawraca ci głowy, gdzie poza jedzeniem i spaniem nie masz nic innego do roboty. W realnym świecie zawsze pojawiają się różne zakłócenia i pokusy. Trzeba sobie z nimi jakoś radzić. Tylko jak?

Do rozmowy na ten temat zaprosiłem człowieka, który o efektywności osobistej i motywacji napisał kilka znakomitych książek. Z jednej strony są wypełnione konkretami i oparte na solidnych badaniach naukowych. Z drugiej – trudno się od nich oderwać, bo autor ma poczucie humoru i nie waha się go używać. Moim gościem jest Miłosz Brzeziński.

Prezent dla Ciebie

Podaj adres e-mail, a wyślę Ci PDF „30 technik zdobywania klientów”.

W tym odcinku

  • Jak znaleźć równowagę w życiu, gdy większość czasu zajmuje nam praca?
  • Jak zmieniły się preferencje internautów w ciągu ostatnich dziesięciu lat?
  • Czy odkładając zadanie na ostatnią chwilę, jesteśmy bardziej efektywni?
  • Jak znaleźć czas zarówno dla pracowników, jak i na swoje projekty?
  • Jak co zrobić, by lepiej zadawać pytania?
  • Jak to zrobić, żeby chciało się bardziej?
  • Co możesz zrobić, żeby zwiększyć swoje szanse na osiąganie celów?

Gość odcinka

Miłosz Brzeziński

Miłosz Brzeziński

Konsultant w zakresie efektywności osobistej i społecznego rozumienia zjawisk psychologicznych, inspirator współpracujący z organizacjami na całym świecie, autor książek na temat wdrażania zmian.

MiloszBrzezinski.pl

Przydatne linki

Podcast do czytania – transkrypcja odcinka

Cześć Miłosz.

Cześć Marek.

Powiedz, jak zdobyłeś swojego ostatniego klienta.

Trudno powiedzieć. Mogę ci za to powiedzieć, jak się pozbyłem swego ostatniego potencjalnego klienta, dlatego że jak wiele osób, które mają dużo wspólnego z internetem, z publikowaniem swoich własnych rzeczy, a ja między innymi publikuję też swoje książki, mam po prostu tyle zajęć na szóstkę, które sprawiają mi dużo przyjemności i przy okazji mogę na nich zarobić, że, szczerze powiedziawszy, ledwo starcza mi czasu na to, żeby się zająć tymi rzeczami, które są na piątkę, a jak się pojawiają osoby, które chcą, żebym coś zrobił na czwórkę i trójkę, to już najczęściej kulturalnie, acz stanowczo odpowiadam, że nie – dwa lata temu pewnie bym się zastanowił, trzy albo cztery lata temu to byłby super pomysł, ale dzisiaj to już raczej nie. W związku z tym, po tej całej ciężkiej selekcji zostaje tyle opcji, tyle propozycji, że akurat wystarczy, żeby wypełnić cały mój czas. Większość mojego czasu to jednak pisanie i czytanie.

O tę selekcję chciałem cię zapytać, dlatego że mam czasem takie wrażenie i wiem, że nie tylko ja, że w dzisiejszym świecie trudno jest osiągać cele, które sobie zakładamy, bo wszystko dookoła nam przeszkadza. Rzeczywiście możliwości są nieograniczone, z drugiej strony niestety te nieograniczone możliwości to są też nieograniczone możliwości wyboru, tego co chcielibyśmy robić. Często jest tak, że zaczynamy jakiś projekt rano, a popołudniu okazuje się, że wpada 5 innych projektów – każdy z nich wygląda bardzo atrakcyjnie i wydaje się genialny. Zastanawiam się, jak możemy sobie z tym radzić, jak możemy sobie ułatwić wybór tej jednej właściwej drogi i nie dać się skusić całemu temu szumowi dookoła.

To jedno pytanie wystarczyłoby na cały podcast.

To będziemy je rozbijać na elementy pierwsze [śmiech].

Na tym właśnie polega trafność twoich pytań. Chciałem powiedzieć, że jestem wielkim fanem twojego podcastu.

Dziękuję bardzo.

Jesteś osobą, która by mogła trzepać gruby hajs, pracując w wielkich mediach, tylko nie wiem, czy tam jest tyle czasu na prowadzenie rozmowy, ale zwykle te twoje pytania są takie, że jak ich słucham, to sobie myślę czasami, że żal na nie odpowiadać [śmiech].

A teraz do rzeczy. Musimy to rozbić na parę kawałków. Pierwszy kawałek jest taki, że wierzymy, że człowiek w ogóle jest w stanie się skupić na jednej rzeczy przez tak długi czas. I to jest niemożliwe. Człowiek z natury swojej rzeczy wybija się z tego, nad czym się zastanawia. Właściwie nie wiadomo, dlaczego tak jest. Nie będę oszukiwał, że widziałem jakieś badania, które to rozgryzają, bo jeżeli ktoś mówi, że wie, jak mózg funkcjonuje, to po prostu kłamie. Jeszcze nie wiemy, jak on działa, ale podejrzewamy, że takie permanentne wybijanie się z takiego stanu skupienia, w którym funkcjonujemy, powoduje, że jesteśmy bardziej kreatywni, dlatego że każde kolejne podejście do tego samego problemu może zaowocować tym, że nasze myśli pójdą innymi torami niż poprzednio.

Czyli zagłębiamy się w coś, potem się z tego wybijamy i jeszcze raz do tego podchodzimy. I wtedy widzimy: „o tutaj jest takie zielone, to może z tego zielonego skorzystam” albo: „hmm, a tu faktycznie okazało się, że na Instagramie wzrosła aktywność moich obserwatorów, to zobaczmy, co z tym mogę zrobić”. Póki się kopie jakiś jeden głęboki dołek, to ciężko się z tego wyrwać i jest taka naturalna tendencja umysłu być może do bycia kreatywnym, ale z drugiej strony ciężko się spodziewać, żeby takie osoby jak Picasso, jak Jan Matejko, które malowały wielkie dzieła, namalowały coś w taki sposób, że malowały coś przez dwie minuty, a potem: „hmm, napiszę do kogoś list” albo za pół minuty: „hmm, ciekawe kto dzwonił” [śmiech]. Więc jesteśmy trochę w takim rozkroku, w świecie, w którym jesteśmy ciągle wybijani, a z drugiej strony wiemy, że żeby osiągnąć coś wyjątkowego, to człowiek potrzebuje około dwóch-trzech godzin zblokowanego czasu, w którym nikt mu nie będzie przeszkadzał. On się może z tego wybijać, może wyjść kawę zrobić, ale cały czas głową mentalnie jest w tym „kiślu”, który próbuje wygenerować.

Rodzi się teraz pytanie, jak sobie z tym poradzić, w zasadzie ono się urodziło w twojej głowie, więc odpowiedź na to pytanie brzmi: nijak. Dlatego że jedynym sposobem, żeby się tego pozbawić, jest to, żeby albo ktoś z zewnątrz nam ciągle mówił, jak to wygląda i są tacy ludzie, którzy zajmują się dylematem wyboru, na przykład piszą książki temu poświęcone i oni mówią wprost, że wybór nas zabija. To twoje pytanie jest głębokie na tyle, bo ono pokazuje, że my się ciągle zastanawiamy nad tym, że właściwie moglibyśmy zrobić to, co chcemy. Czyli mamy milion seriali do obejrzenia, bo one wszystkie są streamowalne, mamy dużo gier do zagrania, które można też w zasadzie pociągnąć od razu – na szybkim łączu to jest moment, mamy dużo książek, jeśli ktoś lubi, mamy internet, możemy sobie poćpać nowe informacje, możemy wyjść, możemy zostać, w efekcie nic nie robimy. Dlatego że, cały czas nie wiemy, co by było takie najfajniejsze.

Profesor Schwartz, który zajmuje się dylematem wyboru, pokazuje to na przykładzie takiego dylematu z jeansami. W dawnych czasach jak szedł do sklepu to były w sklepie trzy pary dżinsów męskich, jedna na niego nie pasowały, drugie na niego średnio nie pasowały i były za małe, a trzecie na niego średnio nie pasowały i były za duże. On kupował jedne z tych jeansów i wychodził szczęśliwy. A teraz idzie do sklepu, jest dwadzieścia par jeansów, które na niego pasują, on któreś kupuje i wychodzi nie zadowolony, bo ma poczucie, że jakby się dłużej zastanowił, to być może wybrałby lepiej. Barry Schwartz mówi, że ten dylemat wyboru można ograniczyć tylko w jeden sposób – ograniczając wybór po prostu. Myślę, że to utraciliśmy, jeżeli mogę tak brzydko powiedzieć, znajdując się w takim społeczeństwie postindustrialnym, kapitalistycznym, bo gdybyśmy byli w Chinach i urodzilibyśmy się w rodzinie krawca i byśmy szyli te spodenki czy różne inne rzeczy, i któregoś dnia poszlibyśmy do taty: „Tato, wiesz co, ja bym chciał robić podcasty”, to byśmy od razu w łeb dostali – już byśmy wiedzieli, że mamy szyć spodnie dalej.

A niestety w czasach i w miejscu, w którym żyjemy, usłyszymy: „super, chcesz się samorealizować, brawo, próbuj”. I w efekcie ani tych podcastów nie umiemy dobrze, ani koszulek szyć, bo się zaraz okazuje, że jest fajna lokalna drużyna piłkarska i być może super by było, kiedyś grać w Barcelonie, ale gdzieś trzeba zacząć, więc idziemy grać na boisku. Dlatego najprostszym sposobem na robienie tego, jeżeli ktoś ma taki małpi umysł, jak to mówią Amerykanie, jest po prostu ograniczać swój wybór. Mówi się o Odyseuszu, który wracał przez kraj syren, gdzie marynarze, chcący się zabezpieczyć przed wypadaniem za burtę, zawiązywali sobie oczy i uszy, przywiązywali się do masztów, ale prawda jest taka, że gdyby on był mistrzem samokontroli, to on by tam nie płynął. Tak samo, jak nie idzie się do sklepu z myślą „nie mam pieniędzy, ale tylko tak sobie popatrzę”.

I kończąc tę długą odpowiedź, ale i tak nie wyczerpałem wątku, chciałem powiedzieć, że my mamy dodatkowy problem taki, że nas umysł prawdopodobnie nie zdaje sobie sprawy i nie jest przygotowany na to, że on się porusza w nieneutralnym środowisku. Nie wierzmy, że portale społecznościowe są zrobione po to, żeby nam było miło, nie wierzmy też, że iPad i tablety są po to, żeby się można było nad tym skupić, bo mamy wyniki z badań w szkołach i jak dzieci dostają iPady to grzęzną w ocenach – to nie jest urządzenie do koncentracji i tak samo smartfon nie jest urządzeniem do koncentracji. Człowiek, żeby się skupić, wejść w taki stan matrixa potrzebuje około 20 minut w zależności od tego, jak jesteśmy wypoczęci. Wyobraź sobie, że Outlook, nie wiem, jak jest w najnowszej wersji, o ile go nie zrekonfigurujesz, sprawdza maile co 10 albo co 12 minut, w związku z tym, jeżeli nie masz wolicjonalnej intencji, żeby poukładać swoje otoczenie, to nie masz szansy się skupić, zawsze cię coś wybije po drodze.

Powiem jeszcze jedną rzecz i to już będzie naprawdę na koniec, bo ona leży w tle twojego pytania, dlatego powiedziałem, że ono jest takie wielowymiarowe. Są takie osoby, ja nazywam to, choć nie wiem, czy to jest najtrafniejsze określenie, pewną motywacją artystyczną. Mamy osoby, które po prostu lubią to robić. Rozmawiałeś z panem Osmanem, rozmawiałeś z kilkoma innymi osobami, a pewnie jakbyś miał okazję porozmawiać ze Steve’em Jobsem i gdybyś zapytał ich, jak się motywują do pracy, to by powiedzieli, że raczej powinni szukać czasu na odpoczynek, bo im szkoda czasu na odpoczywanie. To samo mówią trenerzy wybitnych sportowców, na pytanie: jak ty motywujesz tego wybitnego sportowca do trenowania, oni odpowiadają: „muszę pilnować, żeby on się nie przećwiczył, bo jak mówię, żeby zrobił 20 przysiadów, to on próbuje robić 40, ja mówię, że pozrywasz sobie mięśnie, masz mieć kondycję na zawody, 20 to jest to, co musisz zrobić”.

I ta motywacja artystyczna charakteryzuje się tym, że człowiek musi coś robić, on wstaje i musi napisać wiersz, nieważne czy on będzie dobry, czy zły, to musi wyjść z tego człowieka, on musi się tym zajmować, bo inaczej czuje pogłębiający się dyskomfort. Artyści i poeci mówią tak: „gdyby ktoś mi nie pozwolił pisać, to równie dobrze mógłby mnie zabić”. Więc jeżeli zaczynamy się porównywać z najlepszymi i zastanawiamy się, jak oni to robią, że nie oglądają seriali, to odpowiedź jest prosta – oni po prostu tacy są. My się musimy pogodzić z tym, że my tacy nie jesteśmy. Bycie wybitnym polega na tym, że ich jest mało, oni tacy są, mają deficyty na innych poziomach, większość z nich nie ma rodzin, często są etycznie dwuznaczni, wielu z nich podziwiamy, ale takich jak Steve Jobs czy Elon Musk nie chcielibyśmy mieć za szefa, bo zdaje się, że nie są zbyt sympatyczni, ale oni muszą to robić i my tacy nie jesteśmy niestety.

Dlatego profesor Ariely mówiąc do normalnych ludzi, mówi tak: jeżeli szukasz w ciągu doby swojego czasu produktywności, to będą to ze dwie godziny od 9:00 do 11:00, jeżeli chcesz się skupić na czymś poważnie, zrobić coś wyjątkowego i mieć taki czas zblokowany, kiedy ten mózg nie będzie ci za dużo uciekał, zakładając, że dośpisz te 7 godzin, wstajesz i to, co się dzieje w głowie od dziewiątej do jedenastej jest naprawdę super, nie ma zbyt wielu produktów przemiany materii, niepozapychane są jeszcze synapsy różnego rodzaju białkami wielkocząsteczkowymi, można super wtedy podziałać. Ale niestety wstajemy o 8:00 albo wcześniej, idziemy do pracy, siku, kawa – to już się robi 10:30. O 10:30 siadamy do maili, a maile to jest praca na popołudnie, do maili nie potrzeba więcej niż dwa neurony, przecież tam się nic nie dzieje w tych mailach, nie pisze się poezji heksametrem, pisze się: tak, nie, nie wiem, nie mam czasu, bardzo mi miło, ale dziękuję, fajnie, że mi powiedziałeś, jutro nie mam czasu – to jest komunikacja mailowa. Nie mówiąc o tym, że lepiej dzwonić, ale najczęściej tak się jaramy tym, że tak się dobrze czujemy rano i że możemy tak wiele, że ulegamy złudzeniu, że przez cały dzień tak będzie.

Początek dnia jest najlepszym okresem dla produktywnej pracy

Nie będzie tak, bo po 11:00 już się zaczyna zejście, zaczynamy się robić głodni, więc człowiek by się przespacerował, coś nas wybija i już. Zakładając, że ktoś będzie miał jakąś poobiednią drzemkę koło 13:00-14:00-15:00 to jeszcze można by to potem w drugiej połowie dnia jakoś dźwignąć, ale kto ma na to siłę. Więc myśl o tym, że ludzie przez cały czas pracują i są superproduktywni, jest złudna, nie jesteśmy doskonali i nie umrzemy doskonali. Natomiast są takie osoby, które rozważając, co by tu zrobić, obejrzeć serial na Netflixie, popisać książkę czy porozwijać swój biznes, poszukać kreatywnej inspiracji do marketingu, to sobie myślą tak: czytanie czy pisanie albo szukanie inspiracji to jest pomysł na szóstkę, a seriale na piątkę, czyli wolę jednak coś, co mi da więcej przyjemności. Oni tak mają, nie muszą się przekonywać do tego, że to jest dobry pomysł i dlatego tak napieramy, żeby każdy w miarę możliwości szukał takiego swojego pomysłu. Jak mówi Michał Brański z Wirtualnej Polski, żeby starać się, jak najbardziej być producentem, a jak najmniej konsumentem i nauczyć też tego przy okazji swoje dzieci.

W takim razie odejdźmy od takich przykładów jak Jobs czy Elon Musk, o których mówiłeś, że to są ludzie rzeczywiście wybitni. Skupmy się na ludziach, którzy mają trochę inne preferencje, predyspozycje i bardziej wszechstronnie podchodzą do życia, bo często się mówi o tym, że życie powinno opierać się na równowadze pomiędzy tymi najważniejszymi sferami: powinniśmy mieć dobrą pracę, zadbać o rodzinę, o wypoczynek, powinniśmy mieć hobby, utrzymywać kontakty towarzyskie, tylko rzeczywistość jest taka, że idę do pracy czy do firmy, jestem tam od rana do mniej lub bardziej późnego popołudnia, wracam wyczerpany po całym dniu pracy, więc marzę tylko o tym, żeby usiąść przed telewizorem, jeszcze jakiś obiad, robi się wieczór i za chwilę powinienem iść spać, więc jak znaleźć tę równowagę w sytuacji, kiedy, realnie patrząc, większą część życia, kiedy nie śpimy, zajmuje nam praca?

Prawda. Jak mówią znawcy tematu, nie ma nic bardziej osobistego niż praca, ona jest dla wielu ludzi bardziej osobista niż życie rodzinne. To jest kolejne pytanie na następny podcast, moglibyśmy cały sezon dmuchnąć tymi twoimi pytaniami.

Będziemy to rozwijać w kolejnych odcinkach, tutaj tak zajawimy tylko, a później będziemy wypuszczać odpowiedzi na kolejne pytania [śmiech].

To jest kolejny mit, te twoje pytania są fajne, dlatego że każde celuje w taki współczesny mit, na który się nabieramy.

Powiem ci, skąd wzięły się te pytania. Poza tym, że ja się zastanawiałem, to zapytałem słuchaczy podcastu, jakie problemy mają, co powstrzymuje ich, czy co im przeszkadza w realizowaniu ich celów i te pytania to jest podsumowanie tego, co oni mi powiedzieli, więc to są realne problemy, z jakimi ludzie się borykają. Dlatego cię o nie pytam. Czytałem też twoje książki, więc wiem, że to nie zawsze jest tak, że da się rozwiązać ten problem, który w tym pytaniu jest zawarty, adresując go bezpośrednio, że tutaj odpowiedź jest głębiej. Ponieważ ludzie mają tego rodzaju problemy, to myślę, że warto od nich wyjść po to, żeby powiedzieć: nie tak należałoby zadać sobie to pytanie, żeby znaleźć rozwiązanie.

To prawda. Już mam ochotę skomentować, to co powiedziałeś, to by był następny podcast, bo to kolejne trafne sformułowanie, ale boję się, że popłyniemy w taką siną dal, że nasze umysły już stamtąd nie powrócą, więc trzymajmy się tego, co zostało zadane. Pierwsze pytanie, które zadałeś, dotyczyło takiego mitu, że człowiek jest doskonały albo że może być, jak się postara. To jest niemożliwe. Będziemy całe życie rozkojarzeni, będziemy niedoskonali i życie jest po prostu, jak mawiał Antoni Piechniczek, kurna ciężkie. I tyle, nie ma żadnej głębszej filozofii, będziemy się z tym tłuc – najpierw z jednym z rzeczami, potem z innymi.

Muszę powiedzieć, że nie jestem osobą wierzącą, nie chodzę do kościoła, ale uważam, że religia wiele rzeczy podkreśla w sposób bardzo mądry, ona w swoich założeniach jest bardzo humanitarna i humanistyczna, wyraźnie mówi, że człowiek nie jest doskonały i nie będzie, że Bóg jest doskonały, a człowiek może próbować. Religia też mówi o tym w swoim fundamentalnym założeniu, że człowiek, żeby spędził dobre życie, musi się trochę postarać i nawet Alain de Botton używa takiego ładnego porównania, że to jest taka sytuacja, jak przychodzą goście do domu i wszyscy się muszą zachowywać trochę lepiej niż zazwyczaj. I zwykle zachowują się trochę lepiej – mniej więcej o to chodzi w życiu, że nie da się zrobić dobrego życia, jak się trochę bardziej nie wysilisz niż normalnie. Więc trzeba włożyć trochę więcej pracy i więcej wysiłku, jeżeli chcesz osiągnąć jakiś cel. Mówi się tak: satysfakcję mamy w życiu z rzeczy, które nam przychodzą z trudem, więc jeżeli zaczynamy sobie odejmować trudu, to nie mamy też się z czego cieszyć, co zasadniczo jest pierwszym krokiem do myśli depresyjnych.

Mówi się wprost: jak się nie spocisz, to nie będziesz się miał czym pochwalić. To jest taki mit, który gdzieś ugrzązł w pokoleniu Y, które, jak mówi Sinek, ma poczucie, że sukces czy efekt to jest coś, czego się szuka jak grzybów, to po prostu leży, a nie jest to coś, do czego się wspinasz, szczyt to nie jest coś, do czego wchodzisz pod górkę, tylko to leży pod kamieniem, tak samo jak miłość i wiele innych rzeczy. Gdzieś nam umknęła ta idea, że trzeba się urobić, ale muszę też dodać, że urobienie się nie gwarantuje sukcesu, bo może się okazać, że się urobisz, a jednak rycerz na białym koniu po ciebie nie przyjedzie. Natomiast jest warunkiem koniecznym, żeby to się zadziało, bo jak się urobisz, to będziesz w stanie ten sukces podtrzymać, będziesz wiedział, jak do tego doszedłeś, popełnisz wiele błędów, będziesz umiał z tego wyjść, jakoś sobie poradzić.

Nagrywaliśmy dzisiaj ten podcast, on nam nie poszedł, ale ty wiedziałeś co z tym zrobić, wiedziałeś, jak mi pomóc, wiedziałeś, jak się przełączyć między aplikacjami, ale nie dlatego, że pierwszy raz do tego usiadłeś, tylko ci się miliard razy popsuło i drugi pierdyliard razy poprawiałeś, więc to wszystko nie jest za darmo, co ty teraz sprawnie robisz. I tak samo z twoimi pytaniami – trochę masz taką umiejętność, a trochę to wypracowałeś.

No i teraz rodzi się drugie pytanie i drugim mit. Pierwsze było o doskonałości, a drugie jest takie, że jak się zaprzesz, to możesz znaleźć pracę marzeń. Nieprawda! My nie mamy wolnego rynku, pomimo tego, że tak się uważa. Na wolnym rynku na przykład można by sprzedawać dzieci, u nas nie wolno sprzedawać dzieci, właściwie chyba nigdzie nie wolno ich sprzedawać, więc rynek jest regulowany. A druga sprawa jest taka – pracodawca tłumaczy to tak: przecież to jest uczciwa wymiana, ja daję ci pracę, ty się zgłosiłeś i chcesz pracować, a ty mi dajesz swoje usługi. Kiedyś biznes wymieniał wolność za bezpieczeństwo, dziś uważa się, że wymienia talent za możliwości, czyli jak pracujesz w dużej firmie i masz talent, to możesz się pobawić dużymi klockami. Ale to nie jest do końca taka wymiana, ona tylko jest tak reklamowana, to jest raczej taka wymiana – napada cię ktoś na ulicy, wyciąga pistolet i mówi tak: „pieniądze albo życie”, ty mu dajesz te pieniądze i on mówi tak: „chyba wymiana jest obopólnie korzystna, ty mi dałeś pieniądze, ja ci darowałem życie, wszystko jest w porządku, prawda?” i odchodzi. I to jest bliżej temu, co daje pracodawca.

Praca nigdy nie będzie taka, żebyś się w niej dobrze czuł, możesz sobie ją sam zorganizować, możesz liczyć na szczęście i niestety głównym czynnikiem, który powoduje, że znajdziesz pracę taką, jaką byś chciał, nie tylko jest pewna introspekcja i zastanawianie się, co ty byś chciał robić, ale przede wszystkim to, jakie rynek daje możliwości, jak ty się potrafisz do tego dopasować. Jeżeli chcesz robić gołębie ze styropianu i nikt tego nie chce kupić, to żebyś skisł i czuł, że to jest coś, co przez całe życie chciałeś robić, to po prostu nie będzie z tego hajsu, bo to jest paździerz po prostu, nikt tego nie będzie chciał. My się trochę dostosowujemy do tego, czego chce rynek. Jak zaczynamy wychodzić z tego swojego idealnego pomysłu na życie, którego nawet do końca nie możemy nigdy zweryfikować, czy on jest trafny, to zaczyna nas to kosztować siły, trwanie poza tym miejscem i dlatego praca jest męcząca.

Wracamy trochę do pierwszego punktu – człowiek nie jest cyborgiem, więc życie go męczy, wstajemy rano, jesteśmy najmniej zmęczeni, potem się robi coraz gorzej. Jeszcze do dziewiętnastego wieku po 17:00 człowiek już kładł się spać powoli, prąd był drogi, gaz i świeczki, więc szedł spać, jak się robiło ciemno, ale to był taki moment, że już od siebie za dużo nie wymagał – my sobie wmówiliśmy, że to się da zrobić. To teraz sobie poukładajmy – idziesz do pracy, ona jest najczęściej nie taka, jak byś chciał. Tym bardziej jeszcze dodam na marginesie jedną rzecz związaną z tą pracą i z wyborem, skoro o to zahaczyliśmy, bo to jest ważnym i uważam, że powinno się o tym głośno mówić, że z tym wymarzonym zajęciem w życiu jest trochę jak z tańcem, nie wymyślisz tego, czy ci się to podoba czy nie, nie myślisz tak: „chciałbym jeździć na koniach”, idziesz na konie i to działa. Najczęściej nie – jeździsz na tych koniach i myślisz: „hmm jednak Marek i konik się nie polubili”, wracasz i myślisz: „może co innego bym porobił, może klocki Lego bym poukładał”, robisz to i stwierdzasz, że to jednak nie to, więc pasja to jest coś co się pojawia w efekcie działania, nie można tego wysiedzieć na fotelu, to znaczy, że ty najpierw tańczysz i myślisz: „Boże, co to się dzieje w mojej głowie, chcę to robić zawsze”, albo sklejasz modele, dzieci pytają: „co ty robisz, głupi chyba jesteś, po co ty sklejasz te modele, przecież to i tak nigdzie nie poleci”, a ty mówisz: „spadaj”, dlatego że ty po prostu lubisz to robić i nie wiesz, dlaczego tak się dzieje, ale sklejanie modeli po prostu jara cię niemożebnie i koniec. Nie robisz nikomu krzywdy, kotków nie kopiesz, zwierzątek nie krzywdzisz, będziesz to robił, a być może przy okazji da się coś zarobić.

Jak nie, to będziesz sobie chodził do pracy i po pracy będziesz tymi endorfinami się zalewał. Dlatego my nie możemy ani pracy wymyślić do końca, póki jej nie sprawdzimy, ani hobby wymyślić do końca, to trzeba przeżyć i po fakcie ocenić: „o rany, jakie to jest super!” – nawet nie w trakcie, bo jak się człowiek zastanawia nad tym, jak bardzo jest szczęśliwy, to umysł przechodząc do stanu ewaluacji od razu spłukuje szczęście, jak bardzo jestem szczęśliwy w skali od 0 do 10 – już przestajesz być szczęśliwy w tej sekundzie. Więc my zwykle po czasie jesteśmy w stanie stwierdzić: „patrz, jakie to było ekstra, ja chcę jeszcze raz, to było super”, dlatego namawiamy ludzi do tego, żeby testowali różne rzeczy, żeby próbowali, bo tego się nie da wymyślić. Ludzie mówią: „spróbowałem – jednak nie, tego też spróbowałem – jednak nie, także chyba nic nie”. Ludzie pół życia próbują, tym bardziej, że się człowiek w życiu zmienia.

I to jest trzecie dno twojego pytania – nam się z wiekiem coraz mniej chce pracować. Człowiek, jak się rodzi, na początku dużo śpi, ale potem zaczyna latać, każdy, kto ma dzieci, wie, że młodzi ludzie nie mają za dużego szacunku dla własnego energii ani płynów, dlatego tak chętnie zatrudniają ich korporacje, bo oni będą siedzieć po 12 godzin na dobę, zasuwać, wszystko im jedno, żołądek wszystko zniesie, na Red Bullu z Ibupromem bez problemu można dwa tygodnie przeżyć. I potem im się odechciewa i z wiekiem się orientujemy, że nam się już nie chce, tak pracować. Nawet jak byliśmy prezesami firm, to zakładamy kolejną i w niej już po prostu patrzymy, jak inni pracują, bo nam się nie chce wsadzać rąk we wszystko, zaczynamy tę energię oszczędzać, trochę jak koty – każdy, kto ma koty, wie, że koty są mistrzami w oszczędzaniu energii.

Z wiekiem chce się nam coraz mniej pracować

I dlatego trzeba też patrzeć na to, ile ma się lat, bo dwudziesty-trzydziesty rok życia to jest taki, że można się uczyć, od trzydziestego do czterdziestego wypadałoby już zacząć coś swojego, jeżeli ktoś naprawdę chce być przedsiębiorcą, a potem wypadałoby to zrobić tak, żeby to coraz lepiej jechało samo, czyli nie tylko na moim brandzie i na tym, że ja coś umiem, ale żeby zostało tak skonstruowane, że przeciętna osoba na świecie, nie taki orzeł jak ja, będzie potrafiła ten mój biznes pociągnąć. Będę mógł tam kogoś zatrudnić, będą jakieś procedury, będzie mniej więcej ustalona struktura klientów, będzie ustalona struktura poszukiwań i eksploracji rynkowych, czyli patrzę, co się dzieje na rynku, gdzie ten mój biznes powinien przedryfować, żeby to wszystko działało, bo nam po prostu będzie się coraz mniej chciało i nie zmienimy tego, żebyśmy nie wiem, co brali, jakieś środki, które nie pozostawiają układu nerwowego obojętnym, to w efekcie będzie nam się po prostu coraz mniej chciało, bo ten wiatr za uszami zgaśnie. I to jest kolejna rzecz, którą przykładamy do pracy, więc w efekcie tego wszystkiego wracamy z pracy zmęczeni. I co teraz zrobić?

Pojawia się taki problem, że dom staje się kolejnym miejscem, które trzeba niestety wypracować. Dom jest trochę jak ogródek, napisałem o tym parę słów w Życiologii, jeżeli o niego nie zadbamy, to on się zachwaści, więc nie wracamy do domu po to, żeby się przewrócić i próbować nie umrzeć, tylko trzeba niestety to ogarnąć – trzeba zamieść, schować rzeczy do szafy, jeżeli ktoś jest relatywnie porządny, pozmywać naczynia, zjeść coś wspólnie najlepiej przy wspólnym stole, zadbać o atmosferę, żeby każdy miał poczucie, że trochę do tego domu dorzuca, duży człowiek – duże obowiązki, mały człowiek – małe obowiązki. Dopiero po tym wszystkim możemy się zacząć zastanawiać, czy nam zostało jeszcze sił na coś, co byśmy chcieli zrobić. Gdybyśmy żyli w takim świecie idealnym, to byśmy sobie usiedli i nawet pół godziny dziennie coś porobili. Pół godziny dziennie to nie jest dużo, zwykle nie doceniamy tego, co daje się zrobić w krótkim terminie, jak się pracuje systematycznie, a bardzo przeceniany to, co się da zrobić w długim terminie. Mówi się o tym bardzo elegancko, że spazmatyczny Herkules jest o wiele gorszy, niż pracowita mróweczka. Nie da się zrobić rzeźby, idąc na siłownię raz w miesiącu i robiąc bicepsy przez 11 godzin, więc o wiele lepiej pracuje się nad tym, chodząc codziennie po pół godziny.

Jest taki facet, zapomniałem jego nazwiska, który pokazał, ile czasu potrzeba, żeby być bardzo dobrą osobą, bo żeby być wybitną, to mamy te badania, które zresztą są dość pokrętnie interpretowane, że to jest 10 tysięcy godzin. Ale chrzanić te 10 tysięcy godzin, czy wiesz, ile potrzeba godzin, żeby być dobrym amatorem w czymkolwiek – w grze na gitarze, na saksofonie, nawet w pilotowaniu samolotu?

Po tym, co mówiłeś, domyślam się, że ten czas powinien być rozbity, natomiast ile tego czasu potrzeba, niech się zastanowię, jeżeli poświęcalibyśmy temu 15 minut dziennie i robili to przez rok, to myślę, że będziemy całkiem przyzwoitym amatorem.

Bardzo ci dziękuję za tę estymację. Otóż gdybyśmy poświęcali 20 minut dziennie, to po miesiącu będziemy dobrym amatorem. Szkolenie na pilota trwa 16 godzin, a to jest mniej więcej 20 godzin pracy. Dwadzieścia godzin zrobi z ciebie w każdej praktycznie dziedzinie dobrego amatora. Czy ty umiesz grać na gitarze?

Nie, kiedyś w podstawówce uczyłem się grać na mandolinie.

No to słuchaj, podcast jest nagrywany na koniec listopada, gdybyś dzisiaj usiadł i codziennie grał po pół godziny, to byłbyś w stanie zagrać na gitarze kolędy przy choince. Nie doceniamy tego, że można usiąść nawet na troszkę, ale jeżeli będziesz to robił systematycznie, to się będzie działo. I teraz rodzi się pytanie, jak to robić. Problem polega na tym, żeby każdy po powrocie do domu mógł odpocząć i miał na to pół godziny. Nikt od niego nic nie będzie chciał, on sobie w spokoju rytualnie odwiesza rzeczy do szafy, odkłada buciki, myje ręce, a potem zabiera się za czynności domowe. A potem powinien mieć moment, kiedy się zajmuje sobą. Oczywiście życie jest ciężkie, jak powiedziałem na początku i nie zawsze mamy tę możliwość, ale jednak gdzieś w międzyczasie można ją wywalczyć. Problem polega na tym, że my nie mieszkamy w próżni, a dla klasy średniej, a większość z nas tę klasę reprezentuje, jest bardzo dużo tanich, świetnie spreparowanych rozrywek.

Nie chcę teraz przytaczać historii, bo chyba nie mamy na to nawet czasu. Ale musicie mi uwierzyć na słowo, że media społecznościowe są produkowane między innymi przez profesorów i doktorów ze Stanford University, żeby się nie dało od nich wstać – one są po to robione, dlatego że my na Facebooku jesteśmy jednocześnie klientami i produktem, którym on handluje. Pojawiło się kiedyś pytanie, które zostało skierowane do Kongresu w Stanach, „czy to jest etyczne” i to pytanie zostało podpięte pod jednorękich bandytów z kasyna, bo tam też nad każdą taką maszyną pracuje około 350 inżynierów zachowania, żeby sprawdzić, co zrobić, żeby ludzie od tego nie wstawali, żeby mieli poczucie, że cały czas wygrywają i tak dalej. Więc pojawiło się pytanie, czy to jest etyczne, żeby zbudować urządzenie lub kod sieciowy, czyli aplikacje, które w swoich założeniach ma do końca zdoić z pieniędzy użytkownika. Otóż to jest etyczne, jak się okazało, według Kongresu, więc jesteśmy skazani na Facebooka.

Na Facebooku jesteśmy jednocześnie klientami i produktem

Jeżeli państwo myślicie, że siadacie do Facebooka, Instagrama, bo to lubicie, to jest tak samo, jak z paleniem papierosów, gdy ktoś mówi: ja palę, bo lubię – patrzymy na niego – jasne, palisz, bo lubisz. Tak samo dla prawie wszystkich osób na świecie bycie sławnym na Instagramie jest, jak być bogatym w Monopoly, nic z tego zupełnie nie ma i to jest tylko konsumowanie tego, co inni robią, dlatego to jest kłopot. Dlatego nie wierzę, jak ktoś ma bogatego Instagrama o książkach, a słyszę, że najlepsi Instagramerzy książkowi wrzucają 3 zdjęcia książek dziennie, to jest niemożliwe, żeby oni to czytali, po prostu Instagram jest za dobry w przyciąganiu uwagi w porównaniu do książki, która jest o wiele gorsza – nie robi takiej pętli dopaminowej. Gdybyśmy mieli jakieś zasady użytkowania tego świata cyfrowego, to byłaby szansa, kłopot polega na tym, że jesteśmy zmęczeni i za coś byśmy się zabrali, ale zwykle nasza łódeczka nie płynie wtedy do tego miejsca, tylko nagle zatrzymuje się: „hmm, co robisz ręko?” ręka wpisuje www.facebook.com, „stój, stój, nie rób tego”, ale ona już niestety wcisnęła enter, „no dobra to poscrolluję chwilę” i 3 godziny później w zasadzie trzeba iść się kąpać.

Więc odłączając te osoby, które mają taką motywację artystyczną, że one po prostu muszą to zrobić, choć one też walczą z Facebookiem, bo on jest po prostu za dobry, to w zasadzie trzeba by było sobie założyć, że jeżeli ja pracuję, to pracuję uczciwie, jeżeli odpoczywam, to odpoczywam uczciwie, czyli na przykład śpię albo nic nie robię. Jeżeli ja przychodzę i mówię: „chwilę sobie odpocznę, poscrolluję Fejsa” – to się w ogóle nie liczy, dlatego że dla głowy to jest cały czas eksploatujące zajęcie, cały czas musi czytać, zastanawiać się, jakie są związki przyczynowo-skutkowe i tak dalej, to jest taka aktywna czynność, już lepiej byłoby coś obejrzeć, ale jeszcze ustalić jakąś porę. Tylko znowu wracamy do punktu wyjścia, wiemy wszyscy, że seriale na Netflixie są tak zrobione, że po każdym odcinku jest haczyk do następnego odcinka, no i jak tu przestać oglądać. Ja kiedyś szukałem takiego sposobu, że przestawałem oglądać w połowie odcinka, bo połowa odcinka to jest taki moment, że akcja stopuje i wtedy łatwiej przerwać niż na końcu, no ale skończyło się na tym, że po prostu w ogóle przestałem oglądać, bo wiem, że jak zacznę to koniec. Ale jeżeli jest jakiś dobry serial i chcę go obejrzeć, to czasami robię tak, że mówię: dobra dzisiaj obejrzę wszystko, będę miał spokój i się zabieram do pisania.

Odpowiedź na twoje drugie pytanie: „jak sobie z tym wszystkim poradzić” jest taka, żeby sobie za dużo nie wyobrażać, najbardziej produktywny czas w życiu i tak mamy w piach, on jest w pracy albo w korku, bo to jest rano i przed południem. Jeżeli ktoś nie ma takiej pracy, że idealnie może robić, to co chce, to niestety czekają go takie popłuczynki, ale cała reszta osób w tak zwanym międzyczasie, może znaleźć bardzo dużo możliwości, bo naprawdę wystarczy 20 minut dziennie, żeby napisać pracę na uczelnię, robić bloga, podcasty czy napisać książkę – zresztą niewielu pisarzy w Polsce utrzymuje się z pisania, więc większość to robi po pracy, a jednak dają radę. Raczej trzeba przywrócić należny tron tej pracowitej mróweczce, która nosi co prawda po jednym ziarenku, ale codziennie, w efekcie robi różne spektakularne rzeczy na przykład mrowiska.

Jeżeli chodzi o media społecznościowe, o których mówiłeś, to przypomniał mi się taki napis na murze, który chyba dobrze pasuje do tego rodzaju rozrywek, a który brzmiał: „chodzenie po bagnach wciąga” [śmiech]. Rzeczywiście coś w tym jest, że Facebook jest takim bagnem.

Tam jest pełno takich rzeczy. Gdy dostajesz maila z powiadomieniem pod tytułem „zostałeś oznaczony na zdjęciu”, zwłaszcza jeżeli to jest zdjęcie twojej eks, to winduje twoje emocje pod gwizdek i kto cię przekona na przykład artykułem „Debata na temat stanu euro w Europie”? Połóżmy na szali i już wiadomo – oczywiście, że twoja eks i zdjęcie, na którym nie chciałbyś być oznaczony, potem długo, długo, horyzont i tam gdzieś pod nim majaczy debata na temat stanu europ, nie ma szans, żebyś się za to zabrał. A jak już wejdziesz na Fejsa, to on ma taką strukturę szkatułkową, teraz już nawet lepiej lokuje filmy, które się na nim umieszcza, więc cały czas na nim tkwisz. To jest bardzo trudne zrobić taką aplikację, szanuję geniusz, który za tym stoi, bo Facebook jest po nic, jest miejscem do szwendania się, tam ludzie wchodzą, jak nie mają nic do roboty najczęściej. To nie jest miejsce do szukania czegoś, w Facebooku nic nie znajdziesz, a na pewno nie lepiej niż wszędzie indziej, to jest takie miejsce, żeby sobie czas wytopić, ale my niestety bardzo źle przy tym odpoczywamy.

Jeszcze jedną rzecz powiem, która jest ważną kwestią związaną z dziećmi. Wszystko, co generuje taką pętlę dopaminową, w zasadzie jest już zakazane: heroina, twarde i miękkie narkotyki, alkohol, hazard, pornografia – to jest wszystko to samo, a jednak internet nie jest. Dlatego rodzi się wśród psychologów taka teza, że dzieciom się też powinno tego zakazać, bo dzieci są za słabe, dzieci nie wyjdą same z Internetu, to jest ponad ich możliwości, to nawet dla wielu dorosłych to jest ponad ich możliwości. Kiedy moja córka mówi mi, że ona tam jest, bo tam kontaktuje się ze znajomymi i ogląda różne rzeczy, to na pewno tak jest, bo na podwórku jest dzisiaj mniej dzieci niż kiedyś, zwłaszcza w mieście, ale z drugiej strony, o czym każdy rodzic powinien pamiętać, żadne podwórko nie było zrobione tak, żeby dziecko się na nim zgubiło i nie mogło trafić do domu, a portale społecznościowe są tak zrobione, żeby się nie dało z nich wyjść. Dlatego myślę, że nie powiedzieliśmy jeszcze ostatniego słowa, jeszcze Internet jest medium raczkującym, jeszcze ani jedno pokolenie nie umarło, które się urodziło za czasów Internetu, więc my tak naprawdę nie wiemy, co jest dobrym pomysłem. Wygląda na to, że anonimowość nie była dobrym pomysłem, być może dostęp dla dzieci nie był dobrym pomysłem, to się pewnie będzie jeszcze wielokrotnie zmieniało.

Ostatnio słyszałem takie szacunki, że do 2020 roku ma powstać internet globalny, pytanie czy zrobi to Google, Virgin czy ktoś inny, bo tam jest dużo propozycji i to wpompuje parę miliardów osób na raz do Internetu – to jest taka moc zakupowa, której żaden pieniądz i żaden wielki przedsiębiorca nie zignoruje, dlatego myślę, że jeszcze przez jakiś czas to będzie w naszych prywatnych rękach, żebyśmy się zastanawiali nad tym, w czym chcemy uczestniczyć i w czym nasze dzieci mają uczestniczyć, bo za duży hajs za tym stoi, żeby wszyscy mieli do tego dostęp. A w internecie, jak ogólnie wiadomo, możemy sobie skubać jakieś drobne pieniążki, ale pomimo tego, że mówimy, że to jest takie miejsce dużej dowolności, to największe pieniądze weźmie zawsze na samym końcu trzech czy czterech największych graczy. A gdy ktoś się wychyli, tak jak w przypadku Skype’a czy Instagrama, to zostanie mu złożona propozycja nie do odrzucenia, której on romantycznie może odmówić, mówiąc, że nie potrzebuje tych miliardów dolarów i po prostu go ten moloch zajedzie w ciągu roku albo się nieromantycznie zgodzić i modlić się, żeby tych pieniędzy nie przejadł do końca życia. Teraz kiedy te parę miliardów osób jeszcze zostanie wpompowanych i zaczną robić zakupy, to myślę, że jeszcze przez jakiś czas Kongres Stanów Zjednoczonych i inne rządy będą miały popchane, mówiąc brzydko, po kieszeniach, żeby nie było żadnej takiej ustawy, że dzieciom nie wolno.

Powiedziałeś jedną rzecz, nawiązującą do artykułu, który niedawno czytałem, że ludzie nie wchodzą na Facebooka po to, żeby czegoś szukać. Rzeczywiście widziałem takie zestawienie 10 najpopularniejszych stron internetowych 8 albo 10 lat temu i dzisiaj. Te 8-10 lat temu popularne było Yahoo, Google, inne wyszukiwarki i w tej pierwszej dziesiątce była chyba jedna lub dwie strony rozrywkowe, chyba Reddit, a dzisiaj w tej pierwszej dziesiątce Google jest ciągle numerem jeden, ale jest Facebook, jest Twitter, Reddit i parę innych rzeczy – proporcje zmieniły się w ten sposób, że kiedyś ludzie szli do internetu, żeby znaleźć coś, co ich interesowało, dzisiaj siadają przed Internetem i chłoną to, czym ich się zalewa. To jest taka bezwolność tych konsumentów, którzy siadają i to się na nich zlewa.

Dodajmy, że te informacje są słabej jakości, więc nic z tego nie wynika, ani nie odpoczywasz, ani nic z tego nie pamiętasz, jakbym cię zapytał o top news z zeszłego tygodnia, to pewnie musiałbyś się chwilę zastanowić, a podejrzewam, że parę razy dziennie, żeby nie powiedzieć parędziesiąt, sprawdzasz na smartfonie, co się dzieje na świecie. Po prostu nie jesteśmy w stanie tego przetworzyć. Jeden z psychologów poznawczych powiedział, że to jest taki patent, że my na starym hardwarze, na starym sprzęcie naszego mózgu, próbujemy uruchomić jakieś nowoczesne aplikacje i to wygląda pokrętnie. To jest tak jak oglądanie pornografii – dzieci z tego nie będzie, humor ci się też nie poprawi, bo na końcu ślubu nie ma, więc zupełnie nic z tego nie ma, jest oczywiście hajs za oglądalność, nabijasz kliki i tak dalej. Ale jeżeli ktoś chce być producentem, chciałby na przykład nagrywać podcasty, to musi się do tego zabrać, a najpierw odłączyć od kroplówki, bo to jest ewidentnie ćpanie informacji, ta pętla dopaminowa jest normalnie zdiagnozowanym efektem narkotycznym, jesteśmy uzależnieni od nowych informacji, których jest za dużo.

Dam ci przykład. Weźmy najpierw jakąś skalę, jaki mamy sprzęt w głowie. Skala jest taka: 1000 lat temu to jest czas Mieszka Pierwszego, Dobrawy, w skali ewolucji zakładając, że my lekko licząc tak 250 tysięcy lat, funkcjonujemy mniej więcej jako takie istoty, które ogarniają więcej niż przeciętna ryjówka, to mamy dwieście tysięcy lat ewolucji, a 1000 lat temu był Mieszko Pierwszy, to co się działo przez te 200 tysięcy lat? Nic. Okres między wymyśleniem koła, ognia a mowy to jest od 10 do 15 tysięcy lat – nic się nie działo zupełnie. W dziewiętnastym wieku, więc niedaleko się cofamy, człowiek z prowincji przez całe życie dowiadywał się tyle, ile jest dzisiaj w weekendowym wydaniu dziennika. My w ogóle nie mamy sprzętu do ogarniania tych informacji, ale jednocześnie mamy wybitnie wrażliwy sprzęt na nową informację, która jest po prostu preparowana.

Alain de Botton w swojej książce pisze o newsach, że została znaleziona w naszej głowie taka luka, która powoduje, że zawsze się odwracamy do nowej informacji, bo ona dla naszej głowy jest bardziej jak chleb, a nie jak wino, traktujemy coś nowego, jako bardziej wartościowe. Przez to ignorujemy oczywiście wszystkie zdobycze humanizmu, stoicyzm, odkrycia religii, moralności, etyki, to jest akurat dziedzina życia ludzkiego, która bardzo powoli się starzeje. Jak się czyta na przykład rozprawy Sokratesa, to one są wybitnie aktualne, ludzie płaczą, jak czytają Marka Aureliusza, brakuje tam tylko słowa smartfon – to wszystko ciągle jest prawda, bo my się w ogóle nie zmieniliśmy od tamtego czasu. Natomiast to jest ewidentne trzepanie pieniędzy na nas.

Wiem, bo współpracuję z redakcjami newsowymi, nie dość, że oni nie szukają wartościowych newsów, bo pierwszym grzechem redakcji newsowej jest to, że oni po prostu oglądają newsy z innych redakcji, żeby skopiować to, co tam było, a drugi grzechem jest to, że oni sami produkują newsy. Podam ci prawdziwy przykład. Jakiś czas temu w Warszawie poszła fama, że woda pitna nie spełnia wszędzie wymaganych standardów. Oczywiście to nie jest nic szkodliwego, ale gdzieś tam się odchyliło, wynika to z faktu, że wodociągi dostarczają dobrą wodę, ale w budynku mogą być zardzewiałe rury i ona cały czas płynie dobra, a potem zbiera na sam koniec przed kranem w twoim domu rdzę. I teraz pytanie: jak zrobić z tego newsa? Jak napiszesz „woda chyba nie spełnia standardów, podywagujmy” to nikt tego nie kliknie, więc powstał taki news: „sprawdź, czy twoje dziecko pije truciznę”. No oczywiście sprawdzasz, bo co masz zrobić. Okazuje się, że nie pije, choć w zasadzie nic z tego nie wynika, bo artykuł był pisany na kolanie, a ile możesz w 10 minut wypłodzić genialnych myśli. Jeśli nawet ktoś się pomyli, to następnego dnia pisze sprostowanie i jest pozamiatane. Część osób myli się celowo, bo więcej osób przeczyta fake newsa, który jest pokazany jako wielki dramat, niż potem sprostowanie, które jest najczęściej nudne i przywraca szarość naszej codzienności.

Więc to czytanie jest bez sensu, wiele osób mówi o tym ćpanie pani informacji i to jest bardzo dobre porównanie, bo nic z tego nie ma, nie piszą ich poważne osoby. Człowiek powinien starać się wyszukiwać na internecie te miejsca, jak nie przymierzając, i tutaj znowu będziemy se spijać z dzióbków, twój podcast. Wiesz, że jak tam zainwestujesz 60 minut swojego czasu, czyli 60 grosików swojej najcenniejszych waluty, to istnieje spora szansa, że to będzie czas, który poddasz jakiejś refleksji. Ja bardzo sobie cenię podcasty, to jest jedyne miejsce, gdzie się z ludźmi rozmawia godzinę, a jak idę do telewizji, dostaję pytanie: „proszę powiedzieć, jak rozwiązać problemy Trzeciego Świata, ma pan dwie i pół minuty” [śmiech]. Przecież wiadomo, że to jest trochę filozofia kupy, bez względu na to ile będziesz w tym rzeźbił, to i tak kupa zostanie kupą, bo ile można w 3 minuty ułożyć, nie będzie tam żadnej głębszej treści.

Telewizja i współczesne media nie znoszą odpowiedzi: „to zależy”, a tymczasem każdy z nas na czymś się zna, ty znasz się na podcastach, ja na jakichś innych rzeczach, ludzie, którzy nas słuchają, znają się na swoim biznesie, a odpowiedź na każde pytanie brzmi „to zależy”, jak ktoś się na czymś zna to widzi, że nie ma prostych odpowiedzi, wszystko od siebie zależy. Jak powiesz to w telewizji, to ktoś od razu przełączy program albo zdejmą cię z anteny. Jeśli masz powiedzieć, czy coś jest dobre czy złe i mówisz, że jest dobre, to jest OK, ale nie możesz powiedzieć, że to zależy.

Na przykład mamy filozofię prawicową i lewicową, nie chcę się za bardzo rozdrabniać, ale chcę powiedzieć, że filozofia lewicowa świetnie służy do porządkowania organizacji wewnątrz, a filozofia prawicowa świetnie broni przed przeciwnikami, jeżeli którąkolwiek z nich wykluczysz z organizacji państwa, firmy czy nawet rodziny, to tracisz jedną nóżkę, na której to powinno stać, więc w zasadzie równowaga jest tutaj bardzo korzystna, oczywiście w zależności od sytuacji na świecie. Dlatego organizacjom prawicowym często zależy na tym, żeby mówić, że świat jest niebezpieczny i wszyscy chcą nas napaść, a organizacjom lewicowym, że wszystko jest w porządku i zastanówmy się, co zrobić ze swoimi podatkami, strukturą państwową i tak dalej. Tyle że w telewizji nie lubią takiego głębokiego tłumaczenia, bo to, co ci teraz mówię w skrócie, o tych prawicach i lewicach, mówię już minutę trzydzieści, lekko licząc, to już bym połowę czasu wykorzystał – taka smutna prawda. Chciałbym państwu powiedzieć, żebyście nie czytali byle czego, tylko sobie zrobili jakiegoś newsfeedera albo followowali na Twitterze, to co jest dla was istotne, a nie śmieszne i fajne, słuchali wartościowych podcastów i subowali wartościowe kanały na YouTubie.

Zastanawiam się nad jedną rzeczą, czy to, że jesteśmy bardziej konsumentami i to w dużej mierze nieświadomymi, nie powoduje, że trochę bardziej boimy się różnych rzeczy niż powinniśmy. Zmierzam do tego, że jest znane powiedzenie „organ nieużywany zanika”, jeżeli nie dokonujemy świadomych wyborów i nie próbujemy różnych rzeczy sami, tylko czekamy na to, co algorytm Facebooka dla nas znajdzie, to poniekąd oduczamy się działania. Wśród tych różnych wątków dotyczących nierealizowania celów, pojawił się parę razy wątek strachu, który ludzie mają i ludzie mówili o tym, że boją się delegować zadania, dlatego nie osiągają swoich celów, bo sami nie są w stanie wszystkiego zrobić, ale delegować się boją się, boją się kończyć projekty, które podejmują, boją się również porażki. Zastanawiam się, czy masz jakiś sposób, jakąś podpowiedź, jak sobie z tego rodzaju obawami można poradzić?

W zasadzie mam dwa. Pierwszy sposób to taki, że jeżeli pojawiają się w nas emocje, to trzeba się poważnie nad tym zastanowić. Z jednej strony emocje podpowiadają, że coś jest nie tak, taką emocją jest lęk, agresja, radość. Te emocje podpowiadają, że coś jest nie tak albo że coś jest w porządku. Nie dają natomiast najczęściej odpowiedzi, co z tym zrobić. Trzeba te emocje przyjąć, zobaczyć, że one są i zastanowić się, o co może chodzić, co moja głowa zinterpretowała, jako niebezpieczeństwo czy symptom, że coś jest nie tak. I tu muszę państwa zmartwić, bo większość z tych sygnałów to są sygnały nieprawdziwe. Pomimo naszego wybitnego hołubienia emocji, marketingowcy je uwielbiają, bo większość naszych zakupów to są zakupy emocjonalne – „nie przyda mi się, nie do końca mi się podoba, ale czuję, że to tak do mnie mówi” albo „wszedłem i ta maskotka tak na mnie spojrzała, nie ważne, że mam 47 lat, ale se kupię, bo przypomina mi mojego misia z młodości”. Te przykłady można by mnożyć, ale w biznesie nie mamy za dużo dowodów na to, że emocje są super, zwłaszcza takie silne, bo oczywiście na samym końcu zawsze będziemy bazowali na emocjach.

Gdybyśmy byli mieli taką sytuację jak w wierszyku, że osiołkowi w żłoby dano, a nie mielibyśmy emocji, czyli po jednej stronie w takiej samej odległości mielibyśmy michę z jedzeniem i po drugiej stronie w takiej samej odległości też mielibyśmy michę z jedzeniem, i nie mielibyśmy w sobie żadnych emocji, to byśmy umarli z głodu, dlatego że racjonalnie nie da się podjąć decyzji, z której miski skorzystać. Teraz nie wolno tak pracować, ale kiedyś robiło się tak, że dawano ludziom z upośledzonym układem limbicznym dwa kolory flamastrów, a oni nie mogli się zdecydować, którym flamastrem podpisać się na kartce, autentycznie tak się dzieje. My i tak z tych emocji zjedziemy, ale jak one są za bardzo rozbuchane, to one nas wiozą. Z rozumem i z emocją jest tak jak ze słoniem z mrówką – mrówka to rozum, a emocje to słoń – mrówka jedzie na tym słoniu i może nim kierować, ale póki słoń nie jest głodny, przestraszony, nie chce mu się bzykać, nie jest śpiący, jak coś mu zakłóci spokój, to jest pozamiatane, ona z może ciągnąć lejcami, a ten słoń i tak ją powiezie.

Mamy na to masę przykładów na przykład w negocjacjach. Robi się takie badanie, w którym ludzie mają się wczuć w osobę, której mają pomóc, a z drugiej strony mają sobie wypisać na kartce sytuację, w jakiej ona się znajduje. I ten drugi patent negocjacyjny bije na głowę ten pierwszy – żadne wczuwanie się nic nie daje. Takie wczuwanie się to jest dla mnie jak klikanie „polub post schroniska na Facebooku” – a kliknięcie lajka dla schroniska na Facebooku zmniejsza prawdopodobieństwo, że wpłacisz na to pieniądze, dlatego że czujesz, że już pomogłeś. Te psy czy koty się nie najedzą od tych lajków w żaden sposób, ale ja już swoje zrobiłem, bo już to polajkowałem, a może nawet udostępniłem. To pokazuje taką fikcję funkcjonowania Facebooka – bez względu na to, co zrobisz to i tak na samym końcu zarobi Facebook, a ty niekoniecznie. To jest trochę jak bycie maklerem na giełdzie albo w finansach, masz pięciu klientów, rozstrzelisz ich inwestycje, trzech zarobi, dwóch nie, ale ty zawsze.

Więc ten lęk jest dobrym pomysłem, ale emocje najczęściej chcą, żeby już był koniec, dlatego my się z nimi za bardzo nie wiążemy, czekamy wręcz, aż one osłabną i wtedy dopiero próbujemy podjąć decyzję. Ta decyzja, gdy te emocje są silne, będzie o wiele gorsza. I teraz co z tym zrobić? Otóż proponuję wyobrażać sobie w takich sytuacjach, gdy się boimy, że coś się stanie, że jednak biznes jest procesem, a nie eventem. Zastanawiamy się, do czego różne rzeczy doprowadzą, to nie jest tak, że my płyniemy na łódce i jest super, jesteśmy raczej królikiem na autostradzie i jeżeli całe życie zamierzamy się modlić, żeby te dwa światełka przed nami to były dwa motocykle, to wystarczy, że się raz pomylimy i to dla wielu osób tak się kończy. Raczej powinniśmy wybiegać z myślą, nie tylko wyobrażając sobie, co się stanie, jak coś zrobimy, ale popełnimy błąd, ale musimy się również zastanawiać, co się stanie, jak nic nie zrobimy. Jeżeli mam pracowników, to powinienem im delegować zadania, bo chciałbym na przykład móc być chory albo przestać być niezastąpionym. To w ogóle jest pomyłka, żeby być niezastąpionym w biznesie, od razu trzeba szukać swojego następcy, bo znalezienie następcy jest trudne – pierwszy może nie zadziałać. Muszę się zastanowić nad tym, do tego zmierzam i to podkreślam wężykiem, że warto się zastanowić, co się stanie, jak ja nic nie zrobię, jakimi kosztami jest obarczone zachowanie status quo, do czego doprowadzi finalnie to, jeżeli tylko ja będę umiał zrobić wszystko w firmie. Jeżeli będę mieć jakiś inny pomysł, to go nie będę mógł zrealizować, bo nie będę miał kiedy.

Wybiegaj myślami do przodu, zastanów się, co się stanie, jak nic nie zrobisz

Kiedyś pracowałem, to był taki barwny epizod w moim życiu, z właścicielami budek warzywnych. Teraz wyrzeźbmy taką historię: masz budkę warzywną, w której sprzedajesz i masz 100 zł utargu dziennie, więc jeżeli weźmiesz sobie te 100 zł utargu za sprzedaż w tej budce, to ile możesz budek otworzyć? Niestety cały czas tylko jedną, nie wyskalujesz tego biznesu w żaden sposób, bo w więcej niż w jednej budce nie postoisz. Wiem, że w Afryce tak jest taki model biznesowy, że się ma 2 sklepy obok siebie, bo tam tak rzadko wchodzą ludzie, że po prostu stoisz przed sklepem i do którego wchodzą klienci, to tam zaglądasz, jak w tym czasie są w drugim, to ty mówisz, żeby poczekali chwilę, ale w Polsce to się chyba nie sprawdza. Doba nie jest jak balonik, doba jest jak słoik – nie zmieścisz tam masy rzeczy. W związku z tym, jeżeli oddałbym komuś 50 czy nawet 70 złotych za sprzedaż w tej budce, a wziął sobie resztę, to mogę już od tego momentu otworzyć tyle budek, ile tylko rynek jest w stanie wchłonąć. To mnie nie ogranicza, bo mnie po prostu nie ma w tym budkach, bywam tam tylko, żeby skontrolować i nauczyć ludzi, co mają robić.

Delegowanie do tego zmierza, między innymi, że ja na początku poświęcam osobie dużo czasu w jakiś ustrukturalizowany sposób, są na to modele, na przykład ewolucyjny model Herseya i Blancharda, które bardzo dobrze uczą delegowania, pokazują co, w którym etapie robić, ale efekt jest taki, że ja na początku poświęcam dużo czasu, a potem bardzo mało i dlatego myślę o tym, że w biznesie można mieć ciastko i zjeść ciastko, ale nie w tym samym momencie. Ja szukam tego sposobu jak doprowadzić tego miejsca, w którym ja bym chciał być, oczywiście rynek pięć razy po drodze może fiknąć, mogą się zdarzyć różne rzeczy, ale struktura mojego działania jest zawsze ta sama, ona nie może wisieć tylko na mnie, dlatego że ja będę zawsze wąskim gardłem całego projektu – moja choroba, że żona się na mnie obrazi i będę musiał niestety odnowić reputację, więc dwa razy pójdziemy na kolację i to już mi zeżre trochę czasu i tak dalej.

Często się mówi o tym, że jeżeli nas taki lęk przed działaniem trafia, to żeby bardzo poważnie zastanowić się nad tym, jakie są koszty zaniechania, albo jak mawia Tim Ferris, można się jeszcze zastanowić nad tym, jak sobie wyliczyć albo wypisać profit z tego, że tylko częściowo odniosę sukces, albo profit z tego, że po prostu spróbowałem, to się nazywa po angielsku feedback loop, a oznacza, że coś robię, ewoluuję, oceniam, jaki jest tego efekt, dlaczego to nie zadziałało. Ludzie, którzy do czegoś dochodzą, po prostu próbują na ślepo, to jest znowu wątek na kolejny podcast, że my raczej jesteśmy w biznesie na etapie takiego myślenia „próbuj i popełniaj błędy” czyli trial and error, jak mówią Brytyjczycy, albo bullets before cannonballs czyli kule pistoletowe przed kulami armatnimi. Nie budujemy Titaniców przez 2 lata, które potem zaczynają tonąć, a my w nie pompujemy pieniądze, żeby tonęły dłużej, tylko robimy małą łódeczkę, a jak ona popłynie, to robimy 50 małych łódeczek, żeby to zadziałało. To nam daje szansę codziennie szukać nowych rzeczy.

Ostatnio słuchałem u ciebie rozmowy z panem Osmanem, jest masa takich książek, które między innymi on sprzedaje, a które mówią o tym, skąd brać nowe pomysły, jak ich szukać, bo człowiek codziennie nie jest kreatywny, bywa kreatywny sporadycznie, a jeszcze niewiele z tych pomysłów w ogóle się sprawdza, ale jeżeli masz jakieś stałe miejsce, które cię napełnia nowym inspiracjami, to po prostu, mówiąc brzydko, ciągniesz, ile wlezie z cudzych pomysłów. Patrzysz na Instagrama, mierzysz, nie zażarło, bach do kubła, robisz live’y, zażarło, zostawiasz live’y, to powinna być taka mała próba, szybko oceniana, ponieważ na internecie wszystko da się pomierzyć, więc możesz od razu swoją aktywność sprawdzić w różny sposób i to daje lepszy efekt. Więc jak ktoś się przez 3 miesiące zastanawia, czy coś zrobić czy nie, to ma pozamiatane, jego wniosek może być na nieprawdziwych przesłankach. Raczej proponuje się, żeby znaleźć coś malutkiego, na próbę wpuścić i zobaczyć co się dzieje, ale przede wszystkim zastanawiać się nad tym, i to jest być może taki elegancki powrót do twojego pierwszego pytania, co ja bym chciał robić.

Teraz weźmy taki przykład kogoś, kto chce robić podcasty. Jeżeli chcesz robić podcasty, kręci cię to, że spotykasz się z ludźmi, że z nimi rozmawiasz, że przygotowujesz pytania, że zastanawiasz się, jak oni myślą i to jest najfajniejsze w tym wszystkim, to być może warto znaleźć kogoś, kto chciał zawsze robić rewelacyjne audycje i nie nagrywać tego samemu, nie montować tego samemu, tylko znaleźć takiego freaka, którego nic tak nie wkręca, jak nacieranie się świeżym plikiem dźwiękowym [śmiech] i to razem robić.

Ja wydaję książki, jestem takim autowydawcą, selfpublisherem, współpracuję z Piotrkiem Wyskokiem, który jest po ASP i on uwielbia robić książki, nie pisze książek, ale ma zawsze jakieś takie marzenie, jak to powinno wyglądać, z nim w ogóle nie ma dyskusji, jest artystą i tak ma być. Ja zresztą do niego mówię: ja sobie napiszę tak, jak ja bym chciał, a ty ją zrób tak, jakbyś chciał. Pracuję też z Krzyśkiem, który szuka drukarni, współpracujemy z taką drukarnią, która funkcjonuje przy muzeum druku i dla nich proces drukowania jest świętym procesem. I mamy takie 3 osoby, które normalnie biorą udział w tym procesie, jeszcze będzie czwarta, które całe życie chciały coś robić i pracują nawet w tej branży, ale ta branża robi to taśmowo, a one chciały zrobić to po swojemu i mają taką wizję, jakby to zrobić. Więc szukasz takich osób, a nie: może bym tak chciał wydać książki, no to usiądę i nauczę się, jak się rysuje, a także jak się składa – nie, bo ja chcę pisać książki. I to, że istnieje takie mikrowydawnictwo, które prowadzę, jest tylko efektem ubocznym tego, że to jest jedyny sposób, żebym ja wydał tę książkę tak, jak ja bym chciał, żeby to robiły osoby z pasją, żeby ona była drukowana z pasją, żeby ona wyglądała ekstra.

Ktoś może mi powiedzieć: „hej, a może byś robił swoje media społecznościowe, w jakiś super sposób”, więc ja sobie myślę tak, że do pewnego poziomu mogę robić swoje media społecznościowe, mogę feedować sociale zdjęciami, jakimiś innymi rzeczami, ale jeżeli to ma wszystko wyglądać super hiper, to na pewno poszukałbym kogoś, kto lubi i chce to robić, bo ja chcę pisać książki i cały czas, co miesiąc, co dwa, ja się zastanawiam, czy nie zszedłem z tej drogi, czy nie mam takiego ADHD: „Hmm Instagram, o teraz będę na Instagramie, za ile by tu wypromować post? Jak inni promują posty? Posłucham podcastów o promowaniu na Instagramie” – to już jest ten czas, w którym ja nie robię tego, co najbardziej lubię, czyli jest to pomysł na czwórkę z plusem, czyli nie, do pewnego poziomu tak, ale jednak cały czas się klepię, żebym wrócić w to miejsce, na którym mi zależy.

No i to jest odpowiedź na to pytanie, może trochę pokrętna, jak małymi krokami ten swój strach przed przekręcać i moim zdaniem najskuteczniejszym sposobem jest analiza, ale nie taka, że leżę i dłubię w nosie, tylko żeby wypisać na kartce, bo to wtedy ma siłę rażenia – napisać i zobaczyć, co się wytworzyło. Często człowiek, póki czegoś nie powie albo nie napisze, to w ogóle nie wie, co myśli, dlatego właśnie taki terapeutyczny efekt mają rozmowy z przyjaciółmi. Trzeba wypisać, jaki jest koszt tego, że ja nic nie zrobię, młodszy nie będę, więcej czasu nie będzie prawdopodobnie i tak dalej, i jakie są profity z tego, że tylko spróbuję albo z tego, że chociaż trochę mi się uda, trochę mi wyjdzie. To są bardzo potężne narzędzie na emocje.

Często człowiek, póki czegoś nie powie albo nie napisze, to nie wie, co myśli

Mówiłeś o tym, że dobrym sposobem na to, żeby pozbyć się strachu, jest wyobrażenie sobie skutków zaniechania i tutaj przyszła mi do głowy taka sytuacja szkoleniowa – rozmawiam czasami z właścicielami firm, którzy mają wątpliwości czy szkolić swoich pracowników, bo mówią: „no dobra, jest w branży duża rotacja, co będzie, jak ja zainwestuję, wyszkolę tych pracowników i oni odejdą”, na co odpowiedź, którą pewnie znasz, brzmi: „a co będzie, jeżeli pan ich nie wyszkoli, a oni zostaną”. Myślę, że to jest dobry przykład, jak taka zmiana sposobu myślenia może zadziałać. Zastanawiam się jeszcze nad taką rzeczą, bo strach to jest jedna sprawa, a druga to odkładanie na później i znamy to wszyscy, Zwykle pod koniec kwietnia media pokazują długie kolejki do urzędów skarbowych, teraz może to się trochę zmienia, bo już można wysyłać PIT-y przez Internet, ale mamy coś takiego w sobie, że odkładamy na później. Ja, jako wydawca czasopisma, też marzyłbym o tym, żeby teksty do numeru powstawały równomiernie w ciągu całego roku, a nie było takich pików przed zamknięciem numeru, kiedy nagle to wszystko spływa, ale nie da się, według mojego dotychczasowego doświadczenia, przekonać ludzi, żeby wykonali pewną pracę wcześniej, niż oni muszą to wykonać. Część osób tak ma, że robią te projekty tak falami, to znaczy wtedy, kiedy mam wenę albo termin mnie goni, to siadam, niedojadam, niedosypiam, ale pracuję bardzo intensywnie i wypuszczam z siebie ten produkt, jakikolwiek on by nie był, a później mam takie okresy dłuższego odpoczynku, kiedy w zasadzie nie robię nic. Czy to jest w ogóle dobre, żeby tak pracować?

Nie wiem. Jest to moja ulubiona odpowiedź na pytania trudne. Możemy pogrzebać w tym i zobaczyć, co się stanie. Pierwsza sprawa jest taka, że rzeczywiście ludzie lubią zostawiać niektóre rzeczy na koniec i nie możemy tego oceniać, że to jest złe. Nie wiem, czy wiesz, że dzień wyborów jest taki dniem, w którym jest o wiele większa szansa na to, że umrzesz, niż przed i po, ale w tym dniu wyborów jest taka godzina, w której jest największa szansa, że umrzesz. Wiesz, która to jest godzina?

Ostatnia godzina przed zamknięciem lokali wyborczych?

Właśnie tak, bo wtedy najwięcej osób jedzie, żeby zagłosować i wtedy się dzieją straszne rzeczy na ulicach. I te statystyki, jak się weźmie te 3 dni pod rząd: przed wyborami, w dniu wyborów i po nich, pokazują, że ta godzina to jest jakiś dramat, najlepiej w ogóle z domu nie wychodzić, bo ktoś cię może rozjechać, nie musisz wcale jechać do punktu wyborczego. Ale to pokazuje, że mamy taką tendencję do trzymania do końca. To się dzieje z paru powodów. Pierwszym powodem jest to, że ludziom się nie chce i czekają, aż strach się z nich uleje, czyli jak się mało boję, to nie robię, potem zbliża się termin, zaczynam bać się średnio i to jest ciągle za mało, żebym wstał z łóżka, bo wiem, że ja wstaję i zabieram się za to dopiero jak mam gwóźdź w tyłku, a potem się robi taki moment, że już jest naprawdę panika i wtedy ten strach bardzo silnie kierunkuje moje działanie.

Drugi powód jest taki, że jak wiesz, co masz zrobić: prezentację, projekt, pytanie do podcastu – cokolwiek, to od momentu, gdy pomysł się pojawił w twojej głowie, to twoja głowa zaczyna nad tym pracować. Z badań wiemy o tym, że jak damy ludziom jakieś wielopłaszczyznowe, matrycowe zadanie, a potem ich czymś zajmiemy, na przykład zadaniami matematycznymi, to wynik, jaki uzyskują – jest lepszy, niż gdyby im nie dać tego czasu. Mamy dowody na to, żeby uważać, że nasz umysł cały czas nad tym pracuje, na swoim nieświadomym poziomie, ale nie na tym Freudowskim, gdzie masz zaburzone relacje z ojcem, tylko na takim normalnym. Większość działań naszego umysłu to procesy nieświadome, tak jak większość działań nerki to procesy nieświadome – to, że nie wiemy, co się dzieje w nerce, to nie znaczy, że ona nic nie robi – tak samo jest w głowie, nie mamy do tego dostępu, ale to się dzieje. Rzeczywiście jest tak, że, jak „wypluwamy” wynik działania, to on jest lepszy.

Wychodziłoby na to, że jeżeli masz szansę coś odłożyć, to powinieneś to zrobić, nawet burza mózgów tak wygląda. Burza mózgów w swojej współczesnej formie wygląda żenująco, bo każdy rzuca jakiś pomysł i najczęściej realizujemy pierwszy dobry, który padł, a cała reszta się cieszy, że ktoś inny będzie za to odpowiedzialny. Normalnie burza mózgów wygląda tak, że ludzie najpierw się spotykają, każdy mówi, jaki ma pomysł, potem jest długa przerwa, może to być pół dnia, dzień, najlepiej jakby w międzyczasie był czas na sen, potem znowu wszyscy się spotykają, każdy pisze na kartce, jaki ma pomysł i czyta go z kartki – dopiero wtedy wybiera się dobry pomysł, bo ludzie nie sugerują się swoimi pomysłami. Wszędzie w procesie kreatywnym, jest taki moment, który nazywa się exploration and exploitation. Exploration jest wtedy, kiedy nabierasz wiedzę dobrej jakości. Exploitation – kiedy tę wiedzę przestajesz nabierać, a twój umysł z nudów zaczyna nią żonglować – szuka połączeń, które do tej pory się nie pojawiły.

Większość działań naszego umysłu to procesy nieświadome

Wiele osób myśli, że byle jaka wiedza spowoduje jakieś wyjątkowe rzeczy – nie ma tak. Wszystko, co jesteśmy w stanie „wypluć” ze swojej głowy, musi tam wcześniej być. Jeżeli mamy byle jakie informacje, byle jaką wiedzę, to będziemy mieli byle jakie pomysły. Kuchenka mikrofalowa powstała w efekcie pracy nad sonarem, nie można jej było wymyślić w XV wieku – mógł to wymyślić facet, który rozumie działanie sonaru, próbował wzmocnić jego fale i w efekcie stopił mu się batonika, który miał w kieszeni. Czyli on miał informacje, a ten batonik przywiódł mu pomysł. Podobnie z Einsteinem – wpadł na trop teorii względności, kiedy zastanawiał się, jakby to było dosiąść cząsteczki światła, my wiemy, jakby to było – to byłoby zajebiste, ale nie wiem, czy ta odpowiedź nas przybliża do wymyślenia teorii względności, bo poza ogólnymi sformułowaniami nie mamy nic w głowie, jeśli chodzi o fizykę kwantową. Einstein miał, więc jemu te pytania produkowały wysokiej jakości pomysły, dlatego warto, żebyśmy wchłaniali rzeczy wysokiej jakości – to jest eksploracja – i potem, żebyśmy mieli czas, kiedy nic nie robimy, dlatego, że umysł jest jak pralka, on może zacząć mielić, jak ją zamkniesz. Kiedy idziesz do kina, wyłączasz się, ograniczasz pobór danych – muza cały czas do nas mówi, ale mówi bardzo cicho – wtedy masz szansę ją wysłuchać, jednak musi to zbudować na podstawie czegoś. Ten czas, kiedy nic nie robimy, nie jest tak literalnie czasem, kiedy nic nie robimy.

Teraz pojawia się podpunkt trzeci do twojego jakże głębokiego pytania – nazywa się to „samoutrudnianie”. Profesor Łukaszewski zdefiniował kiedyś taki problem natury akademickiej – przed sesją rośnie aktywność seksualna studentów. Pytanie, skąd się ta aktywność seksualna wzięła? Profesor Łukaszewski namierzył, że studenci zaczynają się spotykać, bo myślą, że się pouczą – ale niestety kończy się to inaczej, zaczynają to sobie utrudniać, bo na przykład bzykają się z koleżankami czy kolegami, nie dosypiają, piją alkohol poprzedniego dnia, albo biorą środki uspokajające, bo tak ich ta sesja denerwuje. Teraz wyobraź sobie trzy opcje, pierwsza – uczciwie się uczyłeś, druga – nie uczyłeś się wcale, w rezultacie: uczyłeś się i dostałeś dobrą ocenę – myślisz „ok, uczyłem się, jestem w porządku”, ale teraz tak: uczciwie się uczyłeś i dostałeś złą ocenę – co teraz myślisz o sobie? „Jestem do niczego, a mój profesor to debil”. Masz też drugą wersję: nie uczyłeś się i dostałeś złą ocenę – i co myślisz?

Zasłużyłem, tego się spodziewałem.

Tak. A kiedy nie uczyłeś się, a dostałeś dobrą ocenę?

Jest super!

Dokładnie. W zasadzie najbardziej z tego wszystkiego opyla się nie uczyć, bo wtedy zawsze jesteś uratowany – jak dostaniesz dobrą ocenę, jest super, a jak dostaniesz złą, to przynajmniej myślisz: „świat jest uczciwy, o rany”. Uczciwe uczenie się jest jednak obarczone ryzykiem rozpaczliwej walki o samoocenę. Ten motyw został nazwany „samoutrudnianiem” – to powoduje, że często zostawiamy rzeczy na koniec, bo jeśli zadanie nam nie wyjdzie, to powiemy sobie: „nic dziwnego, że mi nie wyszło, bo w ostatniej chwili do tego usiadłem, gdyż wcześniej nie miałem czasu”. To oczywiście nie powoduje, że dokonujemy progresu w biznesie, że mamy pomysły, które są wyjątkowe i tak dalej, ale bardzo dobrze ratuje samoocenę.

Gdzie znaleźć złoty środek między prekrastynacją, czyli robieniem rzeczy zawczasu, a prokrastynacją, czyli odkładaniem do ostatniej chwili, do momentu, kiedy jest już za późno? Jak pokazują badania, złoty środek jest gdzieś w środku. Z jednej strony efekt nie jest wyjątkowy, kiedy zabierzemy się do tego od razu, chyba że mamy wenę i od razu wiemy jak to zrobić – pamiętajmy, że efekt iluminacji składa się z dwóch części – z pomysłu i z przekonania, że to jest dobry pomysł i to musi tak wyglądać – te dwie rzeczy czasem nie chodzą ze sobą w parze, zwłaszcza gdy ktoś ma silnego wewnętrznego krytyka, wtedy pomaga pięćdziesiątka wódki – wtedy krytyk trochę się osłabia, tylko trzeba przestać na tej pięćdziesiątce, a to jest trudne. Albo ludzie wpadają na dobre pomysły wieczorem, bo wtedy też wewnętrzny krytyk jest zmęczony.

À propos lęku wewnętrznego – boimy się, że coś zrobimy i to będzie złe – nikt nie pamięta ludzi za złe pomysły. Edison, Jobs mieli masę złych pomysłów, wszyscy przedsiębiorcy mają złe pomysły, ale pamiętamy ich za te najlepsze. Żeby powstało dzieło sztuki jak Picassa, Mozarta to trzeba zrobić parę tysięcy kompozycji, parę tysięcy obrazów. Nie wiem, ile znasz obrazów Pabla Picassa, ale domyślam się, że jako przeciętny człowiek znasz jeden albo dwa – a przecież namalował parę tysięcy obrazów.

Nie zdajemy sobie sprawy z tego, że jak coś nam nie wyjdzie – to naprawdę nie szkodzi. Aborygeni mówią, że natchnienie przychodzi w trakcie pracy, dopiero jak coś robimy, to nabieramy pomysłu, jak to powinno wyglądać. Wysyłając mi pytania do podcastu, napisałeś, że wiele się może podczas rozmowy zmienić, bo będziemy rozmawiać, nie będziesz udawać, że mnie słuchasz. To pokazuje, że nie jest za dobrze robić wszystko zawczasu – ale nie jest też dobrze robić wszystko na końcu – musimy mieć moment, kiedy nasz umysł nie jest tym zajęty i robimy coś innego. Jak nie robić tego na ostatnią chwilę? Wszystkiego tak nie ogarniemy – nie jesteśmy doskonali. Robert Kiyosaki mówi tak: „jeżeli możesz zrobić coś jutro – zrób to jutro albo jeżeli zastanawiasz się, czy zrobić coś dzisiaj, czy jutro – to też zrób to jutro, przyjdzie taki dzień, gdy nie będziesz się zastanawiać, czy to zrobić dzisiaj, tylko będziesz wiedział, że po prostu musisz to zrobić”. Ta filozofia jest poniekąd niezła.

Natchnienie przychodzi w trakcie pracy

Znam paru hardcorowych migrenowców, którzy mówią tak: „nie zostawiam nigdy na ostatni dzień, bo jak ostatniego dnia będzie mnie łeb bolał, to już na pewno nie dam rady” i nauczyli się, żeby to robić wcześniej. Znam też parę takich osób, które zostawiają sobie cały dzień wolny i wiedzą, że to wtedy będzie ten moment, bo nikogo nie będzie w domu, zrobią sobie herbatę, zaaranżują otoczenie tak, żeby im sprzyjało, usiądą sobie i będą rzeźbić. Przez cały wcześniejszy czas, po prostu wyłapują informacje. Myślę, że tak dzieje się też w twojej głowie – masz nagrać podcast, na przykład o finansach, albo, tak jak ze mną, o efektywności – to oprócz tego, że masz go nagrać i myślisz o pytaniach, to też pytasz ludzi, o co by zapytali, oglądając wiadomości, wyłapujesz powiązane wątki – twój umysł cały czas nad tym pracuje. Czasami masz taki moment – teraz to zrobię, teraz to napiszę, bo teraz mam pomysł, a później już zapomnę, później będę musiał myśleć od zera i nie wiadomo, czy wpadnę na takie dobre pomysły.

Jestem raczej zdania, że jeśli czujesz, że możesz zrobić coś zajebistego, że to ma swój moment i to w tobie wykwitnie, to czujesz, że dobrze jest to zrobić teraz. Oczywiście, na drugiej szali jest proza życia – dziecko albo kot wymiotuje, trzeba gdzieś wyjść, dzwoni teściowa, żeby ją podwieźć – takie jest życie. Uzyskujemy ponadprzeciętne efekty, nie dlatego, że życie się nam podłożyło – tylko jesteśmy wyjątkowymi osobami pomimo tego, że życie jest ciężkie – ono nie będzie łatwe, ono po prostu takie jest. Wszyscy tacy jak Justyna Kowalczyk, jak ty, jak youtuberzy, jak wspomniany Michał Szafrański – oni nie robią tego, dlatego że leżą, jarają i myślą, co by tu porobić – oni mają masę rzeczy do ogarnięcia, mają też rodziny, ale to wszystko jest poupychane, więc jak cała reszta mówi, że musiała myć kibel albo pójść po ziemniaki i dlatego nie mogła zrobić – to jest wymówka.

Wracamy do wątku mróweczki, która ma już jakieś szablony postępowania, ale mimo to, łapie moment, kiedy czuje, że to będzie zajebiste albo czuje, że już trzeba zacząć, bo inaczej nie zdąży – normalny człowiek potrzebuje cztery godziny, ja to zrobię w godzinę, a zostało mi 15 minut, więc już chyba pora zacząć [śmiech]. Nie wszystko musimy robić idealnie, nie da się w życiu mieć ze wszystkiego szóstek – ale wypada mieć tę jedną rzecz, którą, robimy naprawdę zajebiście – żeby nikt nie mógł nam zarzucić, że mamy wszystko średniaste. Jest taki dowcip o księżniczce: wchodzi hrabia do salonu i mówi, że księżniczka pięknie gra na klawesynie, a ona na to: „a tak sobie popierdalam”, a on na to: „a jak księżniczka brzydko mówi!” – „ale jak ładnie gram” [śmiech] i to jest taki wątek. Ktoś ci może powiedzieć, że źle montujesz, źle robisz coś innego – ale jakie pytania mam fajne! Jest jedna taka rzecz, której będziemy pilnować, to będzie takie godło, taki symbol, że w tym jesteśmy nieprzeciętni – nikt nam tego nie zabierze.

Nie wszystko musimy robić idealnie, nie da się w życiu mieć ze wszystkiego szóstek

No więc, mam kolejne pytanie, które chyba znowu jest tematem na cały podcast, ale pomyślałem, że już w miarę jesteśmy w stanie, po pierwsze mieć więcej wyrozumiałości wobec siebie i pogodzić się z tym, że nie jesteśmy doskonali, po drugie jesteśmy w stanie, myśląc w ten sposób, trochę lepiej pewne rzeczy sobie w życiu ułożyć, żeby te cele, z jednej strony osiągać, z drugiej strony nie robić sobie niepotrzebnie wyrzutów, że ich nie osiągamy tak, jakby się nam marzyło. Jest sytuacja taka, że prowadzę firmę, zatrudniam ludzi i poza tym, że muszę zarządzać sobą, muszę zarządzać tymi ludźmi i tutaj jest trzy miliardy wątków, które można by poruszyć, ale chciałbym cię zapytać o dwa. Pierwsza sprawa jest taka: do jakiego stopnia powinienem ingerować w czas pracy moich ludzi i planować im wykonywanie zadań, a na ile mogę im to zostawić, a rozliczać tylko za efekty, a druga sprawa: jak zapanować nad tym, żeby mi nie przeszkadzali, bo jeżeli jestem ich zwierzchnikiem – powinienem im pomóc osiągać cele, bo to nie są ich cele prywatne, ale całej firmy – oni czasem potrzebują mojego wsparcia. Chciałbym i powinienem to wsparcie dać – ale tym sposobem jak będą przychodzić, zawracać mi głowę, to ja swoich celów nie osiągnę, które jednak są dosyć istotne.

Prawda. To pytanie zresztą dotyczy nie tylko współpracowników, ale w ogóle świata. Każdy chce realizować jakąś swoją agendę, twórcy Facebooka chcą, twoja rodzina chce, ty chcesz – dlatego bez względu na to, jaki plan dnia i program pracy sobie ustalisz, to od razu możesz założyć, że będziesz musiał tego bronić. Ale nie w taki sposób, że: „wszyscy się odwalcie, bo teraz mistrz będzie tworzył”, tylko w takim sensie, żeby też słuchać. To nie może być tak, że ciągle coś robisz i nie masz czasu, żeby po te ziemniaki pójść, czy z dzieckiem porozmawiać, tylko to musi być w jakiejś równowadze. Niemniej jednak trzeba oddzielać te ziarna od plew. Dodam na marginesie, że według badań, osoby, które oceniają swoje życie jako takie, nad którym mają większą kontrolę, to są osoby, które częściej pytają innych o zdanie. Krótko mówiąc, nauczenie się jak pytać innych o zdanie i co z tym potem robić, jest jednym z najfajniejszych pomysłów i umiejętności, jakie można mieć. Robimy swoje, jesteśmy czujni na to, co mówi otoczenie, ale jednocześnie wyznaczamy granicę: „nie, już to zrobiłem”, „teraz już nie”, „to nie jest takie ważne”, „teraz robię coś innego”.

To jest odpowiedź ogólna – a teraz będzie odpowiedź bardzo precyzyjna. Ingerowanie w pracę pracowników, zależy od tego, jaką firmę robisz. Jeżeli zatrudniasz pracowników, którzy nic nie umieją i są młodzi, to prawdopodobnie skończy się to na mcdonaldyzacji tej części twojej firmy. W McDonaldzie wszystko jest proste – jak wskazówka jest na czerwonym, wyciągasz frytki – jak nie jest, to nie wyciągasz, jak wkładasz burgera i wskazówka będzie tu – to go wyciągasz, jak nie jest, to go nie wyjmujesz, jak tutaj coś leży – to sprzątasz, jak nie leży, to bałaganisz – wszystko jest napisane. Ten black book McDonaldowy, jest wyraźnie napisany. I tak na początku robimy – ludzie zanim będą grali etiudy, muszą się nauczyć grać gamy i pasaże. Jeżeli masz wielu pracowników, którzy mają dużo chęci, dużo możliwości, ale nie mają umiejętności – to niestety, trzeba przeorać procedury i wtedy musi być cię dużo, ale tu też wyznaczasz granicę.

Kiedyś była taka tradycja w spotkaniach handlowych: załóżmy, że masz grupę handlowców i oni mają umawiać spotkania – to się mówiło tak: „Marek, zrobimy tak, jesteś tu nowy, twój okres trwa 10 spotkań. Trzy pierwsze spotkania ja umówię i poprowadzę, ty siedzisz. Drugie trzy spotkania ja umówię, ale ty je poprowadzisz, a ja będę ci pomagał. Trzecie trzy spotkania, ty umówisz i ty poprowadzisz, a ja będę tylko siedział i się nie odzywał. Zostaje jedno spotkanie – możesz je dołączyć, do której grupy chcesz. Potem, masz zacząć pracować”. To jest trochę taka zasada Plug and Play, nie wiem, czy to sformułowanie jeszcze funkcjonuje w IT, ale zasada Plug and Play z Doliny Krzemowej brzmi: nie jest ważne, czy jesteś centaurem, czy jesteś lesbijską pół kobietą pół rybą, nie ma znaczenia, jakiej jesteś rasy, nic nie ma znaczenia, wchodzisz i masz performować, czyli wchodzisz i masz być efektywny. Nie tak jak w biznesie europejskim – wchodzę, najpierw się rozejrzę, muszę zobaczyć, co chodzi – nie, tam masz półtorej godziny na dokumentację i już. Dlatego, średnia czasu zatrudnienia w Dolinie Krzemowej to 8 miesięcy – są osoby, które tam pracują bardzo długo, ale są takie osoby, które dosłownie po dwóch dniach wypadają.

Nie napinamy się na to, żeby ludzie od razu przynosili efekty, ale warto, żeby przebierali nogami. Nie pracujemy z ludźmi, którzy nie mają motywacji, bo to nie jest miejsce na psychoterapię, ale jeżeli mają, to my ich wyciągamy z tego chomiczego kółka, bo w tym kółku oni biegną, spocą się, ale wysiądą i tak w tym samym miejscu, w którym wsiedli. Pracujemy z nimi, żeby był progres, żeby wyciągali wnioski z błędów, żeby się zastanawiali, co można zrobić inaczej następnym razem i tak dalej. Do tego jest potrzebna granica. Dziesięć spotkań ma taką strukturę, jedno spotkanie możesz sobie dokleić, czyli to jest taki twój pas startowy, a potem jedziesz. Jeśli nie, to pozdro – poćwicz i bierzemy następnego.

Jeżeli bierzesz osoby do organizacji, próbujesz je zrekrutować tak, żeby umiały już dobrze pracować, to na pewno warto brać takie osoby, które już mają wyniki. Trzeba też pamiętać o tym, że część z tych osób nie będzie chciała pracować, dlatego mówimy o wynikach. Jako osoba, która odniosła sukces, zdajesz sobie sprawę z tego, że wiele osób chętnie by się pod ten sukces podczepiło: „cześć Marek, a mogę pomachać na twoim podcaście? I ty zareklamujesz moje mydło, na pewno to będzie fajnie wyglądało”. Trzeba się liczyć z tym, że dużo takich osób się pojawi. Czasami jest też taka sytuacja, że te osoby kiedyś były pracowite, a teraz już nie są. Mają dużo wiedzy, mają dużo umiejętności, ale nie mają już motywacji. Jak w tym dowcipie – rozmawiało dwóch dziadków: „wiesz, kiedyś myślałem, że jak będę w tym wieku, to już nie będę mógł. I co? Mogę, ale już mi się nie chce”. Rekruterzy mówią na te osoby „cytryna zalana betonem”, to jest soczyste, ale nie masz jak tego wycisnąć. Ta osoba wie, jak coś będzie robiła, jak się przygotuje i tak dalej. Ona to wszystko opowiada, a potem idzie do pracy i tego nie robi.

Osoby rekrutuje się na takiej zasadzie, na jakiej będą potem pracowały. Jeżeli będą pracowały zdalnie, to rekrutujesz je zdalnie, jeżeli będą pracowały w zespole, na przykład na Basecampie albo na Slacku, to rekrutujesz je przez Basecampa i Slacka, żeby zobaczyć, czy one umieją to zrobić, czy ładnie piszą, czy zwracają się do ludzi grzecznie, czy mają nawyk wstawania, jeżeli są zebrania live, czy umieją tam zamieścić pliki i czy te pliki są dobrej jakości, czy nie – czy mają nie tylko wiedzę merytoryczną. Ale też bardzo ważne, czy są systematyczne i umieją podtrzymać atmosferę w zespole – czyli nie odzywają się wtedy, kiedy nie trzeba, jest taka chemia. Jeżeli dobierasz taką osobę i ona przechodzi okres próbny, okres rekrutacji, prowadzony w sposób jak najbardziej zbliżony do tego, w jaki będzie potem pracowała, to wtedy masz spokój – w każdej innej sytuacji, założenie jest takie, że wyraźnie nakreślasz, że najpierw będziesz poświęcał tej osobie dużo czasu i ile to zajmie – to też jest dla ciebie, żebyś wiedział, kiedy jest ten moment, gdy musisz mieć więcej czasu dla tej osoby. Tłumaczysz jak to zrobić, jeśli ona drugi raz przychodzi pytać o to samo – to jej znowu tłumaczysz, być może nie wie, być może szuka sposobu, jak to zrobić na leniucha, że pokazując, zrobisz to za nią. Za drugim razem powoli tłumacz, a ta osoba to robi. Po jakimś czasie przestajesz i to się już powinno się samo kręcić – to uczy tę osobę i uczy też ciebie, jako menedżera.

Rekrutuj osoby w podobnych warunkach, w jakich będą pracować

Jeżeli w późniejszym terminie, każdy chce do ciebie przyjść, bo ma jakieś problemy, to znowu – negatywną tradycją jest to, żeby mówić pracownikom: „przyjdź do mnie wtedy, jak będziesz miał problem i jak już będziesz wiedział, co z nim zrobić” – to nie jest dobry pomysł, bo to uczy pracowników, żeby nie przychodzili z problemami, których nie potrafią rozwiązać. Zamiatają te problemy pod dywan i modlą się, żeby nie wybuchły – to jest złe, bo nie chcemy mieć takiej organizacji – chcemy mieć, jak pisze Nassim Taleb, organizację antykruchą, czyli rzeczy, które się jej przydarzają, czynią ją mocniejszą. Taką organizacją jest na przykład branża transportu lotniczego – 25 lat temu, w tej branży umierał, spadając, jeden na czterech pilotów. Dzisiaj też samoloty spadają, ale każdy samolot, który spada, powoduje, że te, które nie spadły, są bezpieczniejsze, to jest antykruchość w biznesie i dziś, jest to najbezpieczniejszy środek transportu.

Nie chcemy udawać, że problemów nie ma, tylko chcemy, żeby nasz biznes i nasz zespół był zrobiony antykrucho, każdy problem, każdy czynnik, który na niego wpływa, powoduje, że on się robi silniejszy. Jeżeli każdy chce do nas przychodzić i o czymś porozmawiać, to możemy to zblokować, możemy robić raz, dwa lub trzy razy w tygodniu takie spotkania, na których są wszyscy i mają taką strukturę, że ludzie między sobą wymieniają się doświadczeniami i gremialnie się zastanawiają, jak z danymi rzeczami sobie poradzić. Nie tylko oszczędzasz czas, ale też ludzie uczą się, jak uczyć się od siebie nawzajem – robisz team. Tak samo się robi z menedżerami, menedżerowie też się powinni spotykać – cała firma powinna mieć taki wspólny oddech, którym się mówi, co się robi, jak poradziło się z problemami – w ten sposób, spotykasz się z menedżerami, a menedżerowie ze swoimi menedżerami i robisz taki team of teams, czyli drużynę drużyn – która funkcjonuje razem i to ci blokuje czas. W sporadycznych przypadkach ludzie mogą do ciebie przychodzić, ale w zasadzie, twój biznes powinien być zorganizowany tak, żebyś ty nie był koniecznym warunkiem do tego, żeby rzeczy same się działy – krótko mówiąc, dobry menedżer to nie taki, przy którym dzieją się dobre rzeczy, tylko taki, gdzie rzeczy się dzieją dobrze, gdy go nie ma – po tym możesz poznać, że twój biznes dobrze działa.

Osoby, które zakładają biznes umieją coś robić bardzo dobrze i wybitnie trudno jest znaleźć inne osoby, które będą umiały coś robić równie dobrze. Po pierwsze, takich osób nie ma za dużo, a po drugie, one wolą założyć własny biznes, niż pracować dla ciebie. Biznes powinien funkcjonować tak, żeby normalne osoby były w stanie go pociągnąć, żeby nie trzeba było szukać pięciu orłów, tylko żeby to było tak jasne, tak wyraźne i tak dopasowane do rynku, że normalny człowiek, który chodzi po ziemniaki, chce oglądać seriale, kleić modele i kogoś kocha, był w stanie, normalnie funkcjonując, ten biznes pociągnąć. To też jest dla nas nauka, bo czasami mamy ten biznes przepompowany, pewne rzeczy są za trudne, za dużo się trzeba narobić, trzeba się zastanowić, jak to zmodyfikować. To jest coś, za co my pobieramy wynagrodzenie, bo pobieramy wynagrodzenie za myślenie strategiczne o biznesie, o tym, kto rozda karty za pół roku, w jaką stronę to zmierza. Tak jak ty – masz podcast i możesz powiedzieć: „mam podcast, mój ojciec robił podcasty i dziadek, to ja też będę robił”. A ty masz taki pomysł, żeby zrobić z tego podcast z obrazkiem, jednak miałeś jakieś zwarcie na neuronach i to jest to myślenie, które jest potrzebne komuś na samej górze – strategiczne myślenie: co zrobić, jak zmodyfikować to, co się dzieje – a nie cały czas patrzeć w dół i naprawiać pożary. To jakbyś jechał i cały czas patrzył we wsteczne lusterko – nigdzie nie dojedziesz.

Ludzie uczą się, żeby zawsze przychodzić do ciebie, jeśli mają problem – chcemy, żeby ludzie, którzy trafiają do naszej firmy, kiedy już ją kiedyś opuszczą, a większość z nich to zrobi, żeby wychodzili, myśląc, że to był najlepszy koleś, najbardziej zajebisty szef, od którego się najwięcej nauczyłem w życiu.

Powiedziałeś o tym, że najcenniejszą umiejętnością menedżera, jest umiejętność pytania innych o zdanie. Czy tutaj chodzi tylko o spotkania, na których ludzie wymieniają się nawzajem informacjami, czy jest jakaś konstrukcja zadawania pytań, sposób ich zadawania – czy jest coś, co o tych pytaniach powinniśmy wiedzieć, żeby zadawać je lepiej?

Po pierwsze warto pytać o zdanie wiele osób, dlatego że wtedy nie będziemy się z każdym zdaniem bardzo wiązać – to nie jest dobry patent wiązać się emocjonalnie z jedną odpowiedzią. Żaden wielki pomysł nie powstał w izolacji i żaden wielki umysł nie powstał w izolacji. The Beatles, czyli McCartney, Ringo Starr, John Lennon – nie, Charles Darwin pracował z grupą biologów, która po raz pierwszy w historii postanowiła zakwestionować teorię kreacjonizmu w biologii – funkcjonowali w grupie, nikt sam by na to nie wpadł, Kopernik – także w grupie, Jobs z Woźniakiem, w renesansie Michał Anioł, Leonardo – oni wszyscy byli kolegami. Żaden wielki umysł nie funkcjonował w izolacji – oni wszyscy nacierali tymi zwojami mózgowymi o siebie. Facebook ma ostatnio niezły pomysł, że można do swoich stron firmowych tworzyć grupy. Te grupy są takim miejscem, gdzie można się zapytać ludzi o zdanie. To nie tylko platforma świetna marketingowo – ale są tam osoby, które się interesują tym samym co ty i można je zapytać „co sądzicie?”, „o co powinienem spytać?” albo „dzisiaj mnie bolała głowa, nie wyszło mi za dobrze, nie wiem co mam robić…”. Tworzy się community, które jest takim wielomózgiem dla twojego mózgu, a przy okazji też chętniej kupuje, o czym pamiętają marektingowcy.

Pytasz o to, jak lepiej zadawać pytania – każda umiejętność jest efektem ćwiczeń i refleksji nad tym ćwiczeniem. Mózg jest tak skonstruowany, czy tego chcesz, czy nie, że staje się mistrzem w tym, co codziennie trenujesz – jeśli trenujesz codziennie wymówki, będziesz mistrzem wymówek. Pisała jedna pani, żeby sobie wyobrazić, że z kimś rozmawiasz, to tak jakby reflektor teatralny świecił raz na niego, raz na ciebie i żeby spróbować tak prowadzić rozmowę z ludźmi, żeby ten reflektor jak najwięcej świecił na tego, z kim rozmawiasz. Oczywiście to, co masz do powiedzenia, jest ważne, bo jak powiedziałem wcześniej, większość z nas nie wie, co myśli, dopóki tego nie powie albo nie napisze – jak zaczynasz mówić, nagle myślisz „o kurna, ale to jest pastewne! Miałem ci opowiedzieć dalej, ale widzę już, że to jest bez sensu”, więc rozmawianie jest potrzebne.

Mózg jest tak skonstruowany, że staje się mistrzem w tym, co codziennie trenuje

Druga sprawa jest taka, że jak masz grupę osób, z którymi trochę rywalizujesz, trochę jesteś ciekaw co u nich, trochę ich pytasz o zdanie – to zawsze będzie dobry efekt. Po pierwsze pytać dużo, po drugie zastanowić się kogo i pytać te osoby. Większość z ich pomysłów będzie zła i trzeba się nauczyć delikatnie, acz stanowczo wyrzucać te ich pomysły. Często ludzie myślą, że książkę się pisze samemu – ależ skąd! W Stanach Zjednoczonych bierze to jeden redaktor, dwóch albo trzech i mówi: „ten bohater jest dziadowski, po pierwsze to powinna być kobieta i powinna mieć kota” i ten autor mówi „ale to jest mężczyzna”, to mówią „przepisz!” i bach z powrotem. Patrick Rothfuss kiedyś mówił, że z jego pierwotnego pomysłu zostało z 17%. Między innymi George Martin robił redakcję jego książki – tam nie ma tak, że jedna osoba coś robi, bo jedna osoba jest za licha, żeby cokolwiek zrobić, to jest za słabe, za mało masz pomysłów. Ile miałbyś sam pomysłów na pytania do podcastu? Jak masz wenę i akurat cukier skończy ci we krwi – to pewnie tak, ale o wiele lepiej jest zapytać innych o zdanie.

Profesor Dan Ariely mówił, że ludzie często mają trafniejsze pomysły i lepiej myślą grupowo. Jak pytasz ludzi o zdanie osobno i bierzesz pod uwagę osobne opinie, to pojawia się wiele opinii skrajnych, a jak ludzie gremialnie podejmują opinie na jakiś temat. Żeby to zilustrować, weźmy taki przykład – wyobraź sobie, że ktoś kopnął kotka, specjalnie to zrobił – spotykacie się w firmie, żeby ocenić moralnie, co mu zrobić. Jeżeli jedna osoba powie, że za kopanie kotka trzeba go zabić, a druga osoba powie, że to w ogóle nie szkodzi, trzeba go puścić wolno i zapomnieć o całej sprawie – to grupa momentalnie przestaje słuchać tych dwóch osób – odrzucą skrajności. Powstał taki pomysł i zajmuje się tym, między innymi, profesor Ariely, żeby zrobić głosowanie, żeby ludzie grupowo wypluwali wynik, a nie każdy indywidualnie, bo wtedy skrajne opinie powodują, że wyniki się robią bardziej skrajne – a my tego nie chcemy, bo chcemy, żeby ta mądrość grupowa znalazła się gdzieś w tym odcieniu szarości pośrodku, między czarnym a białym.

Kogo pytać? Najczęściej dobrze jest pytać te osoby, które są o krok dalej od nas, czyli raczej nie pisać do Elona Muska, jak on by dziś zaczynał. Ostatnio słyszałem jednego przedsiębiorcę, który robił wykład i opowiadał na nim, że dobrze jest zaglądać do swoich ksiąg rachunkowych – przecież nikt nie pamięta, co to jest. Wziąłbym taką osobę, która na przykład pisze książki i je wydaje, ale jest krok dalej ode mnie – z jakiegoś powodu więcej i lepiej sprzedaje – zapytałbym ją, jak ona to robi, a nie kogoś, kto 50 lat temu wypłynął i zaczął. Jak zaczynałem robić zajęcia z coachingu, to coaching nie był jakoś specjalnie popularny, nie było też dużego rynku, ale mnie było o wiele łatwiej w tym coachingu, bo coachów nie było dużo i coaching nie był na fali, a jak się znalazł, to wiele osób się zorientowało i zaczęło tam pracować. Te osoby, które weszły z pierwszą falą – im jest zawsze łatwiej, oczywiście nie muszą być najlepsze. Google, Amazon, Facebook – który był po MySpace – to nie są pionierzy na rynku, to były kolejne firmy, ale oni ulepszyli pierwszy pomysł. Natomiast pierwszym jest najłatwiej, bo jak ktoś jest pierwszy, to jego biznes może się wyskalować o tysiąc procent w ciągu roku – bo nic innego nie ma. On jest percypowany jako monopolista.

Warto też pytać osoby, które się w ogóle nie znają, nawet z innych branż – bo one mają czasami pomysły kreatywne. Warto się zastanowić, gdyby moja branża to był na przykład biznes naftowy – to co ja powinienem zrobić? Każde kreatywne pytanie jest dobre, dobrze jest też zadać pytanie o to, czego powinienem robić mniej, bo jestem nieefektywny. Jobs nie zastanawiał się głównie nad tym, co ma być w telefonie, tylko czego ma nie być – to było najważniejsze, bo propozycji na to, co ma być w środku, to on miał aż za dużo. Każdy ma miliard pomysłów – żona, wujek – co wy powinniście zrobić, żeby zarobić dużo pieniędzy.

Po pierwsze, zadajemy sobie pytanie: co ja chciałbym robić, bo pamiętajmy, że biznes składa się z pieniędzy i z magii, pisałem o tym w książce Wy Wszyscy Moi Ja. Gdyby ktoś przyszedł do firmy, która produkuje maszynki do golenia i powiedział, żeby robiła jeszcze pianki, które powodują, że włosy wypadną – to ta firma pomyślałaby: „ej, właściwie OK, to jest właściwie ten sam target, ludzie nie chcą mieć włosów, mogą je albo obciąć, albo wrzucić taką piankę” – magia w tym jest, tak czy tak włosów nie będzie – ale prawdopodobnie nie ma w tym pieniędzy, dlatego że produkcja, transport, promocja, opakowanie pianek – to jest coś zupełnie innego niż maszynek. Ten biznes tylko od strony klienta wygląda tak samo – ale od strony pieniędzy to jest budowanie czegoś innego. Ktoś musi nad tym usiąść i zastanowić się, czy to w ogóle ma sens, być może trzeba zrobić badania fokusowe, być może trzeba wypuścić trial and error, żeby zobaczyć co, z tego wyjdzie. Część pomysłów osób z innych branż będzie dobra, część nie, ale ważne są głosy innych osób, bo one nierzadko mają dobre pomysły i wiedzę.

Ważne pytanie jest też takie, po czym poznasz, że coś się stanie – po czym ja poznam, że to dobrze idzie? Czy mierzyłeś to, czy po prostu spróbowałeś i tak się dzieje? Prawda o życiu jest taka – jak się robi badania i patrzy, ile mózg potrafi wziąć czynników, to wychodzi na to, że cztery naraz to jest ciężko. Decyzje biznesowe i decyzje życiowe są trochę jak przewidywanie pogody – znasz część czynników, które wpływają na pogodę, ale większości nie – możesz przewidzieć pogodę na dzień, dwa do przodu. Kiedyś zapytaliśmy znajomego profesora od meteorologii, czy to jest moralne, że te pogodynki w telewizji mówią, jaka będzie pogoda, a potem ta pogoda wcale taka nie jest. Odpowiedział, że właśnie dlatego, to się nazywa prognoza – oni zakładają, że to jakoś może być, z pewnym prawdopodobieństwem. Ale powyżej czterech dni to prawdopodobieństwo spada poniżej 30 procent trafności. Jak ktoś mówi, że wie, jaka będzie pogoda na święta albo w wakacje – to po prostu kłamie.

Tak samo jest z biznesem. Mamy dzisiaj jakiś dzień tygodnia, kto z was da dziś sobie obciąć palec za to, jaka będzie sytuacja ekonomiczna na rynku za tydzień? Nikt. Jest tylko grupa osób, która twierdzi, że wie. Profesor Kahneman, a jego nie możemy ignorować, bo dostał Nobla, mówi, że żadna z tych osób nie wie – jedyny skuteczny sposób, to rozstrzelić inwestycje, wtedy agent zawsze zarobi. Jak ktoś mówi, że wie, co się stanie, to kłamie. W telewizji zapraszają masę ekspertów – jak trzydziestu powie, co się będzie działo i każdy powie coś innego, to jest spora szansa, że któryś trafi, ale o tych 29 już nie pamiętamy. Mam na oku paru takich ekspertów z telewizji, którzy nigdy nie trafili ze swoimi przewidywaniami – to nieważne, ale fajnie mówią i robią ratingi, więc się ich zaprasza.

Mamy pełną dowolność w nietrafianiu, ale zbieramy dużo opinii i szukamy pomysłów, które są fajne, wydają się prawdopodobne, mało kosztują, więc można spróbować – natomiast jak ktoś mówi, że wie, co trzeba zrobić, to jest nieprawda. Nie wierzcie w takie rzeczy – jest za dużo elementów do wzięcia pod uwagę, żeby mózg był w stanie to ogarnąć. Natomiast możemy udawać i zgarniać hajs – cały biznes rozwoju osobistego na tym stoi – „pięć sposobów na…”, „siedem patentów na coś tam”, „poproś kosmos, a kosmos ci odda”, „bądź miły, a pieniądze do ciebie przyjdą” – a na końcu jednorożce rzygają tęczą. Ale pytanie o zdanie jest zasadne, bo my jesteśmy tak skonstruowani – mój biznes konsultingowy na tym stoi – konsultant to jest taki sam gość jak ty, tylko że z innej wioski. Nawet jak się idzie do swojego szefa z pomysłem, to badania pokazują, że lepiej powiedzieć, że się widziało ten pomysł w innej firmie, a nie powiedzieć, że się to samemu wymyśliło – bo jak się przyniosło skądś pomysł, to on musi być lepszy.

Ludzie, których odpowiedź ma nas zachęcać do pytania innych o to, co mam zrobić, czego powinienem robić mniej albo co przestać, bo się w ogóle nie monetyzuje, albo rynek to kupował, a teraz przestał to kupować – to są takie rzeczy, które są istotne, bo dzięki temu robimy sobie miejsce na inne historie. Warto też odcinać się od emocji – inni ludzie mają mniej emocji związanych z naszym projektem, w związku z tym podejmują decyzje bardziej liberalnie – patrzą szerzej, widzą bardziej las, a nie poszczególne drzewa. Dlatego ludzie z zewnątrz dają nam takie wglądy, których byśmy sami nie mieli. Rozmawianie z innymi ludźmi jest bardzo dobrym pomysłem.

Cała branża IT stoi na rozmawianiu ze sobą. Dla nas wymienianie się informacjami jest bardzo uwodzące. Można powiedzieć, że zaczęliśmy się tak bardzo wymieniać informacjami, że już nie ma kiedy pracować – bo ciągle ktoś nas o czymś informuje. Dlatego moment na wymianę informacji, to z kim i kiedy – powinien być bardzo wyraźny, bo oprócz momentu, gdy się nacieramy mózgami i mamy ten moment eksplorowania, czyli szukania nowych informacji, trzeba też usiąść, wyłączyć internet w komputerze albo wziąć kartkę, albo kupić jeden z tych zabawnych tabletów, na których się pisze jak na kartce, nie mieć innych opcji, żeby nic nas nie kusiło – mam ograniczony wybór, siedzę i mam te dwie godziny, kiedy oram. Kiedy po dwudziestu minutach czuję, że zalało mi takim „kiślem”, że następnym razem, kiedy wracam, żeby wziąć kolejny oddech, to jest dwie godziny później – czyli zyskuję ten flow, ale żeby mieć flow, to potrzebuję mieć zblokowany czas. O ten czas jest największa walka w życiu – teraz być może większa niż do tej pory. Dalajlama powiedział, że każdy w ciągu dnia powinien mieć przynajmniej godzinę, w której jest sam, a Dalajlama nie mógł się mylić, więc pozostawiam to bez komentarza.

Sporo mówiliśmy o świecie zewnętrznym – o aplikacjach, Facebooku i o innych ludziach, którzy nas otaczają, o komunikacji z tymi ludźmi – natomiast jest jeszcze taki element tego, co jest w środku we mnie i to też wpływa na realizację celów, dlatego że brakuje nam gdzieś w środku dyscypliny, konsekwencji, silnej woli, cierpliwości, motywacji. Więc bardzo proste pytanie, natomiast odpowiedź, na pewno nie jest prosta – jak to zrobić, żeby chciało mi się bardziej?

Nad wieloma rzeczami mamy w życiu kontrolę, a nad paroma nie mamy – trzeba też o tym pamiętać. Podam taką ciekawostkę – chcemy wierzyć i to jest jeden z mitów, kłamstwo rozwoju osobistego, o którym już powiedzieliśmy, że człowiek może wszystko, jak się zepnie. Niestety nie może wszystkiego, jak się zepnie – nawet można powiedzieć, że bardzo mało możemy, jak się zepniemy. Większość rzeczy to jest po prostu szczęście – znaczy, że my nie potrafimy przejąć nad tym kontroli. Załóżmy, że ty, w tym, co teraz robisz, zaczniesz pracować bardziej – powiesz: „dosyć tego, chcę mieć dużo hajsu. Teraz będę pracował bardziej”. Szansa na to, że będziesz miał więcej pieniędzy od tego, że zaczniesz więcej czy nawet mądrzej pracować, jest statystycznie żadna – bo ty sam nie wykreujesz swojego miejsca pracy, nie wykreujesz potrzeby rynku z pieniędzmi, które masz, nie wykreujesz tego od pracowania bardziej.

Jak ktoś pracuje i zarabia 6000 złotych miesięcznie, to jak się zepnie tak, że mu żyła wyjdzie na czoło, to może zarobić sześć i pół tysiąca, które wyda prawdopodobnie na lekarstwa, bo jak się zepnie, to trzeba to będzie potem odchorować. Nie ma co liczyć na to, że milionerzy pracują jakoś wyjątkowo super więcej. Zapewne spotkaliście w swoim życiu osobę, która ma bardzo dużo pieniędzy, powyżej 10 milionów majątku własnego – nie macie pewnie poczucia, że są to, jakieś są orły intelektu. Najczęściej powodem tego, że się zarabia dużo pieniędzy, jest po prostu nisza rynkowa – człowiek w nią wpada i nagle zaczyna zarabiać. Lata osiemdziesiąte dla informatyki – wystarczyło cokolwiek robić, wszystkie komputery schodziły. Kiedyś wystarczyło być informatykiem, żeby być bogatym. Dlatego raczej to, że wcelujemy w jakąś niszę, powoduje, że mamy szczęście, że kogoś znamy, to jest główny przyczynek do tego, że nagle dostaniemy bardzo dużo hajsu, a nie, że się jakoś specjalnie upierdzielimy.

Najczęściej powodem tego, że się zarabia dużo pieniędzy, jest nisza rynkowa

Gdy niektórzy mają jakiś spektakularny sukces biznesowy i to widać w analizach internetowych, to zaraz się pojawiają ci smutni panowie z Facebooka, z Google’a i mówią, że na pewno chciałby sprzedać i oni mu powiedzą za ile – i on jak się nie zgodzi, to po roku już go nie ma – a jak się zgodzi, to przynajmniej ma pieniądze, bo nikt nie przepuszcza takiej okazji. Jak biznes zaczyna nam wychodzić, zarabiamy dobrze i przychodzi taki ktoś, kto chce od nas kupić, to można świadomie założyć, że już nigdy w życiu, drugi raz tak nam nie wyjdzie. To jest smutna prawda, potem już będzie tylko fajnie – to jest jak dwa razy wygrać w Totolotka. Dlatego ludzie nie chcą sprzedać swoich biznesów, bo to jest po prostu fajne zajęcie – coś robisz, idzie ci, masz pieniądze, ludzie się zgłaszają, chcą u ciebie pracować, bo reputacja firmy jest w porządku na rynku pracy i tak dalej – myślisz: „to nie chodzi o tę kasę, to chodzi o to, że mam taką fajną w piaskownicę, te foremki wszystkie poukładane, rynek tego chce, siedzimy po nocach, bo myślimy, że jak nie wyjdzie, to trudno, a jak wyjdzie to super – tak się bawimy – a drugi raz, to już będzie takie zwykłaśne”, to jest ten efekt szczęścia.

Profesor Kahneman mówi tak: „łatwość, z jaką tłumaczymy zjawiska po fakcie, budzi w nas taki wewnętrzny niepokój, takie pożądanie, że gdybyśmy się dobrze skupili, to moglibyśmy to wszystko przewidzieć – to nieprawda to, po prostu da się wytłumaczyć po fakcie, ale już nie ma jak, tego sprawdzić”. Jak powiemy, że ta partia wygrała z jakiegoś powodu, to nie mamy tego jak sprawdzić, bo ona już wygrała, drugi raz tego nie zrobi. Albo ten brand odniósł sukces – on jest taki sam, jak poprzedni, ale ma inny kolor – no to zróbmy taki, co ma jeszcze inne kolory – najczęściej to nie pomoże. Myślenie post factum jest bardzo złudne. Do tej bajki włącza się myślenie takie, że jak byśmy chcieli i to wszystko uporządkowali, to będzie się nam chciało – tymczasem, najczęściej jest to po prostu szczęście. Jedną z rzeczy, którą musimy wylosować, żeby odnieść sukces, jest nasz układ nerwowy, a konkretnie jego kondycja – dlatego każdy ma swój Everest. To nie tylko dotyczy kondycji układu nerwowego w kontekście biznesu, ale też moralności – jakbyś się urodził hiper agresywny, to w pewnym sensie, nie masz wpływu na to, czy trafisz do więzienia, czy nie – albo dam inny przykład szczęścia w moralności – spotkaliśmy się, super się nam nagrywa podcasty, ty przyjechałeś do Polski, albo ja do królestwa królowej, idziemy na piwo, wypiliśmy za dużo, wsiadamy do samochodów i jedziemy – mnie ktoś wypada na jezdnię i go rozjeżdżam, a tobie nikt nie wypada i dojeżdżasz do domu. Kto z nas jest bardziej moralny po tym dniu? No, ty! Ale tylko dlatego, że miałeś szczęście, bo jakby tobie ktoś wypadł, tak samo byś nie był – i to jest szczęście w moralności, o którym mówimy.

Do szczęścia w moralności i w biznesie zalicza się też to, jakim urodziłeś się człowiekiem. Nie wszystkim jest łatwo, ale nie wszyscy są sumienni, a to jest jedna z bardzo trwałych cech charakteru, nie wszyscy mają sprawny układ nerwowy – ktoś ma na przykład, niezdiagnozowaną nadczynność tarczycy, to jemu ciągle chce się spać – ja miałem kiedyś ten kłopot i przespałem połowę zajęć na studiach, po prostu wchodziłem z kawą, colą, wodą, kładłem się na ławce, spałem przez pierwszą połowę wykładu, a potem mnie zawlekli do lekarza, bo ja myślałem, że tak fabrycznie mam. Ludzie muszą pokonywać swoje własne słabości i tak naprawdę szukamy swojego Everestu, czyli tego, na co mnie stać. Dlatego, to się tak ładnie mówi, mam być taką wersją, w której ja jestem to w stanie zrobić – nie mogę konkurować z tobą, godzę się z tym, że choćbym skisł, to nie będę robił takich dobrych podcastów, jak ty, bo ja, po prostu nie umiem – nie umiem i nie nauczę się, bo tobie to idzie dobrze, poczułeś, że masz do tego talent, a talent, to są różne rzeczy.

Ludzie muszą pokonywać swoje własne słabości, znaleźć swój Everest

Talent ma dwie najpopularniejsze definicje. Pierwsza to jest taka, że robisz coś, nie wychodzi ci to, ale specjalnie ci to nie przeszkadza – to jest pierwsza definicja talentu, czyli uczysz się grać na fortepianie, wiadomo, że przez pierwszy miesiąc cudów nie będzie, ale ci to nie przeszkadza. Druga to jest taka, że talent to jest taka płaszczyzna życia, na której ty, z każdego doświadczenia jesteś w stanie wyciągnąć więcej wniosków niż przeciętna osoba – czyli rzucasz piłkę do kosza i nie trafiasz – dla osoby, która nie ma talentu, ta piłka nie trafia, a dla osoby, która ma talent, to jest informacja, że powinna rzucić bardziej w lewo i do siebie, prawdopodobnie za drugim albo za trzecim razem ta piłka już wpadnie. Mogę mieć do czegoś talent, a do czegoś nie – ty możesz mieć talent do podcastów, który jeszcze potem rozwinąłeś, czyli jeszcze włożyłeś dużo wysiłku – to jesteś dla mnie nie do dogonienia – ja, mogę robić podcasty średnie, albo nawet średnio-liche – pytanie, czy ja chcę robić podcasty? Ciebie i tak nie dopędzę, nie mam się co oszukiwać, że poproszę kosmos, a ten kosmos mi odda i będę miał lepsze podcasty. Zobacz sam, jak wygląda polski rynek podcastów, zwłaszcza biznesowych – najważniejszą cechą, jaką się definiuje podcastera i blogera, jest systematyczność. Niektórzy wręcz twierdzą, że wystarczy, by cokolwiek wypluć co tydzień i będzie super. Jak piszesz bloga, publikuj co środa albo co czwartek – wystarczy, że będziesz to robił regularnie – każda potwora znajdzie swego amatora – ludzie się po prostu przyzwyczają do czegoś, co się regularnie pojawia, złapią twój rytm, złapią twój oddech, twój sposób myślenia – to jest ciężko zrobić.

Dlatego namawiam, żeby zadbać o swój układ nerwowy i o własny komfort, czyli jeść dobrze, spać dobrze i dobrze wypoczywać – bo silna wola jest produktem naszego układu nerwowego i jest na baterie – ona się w ciągu dnia wyczerpuje. Pisałem w jednym z artykułów, że silna wola się wyczerpuje i to widać, bo jeżeli rano chcemy zjeść zdrowe śniadanie, to nie ma problemu, ale wieczorem zjeść zdrową kolację – to jest masakra, człowiek słyszy tę kiełbasę, która mówi do niego z lodówki: „wiem, że nie śpisz” i wtedy jest dramat. Tak samo po południu jest problem, żeby się zabrać do czegokolwiek – mówimy tak: „no to teraz wstanę i coś porobię… no… no… kurde, nie wstaje się… no nic, to jeszcze posiedzę” – i nagle się robi 23:00 – dlatego pamiętajmy o tym, że nasze akumulatory, od momentu, w którym się obudzimy, zaczynają się wyczerpywać. Jeżeli wstajemy i mówimy „Boże, jak dobrze wstać skoro świt, jakie ptaszki, napiję się kawy, popatrzę na babie lato albo jak pięknie śnieżek prószy, albo jaka jest cudowna zima – tak se popatrzę, a potem sobie usiądę” – potem nie będzie już tak dobrze, dlatego że już po dwóch godzinach zaczynamy spadek w dół. Od 9:00 do 11:00 jest jeszcze ok, ale jak spalimy ten czas, jak spalimy ten budżet minutowy, który mamy najbardziej produktywny, to potem się zaczyna coraz większa walka o życie.

Dlatego jestem zwolennikiem zasady, że organizm jest ewidentnie takim układem, w którym musimy mieć uskładane, żeby móc coś pobrać. Gdybyś miał maszynę, która służy do drukowania pieniędzy i potrafi drukować pieniądze przez całą dobę, a w instrukcji jest napisane, że musi być wyłączona raz na dobę na 9 godzin, a raz na jakiś czas mieć dwa tygodnie przerwy, żeby w ogóle nie działała – to co, orałbyś nią 24 godzin na dobę, bo co tam, najwyżej się zepsuje, no trudno – czy jednak byś ją wyłączał? Do maszyn mamy odpowiednie podejście, ale do siebie – żadnego, a to przecież jest dokładnie to samo.

My dokładnie tak samo działamy, nie możemy odciąć się od kondycji naszego ciała – nasze ciało nie potrzebuje dużo ruchu, wystarczy 20 minut spaceru dziennie – ale jednak lepiej działa, jak się rusza, lepiej działa, jak jemy różne kolorowe rzeczy, nie tylko białe, nie tylko tłuste, nie tylko słodkie, lepiej działa, jak dobrze śpi, a próba krzyczenia na siebie z pretensjami, że nie mogę się do czegoś zmobilizować, jestem wyczerpany – to jest masakra, jakbym rzucił nasionko na beton i wydzierał się na nie, że ono nie chce zakiełkować, ono ma w sobie potencjał, ale w takich warunkach nie masz szans zaistnieć. Tak samo jest z alkoholem, bo nasz organizm, jeżeli zaczyna korzystać z rezerw, to są zawsze rezerwy z przyszłości – tak jak z pożyczaniem – jak biorę kredyt, to dokonuję takiego transferu pieniędzy z przyszłości – ja je pożyczam z przyszłości, Marek z przyszłości pożycza te pieniądze Markowi, który jest teraz – jak piję w piątek, to nie biorę tej energii od siebie z piątku, tylko jak dobrze się zaprawię, to biorę ją od siebie z soboty – a jak się bardzo dobrze zaprawię, mam więcej niż 30 lat i kac nie trwa już 4 godziny, to biorę też nawet z niedzieli, czyli przenoszę energię z jednego miejsca w drugie i kiedyś będę musiał za to zapłacić – organizm tak działa. Trzeba się do tego przyzwyczaić, że ma pewien swój rytm.

Czytamy poradniki, słuchamy takich podcastów, żeby się dowiedzieć od ludzi, którzy się tym zajmują, jak tę maszynę użytkować, żeby była jak najbardziej efektywna. Mówię wprost, że pierwszym problemem ludzi, którzy nie mogą się zabrać za rzeczy, jest to, że akumulatory nie zostały naładowane – oni startują na 10-15%, bo zostało niedospane – bo trzeba było dokończyć serial, nie zadbano o otoczenie – bo ciągle coś mi przeszkadza, nie zadbano o wyraźny plan dnia – oczywiście na tyle, na ile otoczenie pozwala, bo nie jesteśmy samotnymi wyspami, a wtedy silna wola zaczyna przepuszczać – to się nazywa elegancko „wyczerpanie ego”, jakby się coś poważnego działo, to byśmy się jeszcze zmobilizowali, ale tak normalnie – nie. To tak, jakbyś się starał trzymać coś zaciśnięte w ręku nad głową – przez jakiś czas trzymasz, a potem okazuje się, że twoja ręka chce się już opuścić, a potem jeszcze bardziej chce się opuścić, ale ty ciągle możesz to wytrzymać, bo jeszcze jest zapas, tylko mięśnie zaczynają puszczać, żeby sobie zostawić na czarną godzinę – to samo się dzieje z tą silną wolą.

Pierwszą, najważniejszą rzeczą, jaką człowiek może zrobić, jest zadbanie o to, że jak się ma do czegoś zabrać, to powinien zastanowić nad tym, co będzie robił wcześniej. Jak sobie myśli: „wyciszę się na Facebooku” – to nie jest dobry pomysł, bo na pewno nie zaczniemy o tej porze, o której trzeba – Facebook jest za dobry, on nas wyroluje, jak będzie chciał – z Facebookiem jest, jak z wchodzeniem do sklepu – wchodzimy do galerii handlowej, myślimy, że nic nie potrzebujemy, ale mijamy 5 witryn i już nie jesteśmy tacy pewni – bo to miejsce jest zrobione po to, żebyśmy wydawali pieniądze, jesteśmy na niego za słabi, tym bardziej że najczęściej wchodzimy tam po południu, kiedy nasza silna wola jest już całkiem poważnie nadkruszona. Zajmuje się tym profesor Baumeister, a ja poświęciłem temu rozdział w mojej książce Wy Wszyscy Moi Ja.

Więc, zachęcam, żeby fajnie jeść, fajnie odpoczywać, fajnie spać, fajnie się relaksować, żeby wszystko miało wysoką jakość na tyle, na ile mnie stać. Oczywiście nie każdego stać na to, żeby jeździć na Bahamy, ale sen jest za darmo, drzemkę można sobie wykaraskać, kawkę sobie zrobić, można się przejść przez 20 minut – to jest to ostrzenie piły i pakowanie taczki, o którym kiedyś Stephen Covey mówił, bo potem takie dożynki, taki zmierzch żywych trupów, którzy siedzą i mówią: „jeszcze muszę napisać tylko tyle, już nie wiem, co piszę, ale 1500 znaków, może jeszcze 1000, chyba umrę może jeszcze 700, może długie zakończenie wymyślę, może od razu zacznę…” i potem jestem szczęśliwy, że skończyłem. Oczywiście nie mówię, że życie da się tak ułożyć, żeby zawsze tak było, ale to jest nasza codzienna walka, żeby jak najbardziej się do tego zbliżyć – jak mówią badacze utopii – utopii nie da się osiągnąć, ale bardzo dobrze pokazuje kierunek, w którym wypada zmierzać.

Uwielbiam twoje analogie. Siedzę i się śmieję, ale zdążając już do brzegu – bo otworzyliśmy tyle tematów, że chyba trzeba zaplanować cały cykl, żeby to porozwijać. Natomiast, żeby domknąć temat główny, który nas tu dzisiaj ściągał, czyli jak osiągać swoje cele, kiedy cały świat nam przeszkadza. Co konkretnie może zrobić nasz słuchacz w ciągu pół godziny po wysłuchaniu takiego podcastu, żeby zwiększyć swoje szanse na osiąganie celów?

Na miejscu słuchacza zmniejszyłbym wybór, wywalił wszystkie aplikacje, które nie pomagają, a przeszkadzają, wylogował się z Fejsa lub przypisał sobie urządzenie do funkcji, czyli na przykład nie miał Facebooka na komputerze tylko na tablecie – tak że jak chce go przeglądać, to jest miejsce do tego – na komputerze go nie ma, nie jestem zalogowany, hasło trudne, nie mam żadnego password vaulta ustawionego. Oczywiście wywaliłbym wszystkie darmowe programy, wiem, że to jest rzewna historia, że w Polsce nasza bieda nas rozgrzesza, ale wszystkie programy, które wyświetlają reklamy, potwornie przeszkadzają – program powinien być surowy – ograniczony do tego, co robi.

Ostatnio zrobiono takie badania, które pokazują, że dzieci o wiele lepiej się uczą, jak na ścianach w klasie nie ma żadnych przedmiotów – i to jest prawda. Wyczyściłbym wszystko, co jest w polu widzenia, może być oczywiście okno, jeżeli jest za nim zielono. Jeśli tam wiszą kartki, jest dużo kolorowych rzeczy, kuleczki, które się o siebie obijają – ja bym to wszystko zdmuchnął z biurka, żeby został pusty blat i przestrzeń, która jest nudna – wtedy, dla naszego umysłu, który szuka rozrywki, okaże się, że to, co mamy do zrobienia jest najciekawsze ze wszystkiego, co jest dookoła. Traktujemy nasz umysł trochę jak takiego wewnętrznego kota, wiesz, jak się tresuje koty? Mówisz mu: „przyjdziesz tu, czy nie?” i on przychodzi albo nie. Umysł jest taki, że możemy mu podkładać pewne rzeczy i patrzeć, jak on na to zareaguje, jeżeli zareaguje – to ok – ale go nie przymusimy. Najprostszym sposobem jest wyczyścić ze swojego otoczenia wszystkie rozkojarzające rzeczy i pilnować, żeby żadne nowe się nie pojawiły – przynajmniej w tym czasie, w którym mam coś do zrobienia – wtedy zajmę się tym, co jest relatywnie najciekawsze. Zajmę się tym, żeby być bardziej producentem – a mniej konsumentem, bo jednak tak się dzieje.

Wyczyść ze swojego otoczenia wszystkie rozkojarzające rzeczy

Domeną tego pokolenia, którego ja jestem granicą, bo stoję na granicy pokoleń X i Y, jest to, że mamy problem z pracoholizmem – a domeną nowego pokolenia jest to, że ma problem z rozrywką. Biznes rozrywkowy widzi, że nowe pokolenie nie będzie chciało już tyle siedzieć w pracy i widzi, że pokolenie Y nie chce się wiązać na stałe z jedną organizacją. Biznes rozrywkowy rozrósł się tak bardzo, że próbuje zabrać każdą minutę czasu, nie tylko po pracy, ale też już w trakcie pracy. Chcemy, żeby nasz wypoczynek był super, jeść rzeczy, które dobrze wyglądają – instagramowe dania są dobre – jak nie zrobisz zdjęcia jedzeniu, to się nie liczy, że zjadłeś. Jak jedziesz na wakacje, to muszą być: hamak, stopy, morze. Jak jesteś na jedzeniu albo na cydrze, to oczywiście siedzisz na skrzynkach po jabłkach, a stół jest zrobiony z palet. Okazało się, że rynek jest bardzo przebiegły, bo zawsze znajduje w kimś, takie słabe ogniwo i zawsze ci do głowy wejdzie – nie było szansy, żeby cię wydoić w pracy, to zostaniesz wydojony na rozrywce – jeszcze nie wyszedłeś, a już myślisz, gdzie zjeść, żeby było fajnie, gdzie zjeść, żeby nie było trzody i żeby to ekstra wyglądało. W co zagrać? W co grają moi ludzie? Co kupić? Teraz przestrzeń zakupowa jest w zasadzie wszędzie – możesz i na sedesie kupować różne rzeczy. Kogo followować? Kto mnie zaczął follować?

Moglibyśmy powiedzieć, że zajmujemy się rozrywką tak, jak palacze papierosów – bo lubimy i to jest fajne – ale prawda jest taka, że ona jest tak robiona, żebyśmy się nią zajmowali, nic z tego nie ma, to się w żaden sposób nie monetyzuje. Natomiast ludzie w pewnym wieku, a zwłaszcza nastolatki, bardzo są zainteresowani tym, co robią inni w ich wieku – to jest nie do ogarnięcia, może przejść 500 osób, w tym jedna osoba w ich wieku i od razu głowa zostaje odwrócona. Instagram, fejs i całe sociale są takim miejscem, że ludzie to ćpają, a nie wiedzą dlaczego. Jeśli chciałbym pracować nad swoją efektywnością, to przyłożyłbym lupę do tego, gdzie są te papieroski, gdzie bycie sławnym na Instagramie jest jak bycie bogatym w Monopoly, a gdzie coś z tego wynika – albo coś kreuję, albo są z tego pieniądze, bo to się monetyzuje, albo po prostu lubię to robić, bo lubię robić zdjęcia książkom. Pracuję jako opiekun żółwi w ZOO, a lubię robić zdjęcia książkom, jak ktoś mnie followuje, to fajnie, szukam jakiś popularnych hashtagów, moje community nie musi być jakoś hiper aktywne, bo ja nic z tym nie zamierzam robić, nie zamierzam na tym zarabiać, ani uderzać do żadnych agencji – to jest takie moje hobby – trzeba to sobie wyraźnie powiedzieć i na to też jest miejsce w twoim życiu.

Natomiast otoczenie, które mi służy, to nie takie, w którym jest miło, tylko takie, które mi pomaga przypomnieć sobie, co uznałem za ważne w tym momencie życia. Warto też liczyć się z tym, że co jakiś czas, inne rzeczy będą dla nas ważne – każdy moment w życiu ma swoje ważne rzeczy, trzeba to zrewidować i wywalić stare rzeczy, dorzucić jakieś nowe, poszukać – może teraz nie skoki ze spadochronem, tylko coś innego? Coś przestaje mnie kręcić, to przestaję to robić, nie tylko dlatego, że to się stało moim nawykiem – to jest taki moment dyskomfortu, ale człowiek przerażająco dobrze sobie radzi ze zmianami, jak już zacznie.

Super. Bardzo serdecznie dziękuję.

Ja też bardzo dziękuję – to były bardzo dobre pytania – musisz robić gorsze, to wtedy zdążymy w godzinę [śmiech].

Ok, następnym razem się postaram, jeżeli tylko przyjmiesz zaproszenie, niezrażony tym pierwszym razem – postaram się przygotować gorsze pytania.

Dobrze, bardzo ci dziękuję – na pewno z przyjemnością przyjmę, pytania będą ciekawe, to będziemy sobie rozmawiali dalej.

Zobacz wersję do czytania

Cześć Miłosz.

Cześć Marek.

Powiedz, jak zdobyłeś swojego ostatniego klienta.

Trudno powiedzieć. Mogę ci za to powiedzieć, jak się pozbyłem swego ostatniego potencjalnego klienta, dlatego że jak wiele osób, które mają dużo wspólnego z internetem, z publikowaniem swoich własnych rzeczy, a ja między innymi publikuję też swoje książki, mam po prostu tyle zajęć na szóstkę, które sprawiają mi dużo przyjemności i przy okazji mogę na nich zarobić, że, szczerze powiedziawszy, ledwo starcza mi czasu na to, żeby się zająć tymi rzeczami, które są na piątkę, a jak się pojawiają osoby, które chcą, żebym coś zrobił na czwórkę i trójkę, to już najczęściej kulturalnie, acz stanowczo odpowiadam, że nie – dwa lata temu pewnie bym się zastanowił, trzy albo cztery lata temu to byłby super pomysł, ale dzisiaj to już raczej nie. W związku z tym, po tej całej ciężkiej selekcji zostaje tyle opcji, tyle propozycji, że akurat wystarczy, żeby wypełnić cały mój czas. Większość mojego czasu to jednak pisanie i czytanie.

O tę selekcję chciałem cię zapytać, dlatego że mam czasem takie wrażenie i wiem, że nie tylko ja, że w dzisiejszym świecie trudno jest osiągać cele, które sobie zakładamy, bo wszystko dookoła nam przeszkadza. Rzeczywiście możliwości są nieograniczone, z drugiej strony niestety te nieograniczone możliwości to są też nieograniczone możliwości wyboru, tego co chcielibyśmy robić. Często jest tak, że zaczynamy jakiś projekt rano, a popołudniu okazuje się, że wpada 5 innych projektów – każdy z nich wygląda bardzo atrakcyjnie i wydaje się genialny. Zastanawiam się, jak możemy sobie z tym radzić, jak możemy sobie ułatwić wybór tej jednej właściwej drogi i nie dać się skusić całemu temu szumowi dookoła.

To jedno pytanie wystarczyłoby na cały podcast.

To będziemy je rozbijać na elementy pierwsze [śmiech].

Na tym właśnie polega trafność twoich pytań. Chciałem powiedzieć, że jestem wielkim fanem twojego podcastu.

Dziękuję bardzo.

Jesteś osobą, która by mogła trzepać gruby hajs, pracując w wielkich mediach, tylko nie wiem, czy tam jest tyle czasu na prowadzenie rozmowy, ale zwykle te twoje pytania są takie, że jak ich słucham, to sobie myślę czasami, że żal na nie odpowiadać [śmiech].

A teraz do rzeczy. Musimy to rozbić na parę kawałków. Pierwszy kawałek jest taki, że wierzymy, że człowiek w ogóle jest w stanie się skupić na jednej rzeczy przez tak długi czas. I to jest niemożliwe. Człowiek z natury swojej rzeczy wybija się z tego, nad czym się zastanawia. Właściwie nie wiadomo, dlaczego tak jest. Nie będę oszukiwał, że widziałem jakieś badania, które to rozgryzają, bo jeżeli ktoś mówi, że wie, jak mózg funkcjonuje, to po prostu kłamie. Jeszcze nie wiemy, jak on działa, ale podejrzewamy, że takie permanentne wybijanie się z takiego stanu skupienia, w którym funkcjonujemy, powoduje, że jesteśmy bardziej kreatywni, dlatego że każde kolejne podejście do tego samego problemu może zaowocować tym, że nasze myśli pójdą innymi torami niż poprzednio.

Czyli zagłębiamy się w coś, potem się z tego wybijamy i jeszcze raz do tego podchodzimy. I wtedy widzimy: „o tutaj jest takie zielone, to może z tego zielonego skorzystam” albo: „hmm, a tu faktycznie okazało się, że na Instagramie wzrosła aktywność moich obserwatorów, to zobaczmy, co z tym mogę zrobić”. Póki się kopie jakiś jeden głęboki dołek, to ciężko się z tego wyrwać i jest taka naturalna tendencja umysłu być może do bycia kreatywnym, ale z drugiej strony ciężko się spodziewać, żeby takie osoby jak Picasso, jak Jan Matejko, które malowały wielkie dzieła, namalowały coś w taki sposób, że malowały coś przez dwie minuty, a potem: „hmm, napiszę do kogoś list” albo za pół minuty: „hmm, ciekawe kto dzwonił” [śmiech]. Więc jesteśmy trochę w takim rozkroku, w świecie, w którym jesteśmy ciągle wybijani, a z drugiej strony wiemy, że żeby osiągnąć coś wyjątkowego, to człowiek potrzebuje około dwóch-trzech godzin zblokowanego czasu, w którym nikt mu nie będzie przeszkadzał. On się może z tego wybijać, może wyjść kawę zrobić, ale cały czas głową mentalnie jest w tym „kiślu”, który próbuje wygenerować.

Rodzi się teraz pytanie, jak sobie z tym poradzić, w zasadzie ono się urodziło w twojej głowie, więc odpowiedź na to pytanie brzmi: nijak. Dlatego że jedynym sposobem, żeby się tego pozbawić, jest to, żeby albo ktoś z zewnątrz nam ciągle mówił, jak to wygląda i są tacy ludzie, którzy zajmują się dylematem wyboru, na przykład piszą książki temu poświęcone i oni mówią wprost, że wybór nas zabija. To twoje pytanie jest głębokie na tyle, bo ono pokazuje, że my się ciągle zastanawiamy nad tym, że właściwie moglibyśmy zrobić to, co chcemy. Czyli mamy milion seriali do obejrzenia, bo one wszystkie są streamowalne, mamy dużo gier do zagrania, które można też w zasadzie pociągnąć od razu – na szybkim łączu to jest moment, mamy dużo książek, jeśli ktoś lubi, mamy internet, możemy sobie poćpać nowe informacje, możemy wyjść, możemy zostać, w efekcie nic nie robimy. Dlatego że, cały czas nie wiemy, co by było takie najfajniejsze.

Profesor Schwartz, który zajmuje się dylematem wyboru, pokazuje to na przykładzie takiego dylematu z jeansami. W dawnych czasach jak szedł do sklepu to były w sklepie trzy pary dżinsów męskich, jedna na niego nie pasowały, drugie na niego średnio nie pasowały i były za małe, a trzecie na niego średnio nie pasowały i były za duże. On kupował jedne z tych jeansów i wychodził szczęśliwy. A teraz idzie do sklepu, jest dwadzieścia par jeansów, które na niego pasują, on któreś kupuje i wychodzi nie zadowolony, bo ma poczucie, że jakby się dłużej zastanowił, to być może wybrałby lepiej. Barry Schwartz mówi, że ten dylemat wyboru można ograniczyć tylko w jeden sposób – ograniczając wybór po prostu. Myślę, że to utraciliśmy, jeżeli mogę tak brzydko powiedzieć, znajdując się w takim społeczeństwie postindustrialnym, kapitalistycznym, bo gdybyśmy byli w Chinach i urodzilibyśmy się w rodzinie krawca i byśmy szyli te spodenki czy różne inne rzeczy, i któregoś dnia poszlibyśmy do taty: „Tato, wiesz co, ja bym chciał robić podcasty”, to byśmy od razu w łeb dostali – już byśmy wiedzieli, że mamy szyć spodnie dalej.

A niestety w czasach i w miejscu, w którym żyjemy, usłyszymy: „super, chcesz się samorealizować, brawo, próbuj”. I w efekcie ani tych podcastów nie umiemy dobrze, ani koszulek szyć, bo się zaraz okazuje, że jest fajna lokalna drużyna piłkarska i być może super by było, kiedyś grać w Barcelonie, ale gdzieś trzeba zacząć, więc idziemy grać na boisku. Dlatego najprostszym sposobem na robienie tego, jeżeli ktoś ma taki małpi umysł, jak to mówią Amerykanie, jest po prostu ograniczać swój wybór. Mówi się o Odyseuszu, który wracał przez kraj syren, gdzie marynarze, chcący się zabezpieczyć przed wypadaniem za burtę, zawiązywali sobie oczy i uszy, przywiązywali się do masztów, ale prawda jest taka, że gdyby on był mistrzem samokontroli, to on by tam nie płynął. Tak samo, jak nie idzie się do sklepu z myślą „nie mam pieniędzy, ale tylko tak sobie popatrzę”.

I kończąc tę długą odpowiedź, ale i tak nie wyczerpałem wątku, chciałem powiedzieć, że my mamy dodatkowy problem taki, że nas umysł prawdopodobnie nie zdaje sobie sprawy i nie jest przygotowany na to, że on się porusza w nieneutralnym środowisku. Nie wierzmy, że portale społecznościowe są zrobione po to, żeby nam było miło, nie wierzmy też, że iPad i tablety są po to, żeby się można było nad tym skupić, bo mamy wyniki z badań w szkołach i jak dzieci dostają iPady to grzęzną w ocenach – to nie jest urządzenie do koncentracji i tak samo smartfon nie jest urządzeniem do koncentracji. Człowiek, żeby się skupić, wejść w taki stan matrixa potrzebuje około 20 minut w zależności od tego, jak jesteśmy wypoczęci. Wyobraź sobie, że Outlook, nie wiem, jak jest w najnowszej wersji, o ile go nie zrekonfigurujesz, sprawdza maile co 10 albo co 12 minut, w związku z tym, jeżeli nie masz wolicjonalnej intencji, żeby poukładać swoje otoczenie, to nie masz szansy się skupić, zawsze cię coś wybije po drodze.

Powiem jeszcze jedną rzecz i to już będzie naprawdę na koniec, bo ona leży w tle twojego pytania, dlatego powiedziałem, że ono jest takie wielowymiarowe. Są takie osoby, ja nazywam to, choć nie wiem, czy to jest najtrafniejsze określenie, pewną motywacją artystyczną. Mamy osoby, które po prostu lubią to robić. Rozmawiałeś z panem Osmanem, rozmawiałeś z kilkoma innymi osobami, a pewnie jakbyś miał okazję porozmawiać ze Steve’em Jobsem i gdybyś zapytał ich, jak się motywują do pracy, to by powiedzieli, że raczej powinni szukać czasu na odpoczynek, bo im szkoda czasu na odpoczywanie. To samo mówią trenerzy wybitnych sportowców, na pytanie: jak ty motywujesz tego wybitnego sportowca do trenowania, oni odpowiadają: „muszę pilnować, żeby on się nie przećwiczył, bo jak mówię, żeby zrobił 20 przysiadów, to on próbuje robić 40, ja mówię, że pozrywasz sobie mięśnie, masz mieć kondycję na zawody, 20 to jest to, co musisz zrobić”.

I ta motywacja artystyczna charakteryzuje się tym, że człowiek musi coś robić, on wstaje i musi napisać wiersz, nieważne czy on będzie dobry, czy zły, to musi wyjść z tego człowieka, on musi się tym zajmować, bo inaczej czuje pogłębiający się dyskomfort. Artyści i poeci mówią tak: „gdyby ktoś mi nie pozwolił pisać, to równie dobrze mógłby mnie zabić”. Więc jeżeli zaczynamy się porównywać z najlepszymi i zastanawiamy się, jak oni to robią, że nie oglądają seriali, to odpowiedź jest prosta – oni po prostu tacy są. My się musimy pogodzić z tym, że my tacy nie jesteśmy. Bycie wybitnym polega na tym, że ich jest mało, oni tacy są, mają deficyty na innych poziomach, większość z nich nie ma rodzin, często są etycznie dwuznaczni, wielu z nich podziwiamy, ale takich jak Steve Jobs czy Elon Musk nie chcielibyśmy mieć za szefa, bo zdaje się, że nie są zbyt sympatyczni, ale oni muszą to robić i my tacy nie jesteśmy niestety.

Dlatego profesor Ariely mówiąc do normalnych ludzi, mówi tak: jeżeli szukasz w ciągu doby swojego czasu produktywności, to będą to ze dwie godziny od 9:00 do 11:00, jeżeli chcesz się skupić na czymś poważnie, zrobić coś wyjątkowego i mieć taki czas zblokowany, kiedy ten mózg nie będzie ci za dużo uciekał, zakładając, że dośpisz te 7 godzin, wstajesz i to, co się dzieje w głowie od dziewiątej do jedenastej jest naprawdę super, nie ma zbyt wielu produktów przemiany materii, niepozapychane są jeszcze synapsy różnego rodzaju białkami wielkocząsteczkowymi, można super wtedy podziałać. Ale niestety wstajemy o 8:00 albo wcześniej, idziemy do pracy, siku, kawa – to już się robi 10:30. O 10:30 siadamy do maili, a maile to jest praca na popołudnie, do maili nie potrzeba więcej niż dwa neurony, przecież tam się nic nie dzieje w tych mailach, nie pisze się poezji heksametrem, pisze się: tak, nie, nie wiem, nie mam czasu, bardzo mi miło, ale dziękuję, fajnie, że mi powiedziałeś, jutro nie mam czasu – to jest komunikacja mailowa. Nie mówiąc o tym, że lepiej dzwonić, ale najczęściej tak się jaramy tym, że tak się dobrze czujemy rano i że możemy tak wiele, że ulegamy złudzeniu, że przez cały dzień tak będzie.

Początek dnia jest najlepszym okresem dla produktywnej pracy

Nie będzie tak, bo po 11:00 już się zaczyna zejście, zaczynamy się robić głodni, więc człowiek by się przespacerował, coś nas wybija i już. Zakładając, że ktoś będzie miał jakąś poobiednią drzemkę koło 13:00-14:00-15:00 to jeszcze można by to potem w drugiej połowie dnia jakoś dźwignąć, ale kto ma na to siłę. Więc myśl o tym, że ludzie przez cały czas pracują i są superproduktywni, jest złudna, nie jesteśmy doskonali i nie umrzemy doskonali. Natomiast są takie osoby, które rozważając, co by tu zrobić, obejrzeć serial na Netflixie, popisać książkę czy porozwijać swój biznes, poszukać kreatywnej inspiracji do marketingu, to sobie myślą tak: czytanie czy pisanie albo szukanie inspiracji to jest pomysł na szóstkę, a seriale na piątkę, czyli wolę jednak coś, co mi da więcej przyjemności. Oni tak mają, nie muszą się przekonywać do tego, że to jest dobry pomysł i dlatego tak napieramy, żeby każdy w miarę możliwości szukał takiego swojego pomysłu. Jak mówi Michał Brański z Wirtualnej Polski, żeby starać się, jak najbardziej być producentem, a jak najmniej konsumentem i nauczyć też tego przy okazji swoje dzieci.

W takim razie odejdźmy od takich przykładów jak Jobs czy Elon Musk, o których mówiłeś, że to są ludzie rzeczywiście wybitni. Skupmy się na ludziach, którzy mają trochę inne preferencje, predyspozycje i bardziej wszechstronnie podchodzą do życia, bo często się mówi o tym, że życie powinno opierać się na równowadze pomiędzy tymi najważniejszymi sferami: powinniśmy mieć dobrą pracę, zadbać o rodzinę, o wypoczynek, powinniśmy mieć hobby, utrzymywać kontakty towarzyskie, tylko rzeczywistość jest taka, że idę do pracy czy do firmy, jestem tam od rana do mniej lub bardziej późnego popołudnia, wracam wyczerpany po całym dniu pracy, więc marzę tylko o tym, żeby usiąść przed telewizorem, jeszcze jakiś obiad, robi się wieczór i za chwilę powinienem iść spać, więc jak znaleźć tę równowagę w sytuacji, kiedy, realnie patrząc, większą część życia, kiedy nie śpimy, zajmuje nam praca?

Prawda. Jak mówią znawcy tematu, nie ma nic bardziej osobistego niż praca, ona jest dla wielu ludzi bardziej osobista niż życie rodzinne. To jest kolejne pytanie na następny podcast, moglibyśmy cały sezon dmuchnąć tymi twoimi pytaniami.

Będziemy to rozwijać w kolejnych odcinkach, tutaj tak zajawimy tylko, a później będziemy wypuszczać odpowiedzi na kolejne pytania [śmiech].

To jest kolejny mit, te twoje pytania są fajne, dlatego że każde celuje w taki współczesny mit, na który się nabieramy.

Powiem ci, skąd wzięły się te pytania. Poza tym, że ja się zastanawiałem, to zapytałem słuchaczy podcastu, jakie problemy mają, co powstrzymuje ich, czy co im przeszkadza w realizowaniu ich celów i te pytania to jest podsumowanie tego, co oni mi powiedzieli, więc to są realne problemy, z jakimi ludzie się borykają. Dlatego cię o nie pytam. Czytałem też twoje książki, więc wiem, że to nie zawsze jest tak, że da się rozwiązać ten problem, który w tym pytaniu jest zawarty, adresując go bezpośrednio, że tutaj odpowiedź jest głębiej. Ponieważ ludzie mają tego rodzaju problemy, to myślę, że warto od nich wyjść po to, żeby powiedzieć: nie tak należałoby zadać sobie to pytanie, żeby znaleźć rozwiązanie.

To prawda. Już mam ochotę skomentować, to co powiedziałeś, to by był następny podcast, bo to kolejne trafne sformułowanie, ale boję się, że popłyniemy w taką siną dal, że nasze umysły już stamtąd nie powrócą, więc trzymajmy się tego, co zostało zadane. Pierwsze pytanie, które zadałeś, dotyczyło takiego mitu, że człowiek jest doskonały albo że może być, jak się postara. To jest niemożliwe. Będziemy całe życie rozkojarzeni, będziemy niedoskonali i życie jest po prostu, jak mawiał Antoni Piechniczek, kurna ciężkie. I tyle, nie ma żadnej głębszej filozofii, będziemy się z tym tłuc – najpierw z jednym z rzeczami, potem z innymi.

Muszę powiedzieć, że nie jestem osobą wierzącą, nie chodzę do kościoła, ale uważam, że religia wiele rzeczy podkreśla w sposób bardzo mądry, ona w swoich założeniach jest bardzo humanitarna i humanistyczna, wyraźnie mówi, że człowiek nie jest doskonały i nie będzie, że Bóg jest doskonały, a człowiek może próbować. Religia też mówi o tym w swoim fundamentalnym założeniu, że człowiek, żeby spędził dobre życie, musi się trochę postarać i nawet Alain de Botton używa takiego ładnego porównania, że to jest taka sytuacja, jak przychodzą goście do domu i wszyscy się muszą zachowywać trochę lepiej niż zazwyczaj. I zwykle zachowują się trochę lepiej – mniej więcej o to chodzi w życiu, że nie da się zrobić dobrego życia, jak się trochę bardziej nie wysilisz niż normalnie. Więc trzeba włożyć trochę więcej pracy i więcej wysiłku, jeżeli chcesz osiągnąć jakiś cel. Mówi się tak: satysfakcję mamy w życiu z rzeczy, które nam przychodzą z trudem, więc jeżeli zaczynamy sobie odejmować trudu, to nie mamy też się z czego cieszyć, co zasadniczo jest pierwszym krokiem do myśli depresyjnych.

Mówi się wprost: jak się nie spocisz, to nie będziesz się miał czym pochwalić. To jest taki mit, który gdzieś ugrzązł w pokoleniu Y, które, jak mówi Sinek, ma poczucie, że sukces czy efekt to jest coś, czego się szuka jak grzybów, to po prostu leży, a nie jest to coś, do czego się wspinasz, szczyt to nie jest coś, do czego wchodzisz pod górkę, tylko to leży pod kamieniem, tak samo jak miłość i wiele innych rzeczy. Gdzieś nam umknęła ta idea, że trzeba się urobić, ale muszę też dodać, że urobienie się nie gwarantuje sukcesu, bo może się okazać, że się urobisz, a jednak rycerz na białym koniu po ciebie nie przyjedzie. Natomiast jest warunkiem koniecznym, żeby to się zadziało, bo jak się urobisz, to będziesz w stanie ten sukces podtrzymać, będziesz wiedział, jak do tego doszedłeś, popełnisz wiele błędów, będziesz umiał z tego wyjść, jakoś sobie poradzić.

Nagrywaliśmy dzisiaj ten podcast, on nam nie poszedł, ale ty wiedziałeś co z tym zrobić, wiedziałeś, jak mi pomóc, wiedziałeś, jak się przełączyć między aplikacjami, ale nie dlatego, że pierwszy raz do tego usiadłeś, tylko ci się miliard razy popsuło i drugi pierdyliard razy poprawiałeś, więc to wszystko nie jest za darmo, co ty teraz sprawnie robisz. I tak samo z twoimi pytaniami – trochę masz taką umiejętność, a trochę to wypracowałeś.

No i teraz rodzi się drugie pytanie i drugim mit. Pierwsze było o doskonałości, a drugie jest takie, że jak się zaprzesz, to możesz znaleźć pracę marzeń. Nieprawda! My nie mamy wolnego rynku, pomimo tego, że tak się uważa. Na wolnym rynku na przykład można by sprzedawać dzieci, u nas nie wolno sprzedawać dzieci, właściwie chyba nigdzie nie wolno ich sprzedawać, więc rynek jest regulowany. A druga sprawa jest taka – pracodawca tłumaczy to tak: przecież to jest uczciwa wymiana, ja daję ci pracę, ty się zgłosiłeś i chcesz pracować, a ty mi dajesz swoje usługi. Kiedyś biznes wymieniał wolność za bezpieczeństwo, dziś uważa się, że wymienia talent za możliwości, czyli jak pracujesz w dużej firmie i masz talent, to możesz się pobawić dużymi klockami. Ale to nie jest do końca taka wymiana, ona tylko jest tak reklamowana, to jest raczej taka wymiana – napada cię ktoś na ulicy, wyciąga pistolet i mówi tak: „pieniądze albo życie”, ty mu dajesz te pieniądze i on mówi tak: „chyba wymiana jest obopólnie korzystna, ty mi dałeś pieniądze, ja ci darowałem życie, wszystko jest w porządku, prawda?” i odchodzi. I to jest bliżej temu, co daje pracodawca.

Praca nigdy nie będzie taka, żebyś się w niej dobrze czuł, możesz sobie ją sam zorganizować, możesz liczyć na szczęście i niestety głównym czynnikiem, który powoduje, że znajdziesz pracę taką, jaką byś chciał, nie tylko jest pewna introspekcja i zastanawianie się, co ty byś chciał robić, ale przede wszystkim to, jakie rynek daje możliwości, jak ty się potrafisz do tego dopasować. Jeżeli chcesz robić gołębie ze styropianu i nikt tego nie chce kupić, to żebyś skisł i czuł, że to jest coś, co przez całe życie chciałeś robić, to po prostu nie będzie z tego hajsu, bo to jest paździerz po prostu, nikt tego nie będzie chciał. My się trochę dostosowujemy do tego, czego chce rynek. Jak zaczynamy wychodzić z tego swojego idealnego pomysłu na życie, którego nawet do końca nie możemy nigdy zweryfikować, czy on jest trafny, to zaczyna nas to kosztować siły, trwanie poza tym miejscem i dlatego praca jest męcząca.

Wracamy trochę do pierwszego punktu – człowiek nie jest cyborgiem, więc życie go męczy, wstajemy rano, jesteśmy najmniej zmęczeni, potem się robi coraz gorzej. Jeszcze do dziewiętnastego wieku po 17:00 człowiek już kładł się spać powoli, prąd był drogi, gaz i świeczki, więc szedł spać, jak się robiło ciemno, ale to był taki moment, że już od siebie za dużo nie wymagał – my sobie wmówiliśmy, że to się da zrobić. To teraz sobie poukładajmy – idziesz do pracy, ona jest najczęściej nie taka, jak byś chciał. Tym bardziej jeszcze dodam na marginesie jedną rzecz związaną z tą pracą i z wyborem, skoro o to zahaczyliśmy, bo to jest ważnym i uważam, że powinno się o tym głośno mówić, że z tym wymarzonym zajęciem w życiu jest trochę jak z tańcem, nie wymyślisz tego, czy ci się to podoba czy nie, nie myślisz tak: „chciałbym jeździć na koniach”, idziesz na konie i to działa. Najczęściej nie – jeździsz na tych koniach i myślisz: „hmm jednak Marek i konik się nie polubili”, wracasz i myślisz: „może co innego bym porobił, może klocki Lego bym poukładał”, robisz to i stwierdzasz, że to jednak nie to, więc pasja to jest coś co się pojawia w efekcie działania, nie można tego wysiedzieć na fotelu, to znaczy, że ty najpierw tańczysz i myślisz: „Boże, co to się dzieje w mojej głowie, chcę to robić zawsze”, albo sklejasz modele, dzieci pytają: „co ty robisz, głupi chyba jesteś, po co ty sklejasz te modele, przecież to i tak nigdzie nie poleci”, a ty mówisz: „spadaj”, dlatego że ty po prostu lubisz to robić i nie wiesz, dlaczego tak się dzieje, ale sklejanie modeli po prostu jara cię niemożebnie i koniec. Nie robisz nikomu krzywdy, kotków nie kopiesz, zwierzątek nie krzywdzisz, będziesz to robił, a być może przy okazji da się coś zarobić.

Jak nie, to będziesz sobie chodził do pracy i po pracy będziesz tymi endorfinami się zalewał. Dlatego my nie możemy ani pracy wymyślić do końca, póki jej nie sprawdzimy, ani hobby wymyślić do końca, to trzeba przeżyć i po fakcie ocenić: „o rany, jakie to jest super!” – nawet nie w trakcie, bo jak się człowiek zastanawia nad tym, jak bardzo jest szczęśliwy, to umysł przechodząc do stanu ewaluacji od razu spłukuje szczęście, jak bardzo jestem szczęśliwy w skali od 0 do 10 – już przestajesz być szczęśliwy w tej sekundzie. Więc my zwykle po czasie jesteśmy w stanie stwierdzić: „patrz, jakie to było ekstra, ja chcę jeszcze raz, to było super”, dlatego namawiamy ludzi do tego, żeby testowali różne rzeczy, żeby próbowali, bo tego się nie da wymyślić. Ludzie mówią: „spróbowałem – jednak nie, tego też spróbowałem – jednak nie, także chyba nic nie”. Ludzie pół życia próbują, tym bardziej, że się człowiek w życiu zmienia.

I to jest trzecie dno twojego pytania – nam się z wiekiem coraz mniej chce pracować. Człowiek, jak się rodzi, na początku dużo śpi, ale potem zaczyna latać, każdy, kto ma dzieci, wie, że młodzi ludzie nie mają za dużego szacunku dla własnego energii ani płynów, dlatego tak chętnie zatrudniają ich korporacje, bo oni będą siedzieć po 12 godzin na dobę, zasuwać, wszystko im jedno, żołądek wszystko zniesie, na Red Bullu z Ibupromem bez problemu można dwa tygodnie przeżyć. I potem im się odechciewa i z wiekiem się orientujemy, że nam się już nie chce, tak pracować. Nawet jak byliśmy prezesami firm, to zakładamy kolejną i w niej już po prostu patrzymy, jak inni pracują, bo nam się nie chce wsadzać rąk we wszystko, zaczynamy tę energię oszczędzać, trochę jak koty – każdy, kto ma koty, wie, że koty są mistrzami w oszczędzaniu energii.

Z wiekiem chce się nam coraz mniej pracować

I dlatego trzeba też patrzeć na to, ile ma się lat, bo dwudziesty-trzydziesty rok życia to jest taki, że można się uczyć, od trzydziestego do czterdziestego wypadałoby już zacząć coś swojego, jeżeli ktoś naprawdę chce być przedsiębiorcą, a potem wypadałoby to zrobić tak, żeby to coraz lepiej jechało samo, czyli nie tylko na moim brandzie i na tym, że ja coś umiem, ale żeby zostało tak skonstruowane, że przeciętna osoba na świecie, nie taki orzeł jak ja, będzie potrafiła ten mój biznes pociągnąć. Będę mógł tam kogoś zatrudnić, będą jakieś procedury, będzie mniej więcej ustalona struktura klientów, będzie ustalona struktura poszukiwań i eksploracji rynkowych, czyli patrzę, co się dzieje na rynku, gdzie ten mój biznes powinien przedryfować, żeby to wszystko działało, bo nam po prostu będzie się coraz mniej chciało i nie zmienimy tego, żebyśmy nie wiem, co brali, jakieś środki, które nie pozostawiają układu nerwowego obojętnym, to w efekcie będzie nam się po prostu coraz mniej chciało, bo ten wiatr za uszami zgaśnie. I to jest kolejna rzecz, którą przykładamy do pracy, więc w efekcie tego wszystkiego wracamy z pracy zmęczeni. I co teraz zrobić?

Pojawia się taki problem, że dom staje się kolejnym miejscem, które trzeba niestety wypracować. Dom jest trochę jak ogródek, napisałem o tym parę słów w Życiologii, jeżeli o niego nie zadbamy, to on się zachwaści, więc nie wracamy do domu po to, żeby się przewrócić i próbować nie umrzeć, tylko trzeba niestety to ogarnąć – trzeba zamieść, schować rzeczy do szafy, jeżeli ktoś jest relatywnie porządny, pozmywać naczynia, zjeść coś wspólnie najlepiej przy wspólnym stole, zadbać o atmosferę, żeby każdy miał poczucie, że trochę do tego domu dorzuca, duży człowiek – duże obowiązki, mały człowiek – małe obowiązki. Dopiero po tym wszystkim możemy się zacząć zastanawiać, czy nam zostało jeszcze sił na coś, co byśmy chcieli zrobić. Gdybyśmy żyli w takim świecie idealnym, to byśmy sobie usiedli i nawet pół godziny dziennie coś porobili. Pół godziny dziennie to nie jest dużo, zwykle nie doceniamy tego, co daje się zrobić w krótkim terminie, jak się pracuje systematycznie, a bardzo przeceniany to, co się da zrobić w długim terminie. Mówi się o tym bardzo elegancko, że spazmatyczny Herkules jest o wiele gorszy, niż pracowita mróweczka. Nie da się zrobić rzeźby, idąc na siłownię raz w miesiącu i robiąc bicepsy przez 11 godzin, więc o wiele lepiej pracuje się nad tym, chodząc codziennie po pół godziny.

Jest taki facet, zapomniałem jego nazwiska, który pokazał, ile czasu potrzeba, żeby być bardzo dobrą osobą, bo żeby być wybitną, to mamy te badania, które zresztą są dość pokrętnie interpretowane, że to jest 10 tysięcy godzin. Ale chrzanić te 10 tysięcy godzin, czy wiesz, ile potrzeba godzin, żeby być dobrym amatorem w czymkolwiek – w grze na gitarze, na saksofonie, nawet w pilotowaniu samolotu?

Po tym, co mówiłeś, domyślam się, że ten czas powinien być rozbity, natomiast ile tego czasu potrzeba, niech się zastanowię, jeżeli poświęcalibyśmy temu 15 minut dziennie i robili to przez rok, to myślę, że będziemy całkiem przyzwoitym amatorem.

Bardzo ci dziękuję za tę estymację. Otóż gdybyśmy poświęcali 20 minut dziennie, to po miesiącu będziemy dobrym amatorem. Szkolenie na pilota trwa 16 godzin, a to jest mniej więcej 20 godzin pracy. Dwadzieścia godzin zrobi z ciebie w każdej praktycznie dziedzinie dobrego amatora. Czy ty umiesz grać na gitarze?

Nie, kiedyś w podstawówce uczyłem się grać na mandolinie.

No to słuchaj, podcast jest nagrywany na koniec listopada, gdybyś dzisiaj usiadł i codziennie grał po pół godziny, to byłbyś w stanie zagrać na gitarze kolędy przy choince. Nie doceniamy tego, że można usiąść nawet na troszkę, ale jeżeli będziesz to robił systematycznie, to się będzie działo. I teraz rodzi się pytanie, jak to robić. Problem polega na tym, żeby każdy po powrocie do domu mógł odpocząć i miał na to pół godziny. Nikt od niego nic nie będzie chciał, on sobie w spokoju rytualnie odwiesza rzeczy do szafy, odkłada buciki, myje ręce, a potem zabiera się za czynności domowe. A potem powinien mieć moment, kiedy się zajmuje sobą. Oczywiście życie jest ciężkie, jak powiedziałem na początku i nie zawsze mamy tę możliwość, ale jednak gdzieś w międzyczasie można ją wywalczyć. Problem polega na tym, że my nie mieszkamy w próżni, a dla klasy średniej, a większość z nas tę klasę reprezentuje, jest bardzo dużo tanich, świetnie spreparowanych rozrywek.

Nie chcę teraz przytaczać historii, bo chyba nie mamy na to nawet czasu. Ale musicie mi uwierzyć na słowo, że media społecznościowe są produkowane między innymi przez profesorów i doktorów ze Stanford University, żeby się nie dało od nich wstać – one są po to robione, dlatego że my na Facebooku jesteśmy jednocześnie klientami i produktem, którym on handluje. Pojawiło się kiedyś pytanie, które zostało skierowane do Kongresu w Stanach, „czy to jest etyczne” i to pytanie zostało podpięte pod jednorękich bandytów z kasyna, bo tam też nad każdą taką maszyną pracuje około 350 inżynierów zachowania, żeby sprawdzić, co zrobić, żeby ludzie od tego nie wstawali, żeby mieli poczucie, że cały czas wygrywają i tak dalej. Więc pojawiło się pytanie, czy to jest etyczne, żeby zbudować urządzenie lub kod sieciowy, czyli aplikacje, które w swoich założeniach ma do końca zdoić z pieniędzy użytkownika. Otóż to jest etyczne, jak się okazało, według Kongresu, więc jesteśmy skazani na Facebooka.

Na Facebooku jesteśmy jednocześnie klientami i produktem

Jeżeli państwo myślicie, że siadacie do Facebooka, Instagrama, bo to lubicie, to jest tak samo, jak z paleniem papierosów, gdy ktoś mówi: ja palę, bo lubię – patrzymy na niego – jasne, palisz, bo lubisz. Tak samo dla prawie wszystkich osób na świecie bycie sławnym na Instagramie jest, jak być bogatym w Monopoly, nic z tego zupełnie nie ma i to jest tylko konsumowanie tego, co inni robią, dlatego to jest kłopot. Dlatego nie wierzę, jak ktoś ma bogatego Instagrama o książkach, a słyszę, że najlepsi Instagramerzy książkowi wrzucają 3 zdjęcia książek dziennie, to jest niemożliwe, żeby oni to czytali, po prostu Instagram jest za dobry w przyciąganiu uwagi w porównaniu do książki, która jest o wiele gorsza – nie robi takiej pętli dopaminowej. Gdybyśmy mieli jakieś zasady użytkowania tego świata cyfrowego, to byłaby szansa, kłopot polega na tym, że jesteśmy zmęczeni i za coś byśmy się zabrali, ale zwykle nasza łódeczka nie płynie wtedy do tego miejsca, tylko nagle zatrzymuje się: „hmm, co robisz ręko?” ręka wpisuje www.facebook.com, „stój, stój, nie rób tego”, ale ona już niestety wcisnęła enter, „no dobra to poscrolluję chwilę” i 3 godziny później w zasadzie trzeba iść się kąpać.

Więc odłączając te osoby, które mają taką motywację artystyczną, że one po prostu muszą to zrobić, choć one też walczą z Facebookiem, bo on jest po prostu za dobry, to w zasadzie trzeba by było sobie założyć, że jeżeli ja pracuję, to pracuję uczciwie, jeżeli odpoczywam, to odpoczywam uczciwie, czyli na przykład śpię albo nic nie robię. Jeżeli ja przychodzę i mówię: „chwilę sobie odpocznę, poscrolluję Fejsa” – to się w ogóle nie liczy, dlatego że dla głowy to jest cały czas eksploatujące zajęcie, cały czas musi czytać, zastanawiać się, jakie są związki przyczynowo-skutkowe i tak dalej, to jest taka aktywna czynność, już lepiej byłoby coś obejrzeć, ale jeszcze ustalić jakąś porę. Tylko znowu wracamy do punktu wyjścia, wiemy wszyscy, że seriale na Netflixie są tak zrobione, że po każdym odcinku jest haczyk do następnego odcinka, no i jak tu przestać oglądać. Ja kiedyś szukałem takiego sposobu, że przestawałem oglądać w połowie odcinka, bo połowa odcinka to jest taki moment, że akcja stopuje i wtedy łatwiej przerwać niż na końcu, no ale skończyło się na tym, że po prostu w ogóle przestałem oglądać, bo wiem, że jak zacznę to koniec. Ale jeżeli jest jakiś dobry serial i chcę go obejrzeć, to czasami robię tak, że mówię: dobra dzisiaj obejrzę wszystko, będę miał spokój i się zabieram do pisania.

Odpowiedź na twoje drugie pytanie: „jak sobie z tym wszystkim poradzić” jest taka, żeby sobie za dużo nie wyobrażać, najbardziej produktywny czas w życiu i tak mamy w piach, on jest w pracy albo w korku, bo to jest rano i przed południem. Jeżeli ktoś nie ma takiej pracy, że idealnie może robić, to co chce, to niestety czekają go takie popłuczynki, ale cała reszta osób w tak zwanym międzyczasie, może znaleźć bardzo dużo możliwości, bo naprawdę wystarczy 20 minut dziennie, żeby napisać pracę na uczelnię, robić bloga, podcasty czy napisać książkę – zresztą niewielu pisarzy w Polsce utrzymuje się z pisania, więc większość to robi po pracy, a jednak dają radę. Raczej trzeba przywrócić należny tron tej pracowitej mróweczce, która nosi co prawda po jednym ziarenku, ale codziennie, w efekcie robi różne spektakularne rzeczy na przykład mrowiska.

Jeżeli chodzi o media społecznościowe, o których mówiłeś, to przypomniał mi się taki napis na murze, który chyba dobrze pasuje do tego rodzaju rozrywek, a który brzmiał: „chodzenie po bagnach wciąga” [śmiech]. Rzeczywiście coś w tym jest, że Facebook jest takim bagnem.

Tam jest pełno takich rzeczy. Gdy dostajesz maila z powiadomieniem pod tytułem „zostałeś oznaczony na zdjęciu”, zwłaszcza jeżeli to jest zdjęcie twojej eks, to winduje twoje emocje pod gwizdek i kto cię przekona na przykład artykułem „Debata na temat stanu euro w Europie”? Połóżmy na szali i już wiadomo – oczywiście, że twoja eks i zdjęcie, na którym nie chciałbyś być oznaczony, potem długo, długo, horyzont i tam gdzieś pod nim majaczy debata na temat stanu europ, nie ma szans, żebyś się za to zabrał. A jak już wejdziesz na Fejsa, to on ma taką strukturę szkatułkową, teraz już nawet lepiej lokuje filmy, które się na nim umieszcza, więc cały czas na nim tkwisz. To jest bardzo trudne zrobić taką aplikację, szanuję geniusz, który za tym stoi, bo Facebook jest po nic, jest miejscem do szwendania się, tam ludzie wchodzą, jak nie mają nic do roboty najczęściej. To nie jest miejsce do szukania czegoś, w Facebooku nic nie znajdziesz, a na pewno nie lepiej niż wszędzie indziej, to jest takie miejsce, żeby sobie czas wytopić, ale my niestety bardzo źle przy tym odpoczywamy.

Jeszcze jedną rzecz powiem, która jest ważną kwestią związaną z dziećmi. Wszystko, co generuje taką pętlę dopaminową, w zasadzie jest już zakazane: heroina, twarde i miękkie narkotyki, alkohol, hazard, pornografia – to jest wszystko to samo, a jednak internet nie jest. Dlatego rodzi się wśród psychologów taka teza, że dzieciom się też powinno tego zakazać, bo dzieci są za słabe, dzieci nie wyjdą same z Internetu, to jest ponad ich możliwości, to nawet dla wielu dorosłych to jest ponad ich możliwości. Kiedy moja córka mówi mi, że ona tam jest, bo tam kontaktuje się ze znajomymi i ogląda różne rzeczy, to na pewno tak jest, bo na podwórku jest dzisiaj mniej dzieci niż kiedyś, zwłaszcza w mieście, ale z drugiej strony, o czym każdy rodzic powinien pamiętać, żadne podwórko nie było zrobione tak, żeby dziecko się na nim zgubiło i nie mogło trafić do domu, a portale społecznościowe są tak zrobione, żeby się nie dało z nich wyjść. Dlatego myślę, że nie powiedzieliśmy jeszcze ostatniego słowa, jeszcze Internet jest medium raczkującym, jeszcze ani jedno pokolenie nie umarło, które się urodziło za czasów Internetu, więc my tak naprawdę nie wiemy, co jest dobrym pomysłem. Wygląda na to, że anonimowość nie była dobrym pomysłem, być może dostęp dla dzieci nie był dobrym pomysłem, to się pewnie będzie jeszcze wielokrotnie zmieniało.

Ostatnio słyszałem takie szacunki, że do 2020 roku ma powstać internet globalny, pytanie czy zrobi to Google, Virgin czy ktoś inny, bo tam jest dużo propozycji i to wpompuje parę miliardów osób na raz do Internetu – to jest taka moc zakupowa, której żaden pieniądz i żaden wielki przedsiębiorca nie zignoruje, dlatego myślę, że jeszcze przez jakiś czas to będzie w naszych prywatnych rękach, żebyśmy się zastanawiali nad tym, w czym chcemy uczestniczyć i w czym nasze dzieci mają uczestniczyć, bo za duży hajs za tym stoi, żeby wszyscy mieli do tego dostęp. A w internecie, jak ogólnie wiadomo, możemy sobie skubać jakieś drobne pieniążki, ale pomimo tego, że mówimy, że to jest takie miejsce dużej dowolności, to największe pieniądze weźmie zawsze na samym końcu trzech czy czterech największych graczy. A gdy ktoś się wychyli, tak jak w przypadku Skype’a czy Instagrama, to zostanie mu złożona propozycja nie do odrzucenia, której on romantycznie może odmówić, mówiąc, że nie potrzebuje tych miliardów dolarów i po prostu go ten moloch zajedzie w ciągu roku albo się nieromantycznie zgodzić i modlić się, żeby tych pieniędzy nie przejadł do końca życia. Teraz kiedy te parę miliardów osób jeszcze zostanie wpompowanych i zaczną robić zakupy, to myślę, że jeszcze przez jakiś czas Kongres Stanów Zjednoczonych i inne rządy będą miały popchane, mówiąc brzydko, po kieszeniach, żeby nie było żadnej takiej ustawy, że dzieciom nie wolno.

Powiedziałeś jedną rzecz, nawiązującą do artykułu, który niedawno czytałem, że ludzie nie wchodzą na Facebooka po to, żeby czegoś szukać. Rzeczywiście widziałem takie zestawienie 10 najpopularniejszych stron internetowych 8 albo 10 lat temu i dzisiaj. Te 8-10 lat temu popularne było Yahoo, Google, inne wyszukiwarki i w tej pierwszej dziesiątce była chyba jedna lub dwie strony rozrywkowe, chyba Reddit, a dzisiaj w tej pierwszej dziesiątce Google jest ciągle numerem jeden, ale jest Facebook, jest Twitter, Reddit i parę innych rzeczy – proporcje zmieniły się w ten sposób, że kiedyś ludzie szli do internetu, żeby znaleźć coś, co ich interesowało, dzisiaj siadają przed Internetem i chłoną to, czym ich się zalewa. To jest taka bezwolność tych konsumentów, którzy siadają i to się na nich zlewa.

Dodajmy, że te informacje są słabej jakości, więc nic z tego nie wynika, ani nie odpoczywasz, ani nic z tego nie pamiętasz, jakbym cię zapytał o top news z zeszłego tygodnia, to pewnie musiałbyś się chwilę zastanowić, a podejrzewam, że parę razy dziennie, żeby nie powiedzieć parędziesiąt, sprawdzasz na smartfonie, co się dzieje na świecie. Po prostu nie jesteśmy w stanie tego przetworzyć. Jeden z psychologów poznawczych powiedział, że to jest taki patent, że my na starym hardwarze, na starym sprzęcie naszego mózgu, próbujemy uruchomić jakieś nowoczesne aplikacje i to wygląda pokrętnie. To jest tak jak oglądanie pornografii – dzieci z tego nie będzie, humor ci się też nie poprawi, bo na końcu ślubu nie ma, więc zupełnie nic z tego nie ma, jest oczywiście hajs za oglądalność, nabijasz kliki i tak dalej. Ale jeżeli ktoś chce być producentem, chciałby na przykład nagrywać podcasty, to musi się do tego zabrać, a najpierw odłączyć od kroplówki, bo to jest ewidentnie ćpanie informacji, ta pętla dopaminowa jest normalnie zdiagnozowanym efektem narkotycznym, jesteśmy uzależnieni od nowych informacji, których jest za dużo.

Dam ci przykład. Weźmy najpierw jakąś skalę, jaki mamy sprzęt w głowie. Skala jest taka: 1000 lat temu to jest czas Mieszka Pierwszego, Dobrawy, w skali ewolucji zakładając, że my lekko licząc tak 250 tysięcy lat, funkcjonujemy mniej więcej jako takie istoty, które ogarniają więcej niż przeciętna ryjówka, to mamy dwieście tysięcy lat ewolucji, a 1000 lat temu był Mieszko Pierwszy, to co się działo przez te 200 tysięcy lat? Nic. Okres między wymyśleniem koła, ognia a mowy to jest od 10 do 15 tysięcy lat – nic się nie działo zupełnie. W dziewiętnastym wieku, więc niedaleko się cofamy, człowiek z prowincji przez całe życie dowiadywał się tyle, ile jest dzisiaj w weekendowym wydaniu dziennika. My w ogóle nie mamy sprzętu do ogarniania tych informacji, ale jednocześnie mamy wybitnie wrażliwy sprzęt na nową informację, która jest po prostu preparowana.

Alain de Botton w swojej książce pisze o newsach, że została znaleziona w naszej głowie taka luka, która powoduje, że zawsze się odwracamy do nowej informacji, bo ona dla naszej głowy jest bardziej jak chleb, a nie jak wino, traktujemy coś nowego, jako bardziej wartościowe. Przez to ignorujemy oczywiście wszystkie zdobycze humanizmu, stoicyzm, odkrycia religii, moralności, etyki, to jest akurat dziedzina życia ludzkiego, która bardzo powoli się starzeje. Jak się czyta na przykład rozprawy Sokratesa, to one są wybitnie aktualne, ludzie płaczą, jak czytają Marka Aureliusza, brakuje tam tylko słowa smartfon – to wszystko ciągle jest prawda, bo my się w ogóle nie zmieniliśmy od tamtego czasu. Natomiast to jest ewidentne trzepanie pieniędzy na nas.

Wiem, bo współpracuję z redakcjami newsowymi, nie dość, że oni nie szukają wartościowych newsów, bo pierwszym grzechem redakcji newsowej jest to, że oni po prostu oglądają newsy z innych redakcji, żeby skopiować to, co tam było, a drugi grzechem jest to, że oni sami produkują newsy. Podam ci prawdziwy przykład. Jakiś czas temu w Warszawie poszła fama, że woda pitna nie spełnia wszędzie wymaganych standardów. Oczywiście to nie jest nic szkodliwego, ale gdzieś tam się odchyliło, wynika to z faktu, że wodociągi dostarczają dobrą wodę, ale w budynku mogą być zardzewiałe rury i ona cały czas płynie dobra, a potem zbiera na sam koniec przed kranem w twoim domu rdzę. I teraz pytanie: jak zrobić z tego newsa? Jak napiszesz „woda chyba nie spełnia standardów, podywagujmy” to nikt tego nie kliknie, więc powstał taki news: „sprawdź, czy twoje dziecko pije truciznę”. No oczywiście sprawdzasz, bo co masz zrobić. Okazuje się, że nie pije, choć w zasadzie nic z tego nie wynika, bo artykuł był pisany na kolanie, a ile możesz w 10 minut wypłodzić genialnych myśli. Jeśli nawet ktoś się pomyli, to następnego dnia pisze sprostowanie i jest pozamiatane. Część osób myli się celowo, bo więcej osób przeczyta fake newsa, który jest pokazany jako wielki dramat, niż potem sprostowanie, które jest najczęściej nudne i przywraca szarość naszej codzienności.

Więc to czytanie jest bez sensu, wiele osób mówi o tym ćpanie pani informacji i to jest bardzo dobre porównanie, bo nic z tego nie ma, nie piszą ich poważne osoby. Człowiek powinien starać się wyszukiwać na internecie te miejsca, jak nie przymierzając, i tutaj znowu będziemy se spijać z dzióbków, twój podcast. Wiesz, że jak tam zainwestujesz 60 minut swojego czasu, czyli 60 grosików swojej najcenniejszych waluty, to istnieje spora szansa, że to będzie czas, który poddasz jakiejś refleksji. Ja bardzo sobie cenię podcasty, to jest jedyne miejsce, gdzie się z ludźmi rozmawia godzinę, a jak idę do telewizji, dostaję pytanie: „proszę powiedzieć, jak rozwiązać problemy Trzeciego Świata, ma pan dwie i pół minuty” [śmiech]. Przecież wiadomo, że to jest trochę filozofia kupy, bez względu na to ile będziesz w tym rzeźbił, to i tak kupa zostanie kupą, bo ile można w 3 minuty ułożyć, nie będzie tam żadnej głębszej treści.

Telewizja i współczesne media nie znoszą odpowiedzi: „to zależy”, a tymczasem każdy z nas na czymś się zna, ty znasz się na podcastach, ja na jakichś innych rzeczach, ludzie, którzy nas słuchają, znają się na swoim biznesie, a odpowiedź na każde pytanie brzmi „to zależy”, jak ktoś się na czymś zna to widzi, że nie ma prostych odpowiedzi, wszystko od siebie zależy. Jak powiesz to w telewizji, to ktoś od razu przełączy program albo zdejmą cię z anteny. Jeśli masz powiedzieć, czy coś jest dobre czy złe i mówisz, że jest dobre, to jest OK, ale nie możesz powiedzieć, że to zależy.

Na przykład mamy filozofię prawicową i lewicową, nie chcę się za bardzo rozdrabniać, ale chcę powiedzieć, że filozofia lewicowa świetnie służy do porządkowania organizacji wewnątrz, a filozofia prawicowa świetnie broni przed przeciwnikami, jeżeli którąkolwiek z nich wykluczysz z organizacji państwa, firmy czy nawet rodziny, to tracisz jedną nóżkę, na której to powinno stać, więc w zasadzie równowaga jest tutaj bardzo korzystna, oczywiście w zależności od sytuacji na świecie. Dlatego organizacjom prawicowym często zależy na tym, żeby mówić, że świat jest niebezpieczny i wszyscy chcą nas napaść, a organizacjom lewicowym, że wszystko jest w porządku i zastanówmy się, co zrobić ze swoimi podatkami, strukturą państwową i tak dalej. Tyle że w telewizji nie lubią takiego głębokiego tłumaczenia, bo to, co ci teraz mówię w skrócie, o tych prawicach i lewicach, mówię już minutę trzydzieści, lekko licząc, to już bym połowę czasu wykorzystał – taka smutna prawda. Chciałbym państwu powiedzieć, żebyście nie czytali byle czego, tylko sobie zrobili jakiegoś newsfeedera albo followowali na Twitterze, to co jest dla was istotne, a nie śmieszne i fajne, słuchali wartościowych podcastów i subowali wartościowe kanały na YouTubie.

Zastanawiam się nad jedną rzeczą, czy to, że jesteśmy bardziej konsumentami i to w dużej mierze nieświadomymi, nie powoduje, że trochę bardziej boimy się różnych rzeczy niż powinniśmy. Zmierzam do tego, że jest znane powiedzenie „organ nieużywany zanika”, jeżeli nie dokonujemy świadomych wyborów i nie próbujemy różnych rzeczy sami, tylko czekamy na to, co algorytm Facebooka dla nas znajdzie, to poniekąd oduczamy się działania. Wśród tych różnych wątków dotyczących nierealizowania celów, pojawił się parę razy wątek strachu, który ludzie mają i ludzie mówili o tym, że boją się delegować zadania, dlatego nie osiągają swoich celów, bo sami nie są w stanie wszystkiego zrobić, ale delegować się boją się, boją się kończyć projekty, które podejmują, boją się również porażki. Zastanawiam się, czy masz jakiś sposób, jakąś podpowiedź, jak sobie z tego rodzaju obawami można poradzić?

W zasadzie mam dwa. Pierwszy sposób to taki, że jeżeli pojawiają się w nas emocje, to trzeba się poważnie nad tym zastanowić. Z jednej strony emocje podpowiadają, że coś jest nie tak, taką emocją jest lęk, agresja, radość. Te emocje podpowiadają, że coś jest nie tak albo że coś jest w porządku. Nie dają natomiast najczęściej odpowiedzi, co z tym zrobić. Trzeba te emocje przyjąć, zobaczyć, że one są i zastanowić się, o co może chodzić, co moja głowa zinterpretowała, jako niebezpieczeństwo czy symptom, że coś jest nie tak. I tu muszę państwa zmartwić, bo większość z tych sygnałów to są sygnały nieprawdziwe. Pomimo naszego wybitnego hołubienia emocji, marketingowcy je uwielbiają, bo większość naszych zakupów to są zakupy emocjonalne – „nie przyda mi się, nie do końca mi się podoba, ale czuję, że to tak do mnie mówi” albo „wszedłem i ta maskotka tak na mnie spojrzała, nie ważne, że mam 47 lat, ale se kupię, bo przypomina mi mojego misia z młodości”. Te przykłady można by mnożyć, ale w biznesie nie mamy za dużo dowodów na to, że emocje są super, zwłaszcza takie silne, bo oczywiście na samym końcu zawsze będziemy bazowali na emocjach.

Gdybyśmy byli mieli taką sytuację jak w wierszyku, że osiołkowi w żłoby dano, a nie mielibyśmy emocji, czyli po jednej stronie w takiej samej odległości mielibyśmy michę z jedzeniem i po drugiej stronie w takiej samej odległości też mielibyśmy michę z jedzeniem, i nie mielibyśmy w sobie żadnych emocji, to byśmy umarli z głodu, dlatego że racjonalnie nie da się podjąć decyzji, z której miski skorzystać. Teraz nie wolno tak pracować, ale kiedyś robiło się tak, że dawano ludziom z upośledzonym układem limbicznym dwa kolory flamastrów, a oni nie mogli się zdecydować, którym flamastrem podpisać się na kartce, autentycznie tak się dzieje. My i tak z tych emocji zjedziemy, ale jak one są za bardzo rozbuchane, to one nas wiozą. Z rozumem i z emocją jest tak jak ze słoniem z mrówką – mrówka to rozum, a emocje to słoń – mrówka jedzie na tym słoniu i może nim kierować, ale póki słoń nie jest głodny, przestraszony, nie chce mu się bzykać, nie jest śpiący, jak coś mu zakłóci spokój, to jest pozamiatane, ona z może ciągnąć lejcami, a ten słoń i tak ją powiezie.

Mamy na to masę przykładów na przykład w negocjacjach. Robi się takie badanie, w którym ludzie mają się wczuć w osobę, której mają pomóc, a z drugiej strony mają sobie wypisać na kartce sytuację, w jakiej ona się znajduje. I ten drugi patent negocjacyjny bije na głowę ten pierwszy – żadne wczuwanie się nic nie daje. Takie wczuwanie się to jest dla mnie jak klikanie „polub post schroniska na Facebooku” – a kliknięcie lajka dla schroniska na Facebooku zmniejsza prawdopodobieństwo, że wpłacisz na to pieniądze, dlatego że czujesz, że już pomogłeś. Te psy czy koty się nie najedzą od tych lajków w żaden sposób, ale ja już swoje zrobiłem, bo już to polajkowałem, a może nawet udostępniłem. To pokazuje taką fikcję funkcjonowania Facebooka – bez względu na to, co zrobisz to i tak na samym końcu zarobi Facebook, a ty niekoniecznie. To jest trochę jak bycie maklerem na giełdzie albo w finansach, masz pięciu klientów, rozstrzelisz ich inwestycje, trzech zarobi, dwóch nie, ale ty zawsze.

Więc ten lęk jest dobrym pomysłem, ale emocje najczęściej chcą, żeby już był koniec, dlatego my się z nimi za bardzo nie wiążemy, czekamy wręcz, aż one osłabną i wtedy dopiero próbujemy podjąć decyzję. Ta decyzja, gdy te emocje są silne, będzie o wiele gorsza. I teraz co z tym zrobić? Otóż proponuję wyobrażać sobie w takich sytuacjach, gdy się boimy, że coś się stanie, że jednak biznes jest procesem, a nie eventem. Zastanawiamy się, do czego różne rzeczy doprowadzą, to nie jest tak, że my płyniemy na łódce i jest super, jesteśmy raczej królikiem na autostradzie i jeżeli całe życie zamierzamy się modlić, żeby te dwa światełka przed nami to były dwa motocykle, to wystarczy, że się raz pomylimy i to dla wielu osób tak się kończy. Raczej powinniśmy wybiegać z myślą, nie tylko wyobrażając sobie, co się stanie, jak coś zrobimy, ale popełnimy błąd, ale musimy się również zastanawiać, co się stanie, jak nic nie zrobimy. Jeżeli mam pracowników, to powinienem im delegować zadania, bo chciałbym na przykład móc być chory albo przestać być niezastąpionym. To w ogóle jest pomyłka, żeby być niezastąpionym w biznesie, od razu trzeba szukać swojego następcy, bo znalezienie następcy jest trudne – pierwszy może nie zadziałać. Muszę się zastanowić nad tym, do tego zmierzam i to podkreślam wężykiem, że warto się zastanowić, co się stanie, jak ja nic nie zrobię, jakimi kosztami jest obarczone zachowanie status quo, do czego doprowadzi finalnie to, jeżeli tylko ja będę umiał zrobić wszystko w firmie. Jeżeli będę mieć jakiś inny pomysł, to go nie będę mógł zrealizować, bo nie będę miał kiedy.

Wybiegaj myślami do przodu, zastanów się, co się stanie, jak nic nie zrobisz

Kiedyś pracowałem, to był taki barwny epizod w moim życiu, z właścicielami budek warzywnych. Teraz wyrzeźbmy taką historię: masz budkę warzywną, w której sprzedajesz i masz 100 zł utargu dziennie, więc jeżeli weźmiesz sobie te 100 zł utargu za sprzedaż w tej budce, to ile możesz budek otworzyć? Niestety cały czas tylko jedną, nie wyskalujesz tego biznesu w żaden sposób, bo w więcej niż w jednej budce nie postoisz. Wiem, że w Afryce tak jest taki model biznesowy, że się ma 2 sklepy obok siebie, bo tam tak rzadko wchodzą ludzie, że po prostu stoisz przed sklepem i do którego wchodzą klienci, to tam zaglądasz, jak w tym czasie są w drugim, to ty mówisz, żeby poczekali chwilę, ale w Polsce to się chyba nie sprawdza. Doba nie jest jak balonik, doba jest jak słoik – nie zmieścisz tam masy rzeczy. W związku z tym, jeżeli oddałbym komuś 50 czy nawet 70 złotych za sprzedaż w tej budce, a wziął sobie resztę, to mogę już od tego momentu otworzyć tyle budek, ile tylko rynek jest w stanie wchłonąć. To mnie nie ogranicza, bo mnie po prostu nie ma w tym budkach, bywam tam tylko, żeby skontrolować i nauczyć ludzi, co mają robić.

Delegowanie do tego zmierza, między innymi, że ja na początku poświęcam osobie dużo czasu w jakiś ustrukturalizowany sposób, są na to modele, na przykład ewolucyjny model Herseya i Blancharda, które bardzo dobrze uczą delegowania, pokazują co, w którym etapie robić, ale efekt jest taki, że ja na początku poświęcam dużo czasu, a potem bardzo mało i dlatego myślę o tym, że w biznesie można mieć ciastko i zjeść ciastko, ale nie w tym samym momencie. Ja szukam tego sposobu jak doprowadzić tego miejsca, w którym ja bym chciał być, oczywiście rynek pięć razy po drodze może fiknąć, mogą się zdarzyć różne rzeczy, ale struktura mojego działania jest zawsze ta sama, ona nie może wisieć tylko na mnie, dlatego że ja będę zawsze wąskim gardłem całego projektu – moja choroba, że żona się na mnie obrazi i będę musiał niestety odnowić reputację, więc dwa razy pójdziemy na kolację i to już mi zeżre trochę czasu i tak dalej.

Często się mówi o tym, że jeżeli nas taki lęk przed działaniem trafia, to żeby bardzo poważnie zastanowić się nad tym, jakie są koszty zaniechania, albo jak mawia Tim Ferris, można się jeszcze zastanowić nad tym, jak sobie wyliczyć albo wypisać profit z tego, że tylko częściowo odniosę sukces, albo profit z tego, że po prostu spróbowałem, to się nazywa po angielsku feedback loop, a oznacza, że coś robię, ewoluuję, oceniam, jaki jest tego efekt, dlaczego to nie zadziałało. Ludzie, którzy do czegoś dochodzą, po prostu próbują na ślepo, to jest znowu wątek na kolejny podcast, że my raczej jesteśmy w biznesie na etapie takiego myślenia „próbuj i popełniaj błędy” czyli trial and error, jak mówią Brytyjczycy, albo bullets before cannonballs czyli kule pistoletowe przed kulami armatnimi. Nie budujemy Titaniców przez 2 lata, które potem zaczynają tonąć, a my w nie pompujemy pieniądze, żeby tonęły dłużej, tylko robimy małą łódeczkę, a jak ona popłynie, to robimy 50 małych łódeczek, żeby to zadziałało. To nam daje szansę codziennie szukać nowych rzeczy.

Ostatnio słuchałem u ciebie rozmowy z panem Osmanem, jest masa takich książek, które między innymi on sprzedaje, a które mówią o tym, skąd brać nowe pomysły, jak ich szukać, bo człowiek codziennie nie jest kreatywny, bywa kreatywny sporadycznie, a jeszcze niewiele z tych pomysłów w ogóle się sprawdza, ale jeżeli masz jakieś stałe miejsce, które cię napełnia nowym inspiracjami, to po prostu, mówiąc brzydko, ciągniesz, ile wlezie z cudzych pomysłów. Patrzysz na Instagrama, mierzysz, nie zażarło, bach do kubła, robisz live’y, zażarło, zostawiasz live’y, to powinna być taka mała próba, szybko oceniana, ponieważ na internecie wszystko da się pomierzyć, więc możesz od razu swoją aktywność sprawdzić w różny sposób i to daje lepszy efekt. Więc jak ktoś się przez 3 miesiące zastanawia, czy coś zrobić czy nie, to ma pozamiatane, jego wniosek może być na nieprawdziwych przesłankach. Raczej proponuje się, żeby znaleźć coś malutkiego, na próbę wpuścić i zobaczyć co się dzieje, ale przede wszystkim zastanawiać się nad tym, i to jest być może taki elegancki powrót do twojego pierwszego pytania, co ja bym chciał robić.

Teraz weźmy taki przykład kogoś, kto chce robić podcasty. Jeżeli chcesz robić podcasty, kręci cię to, że spotykasz się z ludźmi, że z nimi rozmawiasz, że przygotowujesz pytania, że zastanawiasz się, jak oni myślą i to jest najfajniejsze w tym wszystkim, to być może warto znaleźć kogoś, kto chciał zawsze robić rewelacyjne audycje i nie nagrywać tego samemu, nie montować tego samemu, tylko znaleźć takiego freaka, którego nic tak nie wkręca, jak nacieranie się świeżym plikiem dźwiękowym [śmiech] i to razem robić.

Ja wydaję książki, jestem takim autowydawcą, selfpublisherem, współpracuję z Piotrkiem Wyskokiem, który jest po ASP i on uwielbia robić książki, nie pisze książek, ale ma zawsze jakieś takie marzenie, jak to powinno wyglądać, z nim w ogóle nie ma dyskusji, jest artystą i tak ma być. Ja zresztą do niego mówię: ja sobie napiszę tak, jak ja bym chciał, a ty ją zrób tak, jakbyś chciał. Pracuję też z Krzyśkiem, który szuka drukarni, współpracujemy z taką drukarnią, która funkcjonuje przy muzeum druku i dla nich proces drukowania jest świętym procesem. I mamy takie 3 osoby, które normalnie biorą udział w tym procesie, jeszcze będzie czwarta, które całe życie chciały coś robić i pracują nawet w tej branży, ale ta branża robi to taśmowo, a one chciały zrobić to po swojemu i mają taką wizję, jakby to zrobić. Więc szukasz takich osób, a nie: może bym tak chciał wydać książki, no to usiądę i nauczę się, jak się rysuje, a także jak się składa – nie, bo ja chcę pisać książki. I to, że istnieje takie mikrowydawnictwo, które prowadzę, jest tylko efektem ubocznym tego, że to jest jedyny sposób, żebym ja wydał tę książkę tak, jak ja bym chciał, żeby to robiły osoby z pasją, żeby ona była drukowana z pasją, żeby ona wyglądała ekstra.

Ktoś może mi powiedzieć: „hej, a może byś robił swoje media społecznościowe, w jakiś super sposób”, więc ja sobie myślę tak, że do pewnego poziomu mogę robić swoje media społecznościowe, mogę feedować sociale zdjęciami, jakimiś innymi rzeczami, ale jeżeli to ma wszystko wyglądać super hiper, to na pewno poszukałbym kogoś, kto lubi i chce to robić, bo ja chcę pisać książki i cały czas, co miesiąc, co dwa, ja się zastanawiam, czy nie zszedłem z tej drogi, czy nie mam takiego ADHD: „Hmm Instagram, o teraz będę na Instagramie, za ile by tu wypromować post? Jak inni promują posty? Posłucham podcastów o promowaniu na Instagramie” – to już jest ten czas, w którym ja nie robię tego, co najbardziej lubię, czyli jest to pomysł na czwórkę z plusem, czyli nie, do pewnego poziomu tak, ale jednak cały czas się klepię, żebym wrócić w to miejsce, na którym mi zależy.

No i to jest odpowiedź na to pytanie, może trochę pokrętna, jak małymi krokami ten swój strach przed przekręcać i moim zdaniem najskuteczniejszym sposobem jest analiza, ale nie taka, że leżę i dłubię w nosie, tylko żeby wypisać na kartce, bo to wtedy ma siłę rażenia – napisać i zobaczyć, co się wytworzyło. Często człowiek, póki czegoś nie powie albo nie napisze, to w ogóle nie wie, co myśli, dlatego właśnie taki terapeutyczny efekt mają rozmowy z przyjaciółmi. Trzeba wypisać, jaki jest koszt tego, że ja nic nie zrobię, młodszy nie będę, więcej czasu nie będzie prawdopodobnie i tak dalej, i jakie są profity z tego, że tylko spróbuję albo z tego, że chociaż trochę mi się uda, trochę mi wyjdzie. To są bardzo potężne narzędzie na emocje.

Często człowiek, póki czegoś nie powie albo nie napisze, to nie wie, co myśli

Mówiłeś o tym, że dobrym sposobem na to, żeby pozbyć się strachu, jest wyobrażenie sobie skutków zaniechania i tutaj przyszła mi do głowy taka sytuacja szkoleniowa – rozmawiam czasami z właścicielami firm, którzy mają wątpliwości czy szkolić swoich pracowników, bo mówią: „no dobra, jest w branży duża rotacja, co będzie, jak ja zainwestuję, wyszkolę tych pracowników i oni odejdą”, na co odpowiedź, którą pewnie znasz, brzmi: „a co będzie, jeżeli pan ich nie wyszkoli, a oni zostaną”. Myślę, że to jest dobry przykład, jak taka zmiana sposobu myślenia może zadziałać. Zastanawiam się jeszcze nad taką rzeczą, bo strach to jest jedna sprawa, a druga to odkładanie na później i znamy to wszyscy, Zwykle pod koniec kwietnia media pokazują długie kolejki do urzędów skarbowych, teraz może to się trochę zmienia, bo już można wysyłać PIT-y przez Internet, ale mamy coś takiego w sobie, że odkładamy na później. Ja, jako wydawca czasopisma, też marzyłbym o tym, żeby teksty do numeru powstawały równomiernie w ciągu całego roku, a nie było takich pików przed zamknięciem numeru, kiedy nagle to wszystko spływa, ale nie da się, według mojego dotychczasowego doświadczenia, przekonać ludzi, żeby wykonali pewną pracę wcześniej, niż oni muszą to wykonać. Część osób tak ma, że robią te projekty tak falami, to znaczy wtedy, kiedy mam wenę albo termin mnie goni, to siadam, niedojadam, niedosypiam, ale pracuję bardzo intensywnie i wypuszczam z siebie ten produkt, jakikolwiek on by nie był, a później mam takie okresy dłuższego odpoczynku, kiedy w zasadzie nie robię nic. Czy to jest w ogóle dobre, żeby tak pracować?

Nie wiem. Jest to moja ulubiona odpowiedź na pytania trudne. Możemy pogrzebać w tym i zobaczyć, co się stanie. Pierwsza sprawa jest taka, że rzeczywiście ludzie lubią zostawiać niektóre rzeczy na koniec i nie możemy tego oceniać, że to jest złe. Nie wiem, czy wiesz, że dzień wyborów jest taki dniem, w którym jest o wiele większa szansa na to, że umrzesz, niż przed i po, ale w tym dniu wyborów jest taka godzina, w której jest największa szansa, że umrzesz. Wiesz, która to jest godzina?

Ostatnia godzina przed zamknięciem lokali wyborczych?

Właśnie tak, bo wtedy najwięcej osób jedzie, żeby zagłosować i wtedy się dzieją straszne rzeczy na ulicach. I te statystyki, jak się weźmie te 3 dni pod rząd: przed wyborami, w dniu wyborów i po nich, pokazują, że ta godzina to jest jakiś dramat, najlepiej w ogóle z domu nie wychodzić, bo ktoś cię może rozjechać, nie musisz wcale jechać do punktu wyborczego. Ale to pokazuje, że mamy taką tendencję do trzymania do końca. To się dzieje z paru powodów. Pierwszym powodem jest to, że ludziom się nie chce i czekają, aż strach się z nich uleje, czyli jak się mało boję, to nie robię, potem zbliża się termin, zaczynam bać się średnio i to jest ciągle za mało, żebym wstał z łóżka, bo wiem, że ja wstaję i zabieram się za to dopiero jak mam gwóźdź w tyłku, a potem się robi taki moment, że już jest naprawdę panika i wtedy ten strach bardzo silnie kierunkuje moje działanie.

Drugi powód jest taki, że jak wiesz, co masz zrobić: prezentację, projekt, pytanie do podcastu – cokolwiek, to od momentu, gdy pomysł się pojawił w twojej głowie, to twoja głowa zaczyna nad tym pracować. Z badań wiemy o tym, że jak damy ludziom jakieś wielopłaszczyznowe, matrycowe zadanie, a potem ich czymś zajmiemy, na przykład zadaniami matematycznymi, to wynik, jaki uzyskują – jest lepszy, niż gdyby im nie dać tego czasu. Mamy dowody na to, żeby uważać, że nasz umysł cały czas nad tym pracuje, na swoim nieświadomym poziomie, ale nie na tym Freudowskim, gdzie masz zaburzone relacje z ojcem, tylko na takim normalnym. Większość działań naszego umysłu to procesy nieświadome, tak jak większość działań nerki to procesy nieświadome – to, że nie wiemy, co się dzieje w nerce, to nie znaczy, że ona nic nie robi – tak samo jest w głowie, nie mamy do tego dostępu, ale to się dzieje. Rzeczywiście jest tak, że, jak „wypluwamy” wynik działania, to on jest lepszy.

Wychodziłoby na to, że jeżeli masz szansę coś odłożyć, to powinieneś to zrobić, nawet burza mózgów tak wygląda. Burza mózgów w swojej współczesnej formie wygląda żenująco, bo każdy rzuca jakiś pomysł i najczęściej realizujemy pierwszy dobry, który padł, a cała reszta się cieszy, że ktoś inny będzie za to odpowiedzialny. Normalnie burza mózgów wygląda tak, że ludzie najpierw się spotykają, każdy mówi, jaki ma pomysł, potem jest długa przerwa, może to być pół dnia, dzień, najlepiej jakby w międzyczasie był czas na sen, potem znowu wszyscy się spotykają, każdy pisze na kartce, jaki ma pomysł i czyta go z kartki – dopiero wtedy wybiera się dobry pomysł, bo ludzie nie sugerują się swoimi pomysłami. Wszędzie w procesie kreatywnym, jest taki moment, który nazywa się exploration and exploitation. Exploration jest wtedy, kiedy nabierasz wiedzę dobrej jakości. Exploitation – kiedy tę wiedzę przestajesz nabierać, a twój umysł z nudów zaczyna nią żonglować – szuka połączeń, które do tej pory się nie pojawiły.

Większość działań naszego umysłu to procesy nieświadome

Wiele osób myśli, że byle jaka wiedza spowoduje jakieś wyjątkowe rzeczy – nie ma tak. Wszystko, co jesteśmy w stanie „wypluć” ze swojej głowy, musi tam wcześniej być. Jeżeli mamy byle jakie informacje, byle jaką wiedzę, to będziemy mieli byle jakie pomysły. Kuchenka mikrofalowa powstała w efekcie pracy nad sonarem, nie można jej było wymyślić w XV wieku – mógł to wymyślić facet, który rozumie działanie sonaru, próbował wzmocnić jego fale i w efekcie stopił mu się batonika, który miał w kieszeni. Czyli on miał informacje, a ten batonik przywiódł mu pomysł. Podobnie z Einsteinem – wpadł na trop teorii względności, kiedy zastanawiał się, jakby to było dosiąść cząsteczki światła, my wiemy, jakby to było – to byłoby zajebiste, ale nie wiem, czy ta odpowiedź nas przybliża do wymyślenia teorii względności, bo poza ogólnymi sformułowaniami nie mamy nic w głowie, jeśli chodzi o fizykę kwantową. Einstein miał, więc jemu te pytania produkowały wysokiej jakości pomysły, dlatego warto, żebyśmy wchłaniali rzeczy wysokiej jakości – to jest eksploracja – i potem, żebyśmy mieli czas, kiedy nic nie robimy, dlatego, że umysł jest jak pralka, on może zacząć mielić, jak ją zamkniesz. Kiedy idziesz do kina, wyłączasz się, ograniczasz pobór danych – muza cały czas do nas mówi, ale mówi bardzo cicho – wtedy masz szansę ją wysłuchać, jednak musi to zbudować na podstawie czegoś. Ten czas, kiedy nic nie robimy, nie jest tak literalnie czasem, kiedy nic nie robimy.

Teraz pojawia się podpunkt trzeci do twojego jakże głębokiego pytania – nazywa się to „samoutrudnianie”. Profesor Łukaszewski zdefiniował kiedyś taki problem natury akademickiej – przed sesją rośnie aktywność seksualna studentów. Pytanie, skąd się ta aktywność seksualna wzięła? Profesor Łukaszewski namierzył, że studenci zaczynają się spotykać, bo myślą, że się pouczą – ale niestety kończy się to inaczej, zaczynają to sobie utrudniać, bo na przykład bzykają się z koleżankami czy kolegami, nie dosypiają, piją alkohol poprzedniego dnia, albo biorą środki uspokajające, bo tak ich ta sesja denerwuje. Teraz wyobraź sobie trzy opcje, pierwsza – uczciwie się uczyłeś, druga – nie uczyłeś się wcale, w rezultacie: uczyłeś się i dostałeś dobrą ocenę – myślisz „ok, uczyłem się, jestem w porządku”, ale teraz tak: uczciwie się uczyłeś i dostałeś złą ocenę – co teraz myślisz o sobie? „Jestem do niczego, a mój profesor to debil”. Masz też drugą wersję: nie uczyłeś się i dostałeś złą ocenę – i co myślisz?

Zasłużyłem, tego się spodziewałem.

Tak. A kiedy nie uczyłeś się, a dostałeś dobrą ocenę?

Jest super!

Dokładnie. W zasadzie najbardziej z tego wszystkiego opyla się nie uczyć, bo wtedy zawsze jesteś uratowany – jak dostaniesz dobrą ocenę, jest super, a jak dostaniesz złą, to przynajmniej myślisz: „świat jest uczciwy, o rany”. Uczciwe uczenie się jest jednak obarczone ryzykiem rozpaczliwej walki o samoocenę. Ten motyw został nazwany „samoutrudnianiem” – to powoduje, że często zostawiamy rzeczy na koniec, bo jeśli zadanie nam nie wyjdzie, to powiemy sobie: „nic dziwnego, że mi nie wyszło, bo w ostatniej chwili do tego usiadłem, gdyż wcześniej nie miałem czasu”. To oczywiście nie powoduje, że dokonujemy progresu w biznesie, że mamy pomysły, które są wyjątkowe i tak dalej, ale bardzo dobrze ratuje samoocenę.

Gdzie znaleźć złoty środek między prekrastynacją, czyli robieniem rzeczy zawczasu, a prokrastynacją, czyli odkładaniem do ostatniej chwili, do momentu, kiedy jest już za późno? Jak pokazują badania, złoty środek jest gdzieś w środku. Z jednej strony efekt nie jest wyjątkowy, kiedy zabierzemy się do tego od razu, chyba że mamy wenę i od razu wiemy jak to zrobić – pamiętajmy, że efekt iluminacji składa się z dwóch części – z pomysłu i z przekonania, że to jest dobry pomysł i to musi tak wyglądać – te dwie rzeczy czasem nie chodzą ze sobą w parze, zwłaszcza gdy ktoś ma silnego wewnętrznego krytyka, wtedy pomaga pięćdziesiątka wódki – wtedy krytyk trochę się osłabia, tylko trzeba przestać na tej pięćdziesiątce, a to jest trudne. Albo ludzie wpadają na dobre pomysły wieczorem, bo wtedy też wewnętrzny krytyk jest zmęczony.

À propos lęku wewnętrznego – boimy się, że coś zrobimy i to będzie złe – nikt nie pamięta ludzi za złe pomysły. Edison, Jobs mieli masę złych pomysłów, wszyscy przedsiębiorcy mają złe pomysły, ale pamiętamy ich za te najlepsze. Żeby powstało dzieło sztuki jak Picassa, Mozarta to trzeba zrobić parę tysięcy kompozycji, parę tysięcy obrazów. Nie wiem, ile znasz obrazów Pabla Picassa, ale domyślam się, że jako przeciętny człowiek znasz jeden albo dwa – a przecież namalował parę tysięcy obrazów.

Nie zdajemy sobie sprawy z tego, że jak coś nam nie wyjdzie – to naprawdę nie szkodzi. Aborygeni mówią, że natchnienie przychodzi w trakcie pracy, dopiero jak coś robimy, to nabieramy pomysłu, jak to powinno wyglądać. Wysyłając mi pytania do podcastu, napisałeś, że wiele się może podczas rozmowy zmienić, bo będziemy rozmawiać, nie będziesz udawać, że mnie słuchasz. To pokazuje, że nie jest za dobrze robić wszystko zawczasu – ale nie jest też dobrze robić wszystko na końcu – musimy mieć moment, kiedy nasz umysł nie jest tym zajęty i robimy coś innego. Jak nie robić tego na ostatnią chwilę? Wszystkiego tak nie ogarniemy – nie jesteśmy doskonali. Robert Kiyosaki mówi tak: „jeżeli możesz zrobić coś jutro – zrób to jutro albo jeżeli zastanawiasz się, czy zrobić coś dzisiaj, czy jutro – to też zrób to jutro, przyjdzie taki dzień, gdy nie będziesz się zastanawiać, czy to zrobić dzisiaj, tylko będziesz wiedział, że po prostu musisz to zrobić”. Ta filozofia jest poniekąd niezła.

Natchnienie przychodzi w trakcie pracy

Znam paru hardcorowych migrenowców, którzy mówią tak: „nie zostawiam nigdy na ostatni dzień, bo jak ostatniego dnia będzie mnie łeb bolał, to już na pewno nie dam rady” i nauczyli się, żeby to robić wcześniej. Znam też parę takich osób, które zostawiają sobie cały dzień wolny i wiedzą, że to wtedy będzie ten moment, bo nikogo nie będzie w domu, zrobią sobie herbatę, zaaranżują otoczenie tak, żeby im sprzyjało, usiądą sobie i będą rzeźbić. Przez cały wcześniejszy czas, po prostu wyłapują informacje. Myślę, że tak dzieje się też w twojej głowie – masz nagrać podcast, na przykład o finansach, albo, tak jak ze mną, o efektywności – to oprócz tego, że masz go nagrać i myślisz o pytaniach, to też pytasz ludzi, o co by zapytali, oglądając wiadomości, wyłapujesz powiązane wątki – twój umysł cały czas nad tym pracuje. Czasami masz taki moment – teraz to zrobię, teraz to napiszę, bo teraz mam pomysł, a później już zapomnę, później będę musiał myśleć od zera i nie wiadomo, czy wpadnę na takie dobre pomysły.

Jestem raczej zdania, że jeśli czujesz, że możesz zrobić coś zajebistego, że to ma swój moment i to w tobie wykwitnie, to czujesz, że dobrze jest to zrobić teraz. Oczywiście, na drugiej szali jest proza życia – dziecko albo kot wymiotuje, trzeba gdzieś wyjść, dzwoni teściowa, żeby ją podwieźć – takie jest życie. Uzyskujemy ponadprzeciętne efekty, nie dlatego, że życie się nam podłożyło – tylko jesteśmy wyjątkowymi osobami pomimo tego, że życie jest ciężkie – ono nie będzie łatwe, ono po prostu takie jest. Wszyscy tacy jak Justyna Kowalczyk, jak ty, jak youtuberzy, jak wspomniany Michał Szafrański – oni nie robią tego, dlatego że leżą, jarają i myślą, co by tu porobić – oni mają masę rzeczy do ogarnięcia, mają też rodziny, ale to wszystko jest poupychane, więc jak cała reszta mówi, że musiała myć kibel albo pójść po ziemniaki i dlatego nie mogła zrobić – to jest wymówka.

Wracamy do wątku mróweczki, która ma już jakieś szablony postępowania, ale mimo to, łapie moment, kiedy czuje, że to będzie zajebiste albo czuje, że już trzeba zacząć, bo inaczej nie zdąży – normalny człowiek potrzebuje cztery godziny, ja to zrobię w godzinę, a zostało mi 15 minut, więc już chyba pora zacząć [śmiech]. Nie wszystko musimy robić idealnie, nie da się w życiu mieć ze wszystkiego szóstek – ale wypada mieć tę jedną rzecz, którą, robimy naprawdę zajebiście – żeby nikt nie mógł nam zarzucić, że mamy wszystko średniaste. Jest taki dowcip o księżniczce: wchodzi hrabia do salonu i mówi, że księżniczka pięknie gra na klawesynie, a ona na to: „a tak sobie popierdalam”, a on na to: „a jak księżniczka brzydko mówi!” – „ale jak ładnie gram” [śmiech] i to jest taki wątek. Ktoś ci może powiedzieć, że źle montujesz, źle robisz coś innego – ale jakie pytania mam fajne! Jest jedna taka rzecz, której będziemy pilnować, to będzie takie godło, taki symbol, że w tym jesteśmy nieprzeciętni – nikt nam tego nie zabierze.

Nie wszystko musimy robić idealnie, nie da się w życiu mieć ze wszystkiego szóstek

No więc, mam kolejne pytanie, które chyba znowu jest tematem na cały podcast, ale pomyślałem, że już w miarę jesteśmy w stanie, po pierwsze mieć więcej wyrozumiałości wobec siebie i pogodzić się z tym, że nie jesteśmy doskonali, po drugie jesteśmy w stanie, myśląc w ten sposób, trochę lepiej pewne rzeczy sobie w życiu ułożyć, żeby te cele, z jednej strony osiągać, z drugiej strony nie robić sobie niepotrzebnie wyrzutów, że ich nie osiągamy tak, jakby się nam marzyło. Jest sytuacja taka, że prowadzę firmę, zatrudniam ludzi i poza tym, że muszę zarządzać sobą, muszę zarządzać tymi ludźmi i tutaj jest trzy miliardy wątków, które można by poruszyć, ale chciałbym cię zapytać o dwa. Pierwsza sprawa jest taka: do jakiego stopnia powinienem ingerować w czas pracy moich ludzi i planować im wykonywanie zadań, a na ile mogę im to zostawić, a rozliczać tylko za efekty, a druga sprawa: jak zapanować nad tym, żeby mi nie przeszkadzali, bo jeżeli jestem ich zwierzchnikiem – powinienem im pomóc osiągać cele, bo to nie są ich cele prywatne, ale całej firmy – oni czasem potrzebują mojego wsparcia. Chciałbym i powinienem to wsparcie dać – ale tym sposobem jak będą przychodzić, zawracać mi głowę, to ja swoich celów nie osiągnę, które jednak są dosyć istotne.

Prawda. To pytanie zresztą dotyczy nie tylko współpracowników, ale w ogóle świata. Każdy chce realizować jakąś swoją agendę, twórcy Facebooka chcą, twoja rodzina chce, ty chcesz – dlatego bez względu na to, jaki plan dnia i program pracy sobie ustalisz, to od razu możesz założyć, że będziesz musiał tego bronić. Ale nie w taki sposób, że: „wszyscy się odwalcie, bo teraz mistrz będzie tworzył”, tylko w takim sensie, żeby też słuchać. To nie może być tak, że ciągle coś robisz i nie masz czasu, żeby po te ziemniaki pójść, czy z dzieckiem porozmawiać, tylko to musi być w jakiejś równowadze. Niemniej jednak trzeba oddzielać te ziarna od plew. Dodam na marginesie, że według badań, osoby, które oceniają swoje życie jako takie, nad którym mają większą kontrolę, to są osoby, które częściej pytają innych o zdanie. Krótko mówiąc, nauczenie się jak pytać innych o zdanie i co z tym potem robić, jest jednym z najfajniejszych pomysłów i umiejętności, jakie można mieć. Robimy swoje, jesteśmy czujni na to, co mówi otoczenie, ale jednocześnie wyznaczamy granicę: „nie, już to zrobiłem”, „teraz już nie”, „to nie jest takie ważne”, „teraz robię coś innego”.

To jest odpowiedź ogólna – a teraz będzie odpowiedź bardzo precyzyjna. Ingerowanie w pracę pracowników, zależy od tego, jaką firmę robisz. Jeżeli zatrudniasz pracowników, którzy nic nie umieją i są młodzi, to prawdopodobnie skończy się to na mcdonaldyzacji tej części twojej firmy. W McDonaldzie wszystko jest proste – jak wskazówka jest na czerwonym, wyciągasz frytki – jak nie jest, to nie wyciągasz, jak wkładasz burgera i wskazówka będzie tu – to go wyciągasz, jak nie jest, to go nie wyjmujesz, jak tutaj coś leży – to sprzątasz, jak nie leży, to bałaganisz – wszystko jest napisane. Ten black book McDonaldowy, jest wyraźnie napisany. I tak na początku robimy – ludzie zanim będą grali etiudy, muszą się nauczyć grać gamy i pasaże. Jeżeli masz wielu pracowników, którzy mają dużo chęci, dużo możliwości, ale nie mają umiejętności – to niestety, trzeba przeorać procedury i wtedy musi być cię dużo, ale tu też wyznaczasz granicę.

Kiedyś była taka tradycja w spotkaniach handlowych: załóżmy, że masz grupę handlowców i oni mają umawiać spotkania – to się mówiło tak: „Marek, zrobimy tak, jesteś tu nowy, twój okres trwa 10 spotkań. Trzy pierwsze spotkania ja umówię i poprowadzę, ty siedzisz. Drugie trzy spotkania ja umówię, ale ty je poprowadzisz, a ja będę ci pomagał. Trzecie trzy spotkania, ty umówisz i ty poprowadzisz, a ja będę tylko siedział i się nie odzywał. Zostaje jedno spotkanie – możesz je dołączyć, do której grupy chcesz. Potem, masz zacząć pracować”. To jest trochę taka zasada Plug and Play, nie wiem, czy to sformułowanie jeszcze funkcjonuje w IT, ale zasada Plug and Play z Doliny Krzemowej brzmi: nie jest ważne, czy jesteś centaurem, czy jesteś lesbijską pół kobietą pół rybą, nie ma znaczenia, jakiej jesteś rasy, nic nie ma znaczenia, wchodzisz i masz performować, czyli wchodzisz i masz być efektywny. Nie tak jak w biznesie europejskim – wchodzę, najpierw się rozejrzę, muszę zobaczyć, co chodzi – nie, tam masz półtorej godziny na dokumentację i już. Dlatego, średnia czasu zatrudnienia w Dolinie Krzemowej to 8 miesięcy – są osoby, które tam pracują bardzo długo, ale są takie osoby, które dosłownie po dwóch dniach wypadają.

Nie napinamy się na to, żeby ludzie od razu przynosili efekty, ale warto, żeby przebierali nogami. Nie pracujemy z ludźmi, którzy nie mają motywacji, bo to nie jest miejsce na psychoterapię, ale jeżeli mają, to my ich wyciągamy z tego chomiczego kółka, bo w tym kółku oni biegną, spocą się, ale wysiądą i tak w tym samym miejscu, w którym wsiedli. Pracujemy z nimi, żeby był progres, żeby wyciągali wnioski z błędów, żeby się zastanawiali, co można zrobić inaczej następnym razem i tak dalej. Do tego jest potrzebna granica. Dziesięć spotkań ma taką strukturę, jedno spotkanie możesz sobie dokleić, czyli to jest taki twój pas startowy, a potem jedziesz. Jeśli nie, to pozdro – poćwicz i bierzemy następnego.

Jeżeli bierzesz osoby do organizacji, próbujesz je zrekrutować tak, żeby umiały już dobrze pracować, to na pewno warto brać takie osoby, które już mają wyniki. Trzeba też pamiętać o tym, że część z tych osób nie będzie chciała pracować, dlatego mówimy o wynikach. Jako osoba, która odniosła sukces, zdajesz sobie sprawę z tego, że wiele osób chętnie by się pod ten sukces podczepiło: „cześć Marek, a mogę pomachać na twoim podcaście? I ty zareklamujesz moje mydło, na pewno to będzie fajnie wyglądało”. Trzeba się liczyć z tym, że dużo takich osób się pojawi. Czasami jest też taka sytuacja, że te osoby kiedyś były pracowite, a teraz już nie są. Mają dużo wiedzy, mają dużo umiejętności, ale nie mają już motywacji. Jak w tym dowcipie – rozmawiało dwóch dziadków: „wiesz, kiedyś myślałem, że jak będę w tym wieku, to już nie będę mógł. I co? Mogę, ale już mi się nie chce”. Rekruterzy mówią na te osoby „cytryna zalana betonem”, to jest soczyste, ale nie masz jak tego wycisnąć. Ta osoba wie, jak coś będzie robiła, jak się przygotuje i tak dalej. Ona to wszystko opowiada, a potem idzie do pracy i tego nie robi.

Osoby rekrutuje się na takiej zasadzie, na jakiej będą potem pracowały. Jeżeli będą pracowały zdalnie, to rekrutujesz je zdalnie, jeżeli będą pracowały w zespole, na przykład na Basecampie albo na Slacku, to rekrutujesz je przez Basecampa i Slacka, żeby zobaczyć, czy one umieją to zrobić, czy ładnie piszą, czy zwracają się do ludzi grzecznie, czy mają nawyk wstawania, jeżeli są zebrania live, czy umieją tam zamieścić pliki i czy te pliki są dobrej jakości, czy nie – czy mają nie tylko wiedzę merytoryczną. Ale też bardzo ważne, czy są systematyczne i umieją podtrzymać atmosferę w zespole – czyli nie odzywają się wtedy, kiedy nie trzeba, jest taka chemia. Jeżeli dobierasz taką osobę i ona przechodzi okres próbny, okres rekrutacji, prowadzony w sposób jak najbardziej zbliżony do tego, w jaki będzie potem pracowała, to wtedy masz spokój – w każdej innej sytuacji, założenie jest takie, że wyraźnie nakreślasz, że najpierw będziesz poświęcał tej osobie dużo czasu i ile to zajmie – to też jest dla ciebie, żebyś wiedział, kiedy jest ten moment, gdy musisz mieć więcej czasu dla tej osoby. Tłumaczysz jak to zrobić, jeśli ona drugi raz przychodzi pytać o to samo – to jej znowu tłumaczysz, być może nie wie, być może szuka sposobu, jak to zrobić na leniucha, że pokazując, zrobisz to za nią. Za drugim razem powoli tłumacz, a ta osoba to robi. Po jakimś czasie przestajesz i to się już powinno się samo kręcić – to uczy tę osobę i uczy też ciebie, jako menedżera.

Rekrutuj osoby w podobnych warunkach, w jakich będą pracować

Jeżeli w późniejszym terminie, każdy chce do ciebie przyjść, bo ma jakieś problemy, to znowu – negatywną tradycją jest to, żeby mówić pracownikom: „przyjdź do mnie wtedy, jak będziesz miał problem i jak już będziesz wiedział, co z nim zrobić” – to nie jest dobry pomysł, bo to uczy pracowników, żeby nie przychodzili z problemami, których nie potrafią rozwiązać. Zamiatają te problemy pod dywan i modlą się, żeby nie wybuchły – to jest złe, bo nie chcemy mieć takiej organizacji – chcemy mieć, jak pisze Nassim Taleb, organizację antykruchą, czyli rzeczy, które się jej przydarzają, czynią ją mocniejszą. Taką organizacją jest na przykład branża transportu lotniczego – 25 lat temu, w tej branży umierał, spadając, jeden na czterech pilotów. Dzisiaj też samoloty spadają, ale każdy samolot, który spada, powoduje, że te, które nie spadły, są bezpieczniejsze, to jest antykruchość w biznesie i dziś, jest to najbezpieczniejszy środek transportu.

Nie chcemy udawać, że problemów nie ma, tylko chcemy, żeby nasz biznes i nasz zespół był zrobiony antykrucho, każdy problem, każdy czynnik, który na niego wpływa, powoduje, że on się robi silniejszy. Jeżeli każdy chce do nas przychodzić i o czymś porozmawiać, to możemy to zblokować, możemy robić raz, dwa lub trzy razy w tygodniu takie spotkania, na których są wszyscy i mają taką strukturę, że ludzie między sobą wymieniają się doświadczeniami i gremialnie się zastanawiają, jak z danymi rzeczami sobie poradzić. Nie tylko oszczędzasz czas, ale też ludzie uczą się, jak uczyć się od siebie nawzajem – robisz team. Tak samo się robi z menedżerami, menedżerowie też się powinni spotykać – cała firma powinna mieć taki wspólny oddech, którym się mówi, co się robi, jak poradziło się z problemami – w ten sposób, spotykasz się z menedżerami, a menedżerowie ze swoimi menedżerami i robisz taki team of teams, czyli drużynę drużyn – która funkcjonuje razem i to ci blokuje czas. W sporadycznych przypadkach ludzie mogą do ciebie przychodzić, ale w zasadzie, twój biznes powinien być zorganizowany tak, żebyś ty nie był koniecznym warunkiem do tego, żeby rzeczy same się działy – krótko mówiąc, dobry menedżer to nie taki, przy którym dzieją się dobre rzeczy, tylko taki, gdzie rzeczy się dzieją dobrze, gdy go nie ma – po tym możesz poznać, że twój biznes dobrze działa.

Osoby, które zakładają biznes umieją coś robić bardzo dobrze i wybitnie trudno jest znaleźć inne osoby, które będą umiały coś robić równie dobrze. Po pierwsze, takich osób nie ma za dużo, a po drugie, one wolą założyć własny biznes, niż pracować dla ciebie. Biznes powinien funkcjonować tak, żeby normalne osoby były w stanie go pociągnąć, żeby nie trzeba było szukać pięciu orłów, tylko żeby to było tak jasne, tak wyraźne i tak dopasowane do rynku, że normalny człowiek, który chodzi po ziemniaki, chce oglądać seriale, kleić modele i kogoś kocha, był w stanie, normalnie funkcjonując, ten biznes pociągnąć. To też jest dla nas nauka, bo czasami mamy ten biznes przepompowany, pewne rzeczy są za trudne, za dużo się trzeba narobić, trzeba się zastanowić, jak to zmodyfikować. To jest coś, za co my pobieramy wynagrodzenie, bo pobieramy wynagrodzenie za myślenie strategiczne o biznesie, o tym, kto rozda karty za pół roku, w jaką stronę to zmierza. Tak jak ty – masz podcast i możesz powiedzieć: „mam podcast, mój ojciec robił podcasty i dziadek, to ja też będę robił”. A ty masz taki pomysł, żeby zrobić z tego podcast z obrazkiem, jednak miałeś jakieś zwarcie na neuronach i to jest to myślenie, które jest potrzebne komuś na samej górze – strategiczne myślenie: co zrobić, jak zmodyfikować to, co się dzieje – a nie cały czas patrzeć w dół i naprawiać pożary. To jakbyś jechał i cały czas patrzył we wsteczne lusterko – nigdzie nie dojedziesz.

Ludzie uczą się, żeby zawsze przychodzić do ciebie, jeśli mają problem – chcemy, żeby ludzie, którzy trafiają do naszej firmy, kiedy już ją kiedyś opuszczą, a większość z nich to zrobi, żeby wychodzili, myśląc, że to był najlepszy koleś, najbardziej zajebisty szef, od którego się najwięcej nauczyłem w życiu.

Powiedziałeś o tym, że najcenniejszą umiejętnością menedżera, jest umiejętność pytania innych o zdanie. Czy tutaj chodzi tylko o spotkania, na których ludzie wymieniają się nawzajem informacjami, czy jest jakaś konstrukcja zadawania pytań, sposób ich zadawania – czy jest coś, co o tych pytaniach powinniśmy wiedzieć, żeby zadawać je lepiej?

Po pierwsze warto pytać o zdanie wiele osób, dlatego że wtedy nie będziemy się z każdym zdaniem bardzo wiązać – to nie jest dobry patent wiązać się emocjonalnie z jedną odpowiedzią. Żaden wielki pomysł nie powstał w izolacji i żaden wielki umysł nie powstał w izolacji. The Beatles, czyli McCartney, Ringo Starr, John Lennon – nie, Charles Darwin pracował z grupą biologów, która po raz pierwszy w historii postanowiła zakwestionować teorię kreacjonizmu w biologii – funkcjonowali w grupie, nikt sam by na to nie wpadł, Kopernik – także w grupie, Jobs z Woźniakiem, w renesansie Michał Anioł, Leonardo – oni wszyscy byli kolegami. Żaden wielki umysł nie funkcjonował w izolacji – oni wszyscy nacierali tymi zwojami mózgowymi o siebie. Facebook ma ostatnio niezły pomysł, że można do swoich stron firmowych tworzyć grupy. Te grupy są takim miejscem, gdzie można się zapytać ludzi o zdanie. To nie tylko platforma świetna marketingowo – ale są tam osoby, które się interesują tym samym co ty i można je zapytać „co sądzicie?”, „o co powinienem spytać?” albo „dzisiaj mnie bolała głowa, nie wyszło mi za dobrze, nie wiem co mam robić…”. Tworzy się community, które jest takim wielomózgiem dla twojego mózgu, a przy okazji też chętniej kupuje, o czym pamiętają marektingowcy.

Pytasz o to, jak lepiej zadawać pytania – każda umiejętność jest efektem ćwiczeń i refleksji nad tym ćwiczeniem. Mózg jest tak skonstruowany, czy tego chcesz, czy nie, że staje się mistrzem w tym, co codziennie trenujesz – jeśli trenujesz codziennie wymówki, będziesz mistrzem wymówek. Pisała jedna pani, żeby sobie wyobrazić, że z kimś rozmawiasz, to tak jakby reflektor teatralny świecił raz na niego, raz na ciebie i żeby spróbować tak prowadzić rozmowę z ludźmi, żeby ten reflektor jak najwięcej świecił na tego, z kim rozmawiasz. Oczywiście to, co masz do powiedzenia, jest ważne, bo jak powiedziałem wcześniej, większość z nas nie wie, co myśli, dopóki tego nie powie albo nie napisze – jak zaczynasz mówić, nagle myślisz „o kurna, ale to jest pastewne! Miałem ci opowiedzieć dalej, ale widzę już, że to jest bez sensu”, więc rozmawianie jest potrzebne.

Mózg jest tak skonstruowany, że staje się mistrzem w tym, co codziennie trenuje

Druga sprawa jest taka, że jak masz grupę osób, z którymi trochę rywalizujesz, trochę jesteś ciekaw co u nich, trochę ich pytasz o zdanie – to zawsze będzie dobry efekt. Po pierwsze pytać dużo, po drugie zastanowić się kogo i pytać te osoby. Większość z ich pomysłów będzie zła i trzeba się nauczyć delikatnie, acz stanowczo wyrzucać te ich pomysły. Często ludzie myślą, że książkę się pisze samemu – ależ skąd! W Stanach Zjednoczonych bierze to jeden redaktor, dwóch albo trzech i mówi: „ten bohater jest dziadowski, po pierwsze to powinna być kobieta i powinna mieć kota” i ten autor mówi „ale to jest mężczyzna”, to mówią „przepisz!” i bach z powrotem. Patrick Rothfuss kiedyś mówił, że z jego pierwotnego pomysłu zostało z 17%. Między innymi George Martin robił redakcję jego książki – tam nie ma tak, że jedna osoba coś robi, bo jedna osoba jest za licha, żeby cokolwiek zrobić, to jest za słabe, za mało masz pomysłów. Ile miałbyś sam pomysłów na pytania do podcastu? Jak masz wenę i akurat cukier skończy ci we krwi – to pewnie tak, ale o wiele lepiej jest zapytać innych o zdanie.

Profesor Dan Ariely mówił, że ludzie często mają trafniejsze pomysły i lepiej myślą grupowo. Jak pytasz ludzi o zdanie osobno i bierzesz pod uwagę osobne opinie, to pojawia się wiele opinii skrajnych, a jak ludzie gremialnie podejmują opinie na jakiś temat. Żeby to zilustrować, weźmy taki przykład – wyobraź sobie, że ktoś kopnął kotka, specjalnie to zrobił – spotykacie się w firmie, żeby ocenić moralnie, co mu zrobić. Jeżeli jedna osoba powie, że za kopanie kotka trzeba go zabić, a druga osoba powie, że to w ogóle nie szkodzi, trzeba go puścić wolno i zapomnieć o całej sprawie – to grupa momentalnie przestaje słuchać tych dwóch osób – odrzucą skrajności. Powstał taki pomysł i zajmuje się tym, między innymi, profesor Ariely, żeby zrobić głosowanie, żeby ludzie grupowo wypluwali wynik, a nie każdy indywidualnie, bo wtedy skrajne opinie powodują, że wyniki się robią bardziej skrajne – a my tego nie chcemy, bo chcemy, żeby ta mądrość grupowa znalazła się gdzieś w tym odcieniu szarości pośrodku, między czarnym a białym.

Kogo pytać? Najczęściej dobrze jest pytać te osoby, które są o krok dalej od nas, czyli raczej nie pisać do Elona Muska, jak on by dziś zaczynał. Ostatnio słyszałem jednego przedsiębiorcę, który robił wykład i opowiadał na nim, że dobrze jest zaglądać do swoich ksiąg rachunkowych – przecież nikt nie pamięta, co to jest. Wziąłbym taką osobę, która na przykład pisze książki i je wydaje, ale jest krok dalej ode mnie – z jakiegoś powodu więcej i lepiej sprzedaje – zapytałbym ją, jak ona to robi, a nie kogoś, kto 50 lat temu wypłynął i zaczął. Jak zaczynałem robić zajęcia z coachingu, to coaching nie był jakoś specjalnie popularny, nie było też dużego rynku, ale mnie było o wiele łatwiej w tym coachingu, bo coachów nie było dużo i coaching nie był na fali, a jak się znalazł, to wiele osób się zorientowało i zaczęło tam pracować. Te osoby, które weszły z pierwszą falą – im jest zawsze łatwiej, oczywiście nie muszą być najlepsze. Google, Amazon, Facebook – który był po MySpace – to nie są pionierzy na rynku, to były kolejne firmy, ale oni ulepszyli pierwszy pomysł. Natomiast pierwszym jest najłatwiej, bo jak ktoś jest pierwszy, to jego biznes może się wyskalować o tysiąc procent w ciągu roku – bo nic innego nie ma. On jest percypowany jako monopolista.

Warto też pytać osoby, które się w ogóle nie znają, nawet z innych branż – bo one mają czasami pomysły kreatywne. Warto się zastanowić, gdyby moja branża to był na przykład biznes naftowy – to co ja powinienem zrobić? Każde kreatywne pytanie jest dobre, dobrze jest też zadać pytanie o to, czego powinienem robić mniej, bo jestem nieefektywny. Jobs nie zastanawiał się głównie nad tym, co ma być w telefonie, tylko czego ma nie być – to było najważniejsze, bo propozycji na to, co ma być w środku, to on miał aż za dużo. Każdy ma miliard pomysłów – żona, wujek – co wy powinniście zrobić, żeby zarobić dużo pieniędzy.

Po pierwsze, zadajemy sobie pytanie: co ja chciałbym robić, bo pamiętajmy, że biznes składa się z pieniędzy i z magii, pisałem o tym w książce Wy Wszyscy Moi Ja. Gdyby ktoś przyszedł do firmy, która produkuje maszynki do golenia i powiedział, żeby robiła jeszcze pianki, które powodują, że włosy wypadną – to ta firma pomyślałaby: „ej, właściwie OK, to jest właściwie ten sam target, ludzie nie chcą mieć włosów, mogą je albo obciąć, albo wrzucić taką piankę” – magia w tym jest, tak czy tak włosów nie będzie – ale prawdopodobnie nie ma w tym pieniędzy, dlatego że produkcja, transport, promocja, opakowanie pianek – to jest coś zupełnie innego niż maszynek. Ten biznes tylko od strony klienta wygląda tak samo – ale od strony pieniędzy to jest budowanie czegoś innego. Ktoś musi nad tym usiąść i zastanowić się, czy to w ogóle ma sens, być może trzeba zrobić badania fokusowe, być może trzeba wypuścić trial and error, żeby zobaczyć co, z tego wyjdzie. Część pomysłów osób z innych branż będzie dobra, część nie, ale ważne są głosy innych osób, bo one nierzadko mają dobre pomysły i wiedzę.

Ważne pytanie jest też takie, po czym poznasz, że coś się stanie – po czym ja poznam, że to dobrze idzie? Czy mierzyłeś to, czy po prostu spróbowałeś i tak się dzieje? Prawda o życiu jest taka – jak się robi badania i patrzy, ile mózg potrafi wziąć czynników, to wychodzi na to, że cztery naraz to jest ciężko. Decyzje biznesowe i decyzje życiowe są trochę jak przewidywanie pogody – znasz część czynników, które wpływają na pogodę, ale większości nie – możesz przewidzieć pogodę na dzień, dwa do przodu. Kiedyś zapytaliśmy znajomego profesora od meteorologii, czy to jest moralne, że te pogodynki w telewizji mówią, jaka będzie pogoda, a potem ta pogoda wcale taka nie jest. Odpowiedział, że właśnie dlatego, to się nazywa prognoza – oni zakładają, że to jakoś może być, z pewnym prawdopodobieństwem. Ale powyżej czterech dni to prawdopodobieństwo spada poniżej 30 procent trafności. Jak ktoś mówi, że wie, jaka będzie pogoda na święta albo w wakacje – to po prostu kłamie.

Tak samo jest z biznesem. Mamy dzisiaj jakiś dzień tygodnia, kto z was da dziś sobie obciąć palec za to, jaka będzie sytuacja ekonomiczna na rynku za tydzień? Nikt. Jest tylko grupa osób, która twierdzi, że wie. Profesor Kahneman, a jego nie możemy ignorować, bo dostał Nobla, mówi, że żadna z tych osób nie wie – jedyny skuteczny sposób, to rozstrzelić inwestycje, wtedy agent zawsze zarobi. Jak ktoś mówi, że wie, co się stanie, to kłamie. W telewizji zapraszają masę ekspertów – jak trzydziestu powie, co się będzie działo i każdy powie coś innego, to jest spora szansa, że któryś trafi, ale o tych 29 już nie pamiętamy. Mam na oku paru takich ekspertów z telewizji, którzy nigdy nie trafili ze swoimi przewidywaniami – to nieważne, ale fajnie mówią i robią ratingi, więc się ich zaprasza.

Mamy pełną dowolność w nietrafianiu, ale zbieramy dużo opinii i szukamy pomysłów, które są fajne, wydają się prawdopodobne, mało kosztują, więc można spróbować – natomiast jak ktoś mówi, że wie, co trzeba zrobić, to jest nieprawda. Nie wierzcie w takie rzeczy – jest za dużo elementów do wzięcia pod uwagę, żeby mózg był w stanie to ogarnąć. Natomiast możemy udawać i zgarniać hajs – cały biznes rozwoju osobistego na tym stoi – „pięć sposobów na…”, „siedem patentów na coś tam”, „poproś kosmos, a kosmos ci odda”, „bądź miły, a pieniądze do ciebie przyjdą” – a na końcu jednorożce rzygają tęczą. Ale pytanie o zdanie jest zasadne, bo my jesteśmy tak skonstruowani – mój biznes konsultingowy na tym stoi – konsultant to jest taki sam gość jak ty, tylko że z innej wioski. Nawet jak się idzie do swojego szefa z pomysłem, to badania pokazują, że lepiej powiedzieć, że się widziało ten pomysł w innej firmie, a nie powiedzieć, że się to samemu wymyśliło – bo jak się przyniosło skądś pomysł, to on musi być lepszy.

Ludzie, których odpowiedź ma nas zachęcać do pytania innych o to, co mam zrobić, czego powinienem robić mniej albo co przestać, bo się w ogóle nie monetyzuje, albo rynek to kupował, a teraz przestał to kupować – to są takie rzeczy, które są istotne, bo dzięki temu robimy sobie miejsce na inne historie. Warto też odcinać się od emocji – inni ludzie mają mniej emocji związanych z naszym projektem, w związku z tym podejmują decyzje bardziej liberalnie – patrzą szerzej, widzą bardziej las, a nie poszczególne drzewa. Dlatego ludzie z zewnątrz dają nam takie wglądy, których byśmy sami nie mieli. Rozmawianie z innymi ludźmi jest bardzo dobrym pomysłem.

Cała branża IT stoi na rozmawianiu ze sobą. Dla nas wymienianie się informacjami jest bardzo uwodzące. Można powiedzieć, że zaczęliśmy się tak bardzo wymieniać informacjami, że już nie ma kiedy pracować – bo ciągle ktoś nas o czymś informuje. Dlatego moment na wymianę informacji, to z kim i kiedy – powinien być bardzo wyraźny, bo oprócz momentu, gdy się nacieramy mózgami i mamy ten moment eksplorowania, czyli szukania nowych informacji, trzeba też usiąść, wyłączyć internet w komputerze albo wziąć kartkę, albo kupić jeden z tych zabawnych tabletów, na których się pisze jak na kartce, nie mieć innych opcji, żeby nic nas nie kusiło – mam ograniczony wybór, siedzę i mam te dwie godziny, kiedy oram. Kiedy po dwudziestu minutach czuję, że zalało mi takim „kiślem”, że następnym razem, kiedy wracam, żeby wziąć kolejny oddech, to jest dwie godziny później – czyli zyskuję ten flow, ale żeby mieć flow, to potrzebuję mieć zblokowany czas. O ten czas jest największa walka w życiu – teraz być może większa niż do tej pory. Dalajlama powiedział, że każdy w ciągu dnia powinien mieć przynajmniej godzinę, w której jest sam, a Dalajlama nie mógł się mylić, więc pozostawiam to bez komentarza.

Sporo mówiliśmy o świecie zewnętrznym – o aplikacjach, Facebooku i o innych ludziach, którzy nas otaczają, o komunikacji z tymi ludźmi – natomiast jest jeszcze taki element tego, co jest w środku we mnie i to też wpływa na realizację celów, dlatego że brakuje nam gdzieś w środku dyscypliny, konsekwencji, silnej woli, cierpliwości, motywacji. Więc bardzo proste pytanie, natomiast odpowiedź, na pewno nie jest prosta – jak to zrobić, żeby chciało mi się bardziej?

Nad wieloma rzeczami mamy w życiu kontrolę, a nad paroma nie mamy – trzeba też o tym pamiętać. Podam taką ciekawostkę – chcemy wierzyć i to jest jeden z mitów, kłamstwo rozwoju osobistego, o którym już powiedzieliśmy, że człowiek może wszystko, jak się zepnie. Niestety nie może wszystkiego, jak się zepnie – nawet można powiedzieć, że bardzo mało możemy, jak się zepniemy. Większość rzeczy to jest po prostu szczęście – znaczy, że my nie potrafimy przejąć nad tym kontroli. Załóżmy, że ty, w tym, co teraz robisz, zaczniesz pracować bardziej – powiesz: „dosyć tego, chcę mieć dużo hajsu. Teraz będę pracował bardziej”. Szansa na to, że będziesz miał więcej pieniędzy od tego, że zaczniesz więcej czy nawet mądrzej pracować, jest statystycznie żadna – bo ty sam nie wykreujesz swojego miejsca pracy, nie wykreujesz potrzeby rynku z pieniędzmi, które masz, nie wykreujesz tego od pracowania bardziej.

Jak ktoś pracuje i zarabia 6000 złotych miesięcznie, to jak się zepnie tak, że mu żyła wyjdzie na czoło, to może zarobić sześć i pół tysiąca, które wyda prawdopodobnie na lekarstwa, bo jak się zepnie, to trzeba to będzie potem odchorować. Nie ma co liczyć na to, że milionerzy pracują jakoś wyjątkowo super więcej. Zapewne spotkaliście w swoim życiu osobę, która ma bardzo dużo pieniędzy, powyżej 10 milionów majątku własnego – nie macie pewnie poczucia, że są to, jakieś są orły intelektu. Najczęściej powodem tego, że się zarabia dużo pieniędzy, jest po prostu nisza rynkowa – człowiek w nią wpada i nagle zaczyna zarabiać. Lata osiemdziesiąte dla informatyki – wystarczyło cokolwiek robić, wszystkie komputery schodziły. Kiedyś wystarczyło być informatykiem, żeby być bogatym. Dlatego raczej to, że wcelujemy w jakąś niszę, powoduje, że mamy szczęście, że kogoś znamy, to jest główny przyczynek do tego, że nagle dostaniemy bardzo dużo hajsu, a nie, że się jakoś specjalnie upierdzielimy.

Najczęściej powodem tego, że się zarabia dużo pieniędzy, jest nisza rynkowa

Gdy niektórzy mają jakiś spektakularny sukces biznesowy i to widać w analizach internetowych, to zaraz się pojawiają ci smutni panowie z Facebooka, z Google’a i mówią, że na pewno chciałby sprzedać i oni mu powiedzą za ile – i on jak się nie zgodzi, to po roku już go nie ma – a jak się zgodzi, to przynajmniej ma pieniądze, bo nikt nie przepuszcza takiej okazji. Jak biznes zaczyna nam wychodzić, zarabiamy dobrze i przychodzi taki ktoś, kto chce od nas kupić, to można świadomie założyć, że już nigdy w życiu, drugi raz tak nam nie wyjdzie. To jest smutna prawda, potem już będzie tylko fajnie – to jest jak dwa razy wygrać w Totolotka. Dlatego ludzie nie chcą sprzedać swoich biznesów, bo to jest po prostu fajne zajęcie – coś robisz, idzie ci, masz pieniądze, ludzie się zgłaszają, chcą u ciebie pracować, bo reputacja firmy jest w porządku na rynku pracy i tak dalej – myślisz: „to nie chodzi o tę kasę, to chodzi o to, że mam taką fajną w piaskownicę, te foremki wszystkie poukładane, rynek tego chce, siedzimy po nocach, bo myślimy, że jak nie wyjdzie, to trudno, a jak wyjdzie to super – tak się bawimy – a drugi raz, to już będzie takie zwykłaśne”, to jest ten efekt szczęścia.

Profesor Kahneman mówi tak: „łatwość, z jaką tłumaczymy zjawiska po fakcie, budzi w nas taki wewnętrzny niepokój, takie pożądanie, że gdybyśmy się dobrze skupili, to moglibyśmy to wszystko przewidzieć – to nieprawda to, po prostu da się wytłumaczyć po fakcie, ale już nie ma jak, tego sprawdzić”. Jak powiemy, że ta partia wygrała z jakiegoś powodu, to nie mamy tego jak sprawdzić, bo ona już wygrała, drugi raz tego nie zrobi. Albo ten brand odniósł sukces – on jest taki sam, jak poprzedni, ale ma inny kolor – no to zróbmy taki, co ma jeszcze inne kolory – najczęściej to nie pomoże. Myślenie post factum jest bardzo złudne. Do tej bajki włącza się myślenie takie, że jak byśmy chcieli i to wszystko uporządkowali, to będzie się nam chciało – tymczasem, najczęściej jest to po prostu szczęście. Jedną z rzeczy, którą musimy wylosować, żeby odnieść sukces, jest nasz układ nerwowy, a konkretnie jego kondycja – dlatego każdy ma swój Everest. To nie tylko dotyczy kondycji układu nerwowego w kontekście biznesu, ale też moralności – jakbyś się urodził hiper agresywny, to w pewnym sensie, nie masz wpływu na to, czy trafisz do więzienia, czy nie – albo dam inny przykład szczęścia w moralności – spotkaliśmy się, super się nam nagrywa podcasty, ty przyjechałeś do Polski, albo ja do królestwa królowej, idziemy na piwo, wypiliśmy za dużo, wsiadamy do samochodów i jedziemy – mnie ktoś wypada na jezdnię i go rozjeżdżam, a tobie nikt nie wypada i dojeżdżasz do domu. Kto z nas jest bardziej moralny po tym dniu? No, ty! Ale tylko dlatego, że miałeś szczęście, bo jakby tobie ktoś wypadł, tak samo byś nie był – i to jest szczęście w moralności, o którym mówimy.

Do szczęścia w moralności i w biznesie zalicza się też to, jakim urodziłeś się człowiekiem. Nie wszystkim jest łatwo, ale nie wszyscy są sumienni, a to jest jedna z bardzo trwałych cech charakteru, nie wszyscy mają sprawny układ nerwowy – ktoś ma na przykład, niezdiagnozowaną nadczynność tarczycy, to jemu ciągle chce się spać – ja miałem kiedyś ten kłopot i przespałem połowę zajęć na studiach, po prostu wchodziłem z kawą, colą, wodą, kładłem się na ławce, spałem przez pierwszą połowę wykładu, a potem mnie zawlekli do lekarza, bo ja myślałem, że tak fabrycznie mam. Ludzie muszą pokonywać swoje własne słabości i tak naprawdę szukamy swojego Everestu, czyli tego, na co mnie stać. Dlatego, to się tak ładnie mówi, mam być taką wersją, w której ja jestem to w stanie zrobić – nie mogę konkurować z tobą, godzę się z tym, że choćbym skisł, to nie będę robił takich dobrych podcastów, jak ty, bo ja, po prostu nie umiem – nie umiem i nie nauczę się, bo tobie to idzie dobrze, poczułeś, że masz do tego talent, a talent, to są różne rzeczy.

Ludzie muszą pokonywać swoje własne słabości, znaleźć swój Everest

Talent ma dwie najpopularniejsze definicje. Pierwsza to jest taka, że robisz coś, nie wychodzi ci to, ale specjalnie ci to nie przeszkadza – to jest pierwsza definicja talentu, czyli uczysz się grać na fortepianie, wiadomo, że przez pierwszy miesiąc cudów nie będzie, ale ci to nie przeszkadza. Druga to jest taka, że talent to jest taka płaszczyzna życia, na której ty, z każdego doświadczenia jesteś w stanie wyciągnąć więcej wniosków niż przeciętna osoba – czyli rzucasz piłkę do kosza i nie trafiasz – dla osoby, która nie ma talentu, ta piłka nie trafia, a dla osoby, która ma talent, to jest informacja, że powinna rzucić bardziej w lewo i do siebie, prawdopodobnie za drugim albo za trzecim razem ta piłka już wpadnie. Mogę mieć do czegoś talent, a do czegoś nie – ty możesz mieć talent do podcastów, który jeszcze potem rozwinąłeś, czyli jeszcze włożyłeś dużo wysiłku – to jesteś dla mnie nie do dogonienia – ja, mogę robić podcasty średnie, albo nawet średnio-liche – pytanie, czy ja chcę robić podcasty? Ciebie i tak nie dopędzę, nie mam się co oszukiwać, że poproszę kosmos, a ten kosmos mi odda i będę miał lepsze podcasty. Zobacz sam, jak wygląda polski rynek podcastów, zwłaszcza biznesowych – najważniejszą cechą, jaką się definiuje podcastera i blogera, jest systematyczność. Niektórzy wręcz twierdzą, że wystarczy, by cokolwiek wypluć co tydzień i będzie super. Jak piszesz bloga, publikuj co środa albo co czwartek – wystarczy, że będziesz to robił regularnie – każda potwora znajdzie swego amatora – ludzie się po prostu przyzwyczają do czegoś, co się regularnie pojawia, złapią twój rytm, złapią twój oddech, twój sposób myślenia – to jest ciężko zrobić.

Dlatego namawiam, żeby zadbać o swój układ nerwowy i o własny komfort, czyli jeść dobrze, spać dobrze i dobrze wypoczywać – bo silna wola jest produktem naszego układu nerwowego i jest na baterie – ona się w ciągu dnia wyczerpuje. Pisałem w jednym z artykułów, że silna wola się wyczerpuje i to widać, bo jeżeli rano chcemy zjeść zdrowe śniadanie, to nie ma problemu, ale wieczorem zjeść zdrową kolację – to jest masakra, człowiek słyszy tę kiełbasę, która mówi do niego z lodówki: „wiem, że nie śpisz” i wtedy jest dramat. Tak samo po południu jest problem, żeby się zabrać do czegokolwiek – mówimy tak: „no to teraz wstanę i coś porobię… no… no… kurde, nie wstaje się… no nic, to jeszcze posiedzę” – i nagle się robi 23:00 – dlatego pamiętajmy o tym, że nasze akumulatory, od momentu, w którym się obudzimy, zaczynają się wyczerpywać. Jeżeli wstajemy i mówimy „Boże, jak dobrze wstać skoro świt, jakie ptaszki, napiję się kawy, popatrzę na babie lato albo jak pięknie śnieżek prószy, albo jaka jest cudowna zima – tak se popatrzę, a potem sobie usiądę” – potem nie będzie już tak dobrze, dlatego że już po dwóch godzinach zaczynamy spadek w dół. Od 9:00 do 11:00 jest jeszcze ok, ale jak spalimy ten czas, jak spalimy ten budżet minutowy, który mamy najbardziej produktywny, to potem się zaczyna coraz większa walka o życie.

Dlatego jestem zwolennikiem zasady, że organizm jest ewidentnie takim układem, w którym musimy mieć uskładane, żeby móc coś pobrać. Gdybyś miał maszynę, która służy do drukowania pieniędzy i potrafi drukować pieniądze przez całą dobę, a w instrukcji jest napisane, że musi być wyłączona raz na dobę na 9 godzin, a raz na jakiś czas mieć dwa tygodnie przerwy, żeby w ogóle nie działała – to co, orałbyś nią 24 godzin na dobę, bo co tam, najwyżej się zepsuje, no trudno – czy jednak byś ją wyłączał? Do maszyn mamy odpowiednie podejście, ale do siebie – żadnego, a to przecież jest dokładnie to samo.

My dokładnie tak samo działamy, nie możemy odciąć się od kondycji naszego ciała – nasze ciało nie potrzebuje dużo ruchu, wystarczy 20 minut spaceru dziennie – ale jednak lepiej działa, jak się rusza, lepiej działa, jak jemy różne kolorowe rzeczy, nie tylko białe, nie tylko tłuste, nie tylko słodkie, lepiej działa, jak dobrze śpi, a próba krzyczenia na siebie z pretensjami, że nie mogę się do czegoś zmobilizować, jestem wyczerpany – to jest masakra, jakbym rzucił nasionko na beton i wydzierał się na nie, że ono nie chce zakiełkować, ono ma w sobie potencjał, ale w takich warunkach nie masz szans zaistnieć. Tak samo jest z alkoholem, bo nasz organizm, jeżeli zaczyna korzystać z rezerw, to są zawsze rezerwy z przyszłości – tak jak z pożyczaniem – jak biorę kredyt, to dokonuję takiego transferu pieniędzy z przyszłości – ja je pożyczam z przyszłości, Marek z przyszłości pożycza te pieniądze Markowi, który jest teraz – jak piję w piątek, to nie biorę tej energii od siebie z piątku, tylko jak dobrze się zaprawię, to biorę ją od siebie z soboty – a jak się bardzo dobrze zaprawię, mam więcej niż 30 lat i kac nie trwa już 4 godziny, to biorę też nawet z niedzieli, czyli przenoszę energię z jednego miejsca w drugie i kiedyś będę musiał za to zapłacić – organizm tak działa. Trzeba się do tego przyzwyczaić, że ma pewien swój rytm.

Czytamy poradniki, słuchamy takich podcastów, żeby się dowiedzieć od ludzi, którzy się tym zajmują, jak tę maszynę użytkować, żeby była jak najbardziej efektywna. Mówię wprost, że pierwszym problemem ludzi, którzy nie mogą się zabrać za rzeczy, jest to, że akumulatory nie zostały naładowane – oni startują na 10-15%, bo zostało niedospane – bo trzeba było dokończyć serial, nie zadbano o otoczenie – bo ciągle coś mi przeszkadza, nie zadbano o wyraźny plan dnia – oczywiście na tyle, na ile otoczenie pozwala, bo nie jesteśmy samotnymi wyspami, a wtedy silna wola zaczyna przepuszczać – to się nazywa elegancko „wyczerpanie ego”, jakby się coś poważnego działo, to byśmy się jeszcze zmobilizowali, ale tak normalnie – nie. To tak, jakbyś się starał trzymać coś zaciśnięte w ręku nad głową – przez jakiś czas trzymasz, a potem okazuje się, że twoja ręka chce się już opuścić, a potem jeszcze bardziej chce się opuścić, ale ty ciągle możesz to wytrzymać, bo jeszcze jest zapas, tylko mięśnie zaczynają puszczać, żeby sobie zostawić na czarną godzinę – to samo się dzieje z tą silną wolą.

Pierwszą, najważniejszą rzeczą, jaką człowiek może zrobić, jest zadbanie o to, że jak się ma do czegoś zabrać, to powinien zastanowić nad tym, co będzie robił wcześniej. Jak sobie myśli: „wyciszę się na Facebooku” – to nie jest dobry pomysł, bo na pewno nie zaczniemy o tej porze, o której trzeba – Facebook jest za dobry, on nas wyroluje, jak będzie chciał – z Facebookiem jest, jak z wchodzeniem do sklepu – wchodzimy do galerii handlowej, myślimy, że nic nie potrzebujemy, ale mijamy 5 witryn i już nie jesteśmy tacy pewni – bo to miejsce jest zrobione po to, żebyśmy wydawali pieniądze, jesteśmy na niego za słabi, tym bardziej że najczęściej wchodzimy tam po południu, kiedy nasza silna wola jest już całkiem poważnie nadkruszona. Zajmuje się tym profesor Baumeister, a ja poświęciłem temu rozdział w mojej książce Wy Wszyscy Moi Ja.

Więc, zachęcam, żeby fajnie jeść, fajnie odpoczywać, fajnie spać, fajnie się relaksować, żeby wszystko miało wysoką jakość na tyle, na ile mnie stać. Oczywiście nie każdego stać na to, żeby jeździć na Bahamy, ale sen jest za darmo, drzemkę można sobie wykaraskać, kawkę sobie zrobić, można się przejść przez 20 minut – to jest to ostrzenie piły i pakowanie taczki, o którym kiedyś Stephen Covey mówił, bo potem takie dożynki, taki zmierzch żywych trupów, którzy siedzą i mówią: „jeszcze muszę napisać tylko tyle, już nie wiem, co piszę, ale 1500 znaków, może jeszcze 1000, chyba umrę może jeszcze 700, może długie zakończenie wymyślę, może od razu zacznę…” i potem jestem szczęśliwy, że skończyłem. Oczywiście nie mówię, że życie da się tak ułożyć, żeby zawsze tak było, ale to jest nasza codzienna walka, żeby jak najbardziej się do tego zbliżyć – jak mówią badacze utopii – utopii nie da się osiągnąć, ale bardzo dobrze pokazuje kierunek, w którym wypada zmierzać.

Uwielbiam twoje analogie. Siedzę i się śmieję, ale zdążając już do brzegu – bo otworzyliśmy tyle tematów, że chyba trzeba zaplanować cały cykl, żeby to porozwijać. Natomiast, żeby domknąć temat główny, który nas tu dzisiaj ściągał, czyli jak osiągać swoje cele, kiedy cały świat nam przeszkadza. Co konkretnie może zrobić nasz słuchacz w ciągu pół godziny po wysłuchaniu takiego podcastu, żeby zwiększyć swoje szanse na osiąganie celów?

Na miejscu słuchacza zmniejszyłbym wybór, wywalił wszystkie aplikacje, które nie pomagają, a przeszkadzają, wylogował się z Fejsa lub przypisał sobie urządzenie do funkcji, czyli na przykład nie miał Facebooka na komputerze tylko na tablecie – tak że jak chce go przeglądać, to jest miejsce do tego – na komputerze go nie ma, nie jestem zalogowany, hasło trudne, nie mam żadnego password vaulta ustawionego. Oczywiście wywaliłbym wszystkie darmowe programy, wiem, że to jest rzewna historia, że w Polsce nasza bieda nas rozgrzesza, ale wszystkie programy, które wyświetlają reklamy, potwornie przeszkadzają – program powinien być surowy – ograniczony do tego, co robi.

Ostatnio zrobiono takie badania, które pokazują, że dzieci o wiele lepiej się uczą, jak na ścianach w klasie nie ma żadnych przedmiotów – i to jest prawda. Wyczyściłbym wszystko, co jest w polu widzenia, może być oczywiście okno, jeżeli jest za nim zielono. Jeśli tam wiszą kartki, jest dużo kolorowych rzeczy, kuleczki, które się o siebie obijają – ja bym to wszystko zdmuchnął z biurka, żeby został pusty blat i przestrzeń, która jest nudna – wtedy, dla naszego umysłu, który szuka rozrywki, okaże się, że to, co mamy do zrobienia jest najciekawsze ze wszystkiego, co jest dookoła. Traktujemy nasz umysł trochę jak takiego wewnętrznego kota, wiesz, jak się tresuje koty? Mówisz mu: „przyjdziesz tu, czy nie?” i on przychodzi albo nie. Umysł jest taki, że możemy mu podkładać pewne rzeczy i patrzeć, jak on na to zareaguje, jeżeli zareaguje – to ok – ale go nie przymusimy. Najprostszym sposobem jest wyczyścić ze swojego otoczenia wszystkie rozkojarzające rzeczy i pilnować, żeby żadne nowe się nie pojawiły – przynajmniej w tym czasie, w którym mam coś do zrobienia – wtedy zajmę się tym, co jest relatywnie najciekawsze. Zajmę się tym, żeby być bardziej producentem – a mniej konsumentem, bo jednak tak się dzieje.

Wyczyść ze swojego otoczenia wszystkie rozkojarzające rzeczy

Domeną tego pokolenia, którego ja jestem granicą, bo stoję na granicy pokoleń X i Y, jest to, że mamy problem z pracoholizmem – a domeną nowego pokolenia jest to, że ma problem z rozrywką. Biznes rozrywkowy widzi, że nowe pokolenie nie będzie chciało już tyle siedzieć w pracy i widzi, że pokolenie Y nie chce się wiązać na stałe z jedną organizacją. Biznes rozrywkowy rozrósł się tak bardzo, że próbuje zabrać każdą minutę czasu, nie tylko po pracy, ale też już w trakcie pracy. Chcemy, żeby nasz wypoczynek był super, jeść rzeczy, które dobrze wyglądają – instagramowe dania są dobre – jak nie zrobisz zdjęcia jedzeniu, to się nie liczy, że zjadłeś. Jak jedziesz na wakacje, to muszą być: hamak, stopy, morze. Jak jesteś na jedzeniu albo na cydrze, to oczywiście siedzisz na skrzynkach po jabłkach, a stół jest zrobiony z palet. Okazało się, że rynek jest bardzo przebiegły, bo zawsze znajduje w kimś, takie słabe ogniwo i zawsze ci do głowy wejdzie – nie było szansy, żeby cię wydoić w pracy, to zostaniesz wydojony na rozrywce – jeszcze nie wyszedłeś, a już myślisz, gdzie zjeść, żeby było fajnie, gdzie zjeść, żeby nie było trzody i żeby to ekstra wyglądało. W co zagrać? W co grają moi ludzie? Co kupić? Teraz przestrzeń zakupowa jest w zasadzie wszędzie – możesz i na sedesie kupować różne rzeczy. Kogo followować? Kto mnie zaczął follować?

Moglibyśmy powiedzieć, że zajmujemy się rozrywką tak, jak palacze papierosów – bo lubimy i to jest fajne – ale prawda jest taka, że ona jest tak robiona, żebyśmy się nią zajmowali, nic z tego nie ma, to się w żaden sposób nie monetyzuje. Natomiast ludzie w pewnym wieku, a zwłaszcza nastolatki, bardzo są zainteresowani tym, co robią inni w ich wieku – to jest nie do ogarnięcia, może przejść 500 osób, w tym jedna osoba w ich wieku i od razu głowa zostaje odwrócona. Instagram, fejs i całe sociale są takim miejscem, że ludzie to ćpają, a nie wiedzą dlaczego. Jeśli chciałbym pracować nad swoją efektywnością, to przyłożyłbym lupę do tego, gdzie są te papieroski, gdzie bycie sławnym na Instagramie jest jak bycie bogatym w Monopoly, a gdzie coś z tego wynika – albo coś kreuję, albo są z tego pieniądze, bo to się monetyzuje, albo po prostu lubię to robić, bo lubię robić zdjęcia książkom. Pracuję jako opiekun żółwi w ZOO, a lubię robić zdjęcia książkom, jak ktoś mnie followuje, to fajnie, szukam jakiś popularnych hashtagów, moje community nie musi być jakoś hiper aktywne, bo ja nic z tym nie zamierzam robić, nie zamierzam na tym zarabiać, ani uderzać do żadnych agencji – to jest takie moje hobby – trzeba to sobie wyraźnie powiedzieć i na to też jest miejsce w twoim życiu.

Natomiast otoczenie, które mi służy, to nie takie, w którym jest miło, tylko takie, które mi pomaga przypomnieć sobie, co uznałem za ważne w tym momencie życia. Warto też liczyć się z tym, że co jakiś czas, inne rzeczy będą dla nas ważne – każdy moment w życiu ma swoje ważne rzeczy, trzeba to zrewidować i wywalić stare rzeczy, dorzucić jakieś nowe, poszukać – może teraz nie skoki ze spadochronem, tylko coś innego? Coś przestaje mnie kręcić, to przestaję to robić, nie tylko dlatego, że to się stało moim nawykiem – to jest taki moment dyskomfortu, ale człowiek przerażająco dobrze sobie radzi ze zmianami, jak już zacznie.

Super. Bardzo serdecznie dziękuję.

Ja też bardzo dziękuję – to były bardzo dobre pytania – musisz robić gorsze, to wtedy zdążymy w godzinę [śmiech].

Ok, następnym razem się postaram, jeżeli tylko przyjmiesz zaproszenie, niezrażony tym pierwszym razem – postaram się przygotować gorsze pytania.

Dobrze, bardzo ci dziękuję – na pewno z przyjemnością przyjmę, pytania będą ciekawe, to będziemy sobie rozmawiali dalej.