Praca z domu to większa swoboda, ale jakim kosztem? Są wady, których nie widać na pierwszy rzut oka

25 marca 2019

Jeżeli pracujesz z domu, podobnie jak ja, wiesz o czym mówię.

To nie jest miejsce, w którym łatwo jest się skupić.

Niby możesz swobodnie regulować godziny pracy. Niby wszystko jest pod ręką. Niby każdą rzecz da się załatwić online.

Ale czy nie masz przypadkiem wrażenia, że życie trochę ci ucieka? Że siedzenie ciągle w tych samych czterech ścianach na dłuższą metę ma więcej minusów niż plusów?

Postanowiłem pogadać o tym z osobą, która też zauważa te problemy, bo sama od kilku lat pracuje z domu. Znalazła też kilka ciekawych rozwiązań, o których dziś opowie. Jest front-end developerem, pisze blog i od niedawna nagrywa też swój podcast, a nazywa się Katarzyna Janoska.

Prezent dla Ciebie

Zapisz się na newsletter MWF i zdobądź listę narzędzi ułatwiających pracę z domu

W tym odcinku

  • Jakie wady i zalety ma praca w domu?
  • Jak organizować czas pracy, pracując z domu?
  • Co zrobić, żeby rodzina i znajomi nam nie przeszkadzali?
  • Czy są sposoby, żeby nie zdziczeć pracując z domu?
  • Jak pracując w domu, nawiązywać relację z ludźmi?

Oceń ten odcinek

Praca z domu to większa swoboda, ale jakim kosztem? Są wady, których nie widać na pierwszy rzut oka
4.4 (88.57%) 7 ocen(y)

Dodaj komentarz

Gość odcinka

Katarzyna Janoska

Katarzyna Janoska

Front-end developer, IT Girl, która uwielbia kodować i gonić za nowymi trendami. Pracując z domu, szuka sprawdzonych sposobów na równowagę między pracą zdalną a czasem wolnym.

KatarzynaJanoska.pl

Przydatne linki

Polecana książka

Dr Emily Nagoski
Ona ma siłę

 Kup tę książkę

 Więcej książek

Podcast do czytania – transkrypcja odcinka

Cześć, Kasiu.

Cześć, Marku.

Co ostatnio czytałaś?

Ostatnio czytałam bardzo dużo książek związanych z moimi studiami, bo studiuję User Experience Design, ale zawsze czytam kilka książek naraz. Pokażę więc te, które są związane nie ze studiami, tylko z tym, co postanowiłam czytać w oderwaniu od pracy i w oderwaniu od uczenia się i nawet mam tutaj dla tych, którzy oglądają, a nie słuchają. To jest książka, która nazywa się Ona ma siłę.

I napisała ją Anita Lipnicka.

Nie, napisała ją Emily Nagowsky. Myślę, że to tłumaczenie tytułu jest dużym nawiązaniem do Anity Lipnickiej i że twórcy tłumaczenia bardzo się tutaj inspirowali. Książka jest zupełnie niezwiązana z biznesem, bo jest o kobiecej seksualności. Napisaliśmy książki o biznesie, o ekonomii, o statystyce i byłam bardzo zdziwiona, kiedy odkryłam, że książkę o kobiecej seksualności ktoś wydał dopiero w 2015 r. Wydawać by się mogło, że po naszej cudownej Michalinie już po prostu co roku będzie jakiś nowy tytuł, tymczasem okazuje się, że nie. Myślę, że ta książka jest nie tylko dla kobiet, żeby one same dowiedziały się głównego hasła książki, czyli „jesteś normalna”, ale też dla facetów, żeby wreszcie zrozumieli, dlaczego partnerka od czasu do czasu mówi „Nie dzisiaj, boli mnie głowa”. Ta książka pięknie to wyjaśnia i jest napisana prostym językiem. Nawiązuje do badań, ale nie przedstawia żadnych suchych tabelek, więc bardzo dobrze się ją czyta.

To jest chyba drugi odcinek Małej Wielkiej Firmy, gdzie ten wątek się przewija, bo pamiętam, że kiedyś w rozmowie z Mają Santi Niestrój, ona jest sekscoachem, to też gdzieś te elementy się pojawiły, tak że myślę, że nie nadużywamy tego tematu i jak najbardziej taka książka jest do polecenia.

Pozycja w tym kontekście brzmi nie najlepiej.

To jest nawet ciekawy wstęp do naszej rozmowy, bo chciałem dzisiaj porozmawiać z tobą o pracy z domu i prawdopodobnie takiej pokusie, żeby ten czas, który powinniśmy poświęcić na pracę, spędzić trochę w domu z partnerem, który akurat też się tam pojawia. Kompletnie nie uzgadnialiśmy tego, że takie połączenie będzie, ale może to w trakcie wyjdzie.

Moim zdaniem praca w domu to jest generalnie zło, choć jest parę zalet. Jedna zaleta jest taka, że oczywiście jak leje, to nie musisz wychodzić z domu. Druga zaleta jest taka, że możesz sobie pewne koszty, które i tak ponosisz w domu, wpisać sobie zupełnie legalnie w koszty firmy i nie musisz dodatkowo płacić za jakąś specjalną powierzchnię, gdzie miałabyś tę pracę wykonywać. Natomiast na tym w zasadzie ta lista zalet się chyba kończy. Potwierdzasz to czy nie?

To jest bardzo ciekawe podejście. Ostatnio czytałam artykuł, w którym pracownicy korporacji twierdzili, że praca z domu, czyli tzw. home office, to jest najgorsza rzecz, jaka może ich spotkać. Z jednej strony z tego korzystają, ale kiedy? Wtedy, kiedy twoje dziecko jest chore, wtedy kiedy jesteś przeziębiony i nie możesz pójść do pracy, albo wtedy, kiedy pogoda jest tak straszliwa, że normalnie to by się wzięło urlop na żądanie, a tutaj trzeba pracować. Nie mogę się więc zgodzić z tym, że praca z domu ma same minusy. Po pierwsze, możesz pracować w dresie. Co jest lepszego niż praca w dresie? Trochę sobie żartuję, ale tak naprawdę to nie sądzę, żeby praca w domu tak szalenie różniła się od pracy w biurze. Pozytywy są właśnie takie, że nie trzeba z tego domu wychodzić, nie trzeba się wystawiać na złą pogodę.

Nie sądzę, żeby praca w domu tak szalenie różniła się od pracy w biurze. Pozytywy są właśnie takie, że nie trzeba z tego domu wychodzić, nie trzeba się wystawiać na złą pogodę

Mam wrażenie, że ta opinia o tym, że to jest jakieś straszne zło, wiąże się z tym, że praktyce ludzie, którzy pracują z domu, nie robią tego tak do końca z własnej woli, tylko dlatego, że jakiś kontekst był straszny i muszą np. pracować z dzieckiem na kolanach, które jest chore i płacze. Jak ma ci się więc dobrze kojarzyć praca z domu, jak tu walczysz z żywiołem, a nie pracujesz?

Być może te opinie są rzeczywiście trochę zaburzone przez osoby, które nie traktują tej pracy z domu jako podstawowej formy pracy, tylko robią to okazyjnie i te okazje rzeczywiście zaburzają ten obraz. Weźmy pod uwagę osoby, które generalnie na stałe z domu pracują. Podstawowy zarzut, jaki mam do pracy w domu, może dlatego, że sam pracuję z domu, jest taki, że praca powinna być miejscem, gdzie rzeczywiście poświęcasz się aktywności zawodowej, a dom powinien być miejscem, w którym odpoczywasz. Jasne, że można sobie to próbować w głowie ułożyć, ale z drugiej strony, jeżeli wykonujesz pracę w domu, to tak naprawdę nigdy z tej pracy nie wychodzisz. Jeżeli jeszcze mam osobny pokój, w którym tylko i wyłącznie pracuję, taki gabinet, to gdzieś to fizycznie jest oddzielone. Ale jeżeli takiego osobnego pomieszczenia nie mam, to tym bardziej jest jakoś trudno i fizycznie i mentalnie oddzielić pracę od domu. Masz na to jakieś sposoby?

Tak. Ja pracuję z domu już sześć lat, więc chyba przebrnęłam przez wszystkie możliwe konfiguracje, jeżeli chodzi o ustawienie rzeczy w mieszkaniu. Moją pierwsza rada, która pewnie będzie straszna i nie do zaakceptowania: zrób tak, żeby mieć gabinet. Wiadomo, nie każdego stać na to, żeby zmienić mieszkanie, przebudować dom albo wydzielić sobie osobny gabinet w domu, co nie zmienia faktu, że to jest najlepszy sposób, bo zamykasz sobie drzwi, nikt ci do tego gabinetu nie wchodzi. Możesz nawet wywiesić karteczkę teraz pracuję i nie ma problemu, żeby ktoś przeszkadzał, bo tak jakby człowiek jest w biurze. Jeżeli nie masz takiej możliwości, to najważniejsze jest, żeby znaleźć sobie jakieś miejsce do pracy. Nie mówię, że to musi być jakieś superstałe miejsce do pracy, ale jednak dobrze jest wydzielić sobie w głowie takie strefy, że tutaj odpoczywam, a tutaj pracuję. Absolutnie nie pracować w sypialni, dlatego, że potem się źle śpi, a jak człowiek jest niewyspany, to źle pracuje i źle mu się żyje ogólnie, więc przestrzegałabym przed pracą w sypialni.

Bardzo dobrym miejscem do pracy okazuje się być kuchnia. Pracuję w firmie, w której jest mniej więcej 90 pracowników i wszyscy pracujemy zdalnie. Takie jest założenie firmy od samego początku, od dnia „zero” ta firma nigdy nie miała siedziby. Bardzo często rozmawiamy ze sobą na Skypie i można zobaczyć, że osoby, które nie mają wyznaczonego gabinetu i nie mają za plecami żadnej swojej biblioteczki ani rozpiski, kodu i dziwnych wykresów, nad którymi aktualnie pracują, to właśnie pracują z kuchni. Kuchnia jest z założenia bardzo mało relaksującym miejscem. Niektórzy lubią gotować i tak się relaksują, ale generalnie w kuchni się pracuje, więc dokładają sobie tylko jeszcze jedną cegiełkę pracy. W kuchni zazwyczaj jest stół albo jakiś przynamniej duży parapet, na którym można się wygodnie rozłożyć z krzesłem i komputerem, więc uważam, że to jest dobre miejsce.

Widzę w kuchni pewne inne pokusy, ale do tego dojdziemy.

Poza tym, ja na przykład zauważyłam, że dla mnie dobrym miejscem do pracy jest to, w którym siedzę teraz. Normalnie mam gabinet, ale kiedy akurat piszę np. artykuły, to wolę jednak siedzieć przy stole w jakimś takim przyjaznym otoczeniu i inspirującym bardziej niż gabinet. Wtedy bardzo lubię siedzieć w dużym pokoju, ale nie na kanapie, bo na kanapie się relaksuję, tylko siedzę przy stole albo w fotelu, z dala od kanapy i tej strefy telewizyjnej, że tak ją ładnie nazwę. Po prostu mam wyznaczoną strefę do pracy.

W ramach ciekawostki – w kontrakcie z moim pracodawcą mamy napisane, że byłoby świetnie, gdybym miała zupełnie oddzielny komputer do pracy i osobny do rozrywki. To też jest niezłe rozwiązanie. Znowu – nie każdy ma kasę i chęć inwestowania w dwa osobne komputery, ale może chociaż osobny użytkownik na tym komputerze byłby dobrym rozwiązaniem? Że jak widzisz tę tapetę na swoim pulpicie, to wiadomo, że pracujesz, a nie relaksujesz się. Żeby nie korzystać z tego samego konta do przeglądania Facebooka i do pracy.

Fajny trik z tym osobnym kontem. Rzeczywiście na to nie wpadłem. A jeżeli chodzi o te osobne miejsca; czy to jest tak, że kiedy nie pracujesz, to na przykład nie siadasz na tym krześle? Do kuchni wchodzisz pewnie, tak czy inaczej. Ale masz krzesło tylko do pracy? Bo mówiłaś, że nie siadasz przed telewizorem na kanapie czy sofie, tylko w specjalnym miejscu przeznaczonym do pracy. Czy poza godzinami pracy na tym miejscu w ogóle nie siadasz? Nie używasz go?

Raczej rzadko. Jeśli używam tego stołu, przy którym teraz siedzę, to zazwyczaj to jest taki kontekst, że albo nagrywam jakiś film, albo piszę jakiś artykuł, albo jestem w jakiejś pracy. Albo kontekst jest zupełnie inny, bo dookoła jest mnóstwo znajomych i razem siedzimy przy tym stole, gramy w planszówki albo właśnie jemy obiad czy kolację. Nigdy nie jest to tak, że sama sobie siadam na tym krześle i się relaksuję przed komputerem czy coś takiego. Raczej jestem tutaj albo jak pracuję, albo jak kontekst tego miejsca, tej sytuacji jest zupełnie inny i nie kojarzę wtedy tego stołu z pracą. Jak jestem sama, to zawsze przy nim pracuję.

To jak wspomniałaś planszówki, to muszę spytać jeszcze: w co ostatnio grałaś?

Ostatnio grałam w Splendor, dlatego, że bardzo spodobała mi się ta gra. Jest bardzo prosta, bo zasady mają tylko jedną stronę A4, a wszystkim bardzo się podoba. Moją ukochaną planszówką chyba już na zawsze pozostanie jednak Carcassonne. Mam chyba wszystkie dodatki, jakie wyszły po polsku, więc zajmują pół szafy. Naprawdę dobrze się gra i potrzebny jest do tego albo bardzo duży stół, albo bardzo duża, wolna podłoga, dlatego, że dokładanie kolejnych kartoników do zamku i do miast, które się buduje, zajmuje bardzo dużo miejsca.

Gdybyś grała w gronie czterooosobowym, to polecam ci też Azul. Ostatnio grałem. Bardzo fajna, prosta gra. Ale do sedna…

Czas pracy. To jest też, myślę, trudna rzecz, jeżeli pracujesz z domu. Z jednej strony jak wiesz, że czeka cię rano jakaś robota, do której za cholerę nie chcesz się zabrać, to jest taka pokusa, żeby w tym łóżku jeszcze trochę zostać. Z drugiej strony jak się wciągniesz, jak faktycznie robisz coś takiego zajmującego, to można siedzieć przed tym komputerem i siedzieć. Pierwsza w nocy, a ty dalej siedzisz i się nie wysypiasz, a to już, tak jak wcześniej powiedziałaś, jest ważne. Jak udaje ci się zapanować nad godzinami pracy, pracując z domu?

Tutaj muszę najpierw rozgraniczyć, jakie są rodzaje pracy z domu. Ja pracuję akurat na kontrakcie, w którym mam zapisane, że siedzę przy komputerze od 8.00 do 17.00, z godzinną przerwą na obiad. Czyli ja tak naprawdę pracuję na etacie i nie mam za dużego wyboru. Po prostu jestem wtedy przy komputerze i tyle. Nie mam pokus, żeby długo spać, dlatego, że ja niespecjalnie lubię długo spać. Ale to co powiedziałeś, jak już wciągnie mnie jakieś zadanie i chcę je skończyć i czuję się superpodekscytowana tym, co właśnie robię, to faktycznie. Nawet w zeszłym tygodniu mi się przydarzyło, że skończyłam pracę o 22.00 i to było zupełnie złe, bo łącznie wyszło mi tych godzin pracy chyba z 15, a za nadgodziny nie płacą, więc dwa razy się oszukałam. Nie dość, że za dużo pracowałam, to jeszcze nie zapłacą mi za to.

Jak pracowałam jako freelancer, to też wyznaczałam sobie godziny pracy. Odkryłam, że dla mnie właśnie jest bardzo ważne, żeby na karteczce mieć zapisane, jakie są moje godziny pracy. Jak w tym czasie nie pracuję, to OK – mogę to nadrobić później, po południu. Ale generalnie ten czas mam zarezerwowany w kalendarzu do pracy, dzięki czemu nie tylko ja wiedziałam, że teraz pracuję, ale też moi klienci wiedzieli, że ja w tych godzinach pracuję i moi znajomi też wiedzieli. Nie było więc problemu z tym, że ja sobie pracuje rano, a później to w nocy, a potem to po południu.

Bardzo często słyszę właśnie od freelancerów, że oni nie mają wyznaczonych godzin pracy, tylko tak: tu popracują, tam popracują i koniec końców wychodzi, że pracują 20 godzin na dobę, co jest okropne, bo wtedy właśnie ani nie pracujesz, ani nie odpoczywasz. Ja, jak byłam freelancerem, to wyznaczyłam sobie godziny pracy od 10-16, co było bardzo strategiczne, dlatego, że po pierwsze pracowałam nie za dużo i pracowałam w takich godzinach w których – uwaga – nie jestem głodna. Nie miałam przerwy na jedzenie w samym środku tej pracy, więc nie miałam pretekstów do tego, żeby odchodzić od mojego miejsca pracy i sobie gdzieś tam wędrować.

A czy te godziny pracy 10.00-16.00 to były realne godziny twojej pracy, czy to były te godziny, które komunikowałaś światu zewnętrznemu, że wtedy pracujesz, więc wtedy nie należy ci przeszkadzać?

Nie, to były godziny mojej realnej pracy. Pogodziłam się z tym, że nie będę zarabiać jakiś niesamowitych kokosów i nie będę się rzucać na rozwijanie mojej firmy przez 16 godzin na dobę, jak niektórzy przedsiębiorcy się chwalą, ale za to będę rozwijać swoje życie poza pracą. Okazało się, że w ciągu tych sześciu godzin, jak tak się faktycznie skupiam przez te sześć godzin, to to jest możliwe. Jak nic mnie nie rozprasza, ja wiem, że pracuję, inni pracują, to naprawdę byłam w stanie w ciągu tych sześć godzin zrobić tyle, ile teraz w ciągu dziewięciu z tą godzinną przerwą na obiad. Zaskakujące, ale jednak u mnie to tak działa.

Za to teraz mam bardzo duży problem z tym, żeby kończyć pracę. Bo ja jednak robię superfajne rzeczy i wiadomo, że jak się pracuje „na etacie”, to czasami są spokojniejsze okresy i w ciągu tych ośmiu godzin nie ma co robić. A czasami jest tak, że jest tyle roboty, że można by nie kończyć i przez dwa tygodnie pracować bez przerwy. Jak więc wpadam w ten moment, kiedy mogę pracować bez przerwy, to zawsze bardzo ekscytuje mnie to, co robię i mam duży problem, żeby skończyć. Znalazłam więc taki sposób, że po prostu umawiam się z kimś na godzinę 18.00, czyli tak, żebym akurat zdążyła odejść od komputera, przebrać się i wyjść z domu. I jak już się z kimś umówię, czy to będzie na fitness, czy do kina, czy na kawę, czy po prostu ze znajomymi na spacer, to czuję taką wewnętrzną potrzebę, taką odpowiedzialność, że ja już się umówiłam. Ja muszę skończyć pracę i wyjść. To też jest całkiem niezłe, żeby fizycznie naprawdę wyjść z pracy, nawet jeśli pracujesz przy tym samym stole, przy którym normalnie jesz, albo w tej samej kuchni, w której normalnie gotujesz, to jednak następuje ten moment wyjścia z pracy. To, że potem tam wracasz, to zupełnie inna kwestia, kontekst jest już inny.

Powiedziałaś bardzo fajną rzecz, że te godziny pracy od 10.00-16.00 ustawiłaś sobie na wtedy, kiedy nie jesteś głodna. Nie każdy ma, myślę, na tyle dużo dojrzałości albo na tyle dużo swobody myślenia, żeby ustalić sobie tylko sześć godzin w pracy i nie każdy umie też wytrzymać sześć godzin bez jedzenia. Natomiast jedzenie to nie jest jedyna pokusa, które się pojawia, kiedy jesteśmy w domu. Rano człowiek wstaje, patrzy, co by tu ubrać. Ojej, trzeba zrobić pranie, bo rzeczy się kończą. Siadasz do pracy, mija jakiś czas, pralka ci pika, że trzeba to pranie wyjąć. No więc lepiej je wyjąć szybciej, niż trzymać pół dnia w pralce, żeby tam nie kisiło się w tym bębnie. Trzeba to rozwiesić, już się odrywasz. Za chwilę się okazuje, że coś już zgłodniałaś, trzeba by coś przegryźć. Idziesz do toalety, papier się skończył, nie ma w domu, trzeba iść kupić albo zamówić. Jest masa takich rzeczy, które są wokół nas w domu, które nas od tej pracy odrywają. Jakie masz sposoby na to, żeby maksymalnie skupić się tylko na pracy i żeby te wszystkie rozpraszacze na nas nie działały?

Tutaj są dwie szkoły. Jedna jest taka, żeby mieć bardzo silną wolę i faktycznie nie dać się rozproszyć. Odkryłam, że kompletnie nie potrafię tego zrobić i nawet się trochę poddałam, ale wprowadziłam te wszystkie drobne rzeczy do mojego planu dnia. To znaczy po pierwsze: wyłączyłam pikanie w pralce i tu podpowiem – w każdej da się to zrobić. Jest jakaś kombinacja przycisków, która zawsze wyłącza to pikanie, tak że warto przejrzeć instrukcję obsługi.

Po drugie planuję sobie na przykład, że wstawiam pranie przed rozpoczęciem pracy i tak mniej więcej wiem, że za trzy godziny się to pranie skończy, więc wtedy wyznaczam sobie przerwę na kawę. W czasie, kiedy tam ekspres pracuje, ja szybko to pranie rozwieszam. Jak wiem, że trzeba iść na zakupy i wiem, że mam godzinę przerwy na obiad, to planuję zakupy w tej godzinie przerwy, dlatego że nauczyłam się też nie gotować w czasie pracy. Bo to, że mam godzinę przerwy nie oznacza, że to jest czas, który pozwoli mi na pójście na zakupy, ugotowanie obiadu, zjedzenie go i jeszcze wrócenie głową do pracy. Gotuję więc po południu i po prostu odgrzewam ten obiad następnego dnia. Mam nadzieję, że żaden dietetyk mnie za to nie ukamienuje, ale jak się chodzi do biura, to się nie ma superświeżego obiadku, tylko ktoś odgrzewa w piecyku albo kupuje z cateringu.

Uznałam, że u mnie od poniedziałku do piątku nie będzie to wyglądać inaczej. Gotuję dzień wcześniej i tylko szybko odgrzewam, przez co oszczędzam około godziny na popis kulinarny. Szybkie zakupy pod tytułem „papier się skończył” albo „przydałby się chleb na kanapki” całkiem nieźle się wpisują w tę godzinną przerwę, dlatego że – znowu – to nie jest tak jak w biurze. Żeby zjeść obiad nie muszę iść do miasta, szukać miejsca w restauracji, czekać aż zamówienie będzie gotowe. U mnie podgrzanie i zjedzenie obiadu trwa mniej więcej 20 minut, więc zostaje mi jeszcze 40 minut do rozdysponowania. Myślę, że jak jest ładna pogoda, to nawet wyjście na spacer, żeby się na chwilę przewietrzyć i wrócić do pracy z pełną mocą, jest dobrym pomysłem. A przy okazji można skoczyć po chleb.

Super. To potwierdza taką teorię, którą podkreśla też wielu ludzi, że tak naprawdę jeżeli chodzi o tzw. silną wolę, o której powiedziałaś na początku, to dużo lepiej jest tak zorganizować sobie otoczenie, żeby ono wspierało nas w wykonywaniu albo niewykonywaniu pewnych czynności niż polegać na swojej silnej woli. To wyłączenie pikania w pralce jest na pewno jednym z takich elementów.

Dokładnie tak. W zeszłym półroczu przeczytałam książkę Jedna rzecz. Moim absolutnie ulubionym rozdziałem był rozdział siódmy, który określał silną wolę jako zasób, który w ciągu dnia się kończy. Budzisz się rano z pełnym paskiem i on tak do końca dnia spada. Twoim głównym zadaniem jest zadbać o to, żeby nie wykorzystywać tej silnej woli niepotrzebnie. Zablokowanie sobie dostępu do mediów społecznościowych i wyłączenie pikania w pralce jest bardzo dobrym pomysłem, żeby tę silną wolę oszczędzać.

Zablokowanie sobie dostępu do mediów społecznościowych i wyłączenie pikania w pralce jest bardzo dobrym pomysłem, żeby tę silną wolę oszczędzać

Właśnie, zablokowanie dostępu do mediów społecznościowych. Jedną sprawą jest całe to otoczenie poza komputerem, które nas rozprasza. Druga sprawa, myślę że dużo bardziej trudna, to są te wszystkie rozpraszacze, które są wewnątrz komputera. Czyli właśnie media społecznościowe i przeróżne inne rzeczy, które się czają w Internecie i proszą o naszą uwagę. Jakie masz sposoby na tego rodzaju rozpraszacze?

Tutaj po raz kolejny postanowiłam nie nadużywać mojej silnej woli w najmniejszym stopniu. Zainstalowałam sobie kilka rozszerzeń do przeglądarki i kilka aplikacji.

Bardzo wielu ludzi chwali sobie metodę pracy Pomodoro – pracujesz 20 minut, potem masz 5 minut przerwy i znowu 20 minut. Otóż na mnie to kompletnie nie działa, aczkolwiek mam zainstalowane Pomodoro. Okazuje się, że na mnie świetnie działa metoda, którą propaguje Ola Budzyńska, to znaczy budzi się w mojej głowie taka chęć „to jeszcze kawka i zaczynam pracować”. Ola zawsze powtarza, że najważniejszym postanowieniem w tym momencie jest powiedzieć sobie: „Dobrze, dostaniesz tę kawę, ale za 15 minut”. To jest ten moment, kiedy włączam sobie timer Pomodoro i jak już przepracuję te 15 minut, to w zasadzie zapominam, że chciałam iść po kawę i mogę dalej pracować. U mnie Pomodoro działa jako starter, ale nigdy nie pamiętam o tym, żeby potem wystartować tę przerwę, a potem zacząć znowu pracować. To rozszerzenie zatem mam, ale tylko jako starter.

Myślę, że najważniejszą wtyczką, którą mam zainstalowaną w moim Chrome, jest StayFocusd. Jest pisana z błędem, więc jak będzie się jej szukać, to trzeba o tym pamiętać. Ona ma takie ustawienie, w którym wyznaczasz sobie czas, w którym pozwalasz sobie korzystać z mediów społecznościowych, a po jego upływie wyświetla taki wielki komunikat: „Czy nie powinnaś pracować?”. Bardzo ważne jest, aby ustawić realny czas, bo ta wtyczka domyślnie ma ustawione 10 minut. Znam siebie i wiem, że 10 minut na Facebooka w ciągu dnia to jest zdecydowanie za mało dla mnie, wiec przestawiłam sobie na 30 minut. Bo jak było 10, to kończyłam korzystanie z Facebooka i Instagrama w trybie incognito. To w ogóle nie działa.

Czy na telefonie ten ogranicznik też działa?

Wiem, że na telefon są inne aplikacje, ale akurat nie mam zainstalowanych. Na telefon jest bardzo fajny odpowiednik Pomodoro, który nazywa się Forest. To jest taka urocza aplikacja, w której hoduje się drzewko. Klikam na telefonie, że teraz przez godzinę chcę się skupiać. Tam sobie rośnie drzewko albo krzaczek, w zależności od tego, jak długo chcę się skupiać. Ta aplikacja pojawia się jako pierwsza po każdym odblokowaniu ekranu. Gdy chcesz wyjść z niej albo jakoś ją ominąć, wyświetla się taki komunikat: „Jestem biednym małym drzewkiem, naprawdę chcesz mnie zamordować?”. Wtedy budzi się w tobie sumienie, nie chcesz mordować drzewka, więc ono sobie tam rośnie przez te 60 minut, a ty nie korzystasz z telefonu.

Mam jeszcze jedną taką wtyczkę, której używam. Nazywa się News Feed Eradicator for Facebook. To jest coś co zabija feed Facebooka, nie wyświetla go. Zamiast tego jest tam jakiś cytat, nie zwracam nawet na to uwagi jaki. Nie mam w ogóle feedu Facebooka i dzięki temu w ogóle nie widzę tego, co Facebook mi proponuje, tylko po prostu wchodzę w konkretne miejsca, które chcę zobaczyć. To jest bardzo duża zmiana jakościowa.

Też mam taką wtyczkę. Nazywa się Kill News Feed, więc jak widać jest ich więcej. A jest jeszcze jedna, niestety nie pamiętam jak się nazywa, pozwalająca wyłączyć niektóre miejsca w Facebooku, np. panel z zaproszeniami na wydarzenia, panel z powiadomieniami. Po prostu klika się w konkretne miejsce i ta wtyczka ukrywa je. Robi to bardzo prosto, dlatego że dosłownie daje styl „nie pokazuj”. W żaden sposób nie ingeruje w Facebooka, tylko dosłownie nakłada się na tej warstwie HTML-owej i ukrywa niektóre elementy.

Myślę, że tych narzędzi jest sporo. Pewnie do tego odcinka dołączymy listę z linkami, żeby każdy, kto będzie zainteresowany, mógł sobie je przejrzeć i pobrać.

Narzędzia – supersprawa. Technologiczne rozpraszacze, rozpraszacze typu papier toaletowy albo lodówka – to jest coś, czym się już zajęliśmy. Jest jeszcze jedna grupa rozpraszaczy, która nie u każdego występuje. Bo jeżeli mieszka się samemu, to ma się święty spokój. Inni ludzie tak naprawdę cię nie obchodzą, poza tym, że czasami jakiś kurier zadzwoni. Ale jeżeli mieszkamy z partnerem czy z rodziną, czy mamy blisko sąsiadów, znajomych, którzy lubią wpaść nas odwiedzić, to jest to dużo trudniejsze do opanowania, bo tam nie ma takiej wtyczki, która ich wyłącza. Oni wymagają jakichś innych sposobów, żeby nad nimi zapanować.

Wiadomo, jeżeli masz dziecko i ono wraca ze szkoły, to jego nie da się wyłączyć. Natomiast z dorosłymi… Wcześniej wspomniałaś, że godziny pracy, wywieszenie kartki na drzwiach to jest coś, co pomaga. Z mojego doświadczenia wynika jednak, że nie pod razu, że czasem wymaga dodatkowego wytłumaczenia, czasami jeszcze innych zabiegów, żeby inne osoby szanowały nasz czas pracy. Żeby nie było takich sytuacji, kiedy np. pracuję, mam otwarte drzwi, bo lubię, bo jest przepływ powietrza i lepiej mi się myśli, ale wtedy te drzwi jakby zapraszają każdego, zapewniają, że można zajrzeć do środka. Nawet jeżeli ten ktoś zapyta, czy może teraz porozmawiać, to już w tym momencie odrywa mnie od pracy, moja uwaga poszła sobie gdzieś. Czy poza wywieszeniem kartki na drzwiach i wyznaczeniem godzin, kiedy jestem w pracy i proszę, żeby mi nie przeszkadzać, masz jeszcze jakieś dodatkowe pomysły albo najlepiej sprawdzone sposoby na to, jak w takich sytuacjach sobie poradzić? Mogą to być sposoby sprawdzone przez ciebie albo przez twoich znajomych.

Kartka na drzwiach to jedna rzecz, ale ogólnie myślę, że temat znajomych i rodziny jest bardzo ciężki przy pracy z domu, taki naprawdę bardzo ciężki. Bardzo dobrym i w zasadzie jedynym sposobem jest ciągłe edukowanie naszej rodziny: „To są godziny, kiedy ja pracuję i nie przeszkadzaj mi”, „To są godziny, kiedy ja zarabiam pieniądze i jestem w pracy”.

Temat znajomych i rodziny jest bardzo ciężki przy pracy z domu, taki naprawdę bardzo ciężki. Bardzo dobrym i w zasadzie jedynym sposobem jest ciągłe edukowanie naszej rodziny

Muszę przyznać, że u mnie ten proces trwał bardzo długo. Z moim partnerem nie było żadnego problemu, dlatego że on też po części pracuje z domu i rozumie, że to jest praca. Ale ponieważ mogę pracować skądkolwiek, to czasami pracuję z mojego domu rodzinnego. Jadę do rodziców, którzy jeszcze w dodatku mieszkają z moją babcią i dziadkiem. O ile dla rodziców zrozumienie, że gdy siedzę przed komputerem, to pracuję, jest takie do przejścia, o tyle dla mojej babci jest to niemożliwe.

Przeciwnie, wnuczka siedzi biedna, taka sama, nikt się do niej nie odezwie.

Wiadomo, że ja tam ciupię w Quake’a, nie ma innej możliwości. Tłumaczyłam, mówiłam, że przyjeżdżam do pracy i że owszem, przyjadę na cały tydzień, ale muszą wiedzieć, że do 17.00 pracuję. To tłumaczenie trwało bardzo długo. Trochę wstyd mi się do tego przyznać, ale to co ostatecznie zadziałało, to wielka awantura.

To straszne, ale mniej więcej o godzinie 10.00 moja babcia pije kawę, codziennie jest to ta sama godzina. Tutaj nastał kompromis, że codziennie o tej 10.00 przychodzę i piję razem z nią tę kawę, to jest ta moja przerwa, a potem mam drugą przerwę na obiad. „Rozpraszacz” w postaci babci został spacyfikowany tym, że umówiłam się z nią, że to są te dwa momenty w ciągu dnia przed 17.00, kiedy idę się z nią zobaczyć. Ale te wszystkie „pomiędzy” niestety nie działały zupełnie i skończyło się wielką awanturą, w której na swoją babcię strasznie nawrzeszczałam. Straszne to było. Głupio się przyznać, ale to pomogło. Wtedy babcia zrozumiała, że to jest dla mnie bardzo ważny temat.

To nie jest tak, ze ja tam pitu-pitu, gadam sama do siebie, a ona i tak przyjdzie zapytać, czy nie trzeba ciasteczka przynieść, ona przecież wszystko z dobrego serca. Jak już zrobiłam tę straszliwą awanturę, to babcia była na mnie obrażona przez jakieś trzy dni, ale od tamtej pory ani razu nie przerwała mi pracy. Porozmawiałam z nią jeszcze kilka razy i oczywiście przeprosiłam za to, że na nią nawrzeszczałam, ale dotarło, że to jest tak ważne, że byłam skłonna zrobić o to awanturę.

Drugą osobą, która kompletnie nie czuła tego, że w czasie pracy samo to „Hej, czy mogę?” może przeszkadzać, była mama mojego partnera. Jeśli tego słucha, to serdecznie pozdrawiam. Moment, w którym zrozumiała, że w tym czasie od 9.00 czy od 8.00 do 17.00 pracuję, nastał wtedy, kiedy napisałam artykuł na bloga, w którym opisywałam tę awanturę z babcią, że to było takie okropne z mojej strony, ale z drugiej strony zadziałało i że te sposoby na znajomych i na rodzinę czasami nie działają. Ona przeczytała ten artykuł i mam wrażenie, że się troszeczkę obraziła, bo myślała, że to jest o niej, że ona nam ciągle przeszkadza. I od tamtej pory dzwoni dokładnie o 17.01. Wyobrażam sobie, że siedzi z zegarkiem i wyczekuje do tej 17.00 i właśnie wtedy dzwoni. Też trochę głupio wyszło, bo zamiast po ludzku porozmawiać, powiedzieć, że przeszkadzasz, to musiała przeczytać artykuł, żeby się o tym dowiedzieć. Jednak wciąż będę mówić, że edukacja jest najważniejsza.

Jeżeli chodzi o mamę partnera, to podpowiem ci, że jest takie słowo, które, nie wiem, czy moja żona wymyśliła, ale słyszałem, jak go używa: teściówka. Nie teściowa, ale coś w ten deseń.

Bardzo dobre słowo.

Jest jeszcze jeden taki wątek – wiem, że pisałaś o nim u siebie na blogu, bo czytałem. To jest połączenie tak naprawdę tego kontaktu z ludźmi, którzy nas zaczepiają i technologii, czyli osoby, które zaczepiają nas na Messengerze, na różnego rodzaju czatach. Z jednej strony można powiedzieć: wyłącz wszystkie powiadomienia i będziesz miał święty spokój, ale też nie zawsze możemy tak zrobić, zwłaszcza jeżeli jest to jednocześnie kanał, którym komunikujemy się np. z klientem albo czekamy na ważną wiadomość, a tutaj ktoś widzi, że jesteśmy i pisze: „Hej, co u ciebie?” albo „Hej, jesteś?”. Czy to da się w ogóle zrobić, wyeliminować tego rodzaju „rozpraszacze”?

Myślę, że tak. W dzisiejszych czasach już się da, dlatego ze mamy Slacka, mamy Mattermosta i inne bardzo profesjonalne komunikatory, które służą do pracy. Tam mam włączone powiadomienia, bo wiem, że wtedy piszą do mnie moi współpracownicy. Ale wszystkie komunikatory, które służą do komunikacji ze znajomymi staram się mieć po prostu wyłączone przez cały czas pracy.

Jeśli wewnątrz firmy komunikujemy się Messengerem, to może warto to zmienić. Są darmowe komunikatory, na które można się przesiąść, działają na każdej możliwej platformie i nie ma powodu, byśmy korzystali z tych, z których korzystamy w komunikacji ze znajomymi. Jeśli ktoś pisze na Messengerze czy na innym „rozrywkowym” komunikatorze, to pewnie może poczekać, raczej nie jest to sprawa życia i śmierci. A jeśli jest, to najpewniej ma mój numer telefonu i może zadzwonić.

Ja telefon odbieram, dlatego że nawet jak pracowałam jako freelancer, to nie udostępniałam mojego numeru telefonu. Klienci przez chwilę byli zrozpaczeni, że tak to działa, no bo jak to nie można do mnie zadzwonić w niedzielę o 17.00? Po chwili wyjaśnienia, że właśnie dlatego moja praca jest tak szybka i skuteczna, że po prostu nie mam tych ciągłych przerw w pracy i ciągłych pytań w stylu: „O, pani Kasiu, a może by tu jeszcze na różowo?”, to właśnie dzięki temu te projekty są dostarczane na czas. Ja nigdy nie udostępniałam klientom mojego numeru telefonu. Specyfika branży robienia stron internetowych jest taka, że można to zrobić bez telefonu, można się umówić na spotkanie albo porozmawiać na Skypie, żeby omówić szczegóły i specyfikację, a później te rozmowy tak naprawdę już nie są potrzebne. Jak ktoś ma coś ważnego i mój telefon dzwoni, to ja wiem, że to jest coś ważnego. Dlatego telefonu nie wyciszam i go odbieram.

Jest jeszcze jeden fajny sposób w ramach połączenia technologii i tych przerwań, czy to domowników czy współpracowników. Mój znajomy, Dziudek, również serdecznie pozdrawiam, jeśli słucha, „wytresował” swoją partnerkę. Ona sama teraz się z niego śmieje i opowiada, że doskonale wie, kiedy nie należy mu przeszkadzać, a kiedy może przyjść i zapytać, czy już będzie łaskaw zjeść obiad. Bo kiedy Dziudek ma na swoim komputerze włączony jakiś program do pisania kodu, to od razu widać, że ekran jest ciemny a literki kolorowe, więc wtedy nie przerywać, bo on się na pewno skupia. A jak ma na monitorze Facebook, jakiś komunikator, Skype, coś takiego to wiadomo, że robi jakieś pierdoły i w każdej chwili można mu przerwać. Jest to kolejna metoda edukacyjna, żeby nauczyć domowników, co jest ważne w mojej pracy, a co jest takim trochę przerywnikiem, trochę rzeczą, na której się nie skupiam.

Moi znajomi też pracują z domu. Mam parę takich osób i są wśród nich takie, które najchętniej robią to na kanapie. Są tacy, którzy mają biurko do pracy na stojąco i też im to pasuje. I oczywiście jest cała gama rozwiązań pośrednich, z myślę bardzo popularnym podejściem, czyli fotel na kółkach przy biurku. Z całą pewnością każda pozycja, jeżeli jest dla kogoś wygodna, jest dobra do pewnego momentu. Mówię do pewnego momentu, bo z czasem okazuje się jednak, że cała ta ergonomia i nauka o tym, jaką pozycję człowiek powinien przyjąć w trakcie pracy, nie jest taka głupia. Później to się jednak odbija, zaczynają boleć plecy albo trzeba chodzić na dziwne masaże, niekoniecznie dlatego, że człowiek chce się poczuć przyjemnie, tylko dlatego, że musi, bo go po prostu boli. Wiem, że testowałaś różne sposoby pracy, jeżeli chodzi właśnie o pozycję pracy, o meble, z których korzystasz. Co u ciebie się sprawdziło, a co okazało się kompletnym niewypałem?

Przede wszystkim pracuję sześć lat. Na początku pracowałam w zupełnie niezorganizowany sposób. Albo to była kanapa, albo, co gorsza, kanapa w połączeniu ze stolikiem kawowym. Można sobie wyobrazić, jak ta pozycja wygląda, to zupełnie nie służy naszemu kręgosłupowi. Później uznałam, że ponieważ jestem w mieszkaniu tymczasowym, wynajmowanym od kogoś, to nie będę inwestować w meble biurowe, tylko gdzieś tam zrobię sobie miejsce do pracy.

Najgorszą rzeczą, jaką kiedykolwiek zrobiłam, jeśli chodzi o pracę, to było postawienie komputera na niskiej komodzie i przystawienie do tej komody krzesła na kółkach. Komoda nie ma miejsca na nogi, więc ostatecznie siedziałam na tym krześle w takim siadzie skrzyżnym i przy tej komodzie, która miała wysokość zupełnie nie taką, jaką powinno mieć biurko.

Najgorszą rzeczą, jaką kiedykolwiek zrobiłam, jeśli chodzi o pracę, to było postawienie komputera na niskiej komodzie i przystawienie do tej komody krzesła na kółkach

Krzesło też miało bezsensowną wysokość, dlatego że i tak nie byłam w stanie dosięgnąć nogami do ziemi, więc po co było je ustawiać porządnie. W związku z tym nabawiłam się bolących kolan, bo jak się siedzi nawet przez te sześć godzin, które pracowałam w takiej pozycji, no to nie ma siły – kręgosłup może jeszcze jakoś to przeżyje, ale kolana wysiadły kompletnie, a ja kocham jeździć na rowerze.

Wiosną odkryłam, że nie mogę za bardzo jeździć, więc to była ogromna tragedia. Uznaliśmy w tym momencie, że to jest czas, w którym trzeba umeblować biuro, a nawet zmienić mieszkanie. No i faktycznie, udało nam się zmienić mieszkanie, na takie, w którym już mam swoje osobne biuro. Po zmianie mieszkania człowiek nie ma jednak jakoś szalenie dużo pieniędzy, żeby to mieszkanie meblować. Poszliśmy więc do pierwszego lepszego sklepu budowlanego i kupiłam biurko, które kosztowało – uwaga – 100 złotych. Też można się domyślić, że przy tworzeniu tego biurka raczej nie było ludzi zajmujących się ergonomią i użytecznością. Na dodatek miałam to samo obrotowe krzesło, na którym siedziałam w siadzie skrzyżnym.

Mam już krzesło, mam biurko, teraz niby mogłabym siedzieć z nogami na podłodze, ale nabawiłam się już takiego odruchu, że jak tylko się na czymś skupiam, to zmieniam pozycję z tej porządnej na tę w siadzie skrzyżnym. To sprawiło, że nie tylko nadal bolały mnie kolana, ale też doszedł do tego bolący kręgosłup – trudno, żeby nie doszedł. Tak sobie prosperowałam w taki sposób, myśląc że taki zawód, taki urok po prostu. Do tego wszystkiego doszedł bolący nadgarstek, bo okazało się, że wysokość biurka połączona z wysokością krzesła i jeszcze tym, że moje nogi albo sobie dyndają luźno, albo są w siadzie skrzyżnym, sprawiło, że jakąś dziwną pozycję górą ciała przybierałam.

Jest sposób na takie dolegliwości. Idziesz do lekarza orzecznika ZUS i on ci mówi, że „Pani jest kompletnie zdrowa, proszę pani.”

W tym momencie zdałam sobie sprawę, że mając 20 kilka lat i tyle dolegliwości, to jak dożyję wieku mojej babci, to ja się po prostu rozsypię na kawałki. To nie może tak dalej być! Ostatecznym zapalnikiem było to, że jeden z moich znajomych wylądował w szpitalu z powodu swojego kręgosłupa. Orzeczenie brzmiało, że przyczyną wylądowania w szpitalu był siedzący tryb życia.

Uznałam więc, że nie chcę podążyć jego drogą i zaczęłam szukać w Internecie, co by tu można zrobić i jak się wspomóc. Wspomagały mnie też rady fizjoterapeuty i ostatecznie wylądowałam z tym setem – że tak powiem – który mam teraz. To jest biurko elektrycznie regulowane, ono ma elektrycznie regulowaną wysokość, dzięki czemu mogę przy nim i siedzieć, i stać. A że nie jest to żadne biurko na korbkę, tylko naciskam guzik i ono bardzo płynnie zmienia pozycję, to mogę tę pozycję spokojnie zmieniać kilka razy w ciągu dnia i to nie wymaga ode mnie żadnej pracy.

Później przeczytałam, że bardzo dobrym sposobem na problemy z kręgosłupem jest klękosiad, czyli takie krzesło klęcznik. To jest bardzo dobra nazwa, bo tam się ani nie klęczy, ani nie siedzi. Jeśli nikt z tego nie korzystał wcześniej, to ludzie myślą, że to ma straszny wpływ na kolana, bo przecież jak cały dzień na kolanach?!

Tymczasem ciężar ciała jest rozłożony w klękosiadzie dość równo. Siedzi się normalnie i tylko trochę się podpiera tymi kolanami. Tutaj fizjoterapeuta powiedział, że ta pozycja jest dużo lepsza dla kręgosłupa niż siedzenie na zwykłym krześle, zwłaszcza, że my na krzesłach siedzimy w zły sposób. Dlatego, że odpowiednia pozycja jest wtedy, jak się trochę nogi do przodu wyciągnie, jak się człowiek oprze, wtedy nasz kręgosłup robi taką literkę „c”. Tutaj wchodzi w grę grawitacja, która przyciąga nasz odcinek lędźwiowy do podłoża i on musi znosić dużo większe siły, do których został stworzony. Jesteśmy stworzeni raczej do leżenia albo do stania. Mało jest czynności ludzkich czy zwierzęcych, które wymagają siedzenia.

Człowiek nie miał fotela. Nie wykształciły się takie mechanizmy.

Nawet kiedy jadł, jest bardziej prawdopodobne, że robił to w kucki niż na siedząco. Nasz kręgosłup jest więc zupełnie do tego nieprzystosowany, a jak my się rozwalimy wygodnie na tym obrotowym fotelu, to nawet jak mamy podłokietniki, to jest wygodniej na nim spać niż pracować. W związku z tym klękosiad jest lepszy, bo nie można się oprzeć, bo klękosiad nie ma oparcia, nie można się na tym fotelu wygodnie rozwalić, trzeba utrzymywać pozycję.

Tutaj znajomi zaczęli mnie straszyć, że skoro mam problemy z kolanami, to jak mogę korzystać z takiego klękosiadu? Przecież jeszcze bardziej sobie te kolana rozwalę? Wtedy zaczęłam kopać głębiej i odkryłam: po pierwsze, że mnie kolana boleć przestały – to nie może być tak, że kompletnie rozwala. Ale ponieważ ja jestem tylko przykładem anegdotycznym, to nie mogę się na tym wyłącznie opierać. Poczytałam – no i faktycznie nie jest wskazane, żeby siedzieć na nim przez osiem godzin – ale na krześle też nie.

Dokupiłam więc do tego zestawu piłkę do ćwiczeń, taką wielką, dmuchaną, o średnicy około 50 cm. Teraz muszę przyznać, że moim absolutnie najwygodniejszym siedziskiem do pracy jest właśnie ta piłka. Dlatego że wszystkie te drogie krzesła, które oglądałam, takie kosmiczne wynalazki za 5 tys. zł, opierały się na zasadzie balansowania ciałem. Chodziło o to, żeby napinać mięśnie głębokie, kiedy się siedzi i próbować utrzymać tę prostą pozycję.

Piłka do ćwiczeń kosztuje 30 zł a nie 5 tys. zł i spełnia mniej więcej te same funkcje. Jedyne, co jest bardzo istotne, żeby zawsze była bardzo dobrze napompowana, bo jak się często z niej korzysta, lubi z niej uciekać powietrze. Bez przesady jednak – pompuję ją raz na kwartał, a nie raz dziennie. Trzeba też pamiętać, żeby kolana były poniżej bioder. W ten sposób wypracowałam sobie miejsce do pracy, w którym nie mam żadnego krzesła, a mam właśnie tę piłkę, na której siedzę najwięcej. Czasami korzystam jeszcze z klękosiadu i dużo stoję przy biurku.

Jakbyś miała to podzielić tak procentowo, jak dużo stoisz, a jak dużo siedzisz?

Na pewno stoję podczas wszystkich spotkań, które mamy w firmie, czyli mniej więcej godzinę dziennie. Zauważyłam też, że stoję dużo częściej po południu niż rano, dlatego że mi się już nie chce siedzieć, że już bym chętnie gdzieś poszła. Procentowo to byłoby tak 30-40 proc. w ciągu dnia. Nie jest też tak, że procentowo przez pięć godzin siedzę na piłce, a przez trzy cały czas stoję – nogi bolą, gdy się tyle stoi ciągiem. Dzięki temu, że moje biurko tak płynnie zmienia pozycję za naciśnięciem guzika, po prostu zmieniam pozycję kilka – kilkanaście razy w ciągu dnia.

Zacząłem od tego, że praca w domu to zło. Tak naprawdę najpoważniejszy argument, który potwierdza tę tezę, zostawiłem sobie na koniec. To jest tak: siedzimy sobie w domu, stworzyliśmy sobie idealny świat, ze swoimi superergonomicznymi meblami, z blokadami różnego rodzaju rozproszeń i powiadomień – w ogóle jest ekstra. Skoro jest nam tam tak dobrze, wszystko tak świetnie zorganizowaliśmy pod siebie, no to coraz mniej czasu spędzamy na zewnątrz. Powoli odzwyczajamy się od tego, że są jacyś inni ludzie, którzy chcą od nas czegoś, gdzieś ten nasz „mięsień” społeczny zanika, nawet jeśli korzystamy z czatów czy wideoczatów, jak zwał tak zwał.

Wiesz, kiedy wychodzisz do ludzi, to nie tylko masz literki, masz obraz na ekranie, oni mają jakiś zapach, śmieją się dziwnie, siorbią przy piciu kawy… Ogólnie człowiek zaczyna odkrywać, że inni ludzie go drażnią. Wydaje mi się, że to jest największe zagrożenie w pracy w domu: to, że zaszywamy się w tej naszej jaskini i coraz mniej chcemy z niej wychodzić. Jak nie wpaść w taki stan?

Samotność jest chyba najczęściej powtarzającym się zarzutem co do pracy w domu. Mam znajomego, który przyznał się do tego, że doszedł do takiego stanu, że wyjście do sklepu było dla niego całkiem niezłym społecznym przeżyciem. Kiedy jego żona wracał do domu, to on w tej samotności przez osiem godzin zdążył już sam ze sobą wszystko obgadać. I wakacje zaplanował, i za i przeciw przemyślał, już nawet z tą żoną już nie było o czym rozmawiać, kiedy ona wróciła do domu. Nie było też specjalnie powodu, żeby wychodzić, no bo po co, skoro jest dobrze?

Samotność jest chyba najczęściej powtarzającym się zarzutem co do pracy w domu

Faktycznie można wpaść w taką pułapkę. Jeśli chodzi o towarzyskość, to w pracy z domu jest to część ergonomii pracy, dlatego że z jednej strony ludzie czują się dobrze we własnym towarzystwie, a z drugiej strony kontakt z drugim człowiekiem poprawia nasze zdrowie psychiczne. Poprawia też naszą innowacyjność i możemy się inspirować tym, co robią inni. Z jednej strony dobrze w domu, z drugiej strony na dłuższą metę to bardzo źle działa, kiedy człowiek siedzi w samotności. Może to nawet doprowadzić do poważnej depresji. Jeśli ktoś pracuje z domu i cały dzień w nim siedzi, to szczerze namawiam do tego, żeby jednak wyszedł do ludzi.

Mój inny znajomy powiedział, że ma dobrą metodę – dość radykalną – żeby nie wpadać w taką pułapkę, On pracuje z domu, najwyżej dwa lata, i później zmienia pracę. Po prostu idzie pracować do biura. Jak sam powiedział, po dwóch latach już nawet jego dzieci nie chcą z nim rozmawiać. Mówią, że tata zdziczał i musi po prostu iść do ludzi.

W tej firmie, w której pracuję, pracuję cały czas z domu już 4-5 lat, ale jeszcze nie odczuwam tego zdziczenia. Właśnie przez to, że ten znajomy mnie wtedy zainspirował, że to tak działa, i że trzeba przeciwdziałać tym strasznym rzeczom, które dzieją się w głowie, kiedy człowiek się odzwyczaja i ten „mięsień” społeczny mu zanika. Dlatego prowadzę bardzo aktywną kampanię, żeby ludzie jednak wychodzili z domu i żeby znajdowali sposoby na kontakt z innym człowiekiem, trochę inny niż od czasu do czasu własna żona we własnym domu, pani w sklepie albo sąsiad wyprowadzający psa.

Jak się zagaduje sąsiada wyprowadzającego psa i zagaduje o jego życie prywatne, to sąsiad może się poczuć trochę zagrożony, zamiast zostać naszym najbliższym przyjacielem. Warto sobie znaleźć prawdziwych najlepszych przyjaciół. Dużym problemem u mnie było to, że moi znajomi mieli jednak pracę w normalnym biurze i jak oni o godz. 18.00 wracali do domu, to musiałabym ich z domu wyciągać jakimś ciągnikiem. Jak oni się już ułożyli na tej wygodnej kanapie, to mieliby jeszcze wyjść ze mną na kawę? No kosmitka po prostu… Oni ledwie wrócili do domu, a ja ich wyciągam gdzieś do miasta?!

Tu nastąpił radykalny krok: znalazłam sobie nowych znajomych. Nie żebym tamtych wykluczyła ze swojego życia, absolutnie. Pomogło chodzenie na meetupy związane z własną branżą. Dla przedsiębiorców takich spotkań jest miliard, więc prawdopodobnie na każdym można znaleźć kogoś ciekawego. Albo kogoś związanego z WordPressem lub jakimś innym zainteresowaniem, które się ma. Ja akurat pracuję w branży WordPressa, bardzo często chodzę na WordUpy, a raz w roku na WordCampy. Poznaję tam bardzo dużo ludzi, o których już wiem, że mają te same zainteresowania co ja, więc pierwsze lody przełamane. To nie jest zagadywanie do sąsiada z pieskiem, tylko zagadywanie do kogoś, kto ma już te same zainteresowania. Tutaj trzeba się niestety uzbroić w odwagę. Dla niektórych introwertyków jest bardzo duży problem, żeby wyjść z inicjatywą, i powiedzieć: „Hej, słuchaj, dobrze nam się gada, to może umówimy się na kawę?”

Jeżeli znajdziesz osoby, które również pracują z domu albo również pracują zdalnie, to jest duża szansa, że mają dokładnie te same problemy co ty. To znaczy, że też są samotni, też się nie mają do kogo odezwać, i też czują, że coś jest nie tak, że inni ludzie siorbią, śmierdzą. Kiedyś tak nie było, a teraz nagle tak się stało. Oni prawdopodobnie tylko czekają na zaproszenie i taki bodziec, żeby ktoś powiedział: „No dobra, to chodź gdzieś pójdziemy i pogadamy.”

Spotykam się regularnie z trzema dziewczynami, które też pracują z domu i są związane z WordPressem. Poznałyśmy się właśnie na meetupie wordpressowym i tak właśnie od słowa do słowa, o samotności w pracy w domu doszłyśmy do wniosku, że „Hej, przecież nie musimy czekać na gwiazdkę z nieba, możemy to naprawić we własnym gronie i sobie gdzieś tam wychodzić.” Absolutnie nie jest to forma profesjonalnego Masterminda, to jest popychanie głupot przy kawie, ale świetnie działa na samotność.

Dobre, podoba mi się. Zwłaszcza, że to jest tak jak powiedziałaś o tych znajomych pracujących w biurze: często jest tak, że szukamy sobie znajomych w miejscu pracy, bo to jest naturalne. Mamy mnóstwo wspólnych tematów, poruszamy się w tym samym obszarze. Mamy też inne osoby, które możemy wspólnie obgadywać. Ciężko jest na dłuższą metę utrzymywać taką silną relację z kimś, kto pracuje w zupełnie innym środowisku. Dlatego myślę, że jest to superwskazówka z szukaniem osób w gronie znajomych, z którymi mamy jakiś wspólny temat.

Widziałem to zresztą niedawno na 10. urodzinach Małej Wielkiej Firmy. Ktoś mi to uświadomił, że tam się spotkali ludzie z kompletnie różnych branż, którzy robią bardzo różne rzeczy w życiu. Oni wszyscy mieli jedną rzecz wspólną – wszyscy słuchają tego samego podcastu. I to już powodowało, że kiedy siadali razem przy stole, czuli, że to nie jest taka zupełnie obca osoba. To jest superwskazówka, żeby wyszukiwać okazje do poznawania ludzi, którzy nie muszą być tacy sami jak my, ale rzeczywiście jest gdzieś ten punkt zaczepienia.

Czy coś jeszcze chciałaś dodać w tym temacie?

Myślę, że jeśli ktoś nie ma meetupów w swoim mieście albo zajmuje się taką branżą, że trudno się z tymi ludźmi spotykać, bo po prostu nie ma takich spotkań. Wtedy warto znaleźć sobie hobby, które wymaga drugiego człowieka. Niekoniecznie takie, że chodzimy na fitness i każdy tańczy sobie, tylko takie hobby, które lepiej robi się z kimś. Dla mnie jest to opencaching lub geocaching, czyli szukanie skrzynek w mieście. Mamy mapę skarbów, na której są zaznaczone miejsca, w których są ukryte skrzynie ze skarbami. Idzie się w to miejsce, skrzynkę się wyjmuje, wpisuje do logbooka albo wymienia skarbami, które są w środku. Tak, to działa na całym świecie i tak, w każdym mieście są takie skrzynki.

To jest analogowa wersja Pokemon Go.

Tak, dokładnie. Geocaching był na świecie dużo wcześniej, bo chyba zaczął się już w 2006 roku. Można sobie wyobrazić, ile tych skrzynek od 2006 roku do dzisiaj jest pochowanych we wszystkich polskich miastach, nie tylko w Polsce, ale to działa na całym świecie. Szukanie skrzynek może być jednak samotną rozrywką. To hobby przyciąga też – jak słychać z opisów – niezłych świrów, więc są też spotkania, wydarzenia związane z opencachingiem i geocachingiem. Na tych wydarzeniach ludzie naturalnie się umawiają: „Hej, to może się wybierzemy razem na spacer i czegoś razem go poszukamy? ”

U mnie to świetnie zadziałało, bo dużą część znajomych, a nawet przyjaciół, których teraz mam, poznałam właśnie podczas uganiania się za pudełkami śniadaniowymi po lesie, jakkolwiek źle to zabrzmi. Ale wszystko się zgadza: jest hobby, jest drugi człowiek i jest czas spędzany na świeżym powietrzu. Jak dla mnie, wszystko w jednym. Myślę, że jest wiele takich zajęć, które można znaleźć dla siebie, w których to spotkanie z drugim człowiekiem jest jak najbardziej na miejscu.

Myślę, że spotkanie z drugim człowiekiem pt. „Kasia Janoska” było też jak najbardziej na miejscu.

Serdecznie dziękuję ci za rozmowę i za te wszystkie wskazówki. Osoby, które pracują w domu albo planują pracować w domu, będą teraz miały dużo więcej amunicji do tego, żeby te pracę sobie lepiej urządzić. I do tego, żeby być może podjąć decyzję, czy taka praca jest dla nich czy nie. Jeszcze raz wielkie dzięki.

Bardzo ci dziękuję za zaproszenie i dziękuję wam za słuchanie.

Przeczytaj transkrypcję

Cześć, Kasiu.

Cześć, Marku.

Co ostatnio czytałaś?

Ostatnio czytałam bardzo dużo książek związanych z moimi studiami, bo studiuję User Experience Design, ale zawsze czytam kilka książek naraz. Pokażę więc te, które są związane nie ze studiami, tylko z tym, co postanowiłam czytać w oderwaniu od pracy i w oderwaniu od uczenia się i nawet mam tutaj dla tych, którzy oglądają, a nie słuchają. To jest książka, która nazywa się Ona ma siłę.

I napisała ją Anita Lipnicka.

Nie, napisała ją Emily Nagowsky. Myślę, że to tłumaczenie tytułu jest dużym nawiązaniem do Anity Lipnickiej i że twórcy tłumaczenia bardzo się tutaj inspirowali. Książka jest zupełnie niezwiązana z biznesem, bo jest o kobiecej seksualności. Napisaliśmy książki o biznesie, o ekonomii, o statystyce i byłam bardzo zdziwiona, kiedy odkryłam, że książkę o kobiecej seksualności ktoś wydał dopiero w 2015 r. Wydawać by się mogło, że po naszej cudownej Michalinie już po prostu co roku będzie jakiś nowy tytuł, tymczasem okazuje się, że nie. Myślę, że ta książka jest nie tylko dla kobiet, żeby one same dowiedziały się głównego hasła książki, czyli „jesteś normalna”, ale też dla facetów, żeby wreszcie zrozumieli, dlaczego partnerka od czasu do czasu mówi „Nie dzisiaj, boli mnie głowa”. Ta książka pięknie to wyjaśnia i jest napisana prostym językiem. Nawiązuje do badań, ale nie przedstawia żadnych suchych tabelek, więc bardzo dobrze się ją czyta.

To jest chyba drugi odcinek Małej Wielkiej Firmy, gdzie ten wątek się przewija, bo pamiętam, że kiedyś w rozmowie z Mają Santi Niestrój, ona jest sekscoachem, to też gdzieś te elementy się pojawiły, tak że myślę, że nie nadużywamy tego tematu i jak najbardziej taka książka jest do polecenia.

Pozycja w tym kontekście brzmi nie najlepiej.

To jest nawet ciekawy wstęp do naszej rozmowy, bo chciałem dzisiaj porozmawiać z tobą o pracy z domu i prawdopodobnie takiej pokusie, żeby ten czas, który powinniśmy poświęcić na pracę, spędzić trochę w domu z partnerem, który akurat też się tam pojawia. Kompletnie nie uzgadnialiśmy tego, że takie połączenie będzie, ale może to w trakcie wyjdzie.

Moim zdaniem praca w domu to jest generalnie zło, choć jest parę zalet. Jedna zaleta jest taka, że oczywiście jak leje, to nie musisz wychodzić z domu. Druga zaleta jest taka, że możesz sobie pewne koszty, które i tak ponosisz w domu, wpisać sobie zupełnie legalnie w koszty firmy i nie musisz dodatkowo płacić za jakąś specjalną powierzchnię, gdzie miałabyś tę pracę wykonywać. Natomiast na tym w zasadzie ta lista zalet się chyba kończy. Potwierdzasz to czy nie?

To jest bardzo ciekawe podejście. Ostatnio czytałam artykuł, w którym pracownicy korporacji twierdzili, że praca z domu, czyli tzw. home office, to jest najgorsza rzecz, jaka może ich spotkać. Z jednej strony z tego korzystają, ale kiedy? Wtedy, kiedy twoje dziecko jest chore, wtedy kiedy jesteś przeziębiony i nie możesz pójść do pracy, albo wtedy, kiedy pogoda jest tak straszliwa, że normalnie to by się wzięło urlop na żądanie, a tutaj trzeba pracować. Nie mogę się więc zgodzić z tym, że praca z domu ma same minusy. Po pierwsze, możesz pracować w dresie. Co jest lepszego niż praca w dresie? Trochę sobie żartuję, ale tak naprawdę to nie sądzę, żeby praca w domu tak szalenie różniła się od pracy w biurze. Pozytywy są właśnie takie, że nie trzeba z tego domu wychodzić, nie trzeba się wystawiać na złą pogodę.

Nie sądzę, żeby praca w domu tak szalenie różniła się od pracy w biurze. Pozytywy są właśnie takie, że nie trzeba z tego domu wychodzić, nie trzeba się wystawiać na złą pogodę

Mam wrażenie, że ta opinia o tym, że to jest jakieś straszne zło, wiąże się z tym, że praktyce ludzie, którzy pracują z domu, nie robią tego tak do końca z własnej woli, tylko dlatego, że jakiś kontekst był straszny i muszą np. pracować z dzieckiem na kolanach, które jest chore i płacze. Jak ma ci się więc dobrze kojarzyć praca z domu, jak tu walczysz z żywiołem, a nie pracujesz?

Być może te opinie są rzeczywiście trochę zaburzone przez osoby, które nie traktują tej pracy z domu jako podstawowej formy pracy, tylko robią to okazyjnie i te okazje rzeczywiście zaburzają ten obraz. Weźmy pod uwagę osoby, które generalnie na stałe z domu pracują. Podstawowy zarzut, jaki mam do pracy w domu, może dlatego, że sam pracuję z domu, jest taki, że praca powinna być miejscem, gdzie rzeczywiście poświęcasz się aktywności zawodowej, a dom powinien być miejscem, w którym odpoczywasz. Jasne, że można sobie to próbować w głowie ułożyć, ale z drugiej strony, jeżeli wykonujesz pracę w domu, to tak naprawdę nigdy z tej pracy nie wychodzisz. Jeżeli jeszcze mam osobny pokój, w którym tylko i wyłącznie pracuję, taki gabinet, to gdzieś to fizycznie jest oddzielone. Ale jeżeli takiego osobnego pomieszczenia nie mam, to tym bardziej jest jakoś trudno i fizycznie i mentalnie oddzielić pracę od domu. Masz na to jakieś sposoby?

Tak. Ja pracuję z domu już sześć lat, więc chyba przebrnęłam przez wszystkie możliwe konfiguracje, jeżeli chodzi o ustawienie rzeczy w mieszkaniu. Moją pierwsza rada, która pewnie będzie straszna i nie do zaakceptowania: zrób tak, żeby mieć gabinet. Wiadomo, nie każdego stać na to, żeby zmienić mieszkanie, przebudować dom albo wydzielić sobie osobny gabinet w domu, co nie zmienia faktu, że to jest najlepszy sposób, bo zamykasz sobie drzwi, nikt ci do tego gabinetu nie wchodzi. Możesz nawet wywiesić karteczkę teraz pracuję i nie ma problemu, żeby ktoś przeszkadzał, bo tak jakby człowiek jest w biurze. Jeżeli nie masz takiej możliwości, to najważniejsze jest, żeby znaleźć sobie jakieś miejsce do pracy. Nie mówię, że to musi być jakieś superstałe miejsce do pracy, ale jednak dobrze jest wydzielić sobie w głowie takie strefy, że tutaj odpoczywam, a tutaj pracuję. Absolutnie nie pracować w sypialni, dlatego, że potem się źle śpi, a jak człowiek jest niewyspany, to źle pracuje i źle mu się żyje ogólnie, więc przestrzegałabym przed pracą w sypialni.

Bardzo dobrym miejscem do pracy okazuje się być kuchnia. Pracuję w firmie, w której jest mniej więcej 90 pracowników i wszyscy pracujemy zdalnie. Takie jest założenie firmy od samego początku, od dnia „zero” ta firma nigdy nie miała siedziby. Bardzo często rozmawiamy ze sobą na Skypie i można zobaczyć, że osoby, które nie mają wyznaczonego gabinetu i nie mają za plecami żadnej swojej biblioteczki ani rozpiski, kodu i dziwnych wykresów, nad którymi aktualnie pracują, to właśnie pracują z kuchni. Kuchnia jest z założenia bardzo mało relaksującym miejscem. Niektórzy lubią gotować i tak się relaksują, ale generalnie w kuchni się pracuje, więc dokładają sobie tylko jeszcze jedną cegiełkę pracy. W kuchni zazwyczaj jest stół albo jakiś przynamniej duży parapet, na którym można się wygodnie rozłożyć z krzesłem i komputerem, więc uważam, że to jest dobre miejsce.

Widzę w kuchni pewne inne pokusy, ale do tego dojdziemy.

Poza tym, ja na przykład zauważyłam, że dla mnie dobrym miejscem do pracy jest to, w którym siedzę teraz. Normalnie mam gabinet, ale kiedy akurat piszę np. artykuły, to wolę jednak siedzieć przy stole w jakimś takim przyjaznym otoczeniu i inspirującym bardziej niż gabinet. Wtedy bardzo lubię siedzieć w dużym pokoju, ale nie na kanapie, bo na kanapie się relaksuję, tylko siedzę przy stole albo w fotelu, z dala od kanapy i tej strefy telewizyjnej, że tak ją ładnie nazwę. Po prostu mam wyznaczoną strefę do pracy.

W ramach ciekawostki – w kontrakcie z moim pracodawcą mamy napisane, że byłoby świetnie, gdybym miała zupełnie oddzielny komputer do pracy i osobny do rozrywki. To też jest niezłe rozwiązanie. Znowu – nie każdy ma kasę i chęć inwestowania w dwa osobne komputery, ale może chociaż osobny użytkownik na tym komputerze byłby dobrym rozwiązaniem? Że jak widzisz tę tapetę na swoim pulpicie, to wiadomo, że pracujesz, a nie relaksujesz się. Żeby nie korzystać z tego samego konta do przeglądania Facebooka i do pracy.

Fajny trik z tym osobnym kontem. Rzeczywiście na to nie wpadłem. A jeżeli chodzi o te osobne miejsca; czy to jest tak, że kiedy nie pracujesz, to na przykład nie siadasz na tym krześle? Do kuchni wchodzisz pewnie, tak czy inaczej. Ale masz krzesło tylko do pracy? Bo mówiłaś, że nie siadasz przed telewizorem na kanapie czy sofie, tylko w specjalnym miejscu przeznaczonym do pracy. Czy poza godzinami pracy na tym miejscu w ogóle nie siadasz? Nie używasz go?

Raczej rzadko. Jeśli używam tego stołu, przy którym teraz siedzę, to zazwyczaj to jest taki kontekst, że albo nagrywam jakiś film, albo piszę jakiś artykuł, albo jestem w jakiejś pracy. Albo kontekst jest zupełnie inny, bo dookoła jest mnóstwo znajomych i razem siedzimy przy tym stole, gramy w planszówki albo właśnie jemy obiad czy kolację. Nigdy nie jest to tak, że sama sobie siadam na tym krześle i się relaksuję przed komputerem czy coś takiego. Raczej jestem tutaj albo jak pracuję, albo jak kontekst tego miejsca, tej sytuacji jest zupełnie inny i nie kojarzę wtedy tego stołu z pracą. Jak jestem sama, to zawsze przy nim pracuję.

To jak wspomniałaś planszówki, to muszę spytać jeszcze: w co ostatnio grałaś?

Ostatnio grałam w Splendor, dlatego, że bardzo spodobała mi się ta gra. Jest bardzo prosta, bo zasady mają tylko jedną stronę A4, a wszystkim bardzo się podoba. Moją ukochaną planszówką chyba już na zawsze pozostanie jednak Carcassonne. Mam chyba wszystkie dodatki, jakie wyszły po polsku, więc zajmują pół szafy. Naprawdę dobrze się gra i potrzebny jest do tego albo bardzo duży stół, albo bardzo duża, wolna podłoga, dlatego, że dokładanie kolejnych kartoników do zamku i do miast, które się buduje, zajmuje bardzo dużo miejsca.

Gdybyś grała w gronie czterooosobowym, to polecam ci też Azul. Ostatnio grałem. Bardzo fajna, prosta gra. Ale do sedna…

Czas pracy. To jest też, myślę, trudna rzecz, jeżeli pracujesz z domu. Z jednej strony jak wiesz, że czeka cię rano jakaś robota, do której za cholerę nie chcesz się zabrać, to jest taka pokusa, żeby w tym łóżku jeszcze trochę zostać. Z drugiej strony jak się wciągniesz, jak faktycznie robisz coś takiego zajmującego, to można siedzieć przed tym komputerem i siedzieć. Pierwsza w nocy, a ty dalej siedzisz i się nie wysypiasz, a to już, tak jak wcześniej powiedziałaś, jest ważne. Jak udaje ci się zapanować nad godzinami pracy, pracując z domu?

Tutaj muszę najpierw rozgraniczyć, jakie są rodzaje pracy z domu. Ja pracuję akurat na kontrakcie, w którym mam zapisane, że siedzę przy komputerze od 8.00 do 17.00, z godzinną przerwą na obiad. Czyli ja tak naprawdę pracuję na etacie i nie mam za dużego wyboru. Po prostu jestem wtedy przy komputerze i tyle. Nie mam pokus, żeby długo spać, dlatego, że ja niespecjalnie lubię długo spać. Ale to co powiedziałeś, jak już wciągnie mnie jakieś zadanie i chcę je skończyć i czuję się superpodekscytowana tym, co właśnie robię, to faktycznie. Nawet w zeszłym tygodniu mi się przydarzyło, że skończyłam pracę o 22.00 i to było zupełnie złe, bo łącznie wyszło mi tych godzin pracy chyba z 15, a za nadgodziny nie płacą, więc dwa razy się oszukałam. Nie dość, że za dużo pracowałam, to jeszcze nie zapłacą mi za to.

Jak pracowałam jako freelancer, to też wyznaczałam sobie godziny pracy. Odkryłam, że dla mnie właśnie jest bardzo ważne, żeby na karteczce mieć zapisane, jakie są moje godziny pracy. Jak w tym czasie nie pracuję, to OK – mogę to nadrobić później, po południu. Ale generalnie ten czas mam zarezerwowany w kalendarzu do pracy, dzięki czemu nie tylko ja wiedziałam, że teraz pracuję, ale też moi klienci wiedzieli, że ja w tych godzinach pracuję i moi znajomi też wiedzieli. Nie było więc problemu z tym, że ja sobie pracuje rano, a później to w nocy, a potem to po południu.

Bardzo często słyszę właśnie od freelancerów, że oni nie mają wyznaczonych godzin pracy, tylko tak: tu popracują, tam popracują i koniec końców wychodzi, że pracują 20 godzin na dobę, co jest okropne, bo wtedy właśnie ani nie pracujesz, ani nie odpoczywasz. Ja, jak byłam freelancerem, to wyznaczyłam sobie godziny pracy od 10-16, co było bardzo strategiczne, dlatego, że po pierwsze pracowałam nie za dużo i pracowałam w takich godzinach w których – uwaga – nie jestem głodna. Nie miałam przerwy na jedzenie w samym środku tej pracy, więc nie miałam pretekstów do tego, żeby odchodzić od mojego miejsca pracy i sobie gdzieś tam wędrować.

A czy te godziny pracy 10.00-16.00 to były realne godziny twojej pracy, czy to były te godziny, które komunikowałaś światu zewnętrznemu, że wtedy pracujesz, więc wtedy nie należy ci przeszkadzać?

Nie, to były godziny mojej realnej pracy. Pogodziłam się z tym, że nie będę zarabiać jakiś niesamowitych kokosów i nie będę się rzucać na rozwijanie mojej firmy przez 16 godzin na dobę, jak niektórzy przedsiębiorcy się chwalą, ale za to będę rozwijać swoje życie poza pracą. Okazało się, że w ciągu tych sześciu godzin, jak tak się faktycznie skupiam przez te sześć godzin, to to jest możliwe. Jak nic mnie nie rozprasza, ja wiem, że pracuję, inni pracują, to naprawdę byłam w stanie w ciągu tych sześć godzin zrobić tyle, ile teraz w ciągu dziewięciu z tą godzinną przerwą na obiad. Zaskakujące, ale jednak u mnie to tak działa.

Za to teraz mam bardzo duży problem z tym, żeby kończyć pracę. Bo ja jednak robię superfajne rzeczy i wiadomo, że jak się pracuje „na etacie”, to czasami są spokojniejsze okresy i w ciągu tych ośmiu godzin nie ma co robić. A czasami jest tak, że jest tyle roboty, że można by nie kończyć i przez dwa tygodnie pracować bez przerwy. Jak więc wpadam w ten moment, kiedy mogę pracować bez przerwy, to zawsze bardzo ekscytuje mnie to, co robię i mam duży problem, żeby skończyć. Znalazłam więc taki sposób, że po prostu umawiam się z kimś na godzinę 18.00, czyli tak, żebym akurat zdążyła odejść od komputera, przebrać się i wyjść z domu. I jak już się z kimś umówię, czy to będzie na fitness, czy do kina, czy na kawę, czy po prostu ze znajomymi na spacer, to czuję taką wewnętrzną potrzebę, taką odpowiedzialność, że ja już się umówiłam. Ja muszę skończyć pracę i wyjść. To też jest całkiem niezłe, żeby fizycznie naprawdę wyjść z pracy, nawet jeśli pracujesz przy tym samym stole, przy którym normalnie jesz, albo w tej samej kuchni, w której normalnie gotujesz, to jednak następuje ten moment wyjścia z pracy. To, że potem tam wracasz, to zupełnie inna kwestia, kontekst jest już inny.

Powiedziałaś bardzo fajną rzecz, że te godziny pracy od 10.00-16.00 ustawiłaś sobie na wtedy, kiedy nie jesteś głodna. Nie każdy ma, myślę, na tyle dużo dojrzałości albo na tyle dużo swobody myślenia, żeby ustalić sobie tylko sześć godzin w pracy i nie każdy umie też wytrzymać sześć godzin bez jedzenia. Natomiast jedzenie to nie jest jedyna pokusa, które się pojawia, kiedy jesteśmy w domu. Rano człowiek wstaje, patrzy, co by tu ubrać. Ojej, trzeba zrobić pranie, bo rzeczy się kończą. Siadasz do pracy, mija jakiś czas, pralka ci pika, że trzeba to pranie wyjąć. No więc lepiej je wyjąć szybciej, niż trzymać pół dnia w pralce, żeby tam nie kisiło się w tym bębnie. Trzeba to rozwiesić, już się odrywasz. Za chwilę się okazuje, że coś już zgłodniałaś, trzeba by coś przegryźć. Idziesz do toalety, papier się skończył, nie ma w domu, trzeba iść kupić albo zamówić. Jest masa takich rzeczy, które są wokół nas w domu, które nas od tej pracy odrywają. Jakie masz sposoby na to, żeby maksymalnie skupić się tylko na pracy i żeby te wszystkie rozpraszacze na nas nie działały?

Tutaj są dwie szkoły. Jedna jest taka, żeby mieć bardzo silną wolę i faktycznie nie dać się rozproszyć. Odkryłam, że kompletnie nie potrafię tego zrobić i nawet się trochę poddałam, ale wprowadziłam te wszystkie drobne rzeczy do mojego planu dnia. To znaczy po pierwsze: wyłączyłam pikanie w pralce i tu podpowiem – w każdej da się to zrobić. Jest jakaś kombinacja przycisków, która zawsze wyłącza to pikanie, tak że warto przejrzeć instrukcję obsługi.

Po drugie planuję sobie na przykład, że wstawiam pranie przed rozpoczęciem pracy i tak mniej więcej wiem, że za trzy godziny się to pranie skończy, więc wtedy wyznaczam sobie przerwę na kawę. W czasie, kiedy tam ekspres pracuje, ja szybko to pranie rozwieszam. Jak wiem, że trzeba iść na zakupy i wiem, że mam godzinę przerwy na obiad, to planuję zakupy w tej godzinie przerwy, dlatego że nauczyłam się też nie gotować w czasie pracy. Bo to, że mam godzinę przerwy nie oznacza, że to jest czas, który pozwoli mi na pójście na zakupy, ugotowanie obiadu, zjedzenie go i jeszcze wrócenie głową do pracy. Gotuję więc po południu i po prostu odgrzewam ten obiad następnego dnia. Mam nadzieję, że żaden dietetyk mnie za to nie ukamienuje, ale jak się chodzi do biura, to się nie ma superświeżego obiadku, tylko ktoś odgrzewa w piecyku albo kupuje z cateringu.

Uznałam, że u mnie od poniedziałku do piątku nie będzie to wyglądać inaczej. Gotuję dzień wcześniej i tylko szybko odgrzewam, przez co oszczędzam około godziny na popis kulinarny. Szybkie zakupy pod tytułem „papier się skończył” albo „przydałby się chleb na kanapki” całkiem nieźle się wpisują w tę godzinną przerwę, dlatego że – znowu – to nie jest tak jak w biurze. Żeby zjeść obiad nie muszę iść do miasta, szukać miejsca w restauracji, czekać aż zamówienie będzie gotowe. U mnie podgrzanie i zjedzenie obiadu trwa mniej więcej 20 minut, więc zostaje mi jeszcze 40 minut do rozdysponowania. Myślę, że jak jest ładna pogoda, to nawet wyjście na spacer, żeby się na chwilę przewietrzyć i wrócić do pracy z pełną mocą, jest dobrym pomysłem. A przy okazji można skoczyć po chleb.

Super. To potwierdza taką teorię, którą podkreśla też wielu ludzi, że tak naprawdę jeżeli chodzi o tzw. silną wolę, o której powiedziałaś na początku, to dużo lepiej jest tak zorganizować sobie otoczenie, żeby ono wspierało nas w wykonywaniu albo niewykonywaniu pewnych czynności niż polegać na swojej silnej woli. To wyłączenie pikania w pralce jest na pewno jednym z takich elementów.

Dokładnie tak. W zeszłym półroczu przeczytałam książkę Jedna rzecz. Moim absolutnie ulubionym rozdziałem był rozdział siódmy, który określał silną wolę jako zasób, który w ciągu dnia się kończy. Budzisz się rano z pełnym paskiem i on tak do końca dnia spada. Twoim głównym zadaniem jest zadbać o to, żeby nie wykorzystywać tej silnej woli niepotrzebnie. Zablokowanie sobie dostępu do mediów społecznościowych i wyłączenie pikania w pralce jest bardzo dobrym pomysłem, żeby tę silną wolę oszczędzać.

Zablokowanie sobie dostępu do mediów społecznościowych i wyłączenie pikania w pralce jest bardzo dobrym pomysłem, żeby tę silną wolę oszczędzać

Właśnie, zablokowanie dostępu do mediów społecznościowych. Jedną sprawą jest całe to otoczenie poza komputerem, które nas rozprasza. Druga sprawa, myślę że dużo bardziej trudna, to są te wszystkie rozpraszacze, które są wewnątrz komputera. Czyli właśnie media społecznościowe i przeróżne inne rzeczy, które się czają w Internecie i proszą o naszą uwagę. Jakie masz sposoby na tego rodzaju rozpraszacze?

Tutaj po raz kolejny postanowiłam nie nadużywać mojej silnej woli w najmniejszym stopniu. Zainstalowałam sobie kilka rozszerzeń do przeglądarki i kilka aplikacji.

Bardzo wielu ludzi chwali sobie metodę pracy Pomodoro – pracujesz 20 minut, potem masz 5 minut przerwy i znowu 20 minut. Otóż na mnie to kompletnie nie działa, aczkolwiek mam zainstalowane Pomodoro. Okazuje się, że na mnie świetnie działa metoda, którą propaguje Ola Budzyńska, to znaczy budzi się w mojej głowie taka chęć „to jeszcze kawka i zaczynam pracować”. Ola zawsze powtarza, że najważniejszym postanowieniem w tym momencie jest powiedzieć sobie: „Dobrze, dostaniesz tę kawę, ale za 15 minut”. To jest ten moment, kiedy włączam sobie timer Pomodoro i jak już przepracuję te 15 minut, to w zasadzie zapominam, że chciałam iść po kawę i mogę dalej pracować. U mnie Pomodoro działa jako starter, ale nigdy nie pamiętam o tym, żeby potem wystartować tę przerwę, a potem zacząć znowu pracować. To rozszerzenie zatem mam, ale tylko jako starter.

Myślę, że najważniejszą wtyczką, którą mam zainstalowaną w moim Chrome, jest StayFocusd. Jest pisana z błędem, więc jak będzie się jej szukać, to trzeba o tym pamiętać. Ona ma takie ustawienie, w którym wyznaczasz sobie czas, w którym pozwalasz sobie korzystać z mediów społecznościowych, a po jego upływie wyświetla taki wielki komunikat: „Czy nie powinnaś pracować?”. Bardzo ważne jest, aby ustawić realny czas, bo ta wtyczka domyślnie ma ustawione 10 minut. Znam siebie i wiem, że 10 minut na Facebooka w ciągu dnia to jest zdecydowanie za mało dla mnie, wiec przestawiłam sobie na 30 minut. Bo jak było 10, to kończyłam korzystanie z Facebooka i Instagrama w trybie incognito. To w ogóle nie działa.

Czy na telefonie ten ogranicznik też działa?

Wiem, że na telefon są inne aplikacje, ale akurat nie mam zainstalowanych. Na telefon jest bardzo fajny odpowiednik Pomodoro, który nazywa się Forest. To jest taka urocza aplikacja, w której hoduje się drzewko. Klikam na telefonie, że teraz przez godzinę chcę się skupiać. Tam sobie rośnie drzewko albo krzaczek, w zależności od tego, jak długo chcę się skupiać. Ta aplikacja pojawia się jako pierwsza po każdym odblokowaniu ekranu. Gdy chcesz wyjść z niej albo jakoś ją ominąć, wyświetla się taki komunikat: „Jestem biednym małym drzewkiem, naprawdę chcesz mnie zamordować?”. Wtedy budzi się w tobie sumienie, nie chcesz mordować drzewka, więc ono sobie tam rośnie przez te 60 minut, a ty nie korzystasz z telefonu.

Mam jeszcze jedną taką wtyczkę, której używam. Nazywa się News Feed Eradicator for Facebook. To jest coś co zabija feed Facebooka, nie wyświetla go. Zamiast tego jest tam jakiś cytat, nie zwracam nawet na to uwagi jaki. Nie mam w ogóle feedu Facebooka i dzięki temu w ogóle nie widzę tego, co Facebook mi proponuje, tylko po prostu wchodzę w konkretne miejsca, które chcę zobaczyć. To jest bardzo duża zmiana jakościowa.

Też mam taką wtyczkę. Nazywa się Kill News Feed, więc jak widać jest ich więcej. A jest jeszcze jedna, niestety nie pamiętam jak się nazywa, pozwalająca wyłączyć niektóre miejsca w Facebooku, np. panel z zaproszeniami na wydarzenia, panel z powiadomieniami. Po prostu klika się w konkretne miejsce i ta wtyczka ukrywa je. Robi to bardzo prosto, dlatego że dosłownie daje styl „nie pokazuj”. W żaden sposób nie ingeruje w Facebooka, tylko dosłownie nakłada się na tej warstwie HTML-owej i ukrywa niektóre elementy.

Myślę, że tych narzędzi jest sporo. Pewnie do tego odcinka dołączymy listę z linkami, żeby każdy, kto będzie zainteresowany, mógł sobie je przejrzeć i pobrać.

Narzędzia – supersprawa. Technologiczne rozpraszacze, rozpraszacze typu papier toaletowy albo lodówka – to jest coś, czym się już zajęliśmy. Jest jeszcze jedna grupa rozpraszaczy, która nie u każdego występuje. Bo jeżeli mieszka się samemu, to ma się święty spokój. Inni ludzie tak naprawdę cię nie obchodzą, poza tym, że czasami jakiś kurier zadzwoni. Ale jeżeli mieszkamy z partnerem czy z rodziną, czy mamy blisko sąsiadów, znajomych, którzy lubią wpaść nas odwiedzić, to jest to dużo trudniejsze do opanowania, bo tam nie ma takiej wtyczki, która ich wyłącza. Oni wymagają jakichś innych sposobów, żeby nad nimi zapanować.

Wiadomo, jeżeli masz dziecko i ono wraca ze szkoły, to jego nie da się wyłączyć. Natomiast z dorosłymi… Wcześniej wspomniałaś, że godziny pracy, wywieszenie kartki na drzwiach to jest coś, co pomaga. Z mojego doświadczenia wynika jednak, że nie pod razu, że czasem wymaga dodatkowego wytłumaczenia, czasami jeszcze innych zabiegów, żeby inne osoby szanowały nasz czas pracy. Żeby nie było takich sytuacji, kiedy np. pracuję, mam otwarte drzwi, bo lubię, bo jest przepływ powietrza i lepiej mi się myśli, ale wtedy te drzwi jakby zapraszają każdego, zapewniają, że można zajrzeć do środka. Nawet jeżeli ten ktoś zapyta, czy może teraz porozmawiać, to już w tym momencie odrywa mnie od pracy, moja uwaga poszła sobie gdzieś. Czy poza wywieszeniem kartki na drzwiach i wyznaczeniem godzin, kiedy jestem w pracy i proszę, żeby mi nie przeszkadzać, masz jeszcze jakieś dodatkowe pomysły albo najlepiej sprawdzone sposoby na to, jak w takich sytuacjach sobie poradzić? Mogą to być sposoby sprawdzone przez ciebie albo przez twoich znajomych.

Kartka na drzwiach to jedna rzecz, ale ogólnie myślę, że temat znajomych i rodziny jest bardzo ciężki przy pracy z domu, taki naprawdę bardzo ciężki. Bardzo dobrym i w zasadzie jedynym sposobem jest ciągłe edukowanie naszej rodziny: „To są godziny, kiedy ja pracuję i nie przeszkadzaj mi”, „To są godziny, kiedy ja zarabiam pieniądze i jestem w pracy”.

Temat znajomych i rodziny jest bardzo ciężki przy pracy z domu, taki naprawdę bardzo ciężki. Bardzo dobrym i w zasadzie jedynym sposobem jest ciągłe edukowanie naszej rodziny

Muszę przyznać, że u mnie ten proces trwał bardzo długo. Z moim partnerem nie było żadnego problemu, dlatego że on też po części pracuje z domu i rozumie, że to jest praca. Ale ponieważ mogę pracować skądkolwiek, to czasami pracuję z mojego domu rodzinnego. Jadę do rodziców, którzy jeszcze w dodatku mieszkają z moją babcią i dziadkiem. O ile dla rodziców zrozumienie, że gdy siedzę przed komputerem, to pracuję, jest takie do przejścia, o tyle dla mojej babci jest to niemożliwe.

Przeciwnie, wnuczka siedzi biedna, taka sama, nikt się do niej nie odezwie.

Wiadomo, że ja tam ciupię w Quake’a, nie ma innej możliwości. Tłumaczyłam, mówiłam, że przyjeżdżam do pracy i że owszem, przyjadę na cały tydzień, ale muszą wiedzieć, że do 17.00 pracuję. To tłumaczenie trwało bardzo długo. Trochę wstyd mi się do tego przyznać, ale to co ostatecznie zadziałało, to wielka awantura.

To straszne, ale mniej więcej o godzinie 10.00 moja babcia pije kawę, codziennie jest to ta sama godzina. Tutaj nastał kompromis, że codziennie o tej 10.00 przychodzę i piję razem z nią tę kawę, to jest ta moja przerwa, a potem mam drugą przerwę na obiad. „Rozpraszacz” w postaci babci został spacyfikowany tym, że umówiłam się z nią, że to są te dwa momenty w ciągu dnia przed 17.00, kiedy idę się z nią zobaczyć. Ale te wszystkie „pomiędzy” niestety nie działały zupełnie i skończyło się wielką awanturą, w której na swoją babcię strasznie nawrzeszczałam. Straszne to było. Głupio się przyznać, ale to pomogło. Wtedy babcia zrozumiała, że to jest dla mnie bardzo ważny temat.

To nie jest tak, ze ja tam pitu-pitu, gadam sama do siebie, a ona i tak przyjdzie zapytać, czy nie trzeba ciasteczka przynieść, ona przecież wszystko z dobrego serca. Jak już zrobiłam tę straszliwą awanturę, to babcia była na mnie obrażona przez jakieś trzy dni, ale od tamtej pory ani razu nie przerwała mi pracy. Porozmawiałam z nią jeszcze kilka razy i oczywiście przeprosiłam za to, że na nią nawrzeszczałam, ale dotarło, że to jest tak ważne, że byłam skłonna zrobić o to awanturę.

Drugą osobą, która kompletnie nie czuła tego, że w czasie pracy samo to „Hej, czy mogę?” może przeszkadzać, była mama mojego partnera. Jeśli tego słucha, to serdecznie pozdrawiam. Moment, w którym zrozumiała, że w tym czasie od 9.00 czy od 8.00 do 17.00 pracuję, nastał wtedy, kiedy napisałam artykuł na bloga, w którym opisywałam tę awanturę z babcią, że to było takie okropne z mojej strony, ale z drugiej strony zadziałało i że te sposoby na znajomych i na rodzinę czasami nie działają. Ona przeczytała ten artykuł i mam wrażenie, że się troszeczkę obraziła, bo myślała, że to jest o niej, że ona nam ciągle przeszkadza. I od tamtej pory dzwoni dokładnie o 17.01. Wyobrażam sobie, że siedzi z zegarkiem i wyczekuje do tej 17.00 i właśnie wtedy dzwoni. Też trochę głupio wyszło, bo zamiast po ludzku porozmawiać, powiedzieć, że przeszkadzasz, to musiała przeczytać artykuł, żeby się o tym dowiedzieć. Jednak wciąż będę mówić, że edukacja jest najważniejsza.

Jeżeli chodzi o mamę partnera, to podpowiem ci, że jest takie słowo, które, nie wiem, czy moja żona wymyśliła, ale słyszałem, jak go używa: teściówka. Nie teściowa, ale coś w ten deseń.

Bardzo dobre słowo.

Jest jeszcze jeden taki wątek – wiem, że pisałaś o nim u siebie na blogu, bo czytałem. To jest połączenie tak naprawdę tego kontaktu z ludźmi, którzy nas zaczepiają i technologii, czyli osoby, które zaczepiają nas na Messengerze, na różnego rodzaju czatach. Z jednej strony można powiedzieć: wyłącz wszystkie powiadomienia i będziesz miał święty spokój, ale też nie zawsze możemy tak zrobić, zwłaszcza jeżeli jest to jednocześnie kanał, którym komunikujemy się np. z klientem albo czekamy na ważną wiadomość, a tutaj ktoś widzi, że jesteśmy i pisze: „Hej, co u ciebie?” albo „Hej, jesteś?”. Czy to da się w ogóle zrobić, wyeliminować tego rodzaju „rozpraszacze”?

Myślę, że tak. W dzisiejszych czasach już się da, dlatego ze mamy Slacka, mamy Mattermosta i inne bardzo profesjonalne komunikatory, które służą do pracy. Tam mam włączone powiadomienia, bo wiem, że wtedy piszą do mnie moi współpracownicy. Ale wszystkie komunikatory, które służą do komunikacji ze znajomymi staram się mieć po prostu wyłączone przez cały czas pracy.

Jeśli wewnątrz firmy komunikujemy się Messengerem, to może warto to zmienić. Są darmowe komunikatory, na które można się przesiąść, działają na każdej możliwej platformie i nie ma powodu, byśmy korzystali z tych, z których korzystamy w komunikacji ze znajomymi. Jeśli ktoś pisze na Messengerze czy na innym „rozrywkowym” komunikatorze, to pewnie może poczekać, raczej nie jest to sprawa życia i śmierci. A jeśli jest, to najpewniej ma mój numer telefonu i może zadzwonić.

Ja telefon odbieram, dlatego że nawet jak pracowałam jako freelancer, to nie udostępniałam mojego numeru telefonu. Klienci przez chwilę byli zrozpaczeni, że tak to działa, no bo jak to nie można do mnie zadzwonić w niedzielę o 17.00? Po chwili wyjaśnienia, że właśnie dlatego moja praca jest tak szybka i skuteczna, że po prostu nie mam tych ciągłych przerw w pracy i ciągłych pytań w stylu: „O, pani Kasiu, a może by tu jeszcze na różowo?”, to właśnie dzięki temu te projekty są dostarczane na czas. Ja nigdy nie udostępniałam klientom mojego numeru telefonu. Specyfika branży robienia stron internetowych jest taka, że można to zrobić bez telefonu, można się umówić na spotkanie albo porozmawiać na Skypie, żeby omówić szczegóły i specyfikację, a później te rozmowy tak naprawdę już nie są potrzebne. Jak ktoś ma coś ważnego i mój telefon dzwoni, to ja wiem, że to jest coś ważnego. Dlatego telefonu nie wyciszam i go odbieram.

Jest jeszcze jeden fajny sposób w ramach połączenia technologii i tych przerwań, czy to domowników czy współpracowników. Mój znajomy, Dziudek, również serdecznie pozdrawiam, jeśli słucha, „wytresował” swoją partnerkę. Ona sama teraz się z niego śmieje i opowiada, że doskonale wie, kiedy nie należy mu przeszkadzać, a kiedy może przyjść i zapytać, czy już będzie łaskaw zjeść obiad. Bo kiedy Dziudek ma na swoim komputerze włączony jakiś program do pisania kodu, to od razu widać, że ekran jest ciemny a literki kolorowe, więc wtedy nie przerywać, bo on się na pewno skupia. A jak ma na monitorze Facebook, jakiś komunikator, Skype, coś takiego to wiadomo, że robi jakieś pierdoły i w każdej chwili można mu przerwać. Jest to kolejna metoda edukacyjna, żeby nauczyć domowników, co jest ważne w mojej pracy, a co jest takim trochę przerywnikiem, trochę rzeczą, na której się nie skupiam.

Moi znajomi też pracują z domu. Mam parę takich osób i są wśród nich takie, które najchętniej robią to na kanapie. Są tacy, którzy mają biurko do pracy na stojąco i też im to pasuje. I oczywiście jest cała gama rozwiązań pośrednich, z myślę bardzo popularnym podejściem, czyli fotel na kółkach przy biurku. Z całą pewnością każda pozycja, jeżeli jest dla kogoś wygodna, jest dobra do pewnego momentu. Mówię do pewnego momentu, bo z czasem okazuje się jednak, że cała ta ergonomia i nauka o tym, jaką pozycję człowiek powinien przyjąć w trakcie pracy, nie jest taka głupia. Później to się jednak odbija, zaczynają boleć plecy albo trzeba chodzić na dziwne masaże, niekoniecznie dlatego, że człowiek chce się poczuć przyjemnie, tylko dlatego, że musi, bo go po prostu boli. Wiem, że testowałaś różne sposoby pracy, jeżeli chodzi właśnie o pozycję pracy, o meble, z których korzystasz. Co u ciebie się sprawdziło, a co okazało się kompletnym niewypałem?

Przede wszystkim pracuję sześć lat. Na początku pracowałam w zupełnie niezorganizowany sposób. Albo to była kanapa, albo, co gorsza, kanapa w połączeniu ze stolikiem kawowym. Można sobie wyobrazić, jak ta pozycja wygląda, to zupełnie nie służy naszemu kręgosłupowi. Później uznałam, że ponieważ jestem w mieszkaniu tymczasowym, wynajmowanym od kogoś, to nie będę inwestować w meble biurowe, tylko gdzieś tam zrobię sobie miejsce do pracy.

Najgorszą rzeczą, jaką kiedykolwiek zrobiłam, jeśli chodzi o pracę, to było postawienie komputera na niskiej komodzie i przystawienie do tej komody krzesła na kółkach. Komoda nie ma miejsca na nogi, więc ostatecznie siedziałam na tym krześle w takim siadzie skrzyżnym i przy tej komodzie, która miała wysokość zupełnie nie taką, jaką powinno mieć biurko.

Najgorszą rzeczą, jaką kiedykolwiek zrobiłam, jeśli chodzi o pracę, to było postawienie komputera na niskiej komodzie i przystawienie do tej komody krzesła na kółkach

Krzesło też miało bezsensowną wysokość, dlatego że i tak nie byłam w stanie dosięgnąć nogami do ziemi, więc po co było je ustawiać porządnie. W związku z tym nabawiłam się bolących kolan, bo jak się siedzi nawet przez te sześć godzin, które pracowałam w takiej pozycji, no to nie ma siły – kręgosłup może jeszcze jakoś to przeżyje, ale kolana wysiadły kompletnie, a ja kocham jeździć na rowerze.

Wiosną odkryłam, że nie mogę za bardzo jeździć, więc to była ogromna tragedia. Uznaliśmy w tym momencie, że to jest czas, w którym trzeba umeblować biuro, a nawet zmienić mieszkanie. No i faktycznie, udało nam się zmienić mieszkanie, na takie, w którym już mam swoje osobne biuro. Po zmianie mieszkania człowiek nie ma jednak jakoś szalenie dużo pieniędzy, żeby to mieszkanie meblować. Poszliśmy więc do pierwszego lepszego sklepu budowlanego i kupiłam biurko, które kosztowało – uwaga – 100 złotych. Też można się domyślić, że przy tworzeniu tego biurka raczej nie było ludzi zajmujących się ergonomią i użytecznością. Na dodatek miałam to samo obrotowe krzesło, na którym siedziałam w siadzie skrzyżnym.

Mam już krzesło, mam biurko, teraz niby mogłabym siedzieć z nogami na podłodze, ale nabawiłam się już takiego odruchu, że jak tylko się na czymś skupiam, to zmieniam pozycję z tej porządnej na tę w siadzie skrzyżnym. To sprawiło, że nie tylko nadal bolały mnie kolana, ale też doszedł do tego bolący kręgosłup – trudno, żeby nie doszedł. Tak sobie prosperowałam w taki sposób, myśląc że taki zawód, taki urok po prostu. Do tego wszystkiego doszedł bolący nadgarstek, bo okazało się, że wysokość biurka połączona z wysokością krzesła i jeszcze tym, że moje nogi albo sobie dyndają luźno, albo są w siadzie skrzyżnym, sprawiło, że jakąś dziwną pozycję górą ciała przybierałam.

Jest sposób na takie dolegliwości. Idziesz do lekarza orzecznika ZUS i on ci mówi, że „Pani jest kompletnie zdrowa, proszę pani.”

W tym momencie zdałam sobie sprawę, że mając 20 kilka lat i tyle dolegliwości, to jak dożyję wieku mojej babci, to ja się po prostu rozsypię na kawałki. To nie może tak dalej być! Ostatecznym zapalnikiem było to, że jeden z moich znajomych wylądował w szpitalu z powodu swojego kręgosłupa. Orzeczenie brzmiało, że przyczyną wylądowania w szpitalu był siedzący tryb życia.

Uznałam więc, że nie chcę podążyć jego drogą i zaczęłam szukać w Internecie, co by tu można zrobić i jak się wspomóc. Wspomagały mnie też rady fizjoterapeuty i ostatecznie wylądowałam z tym setem – że tak powiem – który mam teraz. To jest biurko elektrycznie regulowane, ono ma elektrycznie regulowaną wysokość, dzięki czemu mogę przy nim i siedzieć, i stać. A że nie jest to żadne biurko na korbkę, tylko naciskam guzik i ono bardzo płynnie zmienia pozycję, to mogę tę pozycję spokojnie zmieniać kilka razy w ciągu dnia i to nie wymaga ode mnie żadnej pracy.

Później przeczytałam, że bardzo dobrym sposobem na problemy z kręgosłupem jest klękosiad, czyli takie krzesło klęcznik. To jest bardzo dobra nazwa, bo tam się ani nie klęczy, ani nie siedzi. Jeśli nikt z tego nie korzystał wcześniej, to ludzie myślą, że to ma straszny wpływ na kolana, bo przecież jak cały dzień na kolanach?!

Tymczasem ciężar ciała jest rozłożony w klękosiadzie dość równo. Siedzi się normalnie i tylko trochę się podpiera tymi kolanami. Tutaj fizjoterapeuta powiedział, że ta pozycja jest dużo lepsza dla kręgosłupa niż siedzenie na zwykłym krześle, zwłaszcza, że my na krzesłach siedzimy w zły sposób. Dlatego, że odpowiednia pozycja jest wtedy, jak się trochę nogi do przodu wyciągnie, jak się człowiek oprze, wtedy nasz kręgosłup robi taką literkę „c”. Tutaj wchodzi w grę grawitacja, która przyciąga nasz odcinek lędźwiowy do podłoża i on musi znosić dużo większe siły, do których został stworzony. Jesteśmy stworzeni raczej do leżenia albo do stania. Mało jest czynności ludzkich czy zwierzęcych, które wymagają siedzenia.

Człowiek nie miał fotela. Nie wykształciły się takie mechanizmy.

Nawet kiedy jadł, jest bardziej prawdopodobne, że robił to w kucki niż na siedząco. Nasz kręgosłup jest więc zupełnie do tego nieprzystosowany, a jak my się rozwalimy wygodnie na tym obrotowym fotelu, to nawet jak mamy podłokietniki, to jest wygodniej na nim spać niż pracować. W związku z tym klękosiad jest lepszy, bo nie można się oprzeć, bo klękosiad nie ma oparcia, nie można się na tym fotelu wygodnie rozwalić, trzeba utrzymywać pozycję.

Tutaj znajomi zaczęli mnie straszyć, że skoro mam problemy z kolanami, to jak mogę korzystać z takiego klękosiadu? Przecież jeszcze bardziej sobie te kolana rozwalę? Wtedy zaczęłam kopać głębiej i odkryłam: po pierwsze, że mnie kolana boleć przestały – to nie może być tak, że kompletnie rozwala. Ale ponieważ ja jestem tylko przykładem anegdotycznym, to nie mogę się na tym wyłącznie opierać. Poczytałam – no i faktycznie nie jest wskazane, żeby siedzieć na nim przez osiem godzin – ale na krześle też nie.

Dokupiłam więc do tego zestawu piłkę do ćwiczeń, taką wielką, dmuchaną, o średnicy około 50 cm. Teraz muszę przyznać, że moim absolutnie najwygodniejszym siedziskiem do pracy jest właśnie ta piłka. Dlatego że wszystkie te drogie krzesła, które oglądałam, takie kosmiczne wynalazki za 5 tys. zł, opierały się na zasadzie balansowania ciałem. Chodziło o to, żeby napinać mięśnie głębokie, kiedy się siedzi i próbować utrzymać tę prostą pozycję.

Piłka do ćwiczeń kosztuje 30 zł a nie 5 tys. zł i spełnia mniej więcej te same funkcje. Jedyne, co jest bardzo istotne, żeby zawsze była bardzo dobrze napompowana, bo jak się często z niej korzysta, lubi z niej uciekać powietrze. Bez przesady jednak – pompuję ją raz na kwartał, a nie raz dziennie. Trzeba też pamiętać, żeby kolana były poniżej bioder. W ten sposób wypracowałam sobie miejsce do pracy, w którym nie mam żadnego krzesła, a mam właśnie tę piłkę, na której siedzę najwięcej. Czasami korzystam jeszcze z klękosiadu i dużo stoję przy biurku.

Jakbyś miała to podzielić tak procentowo, jak dużo stoisz, a jak dużo siedzisz?

Na pewno stoję podczas wszystkich spotkań, które mamy w firmie, czyli mniej więcej godzinę dziennie. Zauważyłam też, że stoję dużo częściej po południu niż rano, dlatego że mi się już nie chce siedzieć, że już bym chętnie gdzieś poszła. Procentowo to byłoby tak 30-40 proc. w ciągu dnia. Nie jest też tak, że procentowo przez pięć godzin siedzę na piłce, a przez trzy cały czas stoję – nogi bolą, gdy się tyle stoi ciągiem. Dzięki temu, że moje biurko tak płynnie zmienia pozycję za naciśnięciem guzika, po prostu zmieniam pozycję kilka – kilkanaście razy w ciągu dnia.

Zacząłem od tego, że praca w domu to zło. Tak naprawdę najpoważniejszy argument, który potwierdza tę tezę, zostawiłem sobie na koniec. To jest tak: siedzimy sobie w domu, stworzyliśmy sobie idealny świat, ze swoimi superergonomicznymi meblami, z blokadami różnego rodzaju rozproszeń i powiadomień – w ogóle jest ekstra. Skoro jest nam tam tak dobrze, wszystko tak świetnie zorganizowaliśmy pod siebie, no to coraz mniej czasu spędzamy na zewnątrz. Powoli odzwyczajamy się od tego, że są jacyś inni ludzie, którzy chcą od nas czegoś, gdzieś ten nasz „mięsień” społeczny zanika, nawet jeśli korzystamy z czatów czy wideoczatów, jak zwał tak zwał.

Wiesz, kiedy wychodzisz do ludzi, to nie tylko masz literki, masz obraz na ekranie, oni mają jakiś zapach, śmieją się dziwnie, siorbią przy piciu kawy… Ogólnie człowiek zaczyna odkrywać, że inni ludzie go drażnią. Wydaje mi się, że to jest największe zagrożenie w pracy w domu: to, że zaszywamy się w tej naszej jaskini i coraz mniej chcemy z niej wychodzić. Jak nie wpaść w taki stan?

Samotność jest chyba najczęściej powtarzającym się zarzutem co do pracy w domu. Mam znajomego, który przyznał się do tego, że doszedł do takiego stanu, że wyjście do sklepu było dla niego całkiem niezłym społecznym przeżyciem. Kiedy jego żona wracał do domu, to on w tej samotności przez osiem godzin zdążył już sam ze sobą wszystko obgadać. I wakacje zaplanował, i za i przeciw przemyślał, już nawet z tą żoną już nie było o czym rozmawiać, kiedy ona wróciła do domu. Nie było też specjalnie powodu, żeby wychodzić, no bo po co, skoro jest dobrze?

Samotność jest chyba najczęściej powtarzającym się zarzutem co do pracy w domu

Faktycznie można wpaść w taką pułapkę. Jeśli chodzi o towarzyskość, to w pracy z domu jest to część ergonomii pracy, dlatego że z jednej strony ludzie czują się dobrze we własnym towarzystwie, a z drugiej strony kontakt z drugim człowiekiem poprawia nasze zdrowie psychiczne. Poprawia też naszą innowacyjność i możemy się inspirować tym, co robią inni. Z jednej strony dobrze w domu, z drugiej strony na dłuższą metę to bardzo źle działa, kiedy człowiek siedzi w samotności. Może to nawet doprowadzić do poważnej depresji. Jeśli ktoś pracuje z domu i cały dzień w nim siedzi, to szczerze namawiam do tego, żeby jednak wyszedł do ludzi.

Mój inny znajomy powiedział, że ma dobrą metodę – dość radykalną – żeby nie wpadać w taką pułapkę, On pracuje z domu, najwyżej dwa lata, i później zmienia pracę. Po prostu idzie pracować do biura. Jak sam powiedział, po dwóch latach już nawet jego dzieci nie chcą z nim rozmawiać. Mówią, że tata zdziczał i musi po prostu iść do ludzi.

W tej firmie, w której pracuję, pracuję cały czas z domu już 4-5 lat, ale jeszcze nie odczuwam tego zdziczenia. Właśnie przez to, że ten znajomy mnie wtedy zainspirował, że to tak działa, i że trzeba przeciwdziałać tym strasznym rzeczom, które dzieją się w głowie, kiedy człowiek się odzwyczaja i ten „mięsień” społeczny mu zanika. Dlatego prowadzę bardzo aktywną kampanię, żeby ludzie jednak wychodzili z domu i żeby znajdowali sposoby na kontakt z innym człowiekiem, trochę inny niż od czasu do czasu własna żona we własnym domu, pani w sklepie albo sąsiad wyprowadzający psa.

Jak się zagaduje sąsiada wyprowadzającego psa i zagaduje o jego życie prywatne, to sąsiad może się poczuć trochę zagrożony, zamiast zostać naszym najbliższym przyjacielem. Warto sobie znaleźć prawdziwych najlepszych przyjaciół. Dużym problemem u mnie było to, że moi znajomi mieli jednak pracę w normalnym biurze i jak oni o godz. 18.00 wracali do domu, to musiałabym ich z domu wyciągać jakimś ciągnikiem. Jak oni się już ułożyli na tej wygodnej kanapie, to mieliby jeszcze wyjść ze mną na kawę? No kosmitka po prostu… Oni ledwie wrócili do domu, a ja ich wyciągam gdzieś do miasta?!

Tu nastąpił radykalny krok: znalazłam sobie nowych znajomych. Nie żebym tamtych wykluczyła ze swojego życia, absolutnie. Pomogło chodzenie na meetupy związane z własną branżą. Dla przedsiębiorców takich spotkań jest miliard, więc prawdopodobnie na każdym można znaleźć kogoś ciekawego. Albo kogoś związanego z WordPressem lub jakimś innym zainteresowaniem, które się ma. Ja akurat pracuję w branży WordPressa, bardzo często chodzę na WordUpy, a raz w roku na WordCampy. Poznaję tam bardzo dużo ludzi, o których już wiem, że mają te same zainteresowania co ja, więc pierwsze lody przełamane. To nie jest zagadywanie do sąsiada z pieskiem, tylko zagadywanie do kogoś, kto ma już te same zainteresowania. Tutaj trzeba się niestety uzbroić w odwagę. Dla niektórych introwertyków jest bardzo duży problem, żeby wyjść z inicjatywą, i powiedzieć: „Hej, słuchaj, dobrze nam się gada, to może umówimy się na kawę?”

Jeżeli znajdziesz osoby, które również pracują z domu albo również pracują zdalnie, to jest duża szansa, że mają dokładnie te same problemy co ty. To znaczy, że też są samotni, też się nie mają do kogo odezwać, i też czują, że coś jest nie tak, że inni ludzie siorbią, śmierdzą. Kiedyś tak nie było, a teraz nagle tak się stało. Oni prawdopodobnie tylko czekają na zaproszenie i taki bodziec, żeby ktoś powiedział: „No dobra, to chodź gdzieś pójdziemy i pogadamy.”

Spotykam się regularnie z trzema dziewczynami, które też pracują z domu i są związane z WordPressem. Poznałyśmy się właśnie na meetupie wordpressowym i tak właśnie od słowa do słowa, o samotności w pracy w domu doszłyśmy do wniosku, że „Hej, przecież nie musimy czekać na gwiazdkę z nieba, możemy to naprawić we własnym gronie i sobie gdzieś tam wychodzić.” Absolutnie nie jest to forma profesjonalnego Masterminda, to jest popychanie głupot przy kawie, ale świetnie działa na samotność.

Dobre, podoba mi się. Zwłaszcza, że to jest tak jak powiedziałaś o tych znajomych pracujących w biurze: często jest tak, że szukamy sobie znajomych w miejscu pracy, bo to jest naturalne. Mamy mnóstwo wspólnych tematów, poruszamy się w tym samym obszarze. Mamy też inne osoby, które możemy wspólnie obgadywać. Ciężko jest na dłuższą metę utrzymywać taką silną relację z kimś, kto pracuje w zupełnie innym środowisku. Dlatego myślę, że jest to superwskazówka z szukaniem osób w gronie znajomych, z którymi mamy jakiś wspólny temat.

Widziałem to zresztą niedawno na 10. urodzinach Małej Wielkiej Firmy. Ktoś mi to uświadomił, że tam się spotkali ludzie z kompletnie różnych branż, którzy robią bardzo różne rzeczy w życiu. Oni wszyscy mieli jedną rzecz wspólną – wszyscy słuchają tego samego podcastu. I to już powodowało, że kiedy siadali razem przy stole, czuli, że to nie jest taka zupełnie obca osoba. To jest superwskazówka, żeby wyszukiwać okazje do poznawania ludzi, którzy nie muszą być tacy sami jak my, ale rzeczywiście jest gdzieś ten punkt zaczepienia.

Czy coś jeszcze chciałaś dodać w tym temacie?

Myślę, że jeśli ktoś nie ma meetupów w swoim mieście albo zajmuje się taką branżą, że trudno się z tymi ludźmi spotykać, bo po prostu nie ma takich spotkań. Wtedy warto znaleźć sobie hobby, które wymaga drugiego człowieka. Niekoniecznie takie, że chodzimy na fitness i każdy tańczy sobie, tylko takie hobby, które lepiej robi się z kimś. Dla mnie jest to opencaching lub geocaching, czyli szukanie skrzynek w mieście. Mamy mapę skarbów, na której są zaznaczone miejsca, w których są ukryte skrzynie ze skarbami. Idzie się w to miejsce, skrzynkę się wyjmuje, wpisuje do logbooka albo wymienia skarbami, które są w środku. Tak, to działa na całym świecie i tak, w każdym mieście są takie skrzynki.

To jest analogowa wersja Pokemon Go.

Tak, dokładnie. Geocaching był na świecie dużo wcześniej, bo chyba zaczął się już w 2006 roku. Można sobie wyobrazić, ile tych skrzynek od 2006 roku do dzisiaj jest pochowanych we wszystkich polskich miastach, nie tylko w Polsce, ale to działa na całym świecie. Szukanie skrzynek może być jednak samotną rozrywką. To hobby przyciąga też – jak słychać z opisów – niezłych świrów, więc są też spotkania, wydarzenia związane z opencachingiem i geocachingiem. Na tych wydarzeniach ludzie naturalnie się umawiają: „Hej, to może się wybierzemy razem na spacer i czegoś razem go poszukamy? ”

U mnie to świetnie zadziałało, bo dużą część znajomych, a nawet przyjaciół, których teraz mam, poznałam właśnie podczas uganiania się za pudełkami śniadaniowymi po lesie, jakkolwiek źle to zabrzmi. Ale wszystko się zgadza: jest hobby, jest drugi człowiek i jest czas spędzany na świeżym powietrzu. Jak dla mnie, wszystko w jednym. Myślę, że jest wiele takich zajęć, które można znaleźć dla siebie, w których to spotkanie z drugim człowiekiem jest jak najbardziej na miejscu.

Myślę, że spotkanie z drugim człowiekiem pt. „Kasia Janoska” było też jak najbardziej na miejscu.

Serdecznie dziękuję ci za rozmowę i za te wszystkie wskazówki. Osoby, które pracują w domu albo planują pracować w domu, będą teraz miały dużo więcej amunicji do tego, żeby te pracę sobie lepiej urządzić. I do tego, żeby być może podjąć decyzję, czy taka praca jest dla nich czy nie. Jeszcze raz wielkie dzięki.

Bardzo ci dziękuję za zaproszenie i dziękuję wam za słuchanie.