Kursy online. Co musisz wiedzieć, żeby zacząć je tworzyć i sprzedawać?

utworzone przez | Styczeń 2017

Czy byłbyś w stanie normalnie pracować, gdyby nagle wyszukiwarki internetowe przestały działać?

W przypadku wielu zawodów i firm oznaczałoby to całkowity paraliż.

Przyzwyczailiśmy się, że w sieci można znaleźć odpowiedź na każde pytanie. I gdy chodzi o proste sprawy, faktycznie tak jest.

Schody pojawiają się wtedy, kiedy chcesz zabrać się za jakiś większy, bardziej skomplikowany projekt.

Nie chodzi o to, że nie znajdziesz potrzebnych informacji. Pewnie będzie ich wiele. Często jednak trudno wyłowić takie, które są rzetelne, aktualne, uporządkowane i praktyczne.

Masz do wyboru dwie możliwości:

  • Możesz próbować ogarnąć ten chaos. Niestety zwykle jest to proces żmudny, czasochłonny i niekoniecznie skuteczny. Inaczej mówiąc: za „darmową” wiedzę płacisz własnym czasem (bez żadnej gwarancji, że końcowy efekt będzie zadowalający).
  • Możesz kupić kurs online na dany temat – gotowy przepis krok po kroku, jak zrealizować dane przedsięwzięcie. Trzeba za niego zapłacić, ale dzięki temu dostajesz gotowe instrukcje co zrobić, a często także pomoc w razie problemów.

Aby tworzyć i sprzedawać kursy online nie musisz być uznanym ekspertem z danej dziedziny. Czasem wystarczy, że masz własne doświadczenia, które podzielisz się z innymi, dzięki czemu oszczędzą czas na poszukiwanie informacji i samodzielne sprawdzanie co działa, a co nie.

Jak tworzy się kursy online i ile można na nich zarobić? Postanowiłem zapytać o to Ariadnę Wiczling, autorkę podcastu Po Nitce Ariadny i kursów o budowaniu biznesu online.

Czym są kursy online?

Kursy online to warsztaty prowadzone wyłącznie przez internet. Są wygodne, ponieważ siedzisz we własnym domu, w fotelu, z kawą w ręku i oglądasz lekcje, robisz notatki. Oczywiście wykonujesz też zadania, bo samo oglądanie nie wystarczy, trzeba coś jeszcze zrobić, żeby osiągnąć rezultaty. Ja bym porównała kursy internetowe do studiów podyplomowych, bo jedne i drugie polegają w dużej mierze na samodzielnym zdobywaniu wiedzy. Za pomocą kursów można zwiększyć swoje kompetencje, nauczyć się nowych języków, a nawet nowego zawodu, czy też obsługi programów, co może podnieść naszą wartość na rynku pracy lub pomóc w rozwoju firmy.

Jak to się stało, że jako magister farmacji postanowiłaś zająć się tematem, który jest zupełnie niezwiązany z twoim wykształceniem?

Farmację porzuciłam kilkanaście lat temu, zresztą po studiach pracowałam w aptece bardzo krótko. Mój mąż dość szybko zrobił doktorat, został zaproszony na uniwersytet w USA i pojechaliśmy tam. Mieliśmy być w Stanach tylko na rok, ale zostaliśmy trzy lata. Będąc w USA, zaszłam w ciążę. Nie chciałam jednak pracować w aptece – musiałabym robić dodatkowe kursy, zresztą wolałam zostać z dzieckiem w domu.

Hobbystycznie zaczęłam więc zajmować się scrapbookingiem. Polega on na tworzeniu ładnych obrazków ze zdjęciami i historyjkami, które pozwolą zachować miłe wspomnienia z czasów, kiedy dzieci są malutkie. Z czasem stałam się w tym naprawdę dobra i zaczęłam zajmować się tym zawodowo. W USA nikt nie pyta, jakie masz wykształcenie, więc jako magister farmacji mogłam aplikować na stanowisko projektanta produktów do scrapbookingu komputerowego. Jedynym kryterium było to, czy moje produkty będą się sprzedawać. Sprzedawały się, przez osiem lat to robiłam, miałam sporą historię artystyczną.

Później dość płynnie przeszłam do tworzenia logo i stron internetowych, a następnie zainteresowałam się marketingiem – najpierw po to, żeby wyróżnić się wśród innych projektantów. Pomagałam swoim klientom robić grafiki, które były skuteczne marketingowo, bo wiedziałam, na czym polega przedstawianie marki. Marketing mnie pochłonął. Dużo nauczyłam się z kursów online, przede wszystkich amerykańskich. Postanowiłam podzielić się tą wiedzą z kobietami w Polsce, bo do tej pory moi klienci byli z zagranicy.

Czyli przeszłaś drogę od użytkowniczki kursów online do ich twórczyni. Mówi się niekiedy, że na kursach online zarabiają głównie ci, którzy uczą, jak zarabiać właśnie na kursach online.

Myślę, że tak samo wygląda to w Polsce, jak i za granicą, z tym że w Polsce ten rynek nie jest jeszcze tak rozwinięty jak za granicą, szczególnie w Ameryce, i mniej osób robi coś online.

Jaka tematyka na podstawie twoich doświadczeń i twoich studentów w Polsce dobrze się sprzedaje, a na którą szkoda czasu?

Kursy, które najlepiej się sprzedają, to kursy, które zaspokajają najbardziej podstawowe potrzeby człowieka. Im bardziej podstawową potrzebę zaspokaja dany produkt, tym łatwiej go sprzedać, ponieważ kupujący widzi, że produkt może mu pomóc. Według piramidy Maslowa przede wszystkim musimy zaspokoić potrzeby materialne, potrzebę bezpieczeństwa i tak dalej, a dopiero później, na samym końcu, potrzeby artystyczne, kreatywności, piękna. To sprawia, że branże, w których kursy online są najbardziej popularne, to biznes, zdrowie, czyli dobre odżywianie i fitness, i samorozwój. Najmniej popularne są te kursy, które zaspokajają potrzeby kreatywności: jak coś zrobić samemu, coś naprawić czy przyozdobić.
Branże, w których kursy online są najpopularniejsze: biznes, zdrowie, samorozwój Click To Tweet

Jaki poziom przychodu ze sprzedaży kursu w Polsce można uznać za sukces?

Kwota, z której można być naprawdę zadowolonym, to kilkanaście bądź kilkadziesiąt tysięcy złotych na jedną sprzedaż. Mówię tutaj o akcjach sprzedażowych, które przeprowadza się średnio co 3–4 miesiące czy co pół roku. Trzeba też znać swoje własne potrzeby, czyli ile potrzebujemy na utrzymanie biznesu i samych siebie. Dopiero na tej podstawie można wyliczyć, jaki dochód z kursu pozwoli pokryć wszystkie wydatki. Kwota 20–30 tys. zł może robić wrażenie, ale trzeba pamiętać, że sprzedaż kursu odbywa się co kilka miesięcy i do czasu kolejnej sprzedaży trzeba przeżyć za zarobione pieniądze. Chyba że świadczymy w międzyczasie też inne usługi, na przykład konsultacje czy warsztaty prowadzone offline.

Jaką część z tych kwot, które podałaś, stanowią koszty?

To zależy od rodzaju kursu, na jaki się decydujemy. Jeżeli ograniczymy się do kursu mailowego, który polega na tym, że student dostaje w e-mailach treść kursu lub w formie PDF-u, to koszt przygotowania kursu jest prawie zerowy. Wymaga jedynie czasu, który trzeba poświęcić na jego stworzenie. Natomiast jeżeli mówimy o kursie wideo, który wymaga nagrania filmów czy choćby tego, co robimy na ekranie komputera, to koszty będą odpowiednio wyższe – dochodzi koszt sprzętu do wideo albo wynajęcia ekipy do filmowania. Trzeba doliczyć koszt platformy, na której będą dostępne te filmy, koszty hostingu wideo. Jeżeli kurs ma wyglądać profesjonalnie, to trzeba doliczyć koszty pracy grafika, który przygotuje ładną stronę, logo czy inne elementy graficzne. Koszty takich kursów mogą więc być bardzo różne – w zależności od rozmachu mogą wynieść od kilku do nawet kilkunastu tysięcy złotych.

To sporo, czyli rzeczywiście sprzedaż musi być odpowiednio wysoka, żeby można było pokryć koszty i zarobić na kursie.

Tak, ale też trzeba spojrzeć na to, że koszty ponosimy tylko raz, a kurs możemy sprzedawać wielokrotnie.

Załóżmy, że znam się na czymś dobrze i chcę zrobić kurs, ale nie mam bloga, nie jestem szeroko znany, nie mam podcastu ani rozpoznawalnej marki osobistej. Jak sprawić, żeby ludzie chcieli kupić mój kurs?

Bez zgromadzonej wokół siebie społeczności trudno sprzedać kurs. Ja w takim przypadku zalecam, żeby poczekać i wyrobić sobie markę i status eksperta, co można zrobić w kilka miesięcy, np. prowadząc webinary – bo one wzbudzają duże zaufanie i pokazują, że rzeczywiście jesteśmy ekspertami.

Zanim zaczniesz sprzedawać kursy online, zbuduj społeczność, która będzie ci ufać Click To Tweet

Można też udostępnić kurs za darmo i za jego pomocą zbudować społeczność – na darmowe kursy zapisuje się dużo osób. Ich wadą jest to, że niedużo osób przerabia te kursy, bo jeżeli dostajemy coś za darmo, to często nie szanujemy tego i nie zaglądamy do takich kursów. Ale dzięki temu możemy przetestować treść kursu, jego skuteczność. Od osób, które ukończą kurs i osiągnąć rezultaty, będziemy mogli uzyskać rekomendacje. Wystarczy poprosić o opinie, one bardzo pomagają w sprzedaży i pozwalają zaskarbić sobie zaufanie klientów.

Czy to nie jest trochę odcinanie gałęzi, na której się siedzi? Skoro oferuję dzisiaj kurs za darmo, to dlaczego w przyszłości ktoś miałby za niego płacić pieniądze?

Uważam, że należy być otwartym i uczciwym, dlatego jeżeli decyduję się na takie rozwiązanie, to należy powiedzieć: „Słuchajcie, to jest pierwsza edycja tego kursu. Decyduję się udostępnić go za darmo, żeby sprawdzić jego skuteczność. W kolejnej edycji kurs będzie już płatny”. Osoby, które wiedzą, że kurs był wcześniej bezpłatny, a teraz stał się płatny, mogą sobie jedynie pluć w brodę. To normalne, że na rynku pewne produkty czy usługi są najpierw tańsze, a z czasem mogą podrożeć. Poza tym uważam, że odpłatność kursu wręcz podnosi jego wartość, bo to znaczy, że został już sprawdzony.

Pojawia się jeszcze jeden argument: płatna wersja kursu mogła zostać wzbogacona na podstawie informacji zwrotnych przekazanych przez pierwszych kursantów.

Tak! Jeżeli wzbogacamy kurs, to zdecydowanie warto o tym powiedzieć, bo to realnie zwiększa wartość. Sam fakt, że kurs został sprawdzony i jest skuteczny, uzasadnia wprowadzenie odpłatności za niego.

Jak radzić sobie z obawą, że na rynku są również inni eksperci, którzy mogą wykryć luki w naszej wiedzy i zechcą nas skompromitować w oczach innych?

Należy przede wszystkim być uczciwym z klientami. Nie ma sensu mówić, że znamy się na czymś, o czym w istocie nie mamy pojęcia. To normalne, że nikt nie wie wszystkiego. Nie trzeba być guru w danej dziedzinie, żeby uczyć innych. Wystarczy, że jesteśmy trochę lepsi, mamy trochę większe doświadczenie od osób, które chcemy uczyć, aby móc to robić. Jeżeli mam dwa lata więcej doświadczenia od drugiej osoby, to mogę ją uczyć. Nie muszę mieć od razu 50 lat praktyki.

Nie trzeba być guru, żeby uczyć innych. Wystarczy mieć większe doświadczenie niż oni Click To Tweet

Jeżeli będziemy szczerzy, to nikt nie będzie nas pytał o to, na czym się nie znamy. Wydaje mi się, że obawy, o których wspominasz, wynikają raczej z tego, że staramy się zawsze być osobami, które wiedzą wszystko, a przecież nie musimy – ba, nie jesteśmy w stanie – wszystkiego wiedzieć. Takie myślenie tylko nas blokuje i powoduje, że zaczynamy udawać, że wiemy więcej niż w rzeczywistości.

Załóżmy więc, że mam jakąś wiedzę sprawdzoną w praktyce, otworzyłem blog, zacząłem pisać, na Facebooku śledzą mnie pierwsze osoby. Jak mogę zbadać potrzeby odbiorców kursu, zwłaszcza jeśli nie mam zbyt szerokiej publiczności?

Jeżeli taka osoba pracowała już z klientami, to ma dużą przewagę nad innymi, którzy chcą zrobić kurs tylko na podstawie wiedzy teoretycznej, z książek. Obowiązkiem osoby tworzącej kurs jest sprawdzenie, czy wiedza przekazywana na kursie działa w praktyce, a osoby bez doświadczenia nie mają takiej możliwości. Nie wystarczy odwołać się tylko do swoich doświadczeń, trzeba też sprawdzić, czy dana wiedza sprawdza się także w przypadku innych osób. Jeżeli więc ktoś ma już klientów, którzy byli skłonni zapłacić za jego usługi, to ta osoba wie mniej więcej, czego oczekują od niej klienci. Wystarczy popracować z kilkoma, kilkunastoma osobami, żeby poznać ich potrzeby.

Natomiast jeżeli dopiero zaczynamy, ale nie mamy zbyt wielu klientów, to można zaoferować darmowe konsultacje. To pozwoli nam realnie pomóc innym ludziom, a jednocześnie zbadać rynek i sprawdzić, czy jest potrzeba na tego typu usługi czy produkty. Bo ludzie najczęściej popełniają taki błąd, że siedzą w domu i zastanawiają się, czego ludzie potrzebują. A to się nie sprawdza! Mówię o tym z własnego doświadczenia, bo też mi się kiedyś zdawało, że domyślę się, czego rynek potrzebuje. Niestety, możemy się czegoś domyślać, a gdy zaczniemy pracować z ludźmi, to wyjdą na jaw rzeczy, o których nam się nawet nie śniło.

Nie domyślaj się, czego potrzebuje rynek – zacznij od badania potrzeb klientów Click To Tweet

Zachęcam więc przede wszystkim do tego, żeby rozmawiać z ludźmi. Warto przeprowadzić ankietę, bo to dość łatwe i bezpieczne rozwiązanie, a najlepiej wprost porozmawiać z ludźmi. Oczywiście możemy czuć strach przed wyjściem do ludzi, inicjowaniem rozmowy, bać się odrzucenia. Ale wystarczy porozmawiać dosłownie z pięcioma osobami mającymi problem, który chcemy rozwiązywać, i już zauważymy pewne wzory. Może się też okazać, że to, co zdawało się nam problemem, wcale nim nie jest. W każdym razie na podstawie rozmów można ułożyć cały plan kursu.

A jak znaleźć klientów, którzy będą skłonni zapłacić za kurs? Mówiąc wprost: jak sprzedać kurs?

Uważam, że nie jest to trudne, jeśli przejdziemy przez te pierwsze etapy, czyli przez zbadanie rynku, zgromadzenie wokół siebie społeczności. Jeżeli rozmawialiśmy z ludźmi, którzy mają realne problemy, to powinniśmy spróbować uzyskać od nich informacje, gdzie znajdziemy takie osoby jak one. Można ich podpytać, jakie strony na Facebooku obserwują, jakie blogi czytają, w jakich grupach dyskusyjnych się udzielają – a następnie w tamtych miejscach zacząć udzielać się jako ekspert. Gdy zyskamy zaufanie innych, a następnie stworzymy produkt, który odpowiada na realne potrzeby ludzi, i znajdziemy osoby, które szukają rozwiązania tego problemu, wówczas sprzedaż wcale nie będzie taka trudna.

Wiem jednak, że sama sprzedaż może paraliżować. Wydaje mi się, że wynika to głównie z faktu, że prosimy innych o pieniądze. To blokada, która pojawia się szczególnie na początku działalności i gdy jest to nasz pierwszy biznes. Osoba sprzedająca kurs mieć też niską samoocenę lub słabą wiarę w swój produkt, ale to przechodzi z czasem i wraz z nabywaniem coraz większego doświadczenia.

Są dwie szkoły sprzedawania kursów. Jedna mówi: „Zrób kurs i go sprzedaj”, druga: „Sprzedaj kurs, zanim go zrobisz”. Która z tych szkół twoim zdaniem jest lepsza?

Nie mogę powiedzieć, że któraś z nich jest lepsza, bo jedna i druga ma wady i zalety. To, którą się wybierze, to jest osobista decyzja. W zeszłym roku zrobiłam przedsprzedaż kursu i ludzie kupili ode mnie kurs, którego jeszcze nie było. Zrobiłam to po to, żeby zbadać rynek, bo dopóki ludzie realnie nie zdecydują się na zakup, to nie wiemy, czy produkt faktycznie będzie się sprzedawał. Jeśli przedsprzedaż się nie uda, to jest to dla nas dobra informacja, bo nie zmarnujemy kilku miesięcy na produkcję czegoś, co się nie sprzeda.

Przedsprzedaż ma jednak tę wadę, że wywiera dosyć duże ciśnienie na osobie tworzącej kurs. Musi ona zadeklarować jakiś termin, skoro przyjmuje pieniądze od ludzi. To duża odpowiedzialność. Z kolei dla kursantów jest to kupowanie kota w worku, dlatego trzeba wcześniej zyskać ich ogromne zaufanie. Ja w zeszłym roku sprzedawałam kurs po tym, jak przez pół roku prowadziłam webinary co dwa tygodnie, więc miałam spore zaufanie. Na liście e-mail było zapisanych ponad 1000 osób, a zwiększyła się ona jeszcze do 1500 w momencie, kiedy otwierałam sprzedaż kursu. To były osoby, które znały mnie od miesięcy, regularnie brały udział w moich webinarach.

Za pomocą webinarów robiłam też niejako badanie rynku, dowiadywałam się, co mogę im zaoferować, czego chcą, a czego im nie potrzeba. To jest taki taniec, trochę jak na pierwszej randce: ja lubię to, a ja to, ja mam to, a ty co chcesz i tak dalej. Wreszcie zaproponowałam temat, który mnie również fascynował, i okazało się to strzałem w dziesiątkę. Sprzedaż poszła bardzo dobrze. Na samym webinarze sprzedałam 60 kursów w bardzo okazyjnej cenie. Wtedy kurs kosztował 59 zł, w tej chwili jego cena to prawie 400 zł. Na początku zaoferowałam cenę, która niosła ze sobą niższe ryzyko dla osoby, która w danej chwili, podczas webinaru, siedzi przed komputerem – żeby wydać 59 zł, na pewno nie musi się z nikim konsultować, zastanawiać, czy jej starczy do końca miesiąca. To była po prostu cena z niskim progiem ryzyka. Ta osoba wiedziała też, że nie ryzykuje nie wiadomo jakiej sumy, gdyby się okazało, że ją zawiodę, że nie zrobię kursu lub nie będzie on taki fajny. A poza tym zdobyłam wcześniej ich zaufanie i ludzie wiedzieli, że to, co zrobię, będzie dobre.

A co zrobić, jeśli przedsprzedaż się nie uda, na przykład zapłaci za niego mniej osób, niż planowaliśmy? Czy oddać pieniądze i powiedzieć, że kursu nie będzie? Wydaje mi się to trochę słabe.

W takiej sytuacji porozmawiałabym o tym, jakie oczekiwania mają osoby z mojej społeczności. Być może oferta była niejasna, a może sam pomysł był niewypałem i trzeba zmienić tematykę kursu, tak by odpowiadała potrzebom większej liczby osób. Jeżeli doszlibyśmy do wniosku, że pomysł jednak jest dobry, to nawet zrobienie kursu dla niewielkiej liczby osób jest supersprawą. Na początku można go nawet przeprowadzić na żywo. Skoro jest niewiele osób, to taka forma kursu szczególnie dobrze się sprawdzi. Może to polegać na tym, że na przykład przez cztery czy sześć tygodni prowadzimy cotygodniowe webinary na dany temat. Po każdym z nich pytamy kursantów, co im się podobało, o czym chcieliby posłuchać w następnym webinarze. W ten sposób tworzymy treść, która jest najlepsza dla kursantów, i zyskujemy już materiały do użycia w następnym kursie.

Jak obszerny powinien być kurs? Czy kurs może być za krótki lub za długi? Czy są jakieś złote zasady dotyczące tworzenia kursów?

Kurs powinien być tak szczegółowy, na ile jest to konieczne w jego przypadku. Nie należy zawalać kursanta wszystkim, co wiemy. To główny problem, który dostrzegam u swoich kursantów. Chcą przekazać całą swoją wiedzę w jednym wspaniałym kursie. Nie tędy droga. Każdy z nas wie dużo więcej, niż nam się zdaje, i to na różne tematy. Początkowo warto wybrać więc jeden temat, jedną dziedzinę i przeprowadzić kursanta od punktu A do punktu Z. Punkt A oznacza, że kursant coś chce osiągnąć, czegoś mu brakuje, chce się czegoś nauczyć, a punkt Z to miejsce dojścia, w którym kursant już wie to, co czego nie wiedział w punkcie A.

Jeżeli chodzi o ramy czasowe, to kurs nie powinien trwać więcej niż dwa, ewentualnie trzy miesiące. Co ważne, duży kurs nie musi wcale lepiej się sprzedawać, jest wręcz odwrotnie. Jeżeli nie mamy pozycji megaeksperta w danej dziedzinie, to trudno będzie nam sprzedać duże kursy. Im większy kurs, tym jego tematyka jest bardziej ogólna, a co za tym idzie, nasz przekaz marketingowy staje się bardziej ogólny i nikt nie ma wrażenia, że ten kurs jest dla niego. Dlatego szczególnie na początku zalecam, by zrobić nieduży kurs, który naprawdę przyniesie korzyści kursantom. Dzięki temu będziemy wyrabiać sobie opinię eksperta, a kolejne kursy będą się cieszyć większym powodzeniem.
Kurs online nie powinien być zbyt ogólny i obszerny, bo to utrudnia jego sprzedaż Click To Tweet
Poza tym to, że kurs trwa na przykład tydzień, wcale nie znaczy, że jest to mało znaczący kurs i że musi być tani. Kurs przede wszystkim ma być skuteczny i na tej podstawie ustala się jego cenę, czyli wartość dla kursanta.

Jak rozgraniczyć wiedzę, którą dzielimy się bezpłatnie, po to żeby zbudować swój autorytet, od tej wiedzy, którą sprzedaje się w kursie?

Ja to robię w ten sposób, że konkretną tematykę zostawiam na potrzeby kursy, na przykład tematykę technicznych rozwiązań przygotowywania kursów online albo budowania samego kursu. Natomiast wiedza, którą dzielę się za darmo, to wiedza, która jest potrzebna do rozwijania całego biznesu online opartego na sprzedaży kursów. Te tematy przyciągają osoby, które są moimi idealnymi klientami, i w ten sposób zyskuję ich zaufanie. Przykładam bardzo dużą wagę do tego, żeby to były osoby, które są w grupie moich potencjalnych klientów. Nie zależy mi na budowaniu wielkiej publiczności, ale na takiej, która może być zainteresowana moimi kursami. A jeżeli nie będą zainteresowani, to tak czy siak mogę im pomóc w rozwiązywaniu ich problemów.

W jaki sposób przyciągasz do siebie właściwych ludzi?

Dzięki badaniu rynku wiem, jakie są ich potrzeby. Często po tym, jak wypuszczę podcast, dostaję maile w stylu: „Czytasz w moich myślach”, „Skąd wiedziałaś, że akurat to mi jest potrzebne?”. Wiem to z doświadczenia, które zdobywałam przez kilka lat, czy z rozmów z ludźmi, prowadzonych między innymi na webinarach. Wszystko sobie notuję, wszystkie pytania zapisuję w Evernote, kopiuję sobie posty z Facebooka i tak dalej.

Ile powinien kosztować kurs, żeby pozwolił zarobić jak najwięcej, a jednocześnie nie zraził klientów zbyt wysoką ceną?

To zależy od tego, do kogo kierujemy kurs i jakie rezultaty da uczestnikom. Jeżeli nasz kurs pozwala zarabiać 10 tys. zł miesięcznie i mamy na to dowód, to możemy wycenić go nawet na kilka tysięcy złotych. Przeważnie jednak ceny kursów wynoszą od kilkuset złotych do 1 tys. zł. To są w miarę dobrze wycenione i drogie kursy. Niektóre z nich trwają miesiąc i pozwalają na uzyskanie wsparcia w grupie mastermindowej. Są też kursy z dodatkowymi spotkaniami, coś à la szkoła, która trwa pół roku. Zakres kursu i te dodatkowe opcje wpływają na cenę. Szczególnie kontakt z instruktorem – czy to osobisty, czy przez maila lub na Facebooku – bardzo podnosi cenę.

A jak sprawić, żeby kursanci faktycznie zrealizowali to, czego uczą się na kursie?

Denise Duffield-Thomas, jedna z moich rozmówczyń z podcastu, której zadałam to samo pytanie, a która ma większe doświadczenie w sprzedaży kursów niż ja, bo sprzedaje kursy na kwoty liczone w milionach dolarów, mówiła, że to, czy ludzie przerabiają kurs, czy nie, to nie jest nasza sprawa. Czasem kursant może dowiedzieć się zaledwie jednej małej rzeczy i jemu to już wystarczy. Pieniądze, które zainwestował, mogły być dla niego warte dowiedzenia się tej jednej małej rzeczy.

Problem z kursami online jest taki, że część ludzi ich nie kończy. Udział w kursach online jest wygodny: siedzimy w domu, nikt nas nie pilnuje. To sprawia, że łatwo uciec i zająć się czym innym. Uważam, że każdy twórca kursów powinien starać się, żeby jak najwięcej osób ukończyło kurs, bo jeżeli ludzie czerpią korzyści, to my też mamy później większą sprzedaż. Dlatego bardzo trzeba o to dbać.

Kurs powinien być jak najwyższej jakości i zachęcać ludzi do tego, żeby go ukończyli. W jaki sposób ja zachęcam kursantów? Jestem z nimi w regularnym kontakcie mailowym – gdy pojawia się na przykład nowy moduł, wysyłam maila do swoich kursantów. Jest też grupa facebookowa, w której jestem aktywna codziennie przez czas trwania kursu. Niektórzy kursanci są bardzo zdziwieni atmosferą nauki, jaka tworzy się podczas trwania kursu czy za sprawą samego przebywania wśród osób z podobnymi celami. Jest to bardzo motywujące do nauki. Jeżeli umożliwimy tym osobom kontakt ze sobą, to oni też utworzą sobie grupy, w których będą się wzajemnie motywować, starać się dotrzymać terminów i tak dalej. Zadaniem twórcy jest spowodowanie, by powstała taka społeczność, która będzie aktywna.

Bardzo ważne jest też to, żeby sam instruktor pokazywał, dlaczego istotne jest przerobienie danej lekcji, wskazywał korzyści dla kursantów. Nie należy mówić, że film pokazuje to i to, tylko że po jego obejrzeniu będziemy umieli to i to – mówienie tak zwanym językiem korzyści jest bardzo ważne.

Gdyby ktoś chciał dowiedzieć się więcej o tobie, gdzie może cię znaleźć?

Moja strona internetowa to: PoNitceAriadny.pl. Zachęcam do słuchania mojego podcastu Po Nitce Ariadny – mówię w nim o wszystkim, co wiąże się z biznesem online i biznesem opartym na kursach online czy po prostu własnych produktach elektronicznych, które można sprzedawać przez internet.


Myślisz o stworzeniu własnego kursu online? Masz pytania lub wątpliwości z tym związane? Zostaw je w komentarzu!

Słuchaj podcastu MWF w telefonie

Przydatne linki:

Ten odcinek został wybrany Odcinkiem Stycznia 2017 w głosowaniu grupy facebookowej „W ruchu słucham podcastów”

Chcesz wiedzieć jako pierwszy o nowych odcinkach podcastu? Zapisz się »