fb pixel

Czym się zajmuje freelancer? Czy warto tak pracować? Porady doświadczonego freelancera

9 kwietnia 2018

Jedni, słysząc określenie freelancer, widzą studenta, który dorabia sobie tu i tam w wolnych chwilach, najczęściej pracując za półdarmo.

Dla innych freelancer to człowiek o dużym doświadczeniu i silnej marce osobistej, który woli wybierać sobie projekty i klientów niż być ciągle na usługach jednej firmy.

Który obraz jest prawdziwy? Tak naprawdę… obydwa. Bo odnoszący sukcesy freelancer to człowiek, który zwykle zaczyna skromnie, ale ciągle na różne sposoby inwestuje we własny rozwój. Dzięki temu z czasem może stać się cenionym ekspertem w swoim fachu.

Czy warto tak pracować? Jakie są największe wyzwania i na co warto zwrócić uwagę, żeby sobie poradzić?

Do rozmowy na ten temat zaprosiłem człowieka, który doskonale zna plusy i minusy bycia freelancerem. Działa w ten sposób od blisko 20 lat jako scenarzysta i szkoleniowiec, a nazywa się Marcin Cząba.

Prezent dla Ciebie

Podaj adres e-mail, a wyślę Ci arkusz Excela, dzięki któremu wyliczysz minimalną stawkę godzinową za swoją pracę.

Poniedziałek z pomysłem

W każdy poniedziałek rano wysyłam do ponad 8 tys. osób maila z nowym pomysłem, jak usprawnić działanie firmy. Też chcesz?

W tym odcinku

  • Jak wyceniać pracę freelancera?
  • Czy freelancer powinien budować swoją markę osobistą?
  • Jak skutecznie organizować sobie pracę, gdy nie mamy szefa?
  • Jak freelancer może zadbać o bezpieczeństwo finansowe?
  • Czy freelance jest dobrym sposobem na życie dla każdego?

Gość odcinka

Marcin Cząba

Dzięki storytellingowi zamienia suche fakty w intrygujące opowieści, które inspirują, zarabiają i przyciągają klientów. Ma ponad dwudziestoletnie doświadczenie w pisaniu scenariuszy telewizyjnych.
MarcinCzaba.pl

Przydatne linki

Polecana książka

Jonathan Haidt
Prawy umysł

 Kup tę książkę

Daniel Kahneman
Pułapki myślenia. O myśleniu szybkim i wolnym

 Kup tę książkę

 Więcej książek

Podcast do czytania – transkrypcja odcinka

Cześć Marcin.

Cześć Marek.

Powiedz, jaką książkę ostatnio czytałeś?

Prawy umysł.

A co to za książka?

To jest psychologia moralności. Od ponad dwudziestu lat zajmuję się tak zwaną logiką percepcyjną, czyli tym, w jaki sposób postrzegasz rzeczywistość, w jaki sposób ja ją postrzegam, gdzie się spotykamy, gdzie się nie spotykamy. Wynika to z mojego zawodu, bo jako scenarzysta muszę projektować bohaterów, to, w jaki sposób wyglądają konflikty między bohaterami – w związku z tym cały czas zgłębiam wiedzę dotyczącą tego, jakie ty masz poglądy, dlaczego ja mam takie poglądy, dlaczego nie zgadzamy się w tych poglądach, czego nie widzę w tej rzeczywistości. Prawy umysł jest tak naprawdę książką o psychologii moralności.

A pamiętasz, kto ją napisał?

Jonathan Haidt, który jest również autorem książki Szczęście. W literaturze funkcjonuje jego metafora, że człowiek to jest jeździec i słoń.

Daniel Kahneman używał tej metafory w Pułapki myślenia. O myśleniu szybkim i wolnym.

Tak, ale metafora pochodzi od Haidta.

Ten sam motyw się pojawia, bo do Kahnemana odwołuje się sporo osób i pewnie dlatego jest tak mocno kojarzony z tą metaforą.

Metafora była już wielokrotnie wykorzystywana wcześniej – u Platona, u Gurdżijewa, tylko pod jakąś inną postacią.

Dobra. Chciałem z tobą pogadać o realiach życia freelancera. Zanim przejdziemy do mięsa, to pierwsza rzecz – czym się zajmuje freelancer? Czy jesteś w stanie to jakoś zdefiniować?

Dla mnie freelancer to dawne określenie najmita – to jest ktoś, kto jest człowiekiem do wynajęcia, czyli robi rzeczy, dla których ktoś go wynajmuje i w związku z tym może robić tak naprawdę wszystko.

Z mojego punktu widzenia taką dużą wartością i plusem bycia freelancerem jest to, że jesteś wolny. Nie masz nad sobą szefa, który pokazuje palcem, co masz zrobić – sam decydujesz nie tylko o czasie i o sposobie wykonania zadania, ale też o tym z kim pracujesz i za jakie stawki. Z drugiej strony trzeba jednak brać na siebie pewną odpowiedzialność, bo odpowiadasz za wszystko, co robisz zawodowo i nie schowasz się za marką firmy. Odpowiadasz też za swoje życie, dlatego że nikt nie zadba o sprawy takie jak urlop czy chorobowe – musisz to wszystko zrobić sam. Gdybyś miał porównać myślenie freelancera i człowieka, który pracuje na etacie, to jakie są największe różnice w sposobie myślenia?

Studiowałem w szkole aktorskiej i uczyłem się na przykład pantomimy. Później pojechałem do Francji i na ulicy próbowałem wystawić tę samą scenkę, której się nauczyłem w szkole teatralnej – od razu wszystko, czego się nauczyłem, poszło do kosza, bo nikt na ulicy nie zwracał na to uwagi, nie dostaliśmy pieniędzy, nie zjedliśmy kolacji. W związku z tym bardzo szybko zaczęliśmy kombinować, jak to zrobić, żeby zainteresować tymi scenkami przechodniów. Okazuje się, że to jest kompletnie inna logika myślenia, to jest inna logika aktora, który gra na ulicy i inną metodą jest granie w teatrze instytucjonalnym, gdzie masz po prostu zapewniony etat. Na czym polega ta różnica? Musisz zacząć myśleć drugą osobą, to znaczy nie mogę sobie pozwolić na to, żeby myśleć „ja, ja, ja, ja” i żeby to, co robię, było tym produktem, tylko muszę myśleć „co byś chciał ode mnie kupić?”. Wiem, że to jest taka pierwsza podstawowa różnica, którą bardzo trudno przełożyć tak ad hoc, ale naprawdę to jest całkowicie inna logika.

Czyli polega to, w takim największym uogólnieniu, na wejściu w głowę czy buty klienta, jak to się czasami mówi?

Muszę wyjść ze swojej głowy, żeby popatrzeć na produkt twoimi oczami. Mój produkt musi być o wiele lepszy niż produkt, gdzie mogę zasłonić się firmą – sam jestem odpowiedzialny za to, co robię. Obecnie robię warsztaty i te warsztaty rzeczywiście muszą zmieniać życie innej osoby – wtedy jedna osoba przyprowadza mi następne dwie osoby, tutaj nie ma innej możliwości. Jest kompletnie inne przełożenie, bo koszty związane na przykład z reklamą są inne niż w przeliczeniu na całą instytucję. To jest kompletnie inny paradygmat myślenia.

A czy znasz jakieś ćwiczenie dla nowych freelancerów? Dla kogoś, kto do tej pory miał firmę, która myślała za niego i teraz potrzebuje zmienić ten sposób myślenia. Czy można się tego nauczyć? Czy można wykonać jakieś ćwiczenie, które ułatwi spojrzenie na mój produkt oczami kogoś innego?

Słyszałem takie powiedzenie „jeżeli nie masz psa za tyłkiem, to tak naprawdę nie wiesz, co to znaczy biegać” [śmiech]. W momencie, kiedy nie przejdziesz na ten drugi sposób myślenia, na sposób myślenia Jumpera, jeżeli nie pomyślisz sobie o tym, że nie będziesz miał kolacji albo nie zapłacisz za prąd, wodę i gaz – to jest realna rzecz, tego nie można sobie zrobić na próbę. Zupełnie jakbyś próbował iść po ziemi i próbował się nauczyć pływać – żeby się nauczyć pływać, musisz skoczyć do wody i poczuć tę logikę, żeby się utrzymać to trzeba troszeczkę pójść w dół, za chwilę wypłynąć i to jest kompletnie inny sposób myślenia. Jeżeli ktoś trzyma się barierki i takiego myślenia, że ktoś za ciebie coś załatwi – to nie wydaje mi się, że przeskoczy na sposób myślenia, że jest sam odpowiedzialny za wszystko, od początku do końca.

Każdy freelancer jest trochę sprzedawcą, dlatego że oferuje swoje usługi na rynku, ale też przedstawia klientowi ofertę, bardzo często negocjuje cenę. Co poradziłbyś ludziom, dla których to jest nowe doświadczenie? Jak się zabrać do negocjacji czy ustalania finansowych warunków współpracy z klientem?

Z doświadczenia wiem, że są dwa sposoby myślenia o sobie samym. Mogę popatrzeć na siebie z asocjacji – teraz mówiąc do ciebie, patrzę z asocjacji, czyli od środka głowy patrzę na ciebie, słyszę swoje myśli, ale na chwilę mogę stanąć obok i popatrzeć na naszą rozmowę tak, jakbym stał z boku, jak kamera patrzy trzecioosobowo, czyli w pierwszej osobie liczby pojedynczej i z trzeciej osoby liczby pojedynczej. Jeżeli robię negocjacje na temat cen, zawsze staję z boku i staram się nie oceniać z pozycji asocjacji, tylko staram się popatrzeć na sytuację obiektywnie. To ma przełożenie na przykład na stawki – jeżeli są jakieś stawki, to nie oceniam ich pod względem, ile na nich zarobię, tylko procentowo, ile procent mogę z tego mieć. Staram się dążyć do obiektywizmu, żeby nie być subiektywnym. Jeżeli jestem subiektywny, to myślę „nie no, ja tego nie zrobię, nie nadaję się do tego, to jest bez sensu”, w związku z tym każdy ma moc przenegocjowania.

Jako scenarzysta zawsze mówiłem swoim producentom, że przez ostatnie 15 lat uczyłem się, jak robić lepsze scenariusze, a oni w tym czasie uczyli się jak lepiej negocjować z takimi osobami jak ja [śmiech]. W związku z tym jest to kwestia stanięcia obok i popatrzenia na siebie obiektywnie.

To jest ciekawe, dlatego że słyszałem też taką zasadę, której przestrzega nasz mózg – jeżeli coś mamy, to uważamy to cenniejsze niż wtedy, kiedy tego nie mamy. No i na tym polega cały mechanizm jazd próbnych, czy dawania klientowi produktu, gdzie płaci po trzech miesiącach – bo kiedy już mamy ten produkt, już go poczujemy, to trudniej nam się z nim rozstać, bo jest dla nas cenniejszy. Tak samo, jeżeli sprzedajemy dom, to wyceniamy ten dom wyżej, niż wynosi jego obiektywna cena rynkowa. Faktycznie to spojrzenie z boku może pomóc, bo to działa też w drugą stronę – jeżeli bardzo lubię swoją pracę, to mógłbym ją wykonywać na darmo, ale z drugiej strony, jak stanę obok i popatrzę, ile to wymaga czasu, poświęcenia, to zdaję sobie sprawę, że należy się jednak za to godziwe wynagrodzenie.

To prawda, bo mamy tendencję do niedoceniania swoich dokonań i zapominamy o tym, że na przykład stoi za tym 20 lat doświadczenia. Prowadzę warsztaty z archetypów osobowości, w związku z tym, ktoś się mnie zapytał, jakim jest typem – popatrzyłem i mówię „pierwszym” i w zasadzie tyle, bo po 20 latach praktyki od razu to widzę. A on zapytał „no i co? Tyle chcesz pieniędzy za to?”, odpowiedziałem mu, że to jest wynik dwudziestu lat doświadczenia. Przy freelancerach też trzeba rozróżnić doświadczenie i wiedzę, bo to wszystko się gdzieś zlewa.

Mamy tendencję do niedoceniania swoich dokonań

Kiedy się zagląda na różne serwisy internetowe ze zleceniami dla freelancerów, to tam tak naprawdę wszystko opiera się na cenie – to jest jak internetowa porównywarka cen, czyli masz oferty różnych osób. Możesz zamieścić tam jakieś ogłoszenie, że szukasz kogoś, kto wykona ci dane zlecenie i dostaniesz kilkadziesiąt czy kilkanaście propozycji i najprostszym kryterium, żeby je porównać, jest właśnie cena. Co może zrobić freelancer, który z jednej strony wykorzystuje takie serwisy, żeby szukać zleceń. Z drugiej strony nie chce konkurować ceną, bo jest przekonany i ma dowody na to, że jego jakość to nie jest jakość za najniższą cenę – tylko powinien po prostu dostać za tę pracę więcej.

To jest specyfika internetu i to tak działa, że na klik mamy paletę produktów. Wcześniej, żeby kupić sokowirówkę, musiałeś pójść w miasto i wynaleźć sklep, w którym jest najtańsza – teraz klikasz i wszystko jest na wyciągnięcie ręki i w związku z tym możesz wybrać najtańszy produkt. Tak samo jest z freelancerami, na klik masz różne widełki cenowe. Jednak mało kto wie, że za tymi widełkami cenowymi stoi właśnie doświadczenie, mało kto zastanawia się tak naprawdę, czy usługa, którą zamawiam, będzie wykonana dobrze, czy bardzo dobrze. Jeżeli mamy zlecić bezmyślne naklejanie nalepek, to wtedy cena gra rolę, ale w momencie, kiedy mamy zrobić logo albo napisać scenariusz to nie znaczy, że trzydziesta poprawka będzie lepsza albo trzydziesta osoba, która to zrobi, to zrobi nam lepiej. Patrząc ze strony pracodawcy, musimy znaleźć tę osobę, która najlepiej wykona dany produkt – tutaj liczy się dbanie o swoją markę, czyli inwestowanie w siebie jako w markę.

Wiadomo, że nie wszystko da się pokazać za pomocą portfolio, ważna jest elastyczność w pracy, czy osoba, z którą współpracuję, ma giętki umysł, czy będę dobrze się z nią rozumiał, czy nie będę się z nią przepychał – nie chodzi tylko o stworzenie dobrego produktu, ale też o współpracę i relację z osobą, której coś zlecam. Przepisem na tę bolączkę jest inwestowanie w swoją markę, inwestowanie w siebie jako markę – nie tylko po to, żeby być lepszym pod kątem produktu, ale żeby mieć większe horyzonty, jeżeli chodzi o relacje międzyludzkie. Wszystko zależy od takiej piramidy – na samym początku jest refleksja, czy dostanę za zlecenie dobre pieniądze, później czy dostanę godziwe pieniądze i czy jest miła atmosfera, a gdzieś na samym wierzchołku, czy to, co robię, ma w ogóle jakiś sens. Może być miła atmosfera, mogę dostawać za to pieniądze, ale jak będę kopał doły i później będę je zasypywać, to po jakimś czasie stwierdzę, że to jest bez sensu. Trzeba myśleć w kategoriach takich półek.

Wspomniałeś o budowaniu marki osobistej – jak freelancer może budować swoją markę osobistą?

To jest słabe pytanie do mnie, bo okazuje się, że szewc bez butów chodzi [śmiech]. U mnie zaczęło się bardzo naturalnie – zacząłem być scenarzystą i później byłem polecany przez osoby, u których pracowałem.

Ale polecali cię, dlatego że robiłeś dobrą pracę, byłeś komunikatywny, czy zawsze przestrzegałeś terminów – z jakiego powodu cię polecali?

Z perspektywy czasu widzę, że to ewoluowało – na samym początku robiłem coś i byłem tańszy i szybszy niż inni, po jakimś czasie byłem tańszy, szybszy i robiłem to dobrze. Później zdobyłem doświadczenie i zostałem głównym scenarzystą, a w związku z tym miałem już inną perspektywę i inny sposób myślenia o produkcie. Teraz, z perspektywy czasu widzę, że to jeszcze nie wszystko – zaczęło mnie satysfakcjonować robienie warsztatów sceneriopisarskich, dlatego że bardzo dużo ludzi zmieniło swoje życie pod wpływem tych warsztatów. Teraz dla mnie miernikiem jest ta wartość dodana – czy stoi za tym misja.

Zacząłeś od tego, że byłeś niedrogi, szybki, słowny i wykonywałeś robotę na odpowiednim poziomie, a później rozwijałeś się i za tym szła coraz większa wiedza. Skoro prowadziłeś warsztaty, to w domyśle musisz się znać, jeżeli uczysz innych, to znaczy, że masz taką wiedzę, która dostarcza wartość innym scenarzystom.

Tak, w pewnym momencie to zaczęła być specjalistyczna wiedza, bo zacząłem pracować na archetypach i uczyć pracy na archetypach – uczenie wpisywania bohatera w archetyp to jest specyficzna działka, ponieważ w Polsce nikt tego nie robił. Nikt nie robił tego praktycznie, dużo jedynie było mówienia, skupiano się na dwunastu archetypach Carol Pearson, które są zbudowane na astrologii – ale jeżeli chodzi o scenariopisarstwo, to one w ogóle nie działają, bo one były archetypami funkcji. Jak mamy podróż bohatera, to one określały postacie, które spotykamy w czasie tej wędrówki, a nie w jakim stylu zrobimy tę podróż. Byłem jedyną osobą, która uczyła, jak wpisywać w ten archetyp drogi, jak to zrobić, żeby to naprawdę działało.

Czyli można powiedzieć, że znalazłeś swoją niszę.

Tak. Znalazłem swoją niszę i rzeczywiście byłem rozpoznawalny dzięki tej specjalistycznej wiedzy. To się szybko przyniosło na storytelling i na pracę z zespołami projektowymi – ewoluowałem z jednego zawodu na kompletnie inną działkę. Wyrzuciło mnie w totalnie inne rejony, bo zaczynałem od tego, że pisałem scenariusze, a później przeszedłem przez warsztaty, a teraz mam rozmowy ze specjalistami od sztucznej inteligencji odnośnie wykorzystania archetypów w tej dziedzinie.

To rzeczywiście jest ciekawa droga, ale to też pokazuje, że budowanie marki to jest coś więcej niż promowanie własnego nazwiska – za tym idzie dużo więcej. Z jednej strony, żeby przejść taką drogę, musiałeś cały czas uczyć się nowych rzeczy.

Uczyć się, ale przede wszystkim wiedzieć, jak wygląda mój charakter, to znaczy, co moja osoba widzi, a czego nie widzi. Każdy z typów osobowości widzi pewien odcinek rzeczywistości i przy pomocy archetypów mogę powiedzieć, jaki jest zakres widzenia rzeczywistości danej osoby. W związku z tym musiałem poznać i dowiedzieć się, jakiego odcinka rzeczywistości nie widzę, żeby zacząć nad nią pracować. W ten sposób zacząłem eliminować pewne techniki, które nie są dla mnie – na przykład metoda zarządzania czasem GTD w ogóle nie jest dla mnie i dla mojego typu, żadna osoba z mojego typu osobowości nie będzie umiała wykorzystać GTD w życiu, rzuci ją po dwóch, trzech tygodniach, bo będzie czuła, że się dusi. Trzeba najpierw zobaczyć, jakie wartości stoją za moim typem osobowości i po prostu pracować nad tymi wartościami, rozwijać je – bo z tych wartości wynika sposób mojej pracy i jej styl.

Czyli drogą do budowania marki osobistej jest w dużej mierze samoświadomość?

Tak, tak bym to przekazał. Jeżeli mówimy na przykład o personal brandingu, czy o sposobie budowania marki, to kluczowy jest sposób dotarcia do swoich wartości, znalezienie ich – tylko żeby to nie były wartości spisane na papierze, tylko żeby rzeczywiście były wypływające ze mnie.

Wyszliśmy od wartości w sensie pieniężnych wartości, a doszliśmy do wartości w tym dużo szerszym kontekście. Jeszcze na chwilę chciałem wrócić do pieniędzy, dlatego że freelancerzy z reguły pracują dla firm, a firmy mają to do siebie, że lubią płacić po wykonaniu zlecenia, czasami długo po jego wykonaniu. Czy decydując się na drogę freelancera, decyduję się równocześnie na to, że będę windykatorem i będę ścigał tych ludzi o pieniądze, czy są jakieś sposoby, żeby od początku narzucić, że przyjmuję płatność z góry? To chyba nie jest za bardzo możliwe.

Nie jest możliwe, chociaż to jest też kwestia budowania zaufania i wyczucia, z jakim partnerem mamy do czynienia. Czasami jest też kwestia windykatorstwa i trzeba po prostu umieć bluzgać – ja się nauczyłem bluzgać przy specyficznych osobach, które lubią, jak się bluzgnie i wtedy wypłacają pieniądze. Ja nikogo nie namawiałbym do tego, żeby być freelancerem, bo to jest dosyć specyficzna działka i kwestia pieniędzy też jest dosyć trudna. Przyznam się, że zostałem oszukany dopiero po dwudziestu latach pracy jako scenarzysta – nie zostały mi wypłacone pieniądze za scenariusz. Wcześniej bywało gorzej, lepiej, ale zawsze pieniądze do mnie spływały – dopiero dwa lata temu zostałem totalnie oszukany przez pewnego producenta.

Freelance to kwestia budowania zaufania i wyczucia, z jakim partnerem mamy do czynienia

Z drugiej strony freelancerzy mają też swoją metodę walczenia z tym – jak spotykają się ze sobą, to mówią do kogo nie chodzić, kto nie płaci i taka osoba bardzo szybko trafia na czarną listę. To nie jest zemsta, tylko dzielenie się swoimi doświadczeniami. Była taka sytuacja, że pewna firma z branży filmowej nie płaciła na czas, to zawodowy zespół oświetlaczy, który jest bardzo silny w Warszawie, doprowadził do tego, że ta firma się zwinęła, bo nikt nie dawał im światła.

Godna podziwu solidarność zawodowa. Zwykle znajdują się jakieś czarne owce, które próbują coś ugrać dla siebie, skoro nie ma konkurencji.

Stąd wielki apel, żeby freelancerzy łączyli się w grupy.

Do grup jeszcze wrócimy, ale chciałem zapytać o sposób organizowania sobie pracy. Brak szefa nad głową to jest z jednej strony zaleta – ale z drugiej strony to wymaga też takiej motywacji i tego, żeby sobie wszystko samemu poukładać. Powiedziałeś, że dla twojego typu metoda GTD – Getting Things Done – nie jest dobra, więc jak sobie radzisz z organizacją? Co byś poradził ludziom, którzy czują, że samemu trudno im się zorganizować?

To znów zależy od typu osobowości, jakim jesteśmy. Każdy z naszych typów osobowości ma inny stosunek do czasu, więc jeżeli jesteśmy jednym typem, to rzeczywiście mamy taką umiejętność, że patrzymy na 20 lat do przodu i umiemy zaplanować, jak będą wyglądały nasze 60 urodziny. W związku z tym ten typ rzeczywiście wszystko ma poukładane. Ojciec mojego przyjaciela odbył swoją wielką podróż, którą planował przez 20 lat – takie osoby często siadają, przeglądają swoje notesiki sprzed pięciu lat i analizują, co w tamtym dniu odkreślili. Inny typ osobowości ma problemy z czasem – to zależy od tego, jaką ma główną funkcję, jeżeli ma główną funkcję uczuć albo intuicji, to takie osoby tak naprawdę pływają. Dla nich nie ma priorytetów – dzisiaj jest tak samo ważne jak wczoraj czy przedwczoraj.

Te osoby żyją z dnia na dzień – one powinny mieć przynajmniej jakiś work flowprzed sobą, czyli wiedzieć, jakie są zadania, powinny nauczyć się priorytetyzować. Ja preferuję kanban, bo pokazuje mi w mojej rzeczywistości, co mam jeszcze do zrobienia – przeglądam, na co dzisiaj mam ochotę albo co muszę odkreślić. U mnie najlepiej działa duży board, czasami z obrazkami, ponieważ bez obrazków zadania dla mnie nie istnieją, czasami używam dużej wirtualnej tablicy, gdzie wrzucam sobie dużo obrazków i dużo strzałek – te strzałki mi mówią, czym mam się zająć. To jest taka moja metoda przetransponowania kanban na wizualizację, na prawą stronę mojej półkuli, bo jestem bardziej prawopółkulowy, więc chcę mieć takie połączenie holistyczne.

Tchnąłeś otuchę w moje serce i być może jeszcze paru osób, dlatego że są czasami zalecenia typu „wyobraź sobie, jak będą wyglądały twoje 85 urodziny i dąż w tym kierunku” – dla mnie jest to strasznie trudne. Myślałem, że jestem jakiś ułomny, a ty mi mówisz, że ja po prostu mam inny typ i ten typ tak ma, że po prostu nie potrafi sobie tego wyobrazić.

Tak. Są typy, które po prostu nie potrafią sobie tego wyobrazić, są typy, które nie potrafią trzymać się priorytetów, ponieważ próbują je w jakiś sposób obejść, czują jakby zadanie to była skała, która nad nimi wisi – to wszystko zależy właśnie od typów osobowości, jakim jesteśmy typem osobowości i jaką mamy metaforę. Wyobraź sobie, jak podchodzisz do konfliktów – czy masz metaforę, że to jest walka, czy masz metaforę, że to jest tango? Jeżeli masz metaforę, że to jest walka, wyobraź sobie, że masz dzień konfliktów, przychodzisz do domu i jesteś po prostu tak zmęczony, bo cały dzień walczyłeś. Ale jeżeli masz metaforę, że to jest tango, to przez cały dzień tańczyłeś – jesteś zmęczony, ale szczęśliwy, czujesz się bardzo dobrze.

Na tym polega cały rozwój i przychodzenie do psychologa. Jak przychodzisz do psychologa, to po to, żeby zmienić swoją metaforę życia i rzeczy, które w jakiś sposób cię ugniatają albo które ci przeszkadzają – na metaforę życia, która ci pomaga. Jeżeli czujesz, że zadanie to jest jakaś skała, która nad tobą wisi, to musisz zmienić tę metaforę na coś innego. Nie mówię o NLP, tylko o tym, żeby uświadomić sobie, czym są dla nas zadania i jak do nich podchodzimy, z jaką metaforą je łączymy.

Choćbyśmy nie wiem jak dobrze byli zorganizowali i ogarniali te zadania, to są takie rzeczy, których nie zaplanujemy, takie jak na przykład choroba. Jak ma sobie radzić freelancer w sytuacji nagłej, kiedy złamie nogę albo się rozchoruje? Przecież kiedy nie pracuje, to nie zarabia, jeżeli pracuje na umowę o dzieło, to też nie ma ubezpieczenia zdrowotnego. Czy są jakieś specjalne produkty ubezpieczeniowe dla freelancerów? Czy można opłacać składkę zdrowotną czy chorobową w ZUS-ie i to jest jakieś takie podstawowe zabezpieczenie?

Ja opłacam dobrowolne ubezpieczenie zdrowotne, ale tak naprawdę, to zacząłem kompletnie inaczej myśleć o swoim zdrowiu. W naszej kulturze zachodnioeuropejskiej, mamy takie podejście do zdrowia, że na przykład pijemy alkohol, a jak już się nam zepsuje wątroba, to idziemy do lekarza i mówimy „wie pan co? No niech pan mi naprawi tę wątrobę”, a on odpowiada „no ale panie! Tego się już nie da naprawić”. Przerzucamy odpowiedzialność na kogoś innego – psuliśmy coś przez 15 lat, po czym przychodzimy do kogoś i próbujemy powiedzieć „niech pan to naprawi”. A jak on nie naprawi, to jesteśmy na niego źli, prawda?

Innym sposobem podejścia jest myślenie wschodnie – oni mają inne podejście, bo twierdzą, że nawet jeżeli jesteś zdrowy, to jesteś chory, bo się zużywasz. Jeżeli nie podlewasz ogrodu, jeżeli o niego nie dbasz, to nie dziw się, że później w tym ogrodzie masz same uschnięte rośliny. Ich logika jest taka, żeby bardziej zapobiegać, dbać o ciało, myśleć o zdrowiu i żeby w ten sposób nie chorować. Ja od 15 lat nie byłem u lekarza i nie wybieram się [śmiech]. Cały czas staram się dbać o siebie i robić przeglądy kontrolne – mam nadzieję, że to da rezultaty. Z jednej strony jestem ubezpieczony, a z drugiej strony staram się dbać o zdrowie i nie doprowadzać do przesilenia zdrowia.

Czytałem kiedyś o takim modelu, w którym lekarze byli wynagradzani wtedy, kiedy pacjent do nich nie przychodził – a kiedy przychodził, to nie byli wynagradzani.

To jest idealny punkt wyjścia, tak to powinno wyglądać. Dawno temu trafiłem do lekarza, ponieważ od długiego siedzenia przed komputerem zacząłem mieć problemy z biodrem. Zacząłem wtedy ćwiczyć Tai Chi, żeby wyćwiczyć swoje ciało, żeby nie doprowadzać do tego, żeby było chore. Na zajęciach przekierowali mnie do takiej Mongołki, która mi tłumaczyła, że trzeba cały czas dbać o swoje ciało, wyregulować je raz na jakiś czas, a można to regulować za pomocą medykamentów, medycyny tybetańskiej i akupunktury, żeby to wszystko dobrze działało – wtedy prawdopodobieństwo zachorowania spada.

Wielu ludzi, którzy lubią swoją pracę, ma poczucie radości z wykonywanej pracy. Uważają, że będą w zasadzie pracować do śmierci, bo tak ich ta praca kręci. No ale z drugiej strony, załóżmy taki wariant, że jednak gdzieś na pewnym etapie życia dojdziemy do wniosku, że już wystarczy i chcielibyśmy odpocząć. Jak freelancer może zbierać pieniądze na emeryturę? Czy to jest w ogóle coś, o czym się w tym gronie rozmawia? Czy są jakieś dedykowane produkty finansowe dla freelancerów? A może freelancer, oznacza również „wolny od trosk, o to, co będzie za kilkanaście lat”?

Nie, wprost przeciwnie. Obrałem metodę, że 10 procent od każdego wynagrodzenia przelewam na przeznaczone na to subkonto. To jest poduszka finansowa, która ma zabezpieczyć mnie, jeżeli chodzi o zdrowie, o emeryturę. Mam nadzieję, że jeszcze oprócz tego wypali mi jakiś biznes i będę swobodnie myślał o emeryturze – ale na razie mam poduszkę finansową.

Ktoś może pomyśleć „kurczę, 10 procent każdego wynagrodzenia mam odkładać?”, ale jak porównamy to ze składkami ZUS, które idą na obecnych emerytów, a nie na twoją emeryturę – to te 10 procent, to jest niska cena za święty spokój w przyszłości.

Oczywiście to się później sumuje i okazuje się, że rzeczywiście ma to jakiś sens. Jednak to ma sens tylko, kiedy od dosłownie każdej kwoty odkładamy ten procent. Przykładowo dostałem na urodziny jakąś stóweczkę, no to 10 złotych z niej szło na subkonto – to był już taki odruch.

W pewnym momencie zacząłeś już mówić o kolegach, o tym, że grupa jest ważna. Freelancer kojarzy się z działaniem w pojedynkę, ale z drugiej strony jak pokazuje przykład tych oświetleniowców, o których mówiłeś – czasem współpraca z potencjalną konkurencją jest bardzo cenna i bardzo wartościowa. W jakich sytuacjach takie znajomości jeszcze się przydają?

Nigdy nie traktowałem moich kolegów jako konkurencji, po prostu każdy ma inny styl, kompletnie inny sposób myślenia. Być może na samym początku rzeczywiście było coś takiego, że „to jest ktoś, kto mi zabiera pracę” – może na samym początku, przez pierwsze dwa lata, ale później nigdy nie miałem takiego myślenia.

Przepraszam, że ci wejdę w słowo, ale właśnie uzmysłowiłem sobie, z czego to wynika. Na początku, kiedy wchodzisz na rynek, to jedyne, co masz do zaoferowania, żeby konkurować z innymi, to jest w zasadzie cena, bo nikt cię jeszcze nie zna i każdy, kto ma ofertę o złotówkę tańszą, jest twoją konkurencją. W momencie, kiedy zaczynasz budować swój brand, pracujesz na swoje nazwisko, to w odbiorcach zaczyna dojrzewać świadomość, że wolą zapłacić więcej, żebyś ty to zrobił. Wtedy faktycznie przestajesz mieć konkurencję.

Konkurencja bardziej mi się kojarzy z firmą, gdzie konkurujemy o jakieś stanowisko – tutaj mamy tyle pracy, że jedynie ogranicza nas nasza inwencja twórcza. Osobiście wolę polecić mojego kumpla do czegoś, co zrobi lepiej, bo to nie znaczy, że klient ode mnie odejdzie, jak ktoś mu zrobi jakieś zlecenie fajne – wprost przeciwnie, ten klient stwierdzi „aha, czyli ta osoba podchodzi do mnie uczciwie”. Wszystko się opiera na zaufaniu i skracaniu dystansu do klienta. Jeżeli polecę mu lepszego specjalistę od siebie, to nie traktuję tego jako konkurencji.

Na rynku jest dużo pracy dla freelancera, a jedynym ograniczeniem jest inwencja twórcza

Doba tego specjalisty też ma tylko 24 godziny i też nie wykona wszystkich prac na świecie sam.

Dodatkowo jak jest jakieś bardzo duże zlecenie, to po prostu zaczynamy się dzielić – jeżeli mam bardzo dobre relacje ze swoimi współpiszącymi kolegami i udaje mi się wygrać jakiś przetarg na serial, to wtedy uderzam do nich i mówię „słuchajcie, sam tego nie napiszę, bo to trwałoby dwa lata”, wolę to zrobić przez krótszy okres, a pracę podzielić na osoby, które lubię. Być może te osoby za jakiś czas zaproponują mi pracę, bo oni też nie zrobią sami dużego zlecenia. Może to wygląda nierealnie, ale od jakiegoś czasu funkcjonuje – nie widzę tutaj żadnych problemów z konkurencją.

A jak się nawiązuje takie znajomości z kolegami po fachu?

To jest trudne pytanie [śmiech], bo to jest pytanie, jak się w ogóle nawiązuje relacje.

Wiesz, dlaczego pytam? Zakładam, że dzisiaj chcę zostać freelancerem i zaczynam robić strony internetowe. Wrzucam gdzieś moje oferty, szukam zleceń w internecie i nie mam okazji spotkać się z innymi ludźmi, którzy robią to samo. Mogę ich widzieć na Facebooku, LinkedInie, ale nie mam z nimi osobistej relacji – chyba że się spotkamy na konferencji, na szkoleniu, ale poza tym, to nie bardzo jest gdzie. Możemy się skrzyknąć, jeśli jesteśmy z jednego miasta, możemy pójść razem na piwo.

Właśnie tak nieraz my się skrzykaliśmy – szliśmy po prostu na piwo i często robiliśmy sobie sami doszkalanie, bo nie każdy wszystko wie. Jest coś takiego jak specjalizacja w pisaniu scenariuszy, jeżeli piszę telenowele, to jest pewnego rodzaju specyfika pracy i czasami ktoś mnie prosi, żebym go troszeczkę poduczył w tej kwestii, bo mam już doświadczenie. Ja bardzo chętnie komuś tę wiedzę sprzedam za piwo, szczególnie gdy ktoś chce zdobyć informacje z zakresu, w którym nie chcę już działać, a mam tam doświadczenie, jak przy reality show – pracowałem przy takich produkcjach i wiem, jak wygląda tam praca, ale niekoniecznie chcę to kontynuować. Moim zdaniem, myślenie freelancera to jest myślenie osoby, która cały czas myśli takim otwieraniem nowych drzwi, nowych możliwości. To nie jest myślenie w kategoriach, że przydałoby się ukręcić jakieś lody albo zrobić jakiś biznes – ale warto porozmawiać z nową osobą, żeby się dowiedzieć, o czymś nowym, bo być może ta wiedza mi się przyda.

Zaczynałem jako osoba, która pisze scenariusze, a wszystko ewoluowało przez moją ciekawość, bo się pytałem o jedno, o drugie, w pewnym momencie zacząłem robić warsztaty kreatywnego pisania, mimo że nie było mi to potrzebne, jeżeli chodzi o myślenie finansowe. Ponieważ jestem freelancerem i siedzę w domu przed komputerem – dostawałem już świra. Freelancer siedzi w domu i wtedy jest coś takiego jak stan introwersji, z którym trzeba sobie poradzić. Nie wiem, czy wiesz, czym jest ta introwersja?

Domyślam się, że przestajesz wychodzić do ludzi i ten mięsień społeczny zanika, więc coraz mniej chętnie wychodzisz do ludzi.

Czytałeś Kępińskiego? On powiedział, że człowiek potrzebuje do życia metabolizmu takiego zwykłego, czyli jedzenia i metabolizmu informacyjnego, czyli musisz się porozumiewać z inną osobą – jeżeli tego nie robisz, to zaczynasz mieć depresję i zaczynasz mieć omamy. Najgorszą rzeczą, którą można zrobić więźniom, jest zamknięcie w izolatce. Jeżeli przesłuchasz wywiady z osobami, które zostały zasypane w jaskini, to najgorsze były napadające ich wizje. Jeżeli jesteś sam z ograniczoną ilość bodźców – możesz po prostu dostać świra [śmiech].

Dzisiaj usłyszałem o takim eksperymencie, gdzie zamykano ludzi na 15 minut samych w pokoju i jedyne co było w tym pokoju, to był przycisk, który po naciśnięciu raził prądem. Ludzie z nudów naciskali ten przycisk, żeby się porazić prądem. Przez 15 minut!

W związku z tym, jeżeli chcesz być freelancerem, to zacznij wychodzić do innych. Ja dopiero po pewnym czasie zacząłem budować swoje życie społeczne. Nie robiłem tego świadomie, w sensie, że „jestem sam, teraz zacznę wydzwaniać do kogoś”, tylko dlatego, że potrzebowałem kontaktu z innymi osobami. Ta umiejętność dostrzegania drugiej osoby zaczęła się przekładać na relacje międzyludzkie i na umiejętność prowadzenia z nimi dialogu. W pisaniu scenariusza jest taki rozwój, że bohater ewoluuje z „ja” do „ja widzi ty” i z „ja widzi ty” do „my”, czyli osoby, która jest pod działaniem jakiejś misji, idei, wartości.

Gdyby zadzwonił do ciebie przyjaciel i powiedział „wiesz co, pracuję na etacie, ale mam już dość tego. Mam dość mojego szefa, on jest durny. Mam dość tego, że mi ludzie każą – ja chciałbym być wolny tak jak ty” – to, co byś mu doradził? Warto być freelancerem czy nie warto?

To zależy tak naprawdę od wielu czynników, od osobowości. Jedne osoby lubią mieć plan, uciekają od swojej odpowiedzialności, nie chcą brać odpowiedzialności za swoje życie i nie trzeba ich do tego zmuszać – nie każdego zmusisz do tego, żeby zaczął się rozwijać albo nie każdego zmusisz do tego, żeby poszedł do psychologa, bo nie każdego trzeba zmuszać do tego, żeby był odpowiedzialny za swoje życie. Oczywiście to też ma swoje plusy i minusy – to jest po prostu inny styl życia, który przekłada się na wszystko. Przekłada się na związki, na czas wolny, na to, w jaki sposób pracujesz, w jaki sposób funkcjonujesz – wszystko zależy od tej osoby. Jeżeli to byłaby osoba wypalona, to bym jej polecił zostanie freelancerem, dlatego że stajesz się silniejszy, taka praca uczy giętkości myślenia i kompletnie innego podejścia, bo jesteś bardziej czujny. Często spotykam osoby, które pracują na etacie i to one tak okrzepły na nim – ich wiedza czasami jest sprzed 10 lat, bo nie muszą się rozwijać.

Już zasiedziały swoje miejsce na krześle i nie muszą się ruszać.

Tak, dokładnie. Teraz spotykam się z nową ideą firm turkusowych – przychodzą do mnie osoby z takich firm, ponieważ tworzenie archetypów oraz projektowanie wartości, to jest dla mnie rzecz, z którą bym się nie spotkał w zwykłej korporacji. To są niezwykle żywe idee. Jeżeli weźmiemy bajki, to jest bajka o tym, jak syn idzie i szuka żywej wody, czyli wody, która w jakiś sposób uzdrowi nasz skostniały sposób myślenia. Jest coś takiego we freelansie, że musisz być czujny, bo jeżeli jest stracisz czujność, to nikt nie wrzuci pieniędzy i nie będziesz miał czym zapłacić za prąd, wodę i gaz – zupełnie tak, jak w przypadku wcześniej wspomnianych scenek ulicznych. Freelancer musi się w jakiś sposób uczyć się giętkości myślenia – to nie jest zajęcie dla każdego i nikogo bym do tego nie zmuszał. Nie każdy umie być tak zwanym jumperem, czyli skakać z jednej pracy do drugiej. Niektórzy się wypalają, bo freelance przypomina troszeczkę roller coaster – czasami jest bardzo dużo pieniędzy, czasami nie ma zleceń, czasami masz bardzo dużo zleceń i wtedy nie wiesz, co wybrać. Często jest to też sztuka wybierania, gdy dostajesz trzy wielkie zlecenia i nie wiadomo, które wybrać, jeśli masz kuszącą ofertę finansową od kogoś, kogo nie znasz albo gorzej płatną z opcją długofalowej współpracy, albo realizację zlecenia dla stałego klienta – musisz wybrać. Nie każdy może się z tym zmierzyć, bo to jest podobne do tego, jakbyś cały czas surfował na desce.

Bardzo fajna metafora.

Mnie osobiście ten styl pracy bardzo odpowiada.

Bardzo, bardzo dziękuję ci za rozmowę.

Super, dziękuję ci również.

Zobacz wersję do czytania

Cześć Marcin.

Cześć Marek.

Powiedz, jaką książkę ostatnio czytałeś?

Prawy umysł.

A co to za książka?

To jest psychologia moralności. Od ponad dwudziestu lat zajmuję się tak zwaną logiką percepcyjną, czyli tym, w jaki sposób postrzegasz rzeczywistość, w jaki sposób ja ją postrzegam, gdzie się spotykamy, gdzie się nie spotykamy. Wynika to z mojego zawodu, bo jako scenarzysta muszę projektować bohaterów, to, w jaki sposób wyglądają konflikty między bohaterami – w związku z tym cały czas zgłębiam wiedzę dotyczącą tego, jakie ty masz poglądy, dlaczego ja mam takie poglądy, dlaczego nie zgadzamy się w tych poglądach, czego nie widzę w tej rzeczywistości. Prawy umysł jest tak naprawdę książką o psychologii moralności.

A pamiętasz, kto ją napisał?

Jonathan Haidt, który jest również autorem książki Szczęście. W literaturze funkcjonuje jego metafora, że człowiek to jest jeździec i słoń.

Daniel Kahneman używał tej metafory w Pułapki myślenia. O myśleniu szybkim i wolnym.

Tak, ale metafora pochodzi od Haidta.

Ten sam motyw się pojawia, bo do Kahnemana odwołuje się sporo osób i pewnie dlatego jest tak mocno kojarzony z tą metaforą.

Metafora była już wielokrotnie wykorzystywana wcześniej – u Platona, u Gurdżijewa, tylko pod jakąś inną postacią.

Dobra. Chciałem z tobą pogadać o realiach życia freelancera. Zanim przejdziemy do mięsa, to pierwsza rzecz – czym się zajmuje freelancer? Czy jesteś w stanie to jakoś zdefiniować?

Dla mnie freelancer to dawne określenie najmita – to jest ktoś, kto jest człowiekiem do wynajęcia, czyli robi rzeczy, dla których ktoś go wynajmuje i w związku z tym może robić tak naprawdę wszystko.

Z mojego punktu widzenia taką dużą wartością i plusem bycia freelancerem jest to, że jesteś wolny. Nie masz nad sobą szefa, który pokazuje palcem, co masz zrobić – sam decydujesz nie tylko o czasie i o sposobie wykonania zadania, ale też o tym z kim pracujesz i za jakie stawki. Z drugiej strony trzeba jednak brać na siebie pewną odpowiedzialność, bo odpowiadasz za wszystko, co robisz zawodowo i nie schowasz się za marką firmy. Odpowiadasz też za swoje życie, dlatego że nikt nie zadba o sprawy takie jak urlop czy chorobowe – musisz to wszystko zrobić sam. Gdybyś miał porównać myślenie freelancera i człowieka, który pracuje na etacie, to jakie są największe różnice w sposobie myślenia?

Studiowałem w szkole aktorskiej i uczyłem się na przykład pantomimy. Później pojechałem do Francji i na ulicy próbowałem wystawić tę samą scenkę, której się nauczyłem w szkole teatralnej – od razu wszystko, czego się nauczyłem, poszło do kosza, bo nikt na ulicy nie zwracał na to uwagi, nie dostaliśmy pieniędzy, nie zjedliśmy kolacji. W związku z tym bardzo szybko zaczęliśmy kombinować, jak to zrobić, żeby zainteresować tymi scenkami przechodniów. Okazuje się, że to jest kompletnie inna logika myślenia, to jest inna logika aktora, który gra na ulicy i inną metodą jest granie w teatrze instytucjonalnym, gdzie masz po prostu zapewniony etat. Na czym polega ta różnica? Musisz zacząć myśleć drugą osobą, to znaczy nie mogę sobie pozwolić na to, żeby myśleć „ja, ja, ja, ja” i żeby to, co robię, było tym produktem, tylko muszę myśleć „co byś chciał ode mnie kupić?”. Wiem, że to jest taka pierwsza podstawowa różnica, którą bardzo trudno przełożyć tak ad hoc, ale naprawdę to jest całkowicie inna logika.

Czyli polega to, w takim największym uogólnieniu, na wejściu w głowę czy buty klienta, jak to się czasami mówi?

Muszę wyjść ze swojej głowy, żeby popatrzeć na produkt twoimi oczami. Mój produkt musi być o wiele lepszy niż produkt, gdzie mogę zasłonić się firmą – sam jestem odpowiedzialny za to, co robię. Obecnie robię warsztaty i te warsztaty rzeczywiście muszą zmieniać życie innej osoby – wtedy jedna osoba przyprowadza mi następne dwie osoby, tutaj nie ma innej możliwości. Jest kompletnie inne przełożenie, bo koszty związane na przykład z reklamą są inne niż w przeliczeniu na całą instytucję. To jest kompletnie inny paradygmat myślenia.

A czy znasz jakieś ćwiczenie dla nowych freelancerów? Dla kogoś, kto do tej pory miał firmę, która myślała za niego i teraz potrzebuje zmienić ten sposób myślenia. Czy można się tego nauczyć? Czy można wykonać jakieś ćwiczenie, które ułatwi spojrzenie na mój produkt oczami kogoś innego?

Słyszałem takie powiedzenie „jeżeli nie masz psa za tyłkiem, to tak naprawdę nie wiesz, co to znaczy biegać” [śmiech]. W momencie, kiedy nie przejdziesz na ten drugi sposób myślenia, na sposób myślenia Jumpera, jeżeli nie pomyślisz sobie o tym, że nie będziesz miał kolacji albo nie zapłacisz za prąd, wodę i gaz – to jest realna rzecz, tego nie można sobie zrobić na próbę. Zupełnie jakbyś próbował iść po ziemi i próbował się nauczyć pływać – żeby się nauczyć pływać, musisz skoczyć do wody i poczuć tę logikę, żeby się utrzymać to trzeba troszeczkę pójść w dół, za chwilę wypłynąć i to jest kompletnie inny sposób myślenia. Jeżeli ktoś trzyma się barierki i takiego myślenia, że ktoś za ciebie coś załatwi – to nie wydaje mi się, że przeskoczy na sposób myślenia, że jest sam odpowiedzialny za wszystko, od początku do końca.

Każdy freelancer jest trochę sprzedawcą, dlatego że oferuje swoje usługi na rynku, ale też przedstawia klientowi ofertę, bardzo często negocjuje cenę. Co poradziłbyś ludziom, dla których to jest nowe doświadczenie? Jak się zabrać do negocjacji czy ustalania finansowych warunków współpracy z klientem?

Z doświadczenia wiem, że są dwa sposoby myślenia o sobie samym. Mogę popatrzeć na siebie z asocjacji – teraz mówiąc do ciebie, patrzę z asocjacji, czyli od środka głowy patrzę na ciebie, słyszę swoje myśli, ale na chwilę mogę stanąć obok i popatrzeć na naszą rozmowę tak, jakbym stał z boku, jak kamera patrzy trzecioosobowo, czyli w pierwszej osobie liczby pojedynczej i z trzeciej osoby liczby pojedynczej. Jeżeli robię negocjacje na temat cen, zawsze staję z boku i staram się nie oceniać z pozycji asocjacji, tylko staram się popatrzeć na sytuację obiektywnie. To ma przełożenie na przykład na stawki – jeżeli są jakieś stawki, to nie oceniam ich pod względem, ile na nich zarobię, tylko procentowo, ile procent mogę z tego mieć. Staram się dążyć do obiektywizmu, żeby nie być subiektywnym. Jeżeli jestem subiektywny, to myślę „nie no, ja tego nie zrobię, nie nadaję się do tego, to jest bez sensu”, w związku z tym każdy ma moc przenegocjowania.

Jako scenarzysta zawsze mówiłem swoim producentom, że przez ostatnie 15 lat uczyłem się, jak robić lepsze scenariusze, a oni w tym czasie uczyli się jak lepiej negocjować z takimi osobami jak ja [śmiech]. W związku z tym jest to kwestia stanięcia obok i popatrzenia na siebie obiektywnie.

To jest ciekawe, dlatego że słyszałem też taką zasadę, której przestrzega nasz mózg – jeżeli coś mamy, to uważamy to cenniejsze niż wtedy, kiedy tego nie mamy. No i na tym polega cały mechanizm jazd próbnych, czy dawania klientowi produktu, gdzie płaci po trzech miesiącach – bo kiedy już mamy ten produkt, już go poczujemy, to trudniej nam się z nim rozstać, bo jest dla nas cenniejszy. Tak samo, jeżeli sprzedajemy dom, to wyceniamy ten dom wyżej, niż wynosi jego obiektywna cena rynkowa. Faktycznie to spojrzenie z boku może pomóc, bo to działa też w drugą stronę – jeżeli bardzo lubię swoją pracę, to mógłbym ją wykonywać na darmo, ale z drugiej strony, jak stanę obok i popatrzę, ile to wymaga czasu, poświęcenia, to zdaję sobie sprawę, że należy się jednak za to godziwe wynagrodzenie.

To prawda, bo mamy tendencję do niedoceniania swoich dokonań i zapominamy o tym, że na przykład stoi za tym 20 lat doświadczenia. Prowadzę warsztaty z archetypów osobowości, w związku z tym, ktoś się mnie zapytał, jakim jest typem – popatrzyłem i mówię „pierwszym” i w zasadzie tyle, bo po 20 latach praktyki od razu to widzę. A on zapytał „no i co? Tyle chcesz pieniędzy za to?”, odpowiedziałem mu, że to jest wynik dwudziestu lat doświadczenia. Przy freelancerach też trzeba rozróżnić doświadczenie i wiedzę, bo to wszystko się gdzieś zlewa.

Mamy tendencję do niedoceniania swoich dokonań

Kiedy się zagląda na różne serwisy internetowe ze zleceniami dla freelancerów, to tam tak naprawdę wszystko opiera się na cenie – to jest jak internetowa porównywarka cen, czyli masz oferty różnych osób. Możesz zamieścić tam jakieś ogłoszenie, że szukasz kogoś, kto wykona ci dane zlecenie i dostaniesz kilkadziesiąt czy kilkanaście propozycji i najprostszym kryterium, żeby je porównać, jest właśnie cena. Co może zrobić freelancer, który z jednej strony wykorzystuje takie serwisy, żeby szukać zleceń. Z drugiej strony nie chce konkurować ceną, bo jest przekonany i ma dowody na to, że jego jakość to nie jest jakość za najniższą cenę – tylko powinien po prostu dostać za tę pracę więcej.

To jest specyfika internetu i to tak działa, że na klik mamy paletę produktów. Wcześniej, żeby kupić sokowirówkę, musiałeś pójść w miasto i wynaleźć sklep, w którym jest najtańsza – teraz klikasz i wszystko jest na wyciągnięcie ręki i w związku z tym możesz wybrać najtańszy produkt. Tak samo jest z freelancerami, na klik masz różne widełki cenowe. Jednak mało kto wie, że za tymi widełkami cenowymi stoi właśnie doświadczenie, mało kto zastanawia się tak naprawdę, czy usługa, którą zamawiam, będzie wykonana dobrze, czy bardzo dobrze. Jeżeli mamy zlecić bezmyślne naklejanie nalepek, to wtedy cena gra rolę, ale w momencie, kiedy mamy zrobić logo albo napisać scenariusz to nie znaczy, że trzydziesta poprawka będzie lepsza albo trzydziesta osoba, która to zrobi, to zrobi nam lepiej. Patrząc ze strony pracodawcy, musimy znaleźć tę osobę, która najlepiej wykona dany produkt – tutaj liczy się dbanie o swoją markę, czyli inwestowanie w siebie jako w markę.

Wiadomo, że nie wszystko da się pokazać za pomocą portfolio, ważna jest elastyczność w pracy, czy osoba, z którą współpracuję, ma giętki umysł, czy będę dobrze się z nią rozumiał, czy nie będę się z nią przepychał – nie chodzi tylko o stworzenie dobrego produktu, ale też o współpracę i relację z osobą, której coś zlecam. Przepisem na tę bolączkę jest inwestowanie w swoją markę, inwestowanie w siebie jako markę – nie tylko po to, żeby być lepszym pod kątem produktu, ale żeby mieć większe horyzonty, jeżeli chodzi o relacje międzyludzkie. Wszystko zależy od takiej piramidy – na samym początku jest refleksja, czy dostanę za zlecenie dobre pieniądze, później czy dostanę godziwe pieniądze i czy jest miła atmosfera, a gdzieś na samym wierzchołku, czy to, co robię, ma w ogóle jakiś sens. Może być miła atmosfera, mogę dostawać za to pieniądze, ale jak będę kopał doły i później będę je zasypywać, to po jakimś czasie stwierdzę, że to jest bez sensu. Trzeba myśleć w kategoriach takich półek.

Wspomniałeś o budowaniu marki osobistej – jak freelancer może budować swoją markę osobistą?

To jest słabe pytanie do mnie, bo okazuje się, że szewc bez butów chodzi [śmiech]. U mnie zaczęło się bardzo naturalnie – zacząłem być scenarzystą i później byłem polecany przez osoby, u których pracowałem.

Ale polecali cię, dlatego że robiłeś dobrą pracę, byłeś komunikatywny, czy zawsze przestrzegałeś terminów – z jakiego powodu cię polecali?

Z perspektywy czasu widzę, że to ewoluowało – na samym początku robiłem coś i byłem tańszy i szybszy niż inni, po jakimś czasie byłem tańszy, szybszy i robiłem to dobrze. Później zdobyłem doświadczenie i zostałem głównym scenarzystą, a w związku z tym miałem już inną perspektywę i inny sposób myślenia o produkcie. Teraz, z perspektywy czasu widzę, że to jeszcze nie wszystko – zaczęło mnie satysfakcjonować robienie warsztatów sceneriopisarskich, dlatego że bardzo dużo ludzi zmieniło swoje życie pod wpływem tych warsztatów. Teraz dla mnie miernikiem jest ta wartość dodana – czy stoi za tym misja.

Zacząłeś od tego, że byłeś niedrogi, szybki, słowny i wykonywałeś robotę na odpowiednim poziomie, a później rozwijałeś się i za tym szła coraz większa wiedza. Skoro prowadziłeś warsztaty, to w domyśle musisz się znać, jeżeli uczysz innych, to znaczy, że masz taką wiedzę, która dostarcza wartość innym scenarzystom.

Tak, w pewnym momencie to zaczęła być specjalistyczna wiedza, bo zacząłem pracować na archetypach i uczyć pracy na archetypach – uczenie wpisywania bohatera w archetyp to jest specyficzna działka, ponieważ w Polsce nikt tego nie robił. Nikt nie robił tego praktycznie, dużo jedynie było mówienia, skupiano się na dwunastu archetypach Carol Pearson, które są zbudowane na astrologii – ale jeżeli chodzi o scenariopisarstwo, to one w ogóle nie działają, bo one były archetypami funkcji. Jak mamy podróż bohatera, to one określały postacie, które spotykamy w czasie tej wędrówki, a nie w jakim stylu zrobimy tę podróż. Byłem jedyną osobą, która uczyła, jak wpisywać w ten archetyp drogi, jak to zrobić, żeby to naprawdę działało.

Czyli można powiedzieć, że znalazłeś swoją niszę.

Tak. Znalazłem swoją niszę i rzeczywiście byłem rozpoznawalny dzięki tej specjalistycznej wiedzy. To się szybko przyniosło na storytelling i na pracę z zespołami projektowymi – ewoluowałem z jednego zawodu na kompletnie inną działkę. Wyrzuciło mnie w totalnie inne rejony, bo zaczynałem od tego, że pisałem scenariusze, a później przeszedłem przez warsztaty, a teraz mam rozmowy ze specjalistami od sztucznej inteligencji odnośnie wykorzystania archetypów w tej dziedzinie.

To rzeczywiście jest ciekawa droga, ale to też pokazuje, że budowanie marki to jest coś więcej niż promowanie własnego nazwiska – za tym idzie dużo więcej. Z jednej strony, żeby przejść taką drogę, musiałeś cały czas uczyć się nowych rzeczy.

Uczyć się, ale przede wszystkim wiedzieć, jak wygląda mój charakter, to znaczy, co moja osoba widzi, a czego nie widzi. Każdy z typów osobowości widzi pewien odcinek rzeczywistości i przy pomocy archetypów mogę powiedzieć, jaki jest zakres widzenia rzeczywistości danej osoby. W związku z tym musiałem poznać i dowiedzieć się, jakiego odcinka rzeczywistości nie widzę, żeby zacząć nad nią pracować. W ten sposób zacząłem eliminować pewne techniki, które nie są dla mnie – na przykład metoda zarządzania czasem GTD w ogóle nie jest dla mnie i dla mojego typu, żadna osoba z mojego typu osobowości nie będzie umiała wykorzystać GTD w życiu, rzuci ją po dwóch, trzech tygodniach, bo będzie czuła, że się dusi. Trzeba najpierw zobaczyć, jakie wartości stoją za moim typem osobowości i po prostu pracować nad tymi wartościami, rozwijać je – bo z tych wartości wynika sposób mojej pracy i jej styl.

Czyli drogą do budowania marki osobistej jest w dużej mierze samoświadomość?

Tak, tak bym to przekazał. Jeżeli mówimy na przykład o personal brandingu, czy o sposobie budowania marki, to kluczowy jest sposób dotarcia do swoich wartości, znalezienie ich – tylko żeby to nie były wartości spisane na papierze, tylko żeby rzeczywiście były wypływające ze mnie.

Wyszliśmy od wartości w sensie pieniężnych wartości, a doszliśmy do wartości w tym dużo szerszym kontekście. Jeszcze na chwilę chciałem wrócić do pieniędzy, dlatego że freelancerzy z reguły pracują dla firm, a firmy mają to do siebie, że lubią płacić po wykonaniu zlecenia, czasami długo po jego wykonaniu. Czy decydując się na drogę freelancera, decyduję się równocześnie na to, że będę windykatorem i będę ścigał tych ludzi o pieniądze, czy są jakieś sposoby, żeby od początku narzucić, że przyjmuję płatność z góry? To chyba nie jest za bardzo możliwe.

Nie jest możliwe, chociaż to jest też kwestia budowania zaufania i wyczucia, z jakim partnerem mamy do czynienia. Czasami jest też kwestia windykatorstwa i trzeba po prostu umieć bluzgać – ja się nauczyłem bluzgać przy specyficznych osobach, które lubią, jak się bluzgnie i wtedy wypłacają pieniądze. Ja nikogo nie namawiałbym do tego, żeby być freelancerem, bo to jest dosyć specyficzna działka i kwestia pieniędzy też jest dosyć trudna. Przyznam się, że zostałem oszukany dopiero po dwudziestu latach pracy jako scenarzysta – nie zostały mi wypłacone pieniądze za scenariusz. Wcześniej bywało gorzej, lepiej, ale zawsze pieniądze do mnie spływały – dopiero dwa lata temu zostałem totalnie oszukany przez pewnego producenta.

Freelance to kwestia budowania zaufania i wyczucia, z jakim partnerem mamy do czynienia

Z drugiej strony freelancerzy mają też swoją metodę walczenia z tym – jak spotykają się ze sobą, to mówią do kogo nie chodzić, kto nie płaci i taka osoba bardzo szybko trafia na czarną listę. To nie jest zemsta, tylko dzielenie się swoimi doświadczeniami. Była taka sytuacja, że pewna firma z branży filmowej nie płaciła na czas, to zawodowy zespół oświetlaczy, który jest bardzo silny w Warszawie, doprowadził do tego, że ta firma się zwinęła, bo nikt nie dawał im światła.

Godna podziwu solidarność zawodowa. Zwykle znajdują się jakieś czarne owce, które próbują coś ugrać dla siebie, skoro nie ma konkurencji.

Stąd wielki apel, żeby freelancerzy łączyli się w grupy.

Do grup jeszcze wrócimy, ale chciałem zapytać o sposób organizowania sobie pracy. Brak szefa nad głową to jest z jednej strony zaleta – ale z drugiej strony to wymaga też takiej motywacji i tego, żeby sobie wszystko samemu poukładać. Powiedziałeś, że dla twojego typu metoda GTD – Getting Things Done – nie jest dobra, więc jak sobie radzisz z organizacją? Co byś poradził ludziom, którzy czują, że samemu trudno im się zorganizować?

To znów zależy od typu osobowości, jakim jesteśmy. Każdy z naszych typów osobowości ma inny stosunek do czasu, więc jeżeli jesteśmy jednym typem, to rzeczywiście mamy taką umiejętność, że patrzymy na 20 lat do przodu i umiemy zaplanować, jak będą wyglądały nasze 60 urodziny. W związku z tym ten typ rzeczywiście wszystko ma poukładane. Ojciec mojego przyjaciela odbył swoją wielką podróż, którą planował przez 20 lat – takie osoby często siadają, przeglądają swoje notesiki sprzed pięciu lat i analizują, co w tamtym dniu odkreślili. Inny typ osobowości ma problemy z czasem – to zależy od tego, jaką ma główną funkcję, jeżeli ma główną funkcję uczuć albo intuicji, to takie osoby tak naprawdę pływają. Dla nich nie ma priorytetów – dzisiaj jest tak samo ważne jak wczoraj czy przedwczoraj.

Te osoby żyją z dnia na dzień – one powinny mieć przynajmniej jakiś work flowprzed sobą, czyli wiedzieć, jakie są zadania, powinny nauczyć się priorytetyzować. Ja preferuję kanban, bo pokazuje mi w mojej rzeczywistości, co mam jeszcze do zrobienia – przeglądam, na co dzisiaj mam ochotę albo co muszę odkreślić. U mnie najlepiej działa duży board, czasami z obrazkami, ponieważ bez obrazków zadania dla mnie nie istnieją, czasami używam dużej wirtualnej tablicy, gdzie wrzucam sobie dużo obrazków i dużo strzałek – te strzałki mi mówią, czym mam się zająć. To jest taka moja metoda przetransponowania kanban na wizualizację, na prawą stronę mojej półkuli, bo jestem bardziej prawopółkulowy, więc chcę mieć takie połączenie holistyczne.

Tchnąłeś otuchę w moje serce i być może jeszcze paru osób, dlatego że są czasami zalecenia typu „wyobraź sobie, jak będą wyglądały twoje 85 urodziny i dąż w tym kierunku” – dla mnie jest to strasznie trudne. Myślałem, że jestem jakiś ułomny, a ty mi mówisz, że ja po prostu mam inny typ i ten typ tak ma, że po prostu nie potrafi sobie tego wyobrazić.

Tak. Są typy, które po prostu nie potrafią sobie tego wyobrazić, są typy, które nie potrafią trzymać się priorytetów, ponieważ próbują je w jakiś sposób obejść, czują jakby zadanie to była skała, która nad nimi wisi – to wszystko zależy właśnie od typów osobowości, jakim jesteśmy typem osobowości i jaką mamy metaforę. Wyobraź sobie, jak podchodzisz do konfliktów – czy masz metaforę, że to jest walka, czy masz metaforę, że to jest tango? Jeżeli masz metaforę, że to jest walka, wyobraź sobie, że masz dzień konfliktów, przychodzisz do domu i jesteś po prostu tak zmęczony, bo cały dzień walczyłeś. Ale jeżeli masz metaforę, że to jest tango, to przez cały dzień tańczyłeś – jesteś zmęczony, ale szczęśliwy, czujesz się bardzo dobrze.

Na tym polega cały rozwój i przychodzenie do psychologa. Jak przychodzisz do psychologa, to po to, żeby zmienić swoją metaforę życia i rzeczy, które w jakiś sposób cię ugniatają albo które ci przeszkadzają – na metaforę życia, która ci pomaga. Jeżeli czujesz, że zadanie to jest jakaś skała, która nad tobą wisi, to musisz zmienić tę metaforę na coś innego. Nie mówię o NLP, tylko o tym, żeby uświadomić sobie, czym są dla nas zadania i jak do nich podchodzimy, z jaką metaforą je łączymy.

Choćbyśmy nie wiem jak dobrze byli zorganizowali i ogarniali te zadania, to są takie rzeczy, których nie zaplanujemy, takie jak na przykład choroba. Jak ma sobie radzić freelancer w sytuacji nagłej, kiedy złamie nogę albo się rozchoruje? Przecież kiedy nie pracuje, to nie zarabia, jeżeli pracuje na umowę o dzieło, to też nie ma ubezpieczenia zdrowotnego. Czy są jakieś specjalne produkty ubezpieczeniowe dla freelancerów? Czy można opłacać składkę zdrowotną czy chorobową w ZUS-ie i to jest jakieś takie podstawowe zabezpieczenie?

Ja opłacam dobrowolne ubezpieczenie zdrowotne, ale tak naprawdę, to zacząłem kompletnie inaczej myśleć o swoim zdrowiu. W naszej kulturze zachodnioeuropejskiej, mamy takie podejście do zdrowia, że na przykład pijemy alkohol, a jak już się nam zepsuje wątroba, to idziemy do lekarza i mówimy „wie pan co? No niech pan mi naprawi tę wątrobę”, a on odpowiada „no ale panie! Tego się już nie da naprawić”. Przerzucamy odpowiedzialność na kogoś innego – psuliśmy coś przez 15 lat, po czym przychodzimy do kogoś i próbujemy powiedzieć „niech pan to naprawi”. A jak on nie naprawi, to jesteśmy na niego źli, prawda?

Innym sposobem podejścia jest myślenie wschodnie – oni mają inne podejście, bo twierdzą, że nawet jeżeli jesteś zdrowy, to jesteś chory, bo się zużywasz. Jeżeli nie podlewasz ogrodu, jeżeli o niego nie dbasz, to nie dziw się, że później w tym ogrodzie masz same uschnięte rośliny. Ich logika jest taka, żeby bardziej zapobiegać, dbać o ciało, myśleć o zdrowiu i żeby w ten sposób nie chorować. Ja od 15 lat nie byłem u lekarza i nie wybieram się [śmiech]. Cały czas staram się dbać o siebie i robić przeglądy kontrolne – mam nadzieję, że to da rezultaty. Z jednej strony jestem ubezpieczony, a z drugiej strony staram się dbać o zdrowie i nie doprowadzać do przesilenia zdrowia.

Czytałem kiedyś o takim modelu, w którym lekarze byli wynagradzani wtedy, kiedy pacjent do nich nie przychodził – a kiedy przychodził, to nie byli wynagradzani.

To jest idealny punkt wyjścia, tak to powinno wyglądać. Dawno temu trafiłem do lekarza, ponieważ od długiego siedzenia przed komputerem zacząłem mieć problemy z biodrem. Zacząłem wtedy ćwiczyć Tai Chi, żeby wyćwiczyć swoje ciało, żeby nie doprowadzać do tego, żeby było chore. Na zajęciach przekierowali mnie do takiej Mongołki, która mi tłumaczyła, że trzeba cały czas dbać o swoje ciało, wyregulować je raz na jakiś czas, a można to regulować za pomocą medykamentów, medycyny tybetańskiej i akupunktury, żeby to wszystko dobrze działało – wtedy prawdopodobieństwo zachorowania spada.

Wielu ludzi, którzy lubią swoją pracę, ma poczucie radości z wykonywanej pracy. Uważają, że będą w zasadzie pracować do śmierci, bo tak ich ta praca kręci. No ale z drugiej strony, załóżmy taki wariant, że jednak gdzieś na pewnym etapie życia dojdziemy do wniosku, że już wystarczy i chcielibyśmy odpocząć. Jak freelancer może zbierać pieniądze na emeryturę? Czy to jest w ogóle coś, o czym się w tym gronie rozmawia? Czy są jakieś dedykowane produkty finansowe dla freelancerów? A może freelancer, oznacza również „wolny od trosk, o to, co będzie za kilkanaście lat”?

Nie, wprost przeciwnie. Obrałem metodę, że 10 procent od każdego wynagrodzenia przelewam na przeznaczone na to subkonto. To jest poduszka finansowa, która ma zabezpieczyć mnie, jeżeli chodzi o zdrowie, o emeryturę. Mam nadzieję, że jeszcze oprócz tego wypali mi jakiś biznes i będę swobodnie myślał o emeryturze – ale na razie mam poduszkę finansową.

Ktoś może pomyśleć „kurczę, 10 procent każdego wynagrodzenia mam odkładać?”, ale jak porównamy to ze składkami ZUS, które idą na obecnych emerytów, a nie na twoją emeryturę – to te 10 procent, to jest niska cena za święty spokój w przyszłości.

Oczywiście to się później sumuje i okazuje się, że rzeczywiście ma to jakiś sens. Jednak to ma sens tylko, kiedy od dosłownie każdej kwoty odkładamy ten procent. Przykładowo dostałem na urodziny jakąś stóweczkę, no to 10 złotych z niej szło na subkonto – to był już taki odruch.

W pewnym momencie zacząłeś już mówić o kolegach, o tym, że grupa jest ważna. Freelancer kojarzy się z działaniem w pojedynkę, ale z drugiej strony jak pokazuje przykład tych oświetleniowców, o których mówiłeś – czasem współpraca z potencjalną konkurencją jest bardzo cenna i bardzo wartościowa. W jakich sytuacjach takie znajomości jeszcze się przydają?

Nigdy nie traktowałem moich kolegów jako konkurencji, po prostu każdy ma inny styl, kompletnie inny sposób myślenia. Być może na samym początku rzeczywiście było coś takiego, że „to jest ktoś, kto mi zabiera pracę” – może na samym początku, przez pierwsze dwa lata, ale później nigdy nie miałem takiego myślenia.

Przepraszam, że ci wejdę w słowo, ale właśnie uzmysłowiłem sobie, z czego to wynika. Na początku, kiedy wchodzisz na rynek, to jedyne, co masz do zaoferowania, żeby konkurować z innymi, to jest w zasadzie cena, bo nikt cię jeszcze nie zna i każdy, kto ma ofertę o złotówkę tańszą, jest twoją konkurencją. W momencie, kiedy zaczynasz budować swój brand, pracujesz na swoje nazwisko, to w odbiorcach zaczyna dojrzewać świadomość, że wolą zapłacić więcej, żebyś ty to zrobił. Wtedy faktycznie przestajesz mieć konkurencję.

Konkurencja bardziej mi się kojarzy z firmą, gdzie konkurujemy o jakieś stanowisko – tutaj mamy tyle pracy, że jedynie ogranicza nas nasza inwencja twórcza. Osobiście wolę polecić mojego kumpla do czegoś, co zrobi lepiej, bo to nie znaczy, że klient ode mnie odejdzie, jak ktoś mu zrobi jakieś zlecenie fajne – wprost przeciwnie, ten klient stwierdzi „aha, czyli ta osoba podchodzi do mnie uczciwie”. Wszystko się opiera na zaufaniu i skracaniu dystansu do klienta. Jeżeli polecę mu lepszego specjalistę od siebie, to nie traktuję tego jako konkurencji.

Na rynku jest dużo pracy dla freelancera, a jedynym ograniczeniem jest inwencja twórcza

Doba tego specjalisty też ma tylko 24 godziny i też nie wykona wszystkich prac na świecie sam.

Dodatkowo jak jest jakieś bardzo duże zlecenie, to po prostu zaczynamy się dzielić – jeżeli mam bardzo dobre relacje ze swoimi współpiszącymi kolegami i udaje mi się wygrać jakiś przetarg na serial, to wtedy uderzam do nich i mówię „słuchajcie, sam tego nie napiszę, bo to trwałoby dwa lata”, wolę to zrobić przez krótszy okres, a pracę podzielić na osoby, które lubię. Być może te osoby za jakiś czas zaproponują mi pracę, bo oni też nie zrobią sami dużego zlecenia. Może to wygląda nierealnie, ale od jakiegoś czasu funkcjonuje – nie widzę tutaj żadnych problemów z konkurencją.

A jak się nawiązuje takie znajomości z kolegami po fachu?

To jest trudne pytanie [śmiech], bo to jest pytanie, jak się w ogóle nawiązuje relacje.

Wiesz, dlaczego pytam? Zakładam, że dzisiaj chcę zostać freelancerem i zaczynam robić strony internetowe. Wrzucam gdzieś moje oferty, szukam zleceń w internecie i nie mam okazji spotkać się z innymi ludźmi, którzy robią to samo. Mogę ich widzieć na Facebooku, LinkedInie, ale nie mam z nimi osobistej relacji – chyba że się spotkamy na konferencji, na szkoleniu, ale poza tym, to nie bardzo jest gdzie. Możemy się skrzyknąć, jeśli jesteśmy z jednego miasta, możemy pójść razem na piwo.

Właśnie tak nieraz my się skrzykaliśmy – szliśmy po prostu na piwo i często robiliśmy sobie sami doszkalanie, bo nie każdy wszystko wie. Jest coś takiego jak specjalizacja w pisaniu scenariuszy, jeżeli piszę telenowele, to jest pewnego rodzaju specyfika pracy i czasami ktoś mnie prosi, żebym go troszeczkę poduczył w tej kwestii, bo mam już doświadczenie. Ja bardzo chętnie komuś tę wiedzę sprzedam za piwo, szczególnie gdy ktoś chce zdobyć informacje z zakresu, w którym nie chcę już działać, a mam tam doświadczenie, jak przy reality show – pracowałem przy takich produkcjach i wiem, jak wygląda tam praca, ale niekoniecznie chcę to kontynuować. Moim zdaniem, myślenie freelancera to jest myślenie osoby, która cały czas myśli takim otwieraniem nowych drzwi, nowych możliwości. To nie jest myślenie w kategoriach, że przydałoby się ukręcić jakieś lody albo zrobić jakiś biznes – ale warto porozmawiać z nową osobą, żeby się dowiedzieć, o czymś nowym, bo być może ta wiedza mi się przyda.

Zaczynałem jako osoba, która pisze scenariusze, a wszystko ewoluowało przez moją ciekawość, bo się pytałem o jedno, o drugie, w pewnym momencie zacząłem robić warsztaty kreatywnego pisania, mimo że nie było mi to potrzebne, jeżeli chodzi o myślenie finansowe. Ponieważ jestem freelancerem i siedzę w domu przed komputerem – dostawałem już świra. Freelancer siedzi w domu i wtedy jest coś takiego jak stan introwersji, z którym trzeba sobie poradzić. Nie wiem, czy wiesz, czym jest ta introwersja?

Domyślam się, że przestajesz wychodzić do ludzi i ten mięsień społeczny zanika, więc coraz mniej chętnie wychodzisz do ludzi.

Czytałeś Kępińskiego? On powiedział, że człowiek potrzebuje do życia metabolizmu takiego zwykłego, czyli jedzenia i metabolizmu informacyjnego, czyli musisz się porozumiewać z inną osobą – jeżeli tego nie robisz, to zaczynasz mieć depresję i zaczynasz mieć omamy. Najgorszą rzeczą, którą można zrobić więźniom, jest zamknięcie w izolatce. Jeżeli przesłuchasz wywiady z osobami, które zostały zasypane w jaskini, to najgorsze były napadające ich wizje. Jeżeli jesteś sam z ograniczoną ilość bodźców – możesz po prostu dostać świra [śmiech].

Dzisiaj usłyszałem o takim eksperymencie, gdzie zamykano ludzi na 15 minut samych w pokoju i jedyne co było w tym pokoju, to był przycisk, który po naciśnięciu raził prądem. Ludzie z nudów naciskali ten przycisk, żeby się porazić prądem. Przez 15 minut!

W związku z tym, jeżeli chcesz być freelancerem, to zacznij wychodzić do innych. Ja dopiero po pewnym czasie zacząłem budować swoje życie społeczne. Nie robiłem tego świadomie, w sensie, że „jestem sam, teraz zacznę wydzwaniać do kogoś”, tylko dlatego, że potrzebowałem kontaktu z innymi osobami. Ta umiejętność dostrzegania drugiej osoby zaczęła się przekładać na relacje międzyludzkie i na umiejętność prowadzenia z nimi dialogu. W pisaniu scenariusza jest taki rozwój, że bohater ewoluuje z „ja” do „ja widzi ty” i z „ja widzi ty” do „my”, czyli osoby, która jest pod działaniem jakiejś misji, idei, wartości.

Gdyby zadzwonił do ciebie przyjaciel i powiedział „wiesz co, pracuję na etacie, ale mam już dość tego. Mam dość mojego szefa, on jest durny. Mam dość tego, że mi ludzie każą – ja chciałbym być wolny tak jak ty” – to, co byś mu doradził? Warto być freelancerem czy nie warto?

To zależy tak naprawdę od wielu czynników, od osobowości. Jedne osoby lubią mieć plan, uciekają od swojej odpowiedzialności, nie chcą brać odpowiedzialności za swoje życie i nie trzeba ich do tego zmuszać – nie każdego zmusisz do tego, żeby zaczął się rozwijać albo nie każdego zmusisz do tego, żeby poszedł do psychologa, bo nie każdego trzeba zmuszać do tego, żeby był odpowiedzialny za swoje życie. Oczywiście to też ma swoje plusy i minusy – to jest po prostu inny styl życia, który przekłada się na wszystko. Przekłada się na związki, na czas wolny, na to, w jaki sposób pracujesz, w jaki sposób funkcjonujesz – wszystko zależy od tej osoby. Jeżeli to byłaby osoba wypalona, to bym jej polecił zostanie freelancerem, dlatego że stajesz się silniejszy, taka praca uczy giętkości myślenia i kompletnie innego podejścia, bo jesteś bardziej czujny. Często spotykam osoby, które pracują na etacie i to one tak okrzepły na nim – ich wiedza czasami jest sprzed 10 lat, bo nie muszą się rozwijać.

Już zasiedziały swoje miejsce na krześle i nie muszą się ruszać.

Tak, dokładnie. Teraz spotykam się z nową ideą firm turkusowych – przychodzą do mnie osoby z takich firm, ponieważ tworzenie archetypów oraz projektowanie wartości, to jest dla mnie rzecz, z którą bym się nie spotkał w zwykłej korporacji. To są niezwykle żywe idee. Jeżeli weźmiemy bajki, to jest bajka o tym, jak syn idzie i szuka żywej wody, czyli wody, która w jakiś sposób uzdrowi nasz skostniały sposób myślenia. Jest coś takiego we freelansie, że musisz być czujny, bo jeżeli jest stracisz czujność, to nikt nie wrzuci pieniędzy i nie będziesz miał czym zapłacić za prąd, wodę i gaz – zupełnie tak, jak w przypadku wcześniej wspomnianych scenek ulicznych. Freelancer musi się w jakiś sposób uczyć się giętkości myślenia – to nie jest zajęcie dla każdego i nikogo bym do tego nie zmuszał. Nie każdy umie być tak zwanym jumperem, czyli skakać z jednej pracy do drugiej. Niektórzy się wypalają, bo freelance przypomina troszeczkę roller coaster – czasami jest bardzo dużo pieniędzy, czasami nie ma zleceń, czasami masz bardzo dużo zleceń i wtedy nie wiesz, co wybrać. Często jest to też sztuka wybierania, gdy dostajesz trzy wielkie zlecenia i nie wiadomo, które wybrać, jeśli masz kuszącą ofertę finansową od kogoś, kogo nie znasz albo gorzej płatną z opcją długofalowej współpracy, albo realizację zlecenia dla stałego klienta – musisz wybrać. Nie każdy może się z tym zmierzyć, bo to jest podobne do tego, jakbyś cały czas surfował na desce.

Bardzo fajna metafora.

Mnie osobiście ten styl pracy bardzo odpowiada.

Bardzo, bardzo dziękuję ci za rozmowę.

Super, dziękuję ci również.