Chcesz robić content marketing? Rób go inaczej niż wszyscy, bo tylko tak masz szansę się przebić i zamienić odbiorców w klientów

Marketingowy guru Seth Godin powiedział kiedyś, że content marketing to jedyna forma marketingu, jaka nam pozostała.

Problem w tym, że powiedział to już dawno temu i od tego czasu sporo osób wzięło sobie to stwierdzenia do serca.

Content marketing robią dziś prawie wszyscy, więc samo tworzenie treści już nie wystarczy. Trzeba to robić w taki sposób, żeby się przebić i wyróżnić z tłumu.

O czym mówić, żeby to, co mamy do przekazania, było zauważalne, słyszalne i interesujące dla odbiorców? Jak promować te treści i co zrobić, żeby rzeczywiście wspierały nasz biznes?

Zapytałem o to człowieka, który tworzy treści w różnych formach: prowadzi popularny blog, podcast i kanał na YouTubie, a content marketing jest dla niego podstawowym źródłem nowych klientów. Kto to taki? Moim gościem jest Jacek Kłosiński.

Linki do osób i firm wymienionych
w tym odcinku podcastu

Prezent dla słuchaczy

Content marketing – e‑book
Jak rozwijać i promować firmę dzięki content marketingowi? Dołącz do Klubu MWF i pobierz e‑book Chcę to 

3 rzeczy do zrobienia po wysłuchaniu tego podcastu

  1. Wybierz jeden kanał lub jedno medium, w którym będziesz prowadzić działania content marketingowe. Jeśli od początku chcesz działać wielotorowo, możesz poczuć się przytłoczony nadmiarem informacji i obowiązków.
  2. Bądź tam, gdzie są twoi potencjalni odbiorcy i klienci. Jeżeli nie masz jeszcze dużych zasięgów, obserwuj komentarze na stronach konkurencji oraz dyskusje na ogólnodostępnych forach.
  3. Postaw na jakość i regularność publikacji. Pamiętaj, że content marketing to maraton, a nie sprint. Zanim sięgniesz do portfeli odbiorców, twórz wartościowe treści, podsuwaj darmowe rozwiązania problemów i nawiązuj relację ze społecznością.

Podcast do czytania

Marek Jankowski: Co ostatnio czytałeś?

Jacek Kłosiński: Bardzo lubię książki biznesowe, ale jestem też wielkim fanem biografii. Czytam właśnie Einsteinaautorstwa Waltera Isaacsona – tego gościa, który napisał też biografię Steve’a Jobsa.

Przeszedłem przez biografie Muska, Bezosa, a ostatnio fascynują mnie naukowcy.

Jeśli chodzi o tę książkę o Einsteinie, to muszę przyznać, że widać, że jest to jedna z pierwszych biografii tego autora. Te późniejsze – o Jobsie czy o Leonardzie Da Vinci – czytało się jak powieści, a tutaj czuć to faktograficzne podejście.

Niemniej Einstein to niezwykła, bardzo kontrowersyjna postać, która może być interesująca również pod kątem biznesowym. Jest marką – choć wiele rzeczy wynikło dość przypadkowo – ale warto poznać jego mindset czy podejście do pracy. To jest bardzo inspirujące i to właśnie cenię sobie w biografiach.

Wydaje mi się, że ta książka była dla Isaacsona wyzwaniem. W przypadku biografii Jobsa miał możliwość porozmawiać z osobami, które go znały. Z Einsteinem nie było już tak łatwo…

Niby tak, niemniej jego biografię Leonarda Da Vinci, przy której było przecież jeszcze trudniej, czytało się znacznie lepiej.

Ale może wynika to z faktu, że w historii Einsteina jest jednak sporo tych twardych fizycznych aspektów, od których nie można było uciec, bo trzeba było przynajmniej spróbować wyjaśnić, co naukowiec miał na myśli.

Przejdźmy do głównego tematu rozmowy. Seth Godin, guru marketingowy, powiedział kiedyś, że content marketing jest jedyną formą marketingu, jaka nam pozostała. Tyle że powiedział to w 2008 roku. Czy twoim zdaniem nadal tak jest?

Pytanie, czy 2008 rok rzeczywiście był tak dawno temu…

Wtedy jeszcze nie było podcastu Mała Wielka Firma! To jest prehistoria!

W kontekście content marketingu chyba jednak nie aż tak…

Niemniej ocena tego stwierdzenia Godina zależy od tego, jak rozumiemy content marketing.

W wąskim znaczeniu może to być publikowanie postów w mediach społecznościowych albo na blogach w celu promowania firmy. Podchodząc do tego w ten sposób, myślę, że jest wiele innych form marketingu, które mają dziś sens.

Content marketing to filozofia nawiązywania kontaktu z odbiorcą, który może stać się klientem

Ja jednak lubię definiować content marketing szerzej. Dla mnie jest to filozofia nawiązywania kontaktu z odbiorcą, który może stać się naszym potencjalnym klientem. Najprościej można to określić stwierdzeniem: najpierw daj, potem proś. Chodzi o to, żeby dostarczać wartościowych treści i w ten sposób budować zaufanie, dawać się poznać i polubić.

W tym kontekście Seth Godin ma rację. Marki powinny być mniej nachalne, bo odbiorcy mają dość chamskich komunikatów.

Content marketing polega na tworzeniu treści. Problem w tym, że solo- i mikroprzedsiębiorcy często nie mają doświadczenia oraz nie czują w sobie predyspozycji, żeby stać się twórcami treści. Z drugiej strony nierzadko nie stać ich na zatrudnienie copywritera. Czy możesz podpowiedzieć, jak najłatwiej wejść na ścieżkę robienia content marketingu?

Wbrew pozorom content marketing może się okazać najtańszą i najprostszą formą promocji i zdobywania klientów. W końcu zatrudnienie handlowca to też nie jest tania zabawa.

Jeśli nie mamy budżetu, żeby zatrudnić specjalistę, wykupić reklamę czy powiększyć zespół, zasobem, którym prawdopodobnie dysponujemy, jest nasz czas. Możemy więc usiąść, napisać coś, nagrać i podzielić się czymś z odbiorcami.

Jak zacząć prosto i bezboleśnie? Przede wszystkim odpowiadajmy na pytania. Zastanówmy się, jakie potrzeby, problemy i wątpliwości mają nasi potencjalni klienci.

Jako przedsiębiorcy i tak to robimy, bo nasi klienci przecież ciągle zadają nam pytania!

Tak. Znając naszą branżę, mamy pewnie w głowie mnóstwo pytań, które już wcześnej słyszeliśmy. Trzeba je więc sobie spisać i zacząć na nie po kolei odpowiadać. Może to być w formie podcastu, wpisów na blogu czy postów w social mediach. Ta forma jest tak naprawdę drugorzędna, bo zależy od tego, w czym się najlepiej czujemy albo gdzie najczęściej są osoby, do których kierujemy nasz przekaz. Na pierwszym miejscu jest wartość i merytoryka.

Poza tym, gdy dopiero zaczynamy, polecam nastawić się na minimalizm. Nie ma co skakać na głęboką wodę.

Wiele osób może czuć się przytłoczonych faktem, że oto muszą zacząć pisać blog czy nagrywać podcast – mimo że oczywiście są świetne narzędzia, które mogą w tym pomóc, jak choćby twój kurs dla podcasterów PodcastPro™.

Na początku zachęcam do spróbowania metody małych kroków i na przykład nagrania jednego instastory raz na trzy dni. Później można połączyć 4-5 stories i zrobić z tego dłuższy film. Takie filmiki można potem zmontować i zrobić z nich webinar, który następnie można spisać i wydać e‑book. Do większych materiałów można dojść efektem kuli śnieżnej.

Nawet dysponując 5 czy 10 minutami dziennie, można już zacząć coś tworzyć i pomagać innym. To zawsze lepsze niż nic.

Mówisz, że najlepszym sposobem jest odpowiadanie na pytania klientów. Jest z tym jednak pewien problem. Jeżeli klienci zadają te pytania mnie, prawie na pewno zadają je również moim konkurentom, którzy – jeśli robią content marketing – pewnie gdzieś w internecie już na nie odpowiedzieli. Chciałbym więc być trochę bardziej oryginalny, ale istnieje ryzyko, że jak z tym przedobrzę i postanowię odpowiadać na rzadko zadawane pytania, to nikogo to nie zainteresuje. Jak wybrnąć z dylematu: czy mam być powtarzalny czy oryginalny?

Ja nazywam to strategią nowego wieżowca i nowej dzielnicy.

Strategia nowego wieżowca polega na tym, że zawsze da się wybudować wyższy wieżowiec, więc warto postawić na jakość. Może nam się wydawać, że tej treści jest dużo, ale jeśli wgryziemy się w temat i zastanowimy się, jak to można zrobić inaczej, to znajdziemy miejsca, które można poprawić.

W strategii nowej dzielnicy z kolei chodzi o swego rodzaju ucieczkę. Gdy jedna dzielnica robi się zbyt zatłoczona, możemy poszukać nowej – spokojniejszej, takiej, w której możemy czuć się jak u siebie, wybić się i stać się najbardziej rozpoznawalnym mieszkańcem.

Większość treści można zawsze zrobić lepiej

Mam tu na myśli nowe możliwości, które się pojawiają. Internet nie lubi stagnacji i cały czas się zmienia. W 2008 roku nie było podcastu, nie było Instagrama, więc ciągle możemy szukać nowych form robienia treści.

Trzeba też pamiętać, że content marketing to jest gra długodystansowa – to jest maraton, a nie sprint. Może nam się wydawać, że jest pełno podcastów czy blogów na dany temat i nie ma sensu zakładać kolejnego. Ale jak się temu bliżej przyjrzymy, to okaże się, że jeden podcast nie jest aktualizowany od roku, inny ma tylko pięć odcinków, więc tak naprawdę aktualnych podcastów na dany temat jest trzy albo dwa. Ludzie startują, ale odpadają po drodze, więc spokojnie znajdzie się miejsce dla nas.

Content marketing i obecność w social mediach mocno zależy też od stylu czy osobowości. Nawet jeśli inni odpowiadają na podobne pytania, my możemy zrobić to po swojemu – i właśnie to będzie dodatkową wartością.

Czynników, które pozwalają nam wygrać z konkurencją, jest naprawdę dużo.

Masz rację. Rozmawiałem dzisiaj z Martą, która nagrywa podcast o nieruchomościach. Marta miała długą przerwą, po której wypuściła nowy odcinek, i w ciągu tygodnia ma już 3000 odsłuchań. Sama zauważyła, że mimo że podcastów o nieruchomościach jest dziś sporo, to w każdym z nich czegoś jej brakuje, więc pewnie podobnie mają jej słuchacze doceniający jej sposób przekazu oraz doświadczenie. A możesz powiedzieć, jakie są twoje ulubione źródła czy narzędzia do wyszukiwania tematów?

Wychodzę z założenia, że najlepszym źródłem inspiracji jest potencjalny odbiorca. Nie chodzi o to, żeby wymyślać tematy. Trzeba je pozyskać od ludzi, do których kierujemy przekaz.

Próbowałem różnych metod, ale dopiero gdy zacząłem się otwierać na ludzi i robić materiały o rzeczach, które są dla nich ważne, zauważyłem, że to działa.

Chodzi o to, żeby pomóc odbiorcy i sprawić, żeby uznał swoją inwestycję w nasz content za wartościową. Wtedy będzie chciał wrócić.

Jak wyciągać informacje od odbiorców?

Na przykład kiedy ktoś pisze mi, że podobał mu się mój materiał, staram się dopytać, co konkretnie mu się podobało i dlaczego. Pytam, czy jest jeszcze coś, co chciałby wiedzieć w danym temacie. To jest kopalnia wiedzy!

Raz na jakiś czas robię też ankiety. Jeśli nie możesz jej zrobić u siebie, możesz poprosić kogoś, żeby umożliwił ci dostęp do swojej społeczności, i tam przeprowadzić ankietę. Czasem można nawet taki dostęp wykupić.

Poza tym na konferencjach wiele rzeczy wychodzi naturalnie, kiedy wywiązują się rozmowy i dyskusje.

Mam też swoją grupę na Facebooku. Żeby do niej dołączyć, trzeba odpowiedzieć na pytanie: „Jaki jest największy problem z prowadzeniem małej firmy, jaki masz?”. Codziennie dołącza kilka, kilkanaście osób, które dostarczają mi bardzo cennych informacji.

Oczywiście, część tych odpowiedzi się powtarza, ale ja zwracam również uwagę na to, jakich słów ludzie używają i jak formułują swoje myśli. Wykorzystuję to później na przykład do tworzenia tytułów.

Jeśli nie masz takiej społeczności, szukaj w miejscach, gdzie ci potencjalni odbiorcy są, i tam ich „podsłuchuj”. Mogą to być grupy tematyczne, jak RedditQuora czy grupy na Facebooku, bo tam idzie szukają pomocy i wsparcia.

Na Reddit możesz filtrować pytania pod względem popularności – czyli takie, które dostały najwięcej odpowiedzi – a dodatkowo jest opcja lajkowania komentarzy, więc widać, które cieszą się największym powodzeniem.

Dzięki takiej czujności i uważności później, gdy wysyłamy newsletter, możemy otrzymać odpowiedź: „Czytasz mi w myślach Dokładnie tego potrzebowałem!” Tymczasem ja nie zgaduję i nie trafiam – ja to po prostu wiedziałem. Zamiast więc bawić się w artystę, który wymyśla tematy w zamkniętej pracowni, lepiej stać się detektywem.

Przeszukujesz tylko społeczności polskojęzyczne czy anglojęzyczne też?

Anglojęzyczne też, choć oczywiście nie w każdej branży jest to możliwe. Myślę na przykład, ze polski rynek nieruchomości jest zupełnie inny niż amerykański, ale w mojej dziedzinie te problemy są podobne.

Czy zauważyłeś jakąś różnicę w jakości pomiędzy pytaniami zadawanymi i odpowiedziami udzielanymi za pomocą kanałów prywatnych, takich jak e‑mail czy ankieta, a takimi umieszczanymi w kanałach publicznych, czyli w postach i komentarzach?

Najlepsze odpowiedzi są z newslettera. Ja jestem wielkim fanem tej formy komunikacji!

Tak naprawdę z punktu widzenia content marketingu mało jest sytuacji, w których nie opłacałoby się założyć newslettera. Warto przygotować jakiś bonus zachęcający do zapisania się na nasza listę mailingową, żeby później móc informować odbiorców o nowych treściach.

Takie osoby są zawsze najbardziej zaangażowane, a ich odpowiedzi są najcenniejsze.

Zgadzam się z tym. Sam niedawno zrobiłem ankietę, na którą odpowiedziało aż 1700 osób!

Dokładnie. Możemy sprawdzić, które odpowiedzi są najdłuższe. Dzięki temu wiemy, które zagadnienia są najważniejsze, budzą największe emocje i dlatego warto się nimi zająć w pierwszej kolejności.

Zauważyłem, że gdy szukam czegoś w Google, coraz częściej trafiam na naprawdę dobre treści. Content marketing staje się więc coraz trudniejszy, bo – przynajmniej w niektórych branżach – ta poprzeczka jest zawieszona wysoko. Jeżeli zatem chcę wybudować wyższy wieżowiec, czym mogę wygrać z konkurencją, która już jest na wysokim poziomie?

Jeżeli celem naszych działań content marketingowych jest zdobywanie klientów, to ja proponuję zwrócić uwagę na 3 rzeczy:

  • jakość, czyli wartość, jaką możemy dać odbiorcy,
  • ilość dostarczanych treści
  • oraz ich powiązanie z biznesem.

Przykładowo: częste wrzucanie zabawnych treści, które niosą taką wartość, że mogą kogoś rozbawić, niekoniecznie mogą przynieść efekt, jeśli nie powiążemy ich z biznesem.

Ja zwycięstwo w content marketingu rozumiem tak, że po prostu jesteś wyżej w wynikach wyszukiwania Google.

Google to jest mój ulubiony algorytm, bo on jest w miarę uczciwy. Docenia treści, które są częściej czytane, strony, na których ludzie spędzają więcej czasu, przeklikując się przez kolejne podstrony.

Tutaj nie ma drogi na skróty, tego się nie da oszukać.

Jakość tych treści jest bardzo istotna, ale nie mniej ważna jest ilość. To jest czynnik, który bezpośrednio wpływa na czas spędzany przez użytkowników na naszej stronie, bo dzięki dużej ilości treści, po prostu mają, co czytać i w co klikać.

Były nawet badania wykazujące, że ilość podstron przeczytanych przez odbiorcę na naszej stronie ma wpływ na to, czy stanie się naszym klientem czy nie.

Niektóre osoby zaczynające swoje działania content marketingowe dziwią się czasem, że po opublikowaniu pięciu świetnych artykułów na blogu nic z tego nie mają.

Problem w tym, że pięć to bardzo mało. Analizy pokazują, że magia zaczyna się dziać po około trzydziestu. A żeby ktoś przeklikał się przez 30 podstron na blogu, to powinno ich tam być 100, bo nikt nie czyta wszystkiego.

Nie bez znaczenia jest tez osobowość twórcy. Możesz mieć świetnej jakości treść, możesz publikować często, ale twój styl może komuś po prostu nie odpowiadać.

Zawsze znajdą się ludzie, którym z jakichś powodów nie leżysz.

Sam dostałem niedawno komentarz, w którym ktoś napisał, że moje treści są świetne, ale raczej nie wróci, bo jestem dla niego za mało „juhu”. Nie mogę być bardziej „juhu” na siłę; poza tym pewnie znalazłyby się osoby, dla których zaraz byłbym za bardzo „juhu”.

Trzeba więc skupić się na odbiorcy, robić swoje i nie przejmować się konkurencją czy różnymi opiniami.

Myślę, że te 100 wpisów na blogu niejedną osobę przeraziło, ale trzeba pamiętać, że to jest proces, nie trzeba tego napisać w tydzień, a poza tym, gdy już będziesz mieć tę setkę, to ona będzie cały czas pracować, a ty będziesz mógł spokojnie dokładać kolejne. Przeglądałem ostatnio moje statystyki za miniony rok i okazało się, że najpopularniejszym wpisem na moim blogu był ten dotyczący tego, jak zacząć nagrywać podcast – a to był 149. odcinek Małej Wielkiej Firmy. Dziś tych odcinków jest 377. Z kolei moim najpopularniejszym wideo na YouTubie w ostatnich 12 miesiącach jest rozmowa z Miłoszem Brzezińskim, czyli 196. odcinek MWF nagrany parę lat temu.

To cały czas pracuje na twoją markę i automatycznie przynosi ci odbiorców.

Nie ma co się przerażać, tylko konsekwentnie tworzyć treści. Nie warto wierzyć w sztuczki, typu: pokażę ci, jak w tydzień zdobyć milionowe zasięgi na Instagramie dzięki hasztagowym trikom.

Może są ekstremalne sytuacje, w których to się udaje, ale realistyczny plan zakłada, że jest to praca na lata, inwestycja na lata. Na początku pewnie nie zauważymy większych korzyści, ale gdy ta kula śnieżna nabierze masy, content, który stworzyliśmy, zacznie na nas pracować.

W krótkim okresie, w którym chcemy szybciej podbić sprzedaż, pewnie lepsza będzie reklama. Natomiast gdy podejdziemy do tego długofalowo i utoczymy tę kulę śnieżną, żadna reklama nie zastąpi tych relacji, zaufania i tej jakości.

Ja patrzę na to jak na bibliotekę. Jeśli masz w swoich zbiorach trzy książki, to szału nie ma i możesz je najwyżej wypożyczać znajomym. Ale jeśli otworzysz bibliotekę z setkami czy tysiącami książek, to będzie ona nabierała wartości, bo ludzie będą wiedzieć, że znajdą w niej coś dla siebie. Z tworzonymi treściami jest podobnie. Im więcej ich jest – zwłaszcza że one zwykle łączą się tematycznie – tym większa jest szansa, że odbiorca znajdzie wśród nich odpowiedzi na swoje potrzeby. Rodzi się jednak pytanie: jak możemy na tym zarobić? Istnieje ryzyko, że jeżeli ktoś wkręci się w robienie treści, będzie bardziej twórcą niż przedsiębiorcą. Są różne mechanizmy umożliwiające śledzenie naszych postępów. Statystyki pokazują liczbę wyświetleń wpisów na blogu, latków pod postami czy pobrań podcastu. Może się więc zdarzyć tak, że zaczniemy się skupiać na tych statystykach, a nie na tym, na ile przekłada się to na biznes. Co zrobić, żeby te treści faktycznie przyciągały klientów?

W kontekście profitów rzeczywiście nie ma sensu patrzeć na lajki czy liczbę fanów. Osoba, która ma na Instagramie 100 tysięcy obserwujących, może być biznesowo nic nie warta, podczas gdy osoba, która ma 1000 subskrybentów, może wyciągać realne zyski.

Ja podsuwam tutaj prosty model, który nazwałem modelem PRO. Zakłada on, że każdy produkt czy usługę możemy opisać za pomocą trzech rzeczy:

  • P – problemu, który rozwiązuje, lub potrzeby, którą zaspokaja,
  • R – rozwiązania, które proponujemy
  • oraz O – obietnicy, czyli korzyści, którą daje dany produkt, usługa czy firma.

Moim zdaniem content marketing powinien się opierać właśnie na tych trzech elementach. Każda nasza treść powinna nawiązywać przynajmniej do jednego z nich.

Tymczasem wielu twórców treści bardzo często o tym zapomina i nie mówi ani o problemach klientów, ani o rozwiązaniach, ani o korzyściach.

Gdy zauważają, że przez tydzień nie wrzucali nic na Facebooka, publikują post, że z okazji Dnia Chłopaka wszystkie chłopaki z firmy dostali hot-doga z Orlenu. A przecież dla klienta to nie jest w ogóle istotne pod kątem biznesowym! Podobnie jest z wrzucaniem memów, które zbierają dużo lajków, ale nic nie wnoszą. Nie są powiązane z biznesem, więc statystyki są tu mylące.

Każdy biznes można opisać za pomocą trzech elementów: potrzeby, na jaką odpowiada, rozwiązania, jakiego dostarcza, i obietnicy korzyści, jakie mogą dzięki temu przyjść

Może trochę buduje to relację i pokazuje, że jesteśmy sympatyczni, ale nazwałbym to raczej wisienką na torcie. Takie treści mogą się pojawiać, ale jako dodatek.

Warto zastanowić się, jak mówić o problemach odbiorcy, żeby wykazywać się empatią. Musimy pokazać, że problem jest nam znany i że go rozumiemy. Przy okazji odsiewamy tych, których te problemy nie dotyczą, bo oni i tak nie zostaną naszymi klientami.

Początkujący twórcy treści powinni też publikować materiały podsuwające rozwiązania za darmo. Trzeba pokazać, że znamy się na temacie i jesteśmy w stanie tu i teraz pomóc odbiorcy poradzić sobie z jakimś mikroproblemem.

Pamiętajmy, że to, czego odbiorca potrzebuje, a to, czego chce, to są często dwie różne rzeczy. Lepiej więc mówić o tym, czego chce, bo to, czego potrzebuje, może być dla niego mało sexy.

Nikt nie budzi się rano z myślą, że musi skonfigurować swój mikrofon, żeby nagrać świetnej jakości podcast. Trzeba więc mówić o korzyściach, bo je z pewnością przyniesie świetnej jakości podcast. Takie treści sprzedają marzenia i wzbudzają emocje.

Nie można jednak przesadzać z tego typu treściami i ograniczać się tylko do obietnic. Te ostatnie trzeba zawsze udowadniać rozwiązaniami.

Dość problematyczna jest także promocja tych treści. Oczywiście – w newsletterze możemy napisać, że pojawiła się nowa ciekawa treść i pewnie nasi subskrybenci chętnie się z nią zapoznają. Niemniej bardzo często chcielibyśmy wykorzystać do promocji także social media. Wrzucanie takich zapowiedzi nowych treści jest jednak dość monotonne, a poza tym zasięgi postów linkujących na zewnątrz są fatalne. Jakie są twoje patenty na wykorzystanie social mediów, żeby wycisnąć z nich jak najwięcej? A może w ogóle nie warto w to już dzisiaj wchodzić?

Wszystko sprowadza się do trzech rodzajów mediów, które mamy do dyspozycji: płatnych, naszych własnych i tych, gdzie zasługujemy na uwagę.

Na początku nie mamy własnych mediów ani budżetu na te płatne, więc musimy zrobić wszystko, żeby zasłużyć na uwagę w innych mediach. Oczywiście, fanie by było, gdyby były to media, które mają już zbudowaną jakąś społeczność.

Trzeba nastawić się na obecność w miejscach, gdzie są już nasi potencjalni odbiorcy, i tam dyskutować albo linkować do własnych mediów w nienachalny sposób. Można też spróbować wejść we współpracę z ludźmi, którzy mają podobną do nas grupę docelową i zasięgi. Może to być wspólny live, materiał, projekt czy wpis na Facebooku albo występy gościnne.

Jeśli nie jesteśmy jeszcze rozpoznawani, warto regularnie bywać w miejscach, w których są nasi odbiorcy

Nie można też mieć na początku zbyt wygórowanych oczekiwań. Często po trzech miesiącach regularnych publikacji wydaje nam się, że 100 nowych obserwujących to kiepski wynik, bo porównujemy się do osób, które mają 100 tysięcy. Tymczasem warto nastawić się na małe kroki. Jeśli mamy 50 obserwujących i po jakimś wpisie przybędzie nam 5 nowych, to procentowo jest to przecież ogromny przyrost! Sam chciałbym taki mieć przy każdym nowym wpisie.

Kluczem do sukcesu jest zatem cierpliwość, długofalowość, pokora i pomaganie swoim odbiorcom.

Drogi na skróty i magiczne sztuczki, typu genialny hasztag czy miniaturka do filmu, które wywindują cię na szczyt, nie istnieją.

Relacja z odbiorcą jest na początku bardzo asymetryczna. Trzeba naprawdę dużo dać, żeby móc o coś poprosić.

Jeżeli mamy trochę szczęścia, może nam się udać tak, jak jednej mojej znajomej, której profil na Instagramie polecił inny duży profil, dzięki czemu w ciągu jednego dnia przybyło jej 1000 nowych obserwujących.

To jest rzeczywiście szczęście.

Tak, ale jednocześnie poparte pracą. Gdyby ona nie dawała na tym profilu nic wartościowego, ten duży profil by jej nie polecił.

Dokładnie – rzeczywiście zasłużyła na tę uwagę. Jednak nie warto z góry zakładać i planować, że jakiś duży profil nas nagle poleci. Trzeba robić dobrą robotę i niczego nie oczekiwać.

Jest zresztą bardzo fajna teoria. Polecam wyguglować cztery rodzaje szczęścia (ang. four kinds of luck) – to trafnie pokazuje, że szczęście szczęściu nierówne i to, co my zwykle uważamy za szczęście, tak naprawdę jest ciężką pracą, jaką się włożyło.

Takich nagród życzymy wszystkim naszym słuchaczom. Dzięki wielkie za rozmowę!

Dzięki również.

Na stronie zostały wykorzystane linki afiliacyjne. Jeżeli wejdziesz przez nie na stronę sprzedawcy i dokonasz zakupu, sprzedawca podzieli się ze mną częścią swojej marży (nie wpływa to na twoją cenę). Wymieniam wyłącznie te produkty i usługi, z których rzeczywiście korzystam i jestem z nich zadowolony.
Wyraź swoją opinię Dodaj komentarz
Podaj dalej Jeśli spodobał ci się ten odcinek - udostępnij go swoim znajomym:

Dodaj komentarz

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 Comments
Inline Feedbacks
View all comments