Artysta w biznesie. Czego można się nauczyć, pracując dla wielkich światowych marek

8 października 2018

Wyobraź sobie, że po studiach dostajesz pracę w prestiżowej firmie. Szybko okazuje się, że dobrze sobie tam radzisz. Przełożeni cię chwalą, zarabiasz coraz więcej. Niejedna osoba ci zazdrości. Tobie jednak czegoś brakuje i postanawiasz odejść…

Ten scenariusz jest mi bardzo bliski, bo sam go przerabiałem. Kiedy w 2004 r. zrezygnowałem z etatu w radiu, żeby założyć swoją firmę, wielu znajomych było w szoku. Miałem bezpieczną posadę, zarabiałem dobre pieniądze, a koledzy z pracy wybrali mnie właśnie Reporterem Roku. Mimo to odszedłem, bo czułem, że chcę robić coś swojego. Później trafiały się lepsze i gorsze okresy, ale nigdy nie żałowałem tamtej decyzji.

Historia mojego dzisiejszego gościa jest podobna, choć dużo bardziej spektakularna.

Zrezygnował z kariery bankowca w Kanadzie, żeby robić muzykę. Dziś ma na koncie współpracę z takimi markami jak Nike, Audi, Google, BMW czy Heineken. Jaką do tego doszło i czego nauczył się po drodze? Najlepiej, jeżeli sam o tym opowie.

Mam nadzieję wyciągniesz z tej rozmowy kilka wniosków nie tylko biznesowych, ale też życiowych. Moim gościem jest nagradzany producent, kompozytor, artysta i DJ Tommy Zee.

Prezent dla Ciebie

Podaj adres e-mail, a wyślę Ci ebook Tommyego Zee The 7 Things I Learned in Over 10 Years of Solving Business Problems with Art.

W tym odcinku

  • Czy warto rzucić bezpieczny etat dla realizacji własnych pasji?
  • Co motywuje do tego, żeby iść obraną przez siebie drogą?
  • „Projekt rodzina” – przeszkoda czy motywacja do rozwoju?
  • Czy będąc osobą decyzyjną w cudzej firmie można się realizować?
  • W jaki sposób zacząć współpracować z najlepszymi markami?
  • Jakie elementy sprawiają, że można się długo utrzymać w danej branży?
  • Jaki pomysł na swoją zawodową przyszłość ma Tommy Zee?

Gość odcinka

Tommy Zee

Pomaga największym markom opowiadać ich historie poprzez dźwięk i muzykę. Wspiera firmy w rozwiązywaniu kreatywnych problemów, a kreatywnych w rozwiązywaniu problemów biznesowych. Współpracował m.in. z Nike, Heineken, Google, BMW.

TommyZee.co

Przydatne linki

Polecana książka

Cal Newport
Praca głęboka

 Kup tę książkę

 Więcej książek

Podcast do czytania – transkrypcja odcinka

Cześć Tommy.

Cześć.

Drugi raz mam w podcaście gościa, do którego zwracam się obcojęzycznym imieniem, ale będziemy rozmawiać w dalszym ciągu po polsku.

Będę się starał.

Zaczynam zawsze od pytania: Co czytałeś? Ale w twoim przypadku, powinienem zapytać, czego ostatnio słuchałeś. Trzymajmy się starej reguły, czyli co ostatnio czytałeś?

Ja o wiele więcej czytam, niż słucham, dlatego, że potrzebuję swoich uszu do pracy, więc próbuję je oszczędzać pod koniec dnia. Bardzo lubię słuchać, ale uszy muszą odpocząć. Słucham też dużo audiobooków, bo ciężko się czyta książkę, myjąc naczynia. Ostatnia książka, która zrobiła na mnie wrażenie – bo ja bardzo dużo czytam, ale coraz mniej książek robi na mnie wrażenie – to była Deep work i autorem jest Cal Newport, profesor Computer Science ze Stanford. Myślę, że ta książka jest bardzo ważna dla ludzi, którzy pracują umysłem. Postawiona jest w niej teza, że dzisiaj bardzo łatwo pomylić rzeczy ważne z nieważnymi. Jeśli ktoś prowadzi bloga i widzi, że ma 1000 lajków, to mu się może to utożsamić z faktem, że zrobił coś ważnego. To niekoniecznie musi być prawdą, dlatego że tematy się powtarzają, ludzie siebie kopiują, jest bardzo mało oryginalnych, ciekawych myśli. Aby być w stanie zrobić oryginalnego, ciekawego, trzeba się odciąć od internetu i zagospodarować sobie czas tak, żebyśmy mogli to zrobić. Myślę, że ta książka jest mega ważna dla każdego, kto tworzy, kto myśli i buduje z tego biznes.

Deep work Cal Newport – słyszałem o tej książce, po twojej rekomendacji na pewno chętnie po nią sięgnę. Dzisiaj mamy trochę nietypowe spotkanie, zazwyczaj wywiady MWF są narzędziowe, praktyczne, natomiast z tobą chciałem pogadać o tym, co przeżyłeś, co doprowadziło cię do miejsca, w którym jesteś teraz. Chciałbym zacząć od definicji z Wikipedii, bo może nie każdy orientuje się w topografii Kanady. Bay Street to ulica w Toronto w Kanadzie, w dzielnicy Financial District. Znajduje się tu ponad 25 wieżowców, mieszczących siedziby wielkich korporacji, gigantyczne domy towarowe, a także kanadyjskie giełdy papierów wartościowych, z największą Toronto Stock Exchange. Skąd się tam wziąłeś? Jak tam dotarłeś? Co sprawiło, że cię tam poniosło?

Bay Street po raz pierwszy się pojawiło u mnie, jak byłem jeszcze w liceum i szukałem dorywczej pracy na lato.

Powiedz, gdzie chodziłeś do liceum?

Chodziłem do takiej szkoły, która nazywa się Brebeuf College. To była szkoła tylko dla chłopaków, pełny mundur, nie była prywatną szkołą, ale była z wyższej półki, na poziomie. Szukałem pracy na lato, złożyłem aplikację do siłowni, która się nazywa Good Life Fitness, coś podobnego jak Zdrofit albo Calypso w Polsce. Siłownia ta znajdowała się w jednym z wieżowców na Bay Street. Jako osiemnastolatek byłem zahipnotyzowany, pod wielkim wrażeniem tych wieżowców i ludzi, którzy wyglądali, jakby szli na coś bardzo ważnego i sami byli bardzo ważni. To na nastolatku zrobiło wielkie wrażenie. Zapomniałem o tym zupełnie, skończyłem nauki polityczne na Uniwersytecie York University w Toronto.

Rodzina chciała, żebym był prawnikiem, pracowałem w kancelarii prawniczej. Kiedy przyjaciel rodziny zaprosił mnie tam do pracy na lato, zdałem sobie sprawę, że nie mogę tego robić, to nie jest takie jak w serialu Law and order, czy Judge Judy. Tam jest wszystko, dramat, humor, przygoda, wielka kasa, ale w rzeczywistości jest inaczej. Może wielka kasa jest, ale powiem szczerze, że w przeciętnej kancelarii prawniczej dużo się nie dzieje, oprócz drukowania wielu dokumentów, zmieniania dat, imion i nazwisk, podpisywania się za dobre pieniądze. To mi zupełnie nie pasowało. Skończyłem te studia i myślę: co ja będę robił? Tak, jak wielu ludzi, którzy nie wiedzą, co mają zrobić po studiach z nauk politycznych, wylądowałem w banku – dokładnie w tym budynku, w którym kiedyś byłem jako nastolatek i robiło to na mnie wielkie wrażenie. Jak dostałem tę pracę, to też byłem podekscytowany, zadowolony, miałem niesamowitą wizytówkę z bardzo długim executive title, byłem bardzo dumny z tego, że mogę to pokazać rodzinie, że ich obawy nie były słuszne, bo jestem w wielkim kanadyjskim banku, największym w Kanadzie, mam krawat, piękny garnitur, jeżdżę windą na 37. piętro, mam swoje biurko – jak w filmie.

Długo tam pracowałeś?

Pracowałem w banku przez 5 lat. Przez pierwsze 2 lata byłem w startupie, który zainicjował bank, nazywał się TD Market Side. To był bardzo duży kanadyjski bank TD, w Ameryce też się teraz pojawili. Wtedy zaczęli startup, który miał polegać na przeprowadzaniu aukcji internetowych na bardzo duże zakupy. Bank potrzebuje codziennie kilku ton papieru, więc pierwszy ich projekt to zrobienie aukcji internetowej, żeby znaleźć dostawcę tego papieru. Pracowałem tam 2 lata, było ciekawie, bo to nie był typowy klimat bankowy, a potem firma splajtowała i przenieśli mnie do banku. Tam zacząłem się zastanawiać, czy to jest naprawdę mój klimat? Żyłem podwójnym życiem, dlatego że w nocy byłem DJ-em w znanych klubach, pracowałem od czwartku do niedzieli do czwartej, piątej nad ranem w klubie, a rano zakładałem garnitur i szedłem do banku. Zaczynałem się zastanawiać się, czy to naprawdę jest mój klimat, coś w duszy zaczęło mi szeptać, że trudno będzie sobie wyobrazić całe życie tutaj.

Mogę sobie wyobrazić, że poniedziałkowe poranki były dosyć ciężkie po takim nocnym maratonie.

Bardzo ciężkie. Widziałeś film Office Space?

Nie.

Jest taki film Office Space, kultowy film Mike’a Judge. Ten twórca zrobił taki nowy serial na HBO Silicon Valley, też bardzo śmieszny. Miałem dokładnie takie sceny, gdzie od poniedziałkowego poranka coś się nie udaje, drukarka nie drukuje, czy siódma osoba podchodzi powiedzieć coś, co już sześć innych ci powiedziało. Jest taka scena w tym filmie, gdy ktoś podchodzi i mówi It sounds, like you have a case of the Mondays, do kogoś, kto jest zdruzgotany tym, że siedzi przy tym biurku, w firmie, której nie lubi, z karierą, którą nie za bardzo się pasjonuje i jeszcze słyszy takie teksty. Miałem coś podobnego. Ludzie przychodzili do mnie i mówili Hey, Tommy Z, how was the club? Little DJing on the weekend? Yes Bob, DJing on the weekend. Wszyscy myśleli, że jestem taki fajny, bo w weekendy gram w klubach, a ja już myślałem, że nie wiem, czy wytrwam, bo to nie jest mój klimat.

Zacząłem chodzić sfrustrowany i wkurzony, miałem bardzo mało cierpliwości. Jak się spotykaliśmy na cotygodniowym meetingu, czy był conference call, to zauważyłem, że ludzie w banku, czy dużej korporacji, zamieniają się w automaty, roboty, wszyscy się pacyfikują, wszystko jest ok, jeśli będziesz mówił w tym języku. Powiesz as long as we’re maximizing, all synergize albo we must make sure to leverage all available synergies, albo it’s all about shareholder value.

Takie gadanie okrągłych słów, które niewiele znaczą.

Dokładnie. Byłem już taki sfrustrowany, bolało mnie to, że większość tych ludzi rzuca puste frazesy, a my nic nie robimy. Zacząłem się pytać na tych spotkaniach: „Bob, o co ci chodzi, jak mówisz maximize shareholder value?”. Oczywiście, że próbujemy maximize shareholder value, próbujemy zrobić tak, żeby inwestorzy i właściciele akcji bankowych byli zadowoleni, a nie, żeby nie byli zadowoleni, więc nie trzeba tego powtarzać 10 razy dziennie, tylko przejść do konkretów, jak to zrobimy. Z tej frustracji, zacząłem rozmawiać z ludźmi. Wiceprezydent, któremu się raportowało, powiedział: tu mamy leadership material, to konkretny, pragmatyczny, praktyczny koleś. Zacząłem awansować i dostawać podwyżki. Zamiast wychodzić z banku, to wchodziłem coraz głębiej w tę strukturę. Na początku to było ok, ale zdałem sobie sprawę, że jednak to nie jest miejsce dla mnie. Zarabiałem już dość dobrze i miałem dobrą posadę, przyszłość dobrze wyglądała, a jednak to wszystko rzuciłem.

Czy było takie jedno wydarzenie, które przelało czarę goryczy, że stwierdziłeś: nie, dość! Czy te możliwości, które pojawiały się poza bankiem, stały się na tyle atrakcyjne, że to była taka chłodna kalkulacja?

Byłem w banku 5 lat, a w trakcie trzeciego, czy czwartego roku, postanowiłem, że zacznę rozwijać swoją działalność muzyczną. Miałem wtedy przyjaciela, z którym zacząłem robić muzykę, otworzyliśmy studio, nie wiedziałem, dokąd to będzie zmierzać, ale stało się coś takiego, co pokazało mi nową drogę, którą mogę uciec od banku. Miałem kolegę, który pracował w reklamach. Powiedział: słyszałem, że grasz, czy zagrałbyś na gali premiery X-Boxa? To była światowa premiera X-Boxa, więc powiedziałem, że bardzo chętnie. Duży namiot i bardzo fajny event. Po tej imprezie zapytał: ty też robisz muzykę, prawda? Coś komponujesz, produkujesz? Powiedziałem że tak, coś tam dłubiemy w studiu. On powiedział: słuchaj, mam taką reklamę do Pontiaca Aztek. To jest prawdopodobnie najbrzydsze auto na świecie.

O przepraszam, najbrzydsze to jest Fiat Multipla i nikt mu tego nie odbierze [śmiech].

Wyobraź sobie, że ktoś ci proponuje skomponować muzykę do reklamy najbrzydszego auta na świecie. Ja byłem zachwycony, ale nie wiedziałem, jak to się wszystko odbywa. Zrobiłem tę muzykę, były poprawki, to wszystko zajęło jakieś 3 dni, po miesiącu dostałem czek, który był wart moje 3-4 miesięczne pensje w banku, a to były 3-4 dni w studiu. To mi pokazało, że jednak jest droga, która nie wymaga, żebym był głodnym, bezdomnym artystą i próbował sprzedawać single za dolara, czy za centy, że istnieje świat, w którym można siedzieć w studio, robić muzykę i jest ktoś, kto ma na tę muzykę pieniądze. To jest świat, którego nie znałem, ale to jest ten świat, który pokazał mi jak wyjść z banku i nie być bezdomnym, nie umrzeć głodu.

Rozumiem, że takie zlecenie jak muzyka do reklamy, zwłaszcza kiedy jeszcze pracowałeś w banku, a nie miałeś czasu na aktywne poszukiwanie klientów, to może się trafić raz na jakiś czas, taki złoty strzał, dostajesz zlecenie, 3 dni pracy, fajne pieniądze, ale trudno to traktować jako stabilność dochodu. Nie bałeś się tego, że rzucisz ten bank i zostaniesz na lodzie?

Nie bałem się i to był mój największy problem. Nie spojrzałem na to trzeźwo [śmiech]. Wyszedłem z banku i liczyłem na to, że będzie więcej zleceń. Mój kolega od reklam zmienił pracę i zaczął pracować dla stacji telewizyjnej, więc już nie miał dla mnie żadnych zleceń. Myślałem, że wystarczy zadzwonić do agencji reklamowej, powiedzieć: skomponuję wam muzykę do reklam. Zacząłem tak robić i nikt do mnie nie napisał, nikt do mnie nie oddzwonił przez wiele miesięcy i pojawił się problem. Cieszę się z tego, że opuściłem bank, ale nie było łatwo wejść w tę branżę, bo nie rozumiałem, jak wygląda anatomia projektu, kto jest odpowiedzialny, do kogo trzeba się zgłosić i w jaki sposób.

Miałeś wtedy jakieś źródło dochodu? Czy zarabiałeś ciągle jako DJ?

Wtedy jeszcze grałem jako DJ i to był bardzo dobry dochód, tylko on mógł się skończyć w każdej sekundzie. To nie był pomysł na życie. W Toronto jest tak, że znam wielu, bardzo znanych DJ-ów, na których patrzyłem jak na gwiazdy, a dzisiaj możemy ich znaleźć w Apple Store, wszyscy pracują jako technicy w sklepach Apple. Już wtedy wiedziałem, że na dłuższą metę nie mógłbym być DJ-em. Szukałem kariery związanej z muzyką. Z bankiem było tak, że oni mieli mnie przenieść na inne stanowisko, bo tam często się przenosi ludzi i było akurat tak, że mogłem wziąć odprawę, za to że ten dział był likwidowany. Wszyscy powiedzieli, że chcą być przeniesieni do innego działu, ja byłem jedynym, który powiedział: biorę, co mi się należy za te 5 lat i sobie idę.

5 lat?

Pracowałem 5 lat, czyli dostałem severance, czyli odprawę, za każdy miesiąc pracy.

Na jak długo wystarczają takie pieniądze?

Już teraz nie pamiętam.

Bardziej na miesiąc czy na rok?

Miesiąc za rok pracy, czyli mniej więcej 5 miesięcy.

Odchodzisz z banku, bo likwidują ten dział, bierzesz te pieniądze, masz kasę na pół roku życia, nie masz stałego źródła dochodu, wiesz, że bycie DJ-em, nie jest stabilnym zajęciem, kontaktujesz się z agencjami, zlecenia za tym nie idą i co robisz?

Wtedy miałem sytuację awaryjną, myślałem: czy ja naprawdę będę musiał wrócić do banku? Straszna porażka. Miałem koleżankę w banku, rozmawiałem z nią i powiedziałem jej o tym problemie, że dzwonię do agencji reklamowych, nie mogę wystartować, nic się nie dzieje. Powiedziała: słuchaj, mam kolegę od agencji reklamowej, jednej z najlepszych w Toronto – zadzwoń do niego, on się z tobą spotka i zobaczysz. Tak zrobiłem, zadzwoniłem do niego, spotkaliśmy się na kawę, a on powiedział, że wszystko robię źle. Po pierwsze, agencja reklamowa, nigdy z indywidualnym kompozytorem nie będzie miała nic do czynienia. Agencje reklamowe, gdy potrzebują muzyki do reklamy, dzwonią do studia muzycznego. Są studia muzyczne, domy produkcyjne, które robią tylko muzykę i dźwięk do reklam. Każde studio ma swoich kompozytorów, tam się zgłasza agencja reklamowa. Oni są odpowiedzialni za całość, więc jeśli chcę, żeby coś się ruszyło, to mam przestać dzwonić do agencji reklamowych jako kompozytor, a iść do domów produkcyjnych.

Tak zrobiłem, wysłałem swoje kawałki – które myślałem, że nadają się do reklam – do studiów w Toronto. Z dziesięciu studiów odpowiedziało trzy. Jedno studio powiedziało: ciekawa muzyka, może jej użyjemy, może nie, ale nigdy nie możesz powiedzieć, że to ty zrobiłeś, bo to będzie nasz kredyt, a nie twój. Nigdy o nich nie usłyszałem. Drugie studio, zaprosiło mnie na kanapę i wypytało mnie o wszystko, ale tak naprawdę nie było żadnej, konkretnej oferty. Trzecie studio, które akurat nie było uważane za jakieś fajne studio, już takie podstarzałe, oni we mnie zobaczyli nadzieję: mamy młodego człowieka, jest ambitny, wygląda jakby był twórczy, fajną robi muzykę, więc może zaczniemy z nim współpracę, po to, żeby nam znalazł zlecenia, żeby nas odnowił. I tak się zaczęło.

Zaoferowali mi pensję, która była śmieszna, w porównaniu z tym, co zarabiałem w banku, powiedzieli: idź szukać zleceń, jeśli znajdziesz, to możesz produkować. Powiedziałem, że nie wiem jak, nie mam pojęcia, jak się produkuje. Wiem, jak skomponować muzykę, ale nie wiem, jak być odpowiedzialnym za całość. Nie martw się, mówi właściciel, ja cię nauczę. Poprowadził mnie za rękę, nauczył mnie, jak to wszystko działa. Bardzo szybko się nauczyłem, jak ogarnąć wszystko od początku do końca, jeśli chodzi o produkcję dźwięku i muzyki do reklam. Rozwinąłem biznes i 2 lata później, ten właśnie człowiek, który mnie najął, powiedział: mam dosyć, sprzedaję studio. Miał piękne studio, gdzie Alanis Morissette nagrała dwie płyty. Powiedział: mam kupca z Montrealu, on mi oferuje tyle i tyle. Ja i jeden kolega, który również pracował w studiu, podjęliśmy decyzję, że musimy na to „skoczyć”, bo nie wiadomo, co się stanie z firmą, możemy stracić pracę, więc powiedzieliśmy, że też chcemy uczestniczyć w targu o to studio. Nie zależało nam na firmie, bo firma to jest produkt właściciela. Do tej spółki należało też studio, posiadłość, ziemia, więc nie kupowaliśmy niewidzialnej tożsamości firmy, ale kupowaliśmy majątek trwały.

Czyli nie tylko know-how, ale też majątek trwały firmy.

Tak. Zapożyczyliśmy się. Udało się kupić to studio i po 2 latach pracy w studiu byłem jego właścicielem. To mi pokazało, że gdy człowiek wybiera taką drogę, która jest dla niego wyznaczona, gdzie korzysta ze swoich magicznych sił w branży, do której się czuje powołany, to bardzo szybko wszystko się weryfikuje. Człowiek się przyzwyczaja, pracując w korpo, że może poprosić o podwyżkę co 2 lata, że by przejść z jednego stanowiska na drugie, trzeba poczekać 3 lata, bo taka jest procedura. W świecie biznesu nie ma takich rzeczy. Można osiągnąć niesamowity sukces w rok, może nawet mniej albo niesamowitą porażkę w 6 miesięcy. Tutaj jest większa niewiadoma, ale jedną rzecz, którą wiem, to jest to, że trzeba zmierzać właśnie do tego miejsca, gdzie człowiek czuje się pewny siebie i swoich talentów.

Trzeba zmierzać do tego miejsca, gdzie człowiek czuje się pewny siebie i swoich talentów

Gdy oglądałem Wall Street, bardzo mi się podobało, gdy Michael Douglas, mówi greed is good. Potem widziałem Bay Street, czyli kanadyjską wersję Wall Street, ale to było wszystko zewnętrzne, to było coś, co widziałem w filmie, myślałem, że to jest fajne, ale to nie pochodziło z wewnątrz. Trzeba czuć, że gdzieś się należy, że zamiast garnituru, wolę nosić to, co chcę i nie martwić się o to, jaką mam wizytówkę, jak się ubieram i czy powiem shareholder value podczas spotkania, czy zrobiłem coś konkretnego, czy to coś działa i czy to coś można sprzedać. To dla mnie jest najważniejsze.

Byłeś DJ-em, kompozytorem, producentem, mówiłeś, że właściciel, kiedy cię zatrudniał, mówił, że będziesz sprzedawał to, co będziesz robił. Później zostałeś właścicielem studia. Każda z tych ról wymaga innych umiejętności. W którym momencie poczułeś, że to jest coś twojego? Co cię pchało do przodu? Można być świetnym kompozytorem, ale nie chcieć być producentem albo być producentem, ale nie chcieć być właścicielem studia. Nie czułeś czegoś takiego, że może to jest trochę daleko? Może się świetnie odnajdujesz w tym miejscu, w którym jesteś teraz i nie chcesz iść dalej?

Wtedy tego nie czułem i byłem trochę naiwny. To była jedyna opcja, jeśli chodzi o studio. Kolega, który zainicjował ten pomysł, powiedział: potrzebuję cię, bo jesteś dobrym sprzedawcą. Nie byłem gotowy, żeby być właścicielem, wtedy nie wiedziałem dokładnie, co to znaczy i to przyniosło bardzo dużo stresu – wiedza, że się zapożyczamy na milion dolarów, zabezpieczone przez posiadłość i tę ziemię, którą kupiliśmy. Jednak do tego trzeba dojrzeć, ale nigdy człowiek nie dojrzewa, dopóki czegoś nie zrobi.

Tak, ale inaczej jest jak budujesz coś krok po kroku, a inaczej, jak wsiadasz na tego przysłowiowego konia i kupujesz biznes, który już hula, i musisz to wszystko ogarnąć.

Tak. Nasz biznes do tego nie hulał, było tak, że ta marka była już przestarzała, musieliśmy ją odnowić, musieliśmy zwiększyć obroty o 400.000 $ rocznie, żeby był jakiś zysk. To nie było łatwe, bardzo zmęczyły mnie te 3 lata, a poza tym, nie miałem dobrych relacji ze wspólnikiem i tu się nauczyłem następnej rzeczy. Peter Thiel, czyli bilioner i założyciel PayPala, mówi, że lepiej jest szukać wspólnika wśród ludzi, których lubisz, z którymi możesz siedzieć w jednym pokoju i przechodzić przez tragiczne, piękne albo wesołe chwile, żeby miło razem spędzać czas. Mój pierwszy wspólnik, to nie była osoba, z którą łatwo mogłem się dogadać. Niby uzupełnialiśmy się, bo on był technikiem, inżynierem dźwięku, ja byłem takim twórczym sprzedawcą, ale jednak bardzo dużo energii się spala, próbując dogadać się z kimś, z kim nie przychodzi ci to naturalnie.

Lepiej jest szukać wspólnika wśród ludzi, których lubisz, z którymi możesz siedzieć w jednym pokoju i przechodzić przez tragiczne, piękne albo wesołe chwile, żeby miło razem spędzać czas

Tego błędu już nigdy bym nie popełnił w życiu, by założyć spółkę z kimś, z kim nie spędzam czasu tak jak z przyjacielem. To jest moja rada. Jedna z rzeczy, na które może sobie pozwolić przedsiębiorca, to jest ustalenie swoich zasad, jaką masz filozofię pracy i życia. Ja ustaliłem sobie po tym doświadczeniu, że jeśli kiedykolwiek będę miał wspólnika lub osobę, którą zapraszam do współpracy, to muszę się z nią dobrze czuć, to musi być taka osoba, z którą mogę otworzyć butelkę wina w domu i możemy miło spędzić czas, to jest bardzo ważne, bo w każdym biznesie będą problemy i trudności. Wolę przejść te trudności z żołnierzem, który jest moim przyjacielem, niż z kimś, z kim nie mogę siedzieć w okopach. Dość, że kule gwiżdżą, bomby spadają, to mam jeszcze kolesia, który mnie irytuje. Myślę, że można sobie ułatwić życie, dobierając sobie ekipę, z którą się łatwiej gada.

Widzę tutaj dwa ryzyka. Ciekawy jestem, co ty na to. Jedno ryzyko jest takie, że jeżeli bardzo się z kimś przyjaźnisz, to jest tak, że jara was samo rozmawianie o tej firmie, nakręcacie się nawzajem. Natomiast działanie kuleje, bo się super rozmawia, że aż szkoda pójść w czyny. Druga sprawa jest taka, że trudno jest utrzymać dobre, kumpelskie relacje, kiedy pojawiają się pieniądze. Z jednej strony może to być dużo pieniędzy, którymi trzeba się podzielić, a nie zawsze jest poczucie, że obydwie strony pracują tak samo ciężko albo pojawiają się problemy finansowe. Wspólna praca nad firmą to jest pewien ideał, ale bardzo ciężki do utrzymania.

Zgadzam się, że nie wystarczą dobre relacje. Zakładam, że jeśli ktoś jest odpowiedzialny, wchodzi w to, jak w związku osobistym z żoną, czy z partnerem, liczymy na to, że ta osoba jest odpowiedzialna. Możemy wspomagać się w tym związku, ale nie możemy za kogoś żyć odpowiedzialnie. Zakładałbym, że ten ktoś jest odpowiedzialny, że mamy taką samą filozofię, czyli efekty, rezultaty i do tego nam się łatwo gada. Z pieniędzmi, to fakt, jest często ciężki temat, ale najlepiej wszystko od razu ustalić na papierze. Jeśli mamy się kłócić o pieniądze, to zróbmy to zanim otworzymy tę firmę, a nie myślmy, że jakoś tam będzie, takie machanie ręką i pogadamy jak już będą pieniądze – to odradzam, bo jak się pojawią pieniądze, to faktycznie będzie problem, więc trzeba to wszystko wcześniej ustalić.

Miałeś firmę, którą trzeba było postawić na nogi, trzeba było przynieść do tej firmy więcej dodatkowych zleceń wartych 400 tysięcy $, ze wspólnikiem, z którym nie do końca ci było po drodze i co się dalej wydarzyło?

Po trzech latach znowu czułem się zmęczony, podobnie jak było to podczas mojej pracy w banku. Czułem, że bardzo ciężko pracuję, ale nie wiem dokąd podążam. W życiu osobistym miałem różne porażki – w branży reklamowej taka rzecz jak rozwód, bycie nielojalnym wobec partnera, to jest normalna sprawa, to jest taki Hollywood. Od rana, do wieczora robimy reklamy, siedzimy w studiu, montujemy albo jedziemy na Awards Show, czyli galę nagród. Ci wszyscy ludzie są oddani tej branży od rana do późnego wieczora, w pracy czy balując, oddając całe życie reklamie, budując biznes, zdobywając zlecenia.

Rano za śniadanie z naczelnym twórczym trzeba oczywiście zapłacić. Na lunch trzeba drogie sushi, bo nie wypada zaoferować czegoś poniżej 200$. Popołudniowa kawa, obiad, zbieramy się z ludźmi z agencji reklamowej, oni też oczekują, że zapłacimy za to sushi, za szampana, za wino, później wszyscy jedziemy na galę nagród reklamowych i tak non stop. Zmęczyłem się tym po trzech latach. Nie wiedziałem, dokąd dążę z tym wszystkim. Pieniądze były, ale nie czułem się spokojny, spełniony i wtedy tak sobie pomyślałem, wracając do domu sam autem z gali reklamowej, na której coś wygrałem: jakie to smutne, tyle trudu i dla kogo? Tylko dla siebie – bez sensu. Miałem wtedy taką myśl, że następny projekt dla mnie, to ktoś mega ważny, to będzie założenie rodziny. Wtedy nie wiedziałem dokładnie skąd i jak, ale to już jest następny rozdział, nie wiem, czy chcesz iść w tę stronę?

Myślę, że to jest ważne. Niejedna osoba ma w swoim życiu, taki moment jak ty. Orientuje się, że wszystko fajnie, ale czegoś jej w życiu brakuje. Zarabianie fajnych pieniędzy jest super, super rzeczą jest życie na wysokich obrotach, kiedy masz bardzo wiele bodźców, zwłaszcza, jeżeli to są aktywne bodźce, ktoś docenia twoją pracę, pracujesz dla uznanych marek i wszyscy uważają, że to jest marzenie. Z drugiej strony czujesz, że może z zewnątrz, to tak wygląda, ale tak nie jest.

Prawdziwą mądrością w życiu, to jest rozeznać się w tym, co jest, a co nie jest ważne. Wtedy, gdy jeździłem tym swoim fajnym autem, tak myślałem: po co ja się tak trudzę? Zdałem sobie sprawę, że nie jest dla mnie ważne, żeby zarabiać dużo, dlatego że mi już wystarczy, a nie mam z kim się podzielić. Zakładałem, że rodzina, to jest taki projekt, który wydaje się bardzo trudny, ale każdy trud, który włożysz w tę rodzinę, to jest ważna inwestycja. Jeśli są dzieci i nauczymy je, jak działać w życiu, w biznesie, jak być niezależnym, to w ten sposób polepszamy świat. Nie jadąc do Afryki by budować szkoły, chociaż to też można robić, ale patrzeć tutaj na bezpośrednie relacje, które mamy z ludźmi najbliższymi sobie, jakie świadectwo dajemy swoim życiem. Pojawiła się wtedy ta aspiracja, że rodzina to będzie fajny projekt – trudny ale wartościowy. Otworzyłem na to oczy i zacząłem być czujny, bo przedtem chodziło tylko o to, żeby zdobyć następną reklamę.

Prawdziwą mądrością w życiu, to jest rozeznać się w tym, co jest, a co nie jest ważne

Pojawiła się taka sprawa – chyba opatrzność wysłuchała mojej modlitwy – wróciłem do Polski, żeby odwieźć dziadka, który lubił podróżować pomiędzy Polską i Kanadą. Odwiozłem dziadka i spotkałem dziewczynę, będąc w Polsce przez niecałe 2 tygodnie. Tak się wszystko ułożyło, że nagle stanąłem przed następnym skrzyżowaniem, czy kontynuuję związek z tą dziewczyną, czy wracam do tego, co znam, do studia, do własnej firmy i działam dalej. To było bardzo trudne skrzyżowanie, aczkolwiek wiedziałem, że ta droga, na której byłem, nie ma horyzontów, nie widzę nadziei, a tutaj była potencjalna odpowiedź na moją prośbę o ten następny projekt, czyli rodzinę. Już nie było tak jak wcześniej, gdy byłem takim „kowbojem”, że spotykałem dziewczynę i nie miałem żadnego głębszego celu w takiej relacji.

Ważne, że teraz jest przyjemnie.

Tak, dokładnie. Takie życie było w branży reklamowej. Nie mówię, że wszyscy są tacy w reklamach, bo jest bardzo dużo odpowiedzialnych i fajnych ludzi, którzy są trzeźwi, tylko się łatwo tam zagubić. Zacząłem myśleć inaczej, że nie będę spędzał czasu z kimś, kto nie nadaje się na założenie rodziny, nie chce tego, czy widzi to inaczej. Postanowiłem wtedy, że wezmę to ryzyko na siebie, sprzedam akcje swojej firmy, przeprowadzę się do Polski i zobaczę, czy mogę rozwinąć ten związek.

Kiedy to było?

To był 2010 rok, czyli byłem 5 lat w banku, 5 lat w działalności reklamowej w Toronto i w 2010 roku spotkałem moją żonę Kasię. Postanowiłem, że muszę wybrać miłość, a nie lęk. Często mamy ten wybór, czy idziemy za tym, co kochamy, czy wybieramy lęk. Ktoś powiedział, że lęk i miłość nie mogą istnieć w tym samym czasie. Może byłem trochę szalony, bo wiem że moja rodzina i wielu ludzi myślało: co ty robisz człowieku, zostawiasz biznes w Kanadzie i jedziesz gdzie? Do Łodzi? Za jakąś dziewczyną? Co? Wyglądało to, jak jakieś szaleństwo, ale jednak myślę, że nasze sumienie jest jak instrument. Jeśli je używamy i stroimy będzie działać, a jeśli nie używamy, to można się pogubić, nasze sumienie zacznie nam podpowiadać rzeczy, które są fałszywe albo szalone, które nie mają odzwierciedlenia w rzeczywistości. Ja zaufałem, bo zawsze słuchałem swojego sumienia, myślę że trzeba słuchać tego szeptu, który podpowiada: spróbuj, zrób to. Tak zrobiłem.

Nasze sumienie jest jak instrument. Jeśli je używamy i stroimy będzie działać, a jeśli nie używamy, to można się pogubić

Czyli oderwałeś się od tej branży, poszedłeś na emeryturę, czy prowadziłeś tę działalność, ale w innej formie?

Ja to nazywam rokiem odpoczynku. Potrzebowałem tego, już się rwałem, żeby coś robić. W trakcie tego roku nawiązałem pewne relacje z różnymi firmami, co mi się przydało, bo w następnym roku znowu się przeprowadzałem, dzięki tym kontaktom w branży. Ten rok to był taki odpoczynek, nagrałem płytę, pozwoliłem sobie pobłądzić, poczytać i pomyśleć, czy wrócę, czy nie wrócę do branży. Gdy jestem na Zachodzie, często mówię: I am a big fan of reality – mówię to na serio, jestem fanem rzeczywistości, dlatego że zawsze zaczynamy od rzeczywistości, wyobraźnia jest niebezpieczna, jest bardzo potrzebna i mega ważna, ale gdy rozjeżdża się z rzeczywistością, to możemy sobie sprawić bardzo dużo problemów w życiu.

Rzeczywistość była taka, że ja nie miałem wystarczająco pieniędzy, żeby sobie bimbać i nagrywać płyty, jeździć z narzeczoną po Europie dłużej niż rok. Zauważyłem, że środki na koncie zbliżają się do poziomu awaryjnego, rzeczywistość była taka, że nie zbudowałem żadnego biznesu przez ten rok, ani niczego, co by mi przyniosło dochód. Musiałem w tym momencie powrócić do branży. Okazało się, że najlepsze studio na świecie, Massive Music – zaczęli w Amsterdamie, teraz są na całym świecie – wysłało do mnie ofertę właśnie z Amsterdamu. Miałem z nimi kontakt taki dorywczy, ale nic konkretnego, akurat w tym momencie, kiedy już zacząłem myśleć, jak ja wrócę i gdzie, jak to będzie wyglądać, to dostałem ofertę od Massive Music. Powiedzieli: wydajesz się fajny, będziesz pasował do naszej ekipy, przeprowadź się do nas i tutaj działaj dalej jako producent.

Super. Spadło z nieba w samą porę. Co z dziewczyną, może żoną, ona pojechała z tobą?

Tak. Pojechaliśmy razem, wtedy jeszcze to była narzeczona, już dzisiaj jest żoną. W Amsterdamie zaczęło się nasze życie rodzinne, tam się przeprowadziłem, zacząłem pracować dla tej firmy, tam się urodziły nasze dzieci. Mamy dwójkę dzieci: Juliana i Alicję. Alicja ma 3 latka, Julian ma 6 lat. Teraz jak o tym mówię, to zdaję sobie sprawę, że te rozdziały u mnie zmieniają się co pięć lat, byłem w tej firmie około pięciu lat i tam zrobiłem naprawdę niesamowite rzeczy. Firma miała dostęp do naprawdę największych klientów na świecie i miałem szansę nie tylko robić muzykę do reklamy, ale także coś, w czym okazałem się bardzo dobry, do czego pasowałem – to była tożsamość dźwiękowa dla różnych marek, czyli nie tylko reklama, ale strategia, tożsamość dźwiękowa, jak intencjonalnie i strategicznie pomyśleć o muzyce, zanim jakaś marka zaplanuje swój rok marketingowy, czy utożsamiamy się z pewnym typem muzyki, czy używamy dźwięku w ciekawy sposób, żeby być rozpoznanym. To była bardzo ciekawa dziedzina, ja z kolegą rozwinąłem ją w tej firmie, bo przedtem ta firma była taka jak wszystkie inne muzyczne firmy, po prostu robiliśmy muzykę do reklam, ale tam była szansa, żeby nie pracować dla agencji reklamowej, tylko bezpośrednio dla klienta i to była bardzo ciekawa rzecz.

Po pięciu latach znowu zaczęło mnie swędzieć, ciężko mi się pracowało dla kogoś. Ciężko jest wykonywać rozkazy, to nie jest tak, że nie lubię słuchać szefa, ale jeśli wydaje mi się, że mam lepszy pomysł od szefa, to czuję się skrępowany, bo nie mogę tego zrobić w jego firmie, on chce zrobić tak, a ja chcę inaczej. Gdybym znalazł szefa, którego pomysły zharmonizowałyby się z moimi, to być może pracowałbym w takiej firmie, ale mając porównanie, co to znaczy być właścicielem własnej firmy, a co to znaczy być pracownikiem, to są dla mnie dwa różne światy. To jest nie do porównania.

Mając porównanie, co to znaczy być właścicielem własnej firmy, a co to znaczy być pracownikiem, to są dla mnie dwa różne światy

Nie znam realiów branży kreatywnej tak jak ty, natomiast na pierwszy rzut oka wydaje mi się, że jeżeli jest studio, które sprzedaje swoje usługi klientowi, czy jakiejś znanej marce, a ty jesteś de facto odpowiedzialny za realizację tego pomysłu, kreacje i stworzenie tego dzieła, które klient dostaje, to twoja wizytówka jest kształtowana w jakiś sposób przez klienta. Twój szef chyba nie ma za wiele do powiedzenia? Czy to inaczej wygląda?

W tym sensie masz rację. Czułem się architektem tych prac. W każdej branży klient może maltretować swoich dostawców, bo już zna ten język, z designerami, z reklamodawcami, z marketingowcami, z social media, klient już załapał te wszystkie terminologie i może udawać, że wie lepiej od designerów, ale z dźwiękiem jest tak, że klient nie ma pojęcia, to jest nowa dyscyplina. Nikt nie wie, jak przetłumaczyć dziś wizualną tożsamość marki na dźwiękową tożsamość. Ja wypracowałem pewien system, metodologię i proces, które miały sens, które bardzo dobrze rozumieli główni ludzie w markach. Wiedzieli, że mogą mi zaufać, bo bardzo dobrze rozumiem, na czym jest zbudowana ta marka, że to nie jest tak, że zrobimy jakieś dźwięki i zobaczymy, czy wam się spodobają czy nie, więc bardzo rzadko mogli „podskoczyć”, bo nie czuli się pewnie na tym gruncie. Mogłem za to wziąć odpowiedzialność, czuć się architektem i szef mi w ogóle nie przeszkadzał, ale nie o to chodziło.

Chodziło o to, że poczułem się jak w banku. Oddawałem cały swój czas, talent i energię komuś – cały tydzień, czasami nawet weekend. Czasami na wakacjach musiałem odbierać telefony, bo była jakaś awaria. Nie czułem się dobrze z tym, że otrzymuję co miesiąc 1 czek, z jednego miejsca, za cały swój czas. Miałem coś takiego w klauzuli, że nie mogę zarabiać z innych źródeł. Jeśli ktoś już w to wejdzie i jest to dla niego ok, to być może ma takie usposobienie, że woli pracować w tej firmie. Jest ten czek, wszystko jest uregulowane i jest ok. Mi wydawało się to nierozsądne, w takim sensie, że jeśli wzięlibyśmy cały ten czas i dobrze nim zagospodarowali, to moglibyśmy zbudować coś, co można komuś sprzedać. Moglibyśmy otrzymać więcej czeków, a nie tylko jeden.

Poprosiłem szefa, żebym mógł pracować zdalnie, żebym nie musiał przychodzić do biura, bo biuro mi nie pomagało w mojej pracy. Często musiałem opuszczać biuro, aby pracować. Nie wierzę w open space, bo tam trudno się skupić. To była jedna rzecz. Druga rzecz była taka, że nasza działalność przyniosła firmie jakieś półtora miliona euro w rok, więc to już były poważne pieniądze. Szef mógł powiedzieć, że te projekty przyszły tu z powodu marki firmy, ale nie mógł powiedzieć, że ktoś inny w firmie mógłby te projekty zrobić, bo ten język tożsamości dźwiękowej jeszcze nie istniał. To było coś, co tworzyliśmy na miejscu, na żywo, to nie było tak, że już mogliśmy się odnieść do jakiejś historii, jak to się robi czy nie. Trzeba było wymyślić, jak to zrobić.

Miałem problem z tym, że szef nie chciał się podzielić pomysłami, jak możemy podzielić tę firmę na tradycyjny model, czyli reklamy i na tę agencję, czyli tożsamość, tworzenie bezpośrednio z klientem. Nie widziałem tam przyszłości, nie było pomysłu, jak mógłbym czuć się ważną częścią tego nowego oddziału. Urodziły mi się dzieci, więc chciałem więcej czasu spędzić z rodziną, był taki moment, kiedy pomyślałem, że mam tyle kontaktów na całym świecie, ludzie mieli bezpośredni kontakt ze mną, zaufali mi, fajnie nam się gadało, więc założyłem, że jeśli opuszczę firmę, to ktoś coś mi wyśle od czasu do czasu. Wziąłem na wszelki wypadek linię kredytową jeszcze w Amsterdamie, na wypadek gdybym nie mógł spłacić hipoteki, gdyby projekty nie przychodziły, ale nigdy nie musiałem jej użyć. Moje założenie okazało się trafne. Dzięki mojej reputacji, zbudowanym relacjom, ktoś coś mi wysyłał od czasu do czasu. Do tej pory to wystarczy, żeby prowadzić firmę.

W którym roku założyłeś swoją firmę?

Założyłem firmę w Amsterdamie w 2016 roku, to była spółka-korporacja. Zacząłem tam działalność, mieszkaliśmy tam jeszcze przez rok. Myśleliśmy z żoną już od dłuższego czasu o tym, żeby wrócić do Polski, bo w Holandii nie czuliśmy się jak w domu. Mieliśmy dwójkę dzieci, wiedzieliśmy, że nigdy się nie nauczymy holenderskiego, nie widzieliśmy tam ani siebie, ani naszych dzieci w przyszłości, więc zdecydowaliśmy, że wrócimy do domu, wychowamy je w Polsce, tam gdzie my się wychowaliśmy. Przez ten rok od założenia firmy, to nie miało znaczenia, gdzie ja jestem, czy w Amsterdamie, czy w Warszawie, zlecenia przychodziły z różnych miejsc na świecie, więc przeprowadziliśmy się do Warszawy. Przez jakiś czas utrzymywałem firmę w Amsterdamie, a później założyłem działalność gospodarczą w Polsce. Mam jeszcze spółkę w Kanadzie.

Jak byłem na twojej stronie, to widziałem cztery adresy: Warszawa, Amsterdam, Toronto i Tokio.

Tak. W Toronto jest studio, z którym współpracuję, które mnie tam reprezentuje na projekty i zlecenia, jeśli mam projekt kanadyjski, to robię projekt w tym studiu. To jest bardzo fajne miejsce, tam się spotykamy, bo w Kanadzie jest trochę inaczej niż na świecie. W Kanadzie, jak się robi muzykę do reklamy, to producent, którym jestem ja, jest odpowiedzialny za wszystko. Muszę dobrać lektora, muszę dobrać muzykę, muszę być na sesji, gdzie nagrywamy lektora z klientem i z agencją reklamową, więc tam jest inaczej, tam muszę być na miejscu, więc jadę tam, jeśli mam duży projekt. W Amsterdamie nie muszę być, to jest takie wirtualne biuro, w Japonii tak samo. W Polsce mam małe studyjko, właśnie w nim jestem, tutaj w Mordorze. Tu nie chodzi o studiu, nie chodzi o wyposażenie, nie chodzi o meble, nie chodzi o pomieszczenie, tu tym biznesem jestem ja. Moich klientów nie obchodzi, gdzie jestem, czy jak to robię, czy mam ładne, czy nieładne ściany. Ufają, że jak wyślą mi jakiś problem, czyli film bez muzyki, ja im wyślę coś, co pasuje do tego filmu.

Super. Marki, dla których pracowałeś, nie tylko jako własna firma, ale też wcześniej, to między innymi Nike, Audi, Google, BMW, Heineken. Słyszałem, że robiłeś dźwięk dla kanadyjskiej reprezentacji olimpijskiej?

Tak, to już była moja firma. To akurat nasz pierwszy projekt. Nawet kilka razy robiłem olimpijskie rzeczy, nie tylko dla kanadyjczyków, ale też dla ekipy futbolowej Japonii. Ten pierwszy projekt dla olimpijczyków kanadyjskich, to takie świadectwo, że bardzo ważne jest utrzymywanie dobrych relacji z różnymi ludźmi w naszej branży. Trzeba mieć ludzi w swojej książce adresowej, ja to nazywam Rollo Dex

To takie karteczki na kołowrotku.

Tak. Im więcej mamy ludzi, którzy nas lubią i nam ufają, tym bezpieczniej możemy się czuć. Możemy liczyć na te relacje w jakiś sposób. W pierwszym miesiącu, jak odchodziłem z tej wielkiej firmy, która jest słynna na całym świecie, wszyscy ją znają, a ja z niej wychodzę. Nie tylko ja opuściłem wtedy firmę, tam był jakiś „exodus”. Opuściłem tę firmę i nie miałem żadnych projektów. Otworzyłem sobie taki spread sheet, wiedziałem, jakie mam koszty co miesiąc i założyłem, że co drugi miesiąc dostanę projekt minimum, czyli taki najniższy możliwy zysk. Czułem, że jakoś wytrwam, jeśli założę najgorszy scenariusz. Opuściłem to studio i już w pierwszy dzień dostałem telefon od słynnego kanadyjskiego reżysera, który został nagrodzony chyba każdą nagrodą, jaka istnieje, robi bardzo innowacyjne rzeczy, filmy i zdjęcia dla różnych marek. Zadzwonił do mnie, bo kiedyś współpracowaliśmy razem, jak jeszcze mieszkałem w Kanadzie, zapytał: mam ciekawy projekt, możesz mi pomóc? Odpowiedziałem, że chętnie, tylko że opuściłem właśnie Massive, więc mogę pomóc jako ja. Na co on mówi: dobra, jak wygląda twoje portfolio? Odpowiadam: nic nie mam we własnym portfolio. On reaguje pauzą i mówi: zajebiście, to będzie pierwszy kawałek w twoim portfolio.

Im więcej mamy ludzi, którzy nas lubią i nam ufają, tym bezpieczniej możemy się czuć. Możemy liczyć na te relacje

To był taki moment, kiedy uświadomiłem sobie, że właśnie najfajniejsi klienci, to są ci, którzy nie potrzebują, żeby twoja wizytówka była imponująca, żeby biuro miało fajne meble, żeby była jakaś dziwna weryfikacja. Wiedzą, że jesteś dobry i to wystarczy. Oni są na poziomie, ty jesteś na poziomie i na tym polega to zaufanie. Oczywiście, że gość nie ma portfolio, dzisiaj opuścił firmę, ale wiem, że ten człowiek jest taki sam jak do tej pory. Zaufał mi z tym filmem i dobrze wyszło. Ten film, pomimo tego, że ma już 2 lata, a tyle dokładnie minęło od czasu, kiedy opuściłem firmę i zacząłem własną, jest jedną z najlepszych i najbardziej komentowanych rzeczy w moim portfolio.

Wychodzisz z firmy i pierwszego dnia dostajesz fajne zlecenie, ale to jest, tak jak powiedziałeś, wynik tych poprzednich lat. To jest kwestia tego, że masz te bazy kontaktów i masz z nimi takie relacje, że wiesz, że oni ci nie pozwolą umrzeć, zawsze jakieś zlecenie, choćby minimalne, dostaniesz. Czy to wynika z twojego talentu? Czy wynika z twojego szczęścia? Z czego to się bierze, że masz ten spokój, że oni ci nie pozwolą zginąć?

Nie zawsze mam ten spokój, powiem ci szczerze, ale myślę, że to wynika z tych wszystkich rzeczy. Mam jakiś talent, I belong here, jeśli mogę tak powiedzieć, mam tu miejsce, nie muszę się obawiać, wiem, co robię, czuję się pewny w tym, co robię, ale nie mogę sobie zawdzięczać wszystkiego. Spotkanie wielu ludzi, których w życiu poznałem, to był zbieg okoliczności. Wierzę w to powiedzenie: The harder I work, the luckier I get, czyli „im ciężej pracuję, tym więcej mam szczęścia”. Wierzę w to. Zawsze będzie element szczęścia, nie chciałbym rozmawiać z przedsiębiorcą, który powiedziałby, ja na to wszystko zapracowałem. Myślę, że mądry, rozsądny przedsiębiorca, nawet ci najwięksi na świecie, muszą oddać hołd tej rzeczy, która się nazywa szczęście. To szczęście się pojawia, jak ruszamy, jak coś robimy. To jest skutek i przyczyna, to szczęście nie wyląduje na mnie, jeśli będę leżeć w łóżku i nic nie robić.

Mądry, rozsądny przedsiębiorca musi oddać hołd tej rzeczy, która się nazywa szczęście. To szczęście się pojawia, jak ruszamy, jak coś robimy. To jest skutek i przyczyna, to szczęście nie wyląduje na mnie, jeśli będę leżeć w łóżku i nic nie robić

Codziennie piszę maile do ludzi, żeby ich poznać, żeby spróbować się połączyć, a oni nie odpowiadają. Raz na jakiś czas, ktoś odpisze, spotykamy się, jeśli się polubimy, to idzie to dalej. Tak było z Tomkiem Bagińskim. Tomek Bagiński to jeden z najlepszych animatorów w Polsce, reżyser nominowany do Oscara, też wysłałem mu maila, odpowiedział. Spotkaliśmy się na herbatkę. To dzięki Tomkowi Bagińskiemu zrobiłem projekt Niezwyciężeni, który wyszedł rok temu, czyli 50 lat historii Polski w 3 minuty. W Polsce dużo nie robię. Jestem bardziej aktywny na zachodnim rynku, ale bardzo mi było miło zrobić ten projekt. Cały czas mi pokazuje rzeczywistość, bo pamiętaj, jestem fanem rzeczywistości, że im więcej pracuję, tym więcej mam szczęścia.

Zastanawiam się jeszcze nad tym relacjami międzyludzkimi. Czy robisz coś wyjątkowego, co sprawia, że ludzie ci ufają? Odnosisz się do nich w szczególny sposób? Czasami jest tak, że ktoś wchodzi do pokoju i od razu jest smród, od razu wiadomo, że to nie jest koleś, z którym chcemy się zadawać. Historia pokazuje, że ty budujesz fundament, wspinasz się po nim coraz wyżej. Pierwszego dnia, kiedy zacząłeś flirt z muzyką, nie mógłbyś liczyć na zlecenie od wielkich marek, to jest proces, do którego się dąży. Co robisz, że utrzymujesz się w tej branży 3 lata, bo to jest bardzo trudna branża.

Zawsze próbuję wypracować pewną odwagę. Takie wyzwanie, żeby pokazać klientowi, że nie będę robił tylko tego, co on mi każe, tylko że próbuję wnieść coś od siebie. W branży reklamowej jest bardzo ciężko, bo często agencje reklamowe chcą, żebyś wykonał to i to, nie musisz być twórczy, zrób to tak i tak. Ja nie chcę w ten sposób pracować. Nie chcę robić takiego biznesu, dlatego mniej współpracujemy z agencjami reklamowymi, a więcej z reżyserami. My jesteśmy takimi kucharzami. Reżyser wie, że może na mnie liczyć, jeśli chodzi o wniesienie czegoś do projektu, nie że on mi powie, co mam zrobić, tylko, że ja również poddam pomysł. W tej branży chodzi o to, że moja praca, będzie tak dobra, jak człowiek, z którym współpracuje. Muszę pisać do najlepszych, pokazać im, że nie będę się im podlizywać. Z drugiej strony, nie będę udawał, że wszystko wiem, ale umiem adaptować się do każdego człowieka, którego spotykam, dlatego że dużo czytam, dlatego że byłem w różnych środowiskach, w Kanadzie, w Amsterdamie, w Polsce, umiem zareagować na rzeczywistość, która się pojawia. Jeśli muszę zrobić bardziej kanadyjski projekt, jestem bardziej kanadyjski, jeśli muszę być bardziej polski w Kanadzie, bo to jest egzotyczne, to będę bardziej polski w Kanadzie.

Nie udaję kogoś, kim nie jestem, ale jest dużo barw, dużo warstw, więc umiejętnie się nimi posługuję. To jest podstawowa rzecz, lubię rozmawiać z ludźmi, szanuję dobrych rzemieślników, bardzo lubię, jak ktoś robi coś bardzo dobrze w biznesie, w twórczości, czy w sztuce. Ja chcę te osoby znać, chcę z nimi przebywać. Tak było z Marcinem Osmanem, słyszałem go w twoim podcaście, lubię charyzmę, aurę i mądrość, która wychodzi z tego człowieka, jego pasję, chcę się z nim spotkać. Tak zrobiłem i tak robię zawsze. Codziennie piszę do ludzi, których nie znam, to jest bardzo dobry rytuał, taki nawyk. Nie pisać nudnego maila, bo nie chcecie takiego dostać od kogoś, kogo nie znacie, to przecież jest suicide [śmiech]. Najważniejsze jest to, że trzeba się cały czas sprzedawać, że bez sprzedaży nie ma firmy. Ludzi paraliżuje słowo sprzedaż, myślą: jak ja mogę dzwonić do kogoś, kogo nie znam i coś oferować. Tu nie chodzi o ofertę, myślmy długofalowo, za 5 lat będziemy mieli klientów, którzy z nami współpracują od lat, ufają nam, lubią nas, współpracują z nami i zarabiamy kasę, to jest niesamowita wizja, ale ta wizja jest możliwa. Zamiast myśleć o sprzedaży, że muszę sprzedać podczas pierwszego telefonu, czy w pierwszym mailu, pomyślmy, jak byśmy pisali do kogoś, z kim chcemy się przyjaźnić. Zacznijmy od tego.

Myślmy długofalowo – za 5 lat będziemy mieli klientów, którzy z nami współpracują od lat, ufają nam, lubią nas, współpracują z nami i zarabiamy kasę, ta wizja jest możliwa. Zamiast myśleć o sprzedaży, że muszę sprzedać podczas pierwszego telefonu, czy w pierwszym mailu, pomyślmy, jak byśmy pisali do kogoś, z kim chcemy się przyjaźnić

Bardzo dobre pytanie. Jak byś napisał do kogoś, z kim chcesz się przyjaźnić? To nie jest takie proste, chcesz komuś coś sprzedać, to jest łatwe, mówisz to jest moja oferta, czy chcesz kupić? Mówisz, żeby nawiązywać relacje z ludźmi, którzy robią coś dobrego, których za coś możemy podziwiać, to są ludzie bardzo zajęci, więc jak to zrobić?

Pierwsza rzecz: jak powiększa się nasze grono znajomych i klientów, to mamy dostęp do ich znajomych, więc zawsze warto spytać, czy możesz mnie zapoznać z tą osobą, jeśli wiemy że ktoś ją zna, bo kontakt z polecenia zawsze będzie lepszy niż zimny kontakt. Zawsze lepiej poznać się przez kogoś. Podam ci przykład, co piszę do człowieka, którego nie znam, który robi fajne rzeczy i nikomu nie odpowiada na maile. Mam takiego maila, którego wysyłam bardzo często i on działa. Piszę tak: „słuchaj, nie znamy się, myślę że warto by było się poznać, bo nie wiesz, co się może stać, jeśli uściśniemy sobie ręce”, załączam fotkę Nixona i Presleya, jak ściskają sobie ręce. Możemy zmienić świat. Koniec i wysyłam. To jest tak luźne, w pewnym sensie naiwnie bezczelne, ale niegroźne i odważne. Od czasu do czasu dostaję odpowiedź, którą może być hallo albo funny i to mi wystarczy na pierwszy kontakt. Budujesz swoją reputację. Możesz brzmieć jak wszyscy inni, czyli „hallo Bob, ja robię to i to”, mówią o sobie, czy spotkasz się ze mną z moich powodów, a nie z twoich. To oni muszą zadecydować. Zawsze robię research, jeśli widzę, że ktoś poważnie się traktuje, czyli życiorys jest taki, że nie robi dużo dowcipów, to nie zrobiłbym czegoś takiego, ale większość twórczych ludzi ma dystans do siebie, wolę takich ludzi, więc takie zdjęcie wysyłam albo próbuję innej sztuczki, próbuję coś śmiesznego napisać i to działa.

Trafiasz na sztywniaka, to piszesz do niego maximize shareholder value i też jest dobrze [śmiech].

Już nie chcę być w tym świecie i pisać takich rzeczy. To naprawdę powinno być karane. To jest objaw głębszego problemu, kiedy ktoś tak mówi. Wymówka od prawdziwego myślenia. Jak ktoś myśli, to może ci powiedzieć to samo, ale w jakiś nowy, swój własny sposób. To jest zawsze dla mnie zachwycające, jak ktoś mi powie coś, co jest oczywiste, ale w sposób, którego jeszcze nie słyszałem.

To był taki moment, kiedy uświadomiłem sobie, że właśnie najfajniejsi klienci, to są ci, którzy nie potrzebują, żeby twoja wizytówka była imponująca, żeby biuro miało fajne meble, żeby była jakaś dziwna weryfikacja. Wiedzą, że jesteś dobry i to wystarczy

Były w twoim życiu takie momenty, mówiłeś o tym, jak byłeś właścicielem studia w Toronto, a później wykonałeś krok wstecz, można powiedzieć, albo byłeś w Kanadzie i przeniosłeś się do Łodzi, czy masz takie uczucie, że twoje życie, to jest ciągłe wspinanie się po szczeblach drabiny, czy jednak nie do końca o to chodzi, żeby za wszelką cenę przeć do przodu?

Myślę, że w jakimś sensie to jest wspinanie się. To nie ja świadomie zniechęcam się do czegoś. Nagle mam taki szept od duszy: wiesz, że stać cię na więcej, wiesz, że już jedziesz na cruise control, czyli jest wygodnie, przychodzisz i robisz codziennie to samo.

Na autopilocie.

Tak, na autopilocie. Trafna jest, w tym sensie analogia, że trzeba się wspinać do góry, ale nie mówię o takim wspinaniu się the walking dead zombie, że cały czas biegniemy za sukcesem, który świat nam pokazał. To jest sukces, wszyscy tego chcą i ty też leć za tym. Myślę, że trzeba dużo czasu spędzić samemu, myśląc, weryfikując, czy nasza wyobraźnia faktycznie coś zdziałała w rzeczywistości, czy mamy efekty, czy mamy rezultaty, czy świat pokazał nam, że na tej drodze umiemy coś robić, a jeśli nam pokazał, to czy w naszym sumieniu nie pojawia się, coś co skłania nas, żeby wytoczyć sobie nowy cel, czy spróbować czegoś nowego. Myślę, że to się pojawi jeszcze w moim życiu, że będą takie momenty, kiedy poczuję, że trzeba zamknąć rozdział i zacząć następny.

Skoro ty masz takie pięcioletnie interwały, to za 3 lata znowu będzie jakaś rewolucja.

Nie mogę się zwolnić z pracy, bo jestem szefem, więc nie wiem, jak by to działało.

Możesz sprzedać firmę, możesz zamknąć, są różne możliwości.

Jeśli chodzi o reklamy i robienie muzyki dla marek, to bardzo dobry sposób na utrzymanie mojej rodziny, więc to będę kontynuował. Jestem w tej dziedzinie już ponad 10 lat i dużo zrobiłem, czuję się bardzo pewny i już mi brakuje rozwiązywania trochę innych problemów, nie tylko dźwiękowych, ale myślenia na rzecz poprawienia czegoś, zbudowania czegoś, czy użycia swoich sił, żeby zrobić coś fajnego na świecie. Zaczynam myśleć o działalności pozamuzycznej, już ku temu robię małe kroki, myślę że niedługo pojawią się zmiany.

To brzmi intrygująco. Jeszcze jest za wcześnie, żeby coś zdradzać?

Mogę ci powiedzieć, jakie kroki konkretnie podejmuję. Fascynuje mnie technologia i internet. Fakt, że można mieć zasięg do tylu osób, że można wpłynąć na te osoby, nie wychodząc ze swojego biura, czy domu. Myślę, że niekorzystanie z tego byłoby niemądre. Żyjemy w takim świecie, gdzie nie można liczyć już na miłosierdzie szefa, czy dużej firmy, bo nawet duże firmy i duże marki, mają kłopoty. Myślę, że bardzo rzetelne by było z naszej strony, żeby pomyśleć o swoich talentach, umiejętnościach i historii życiowej, jak możemy użyć tego, żeby pomóc innym osobom.

Pierwszy projekt, nad którym zacząłem pracować, to jest kurs internetowy. Nazywa się Making music for brands, czyli uczę muzyków, jak wejść w branżę robienia muzyki dla marek. Zacząłem od prostego landing pagelead magnet: „7 sposobów na zarabianie muzyki dla marek”. To jest dla ludzi, którzy, tak jak ja kiedyś, nie zdawali sobie sprawy, że można przeżyć jako muzyk. Nie trzeba opuszczać studia, ale trzeba pomyśleć o tym nowym świecie, a nie o sprzedawaniu płyty czy jakichś tantiemów ze Spotify, które są tak małe, że nikt na tym nie wytrwa, chyba że się jest naprawdę wielką gwiazdą. Czy jest jakaś nadzieja dla ludzi, którzy mają talent muzyczny, umieją komponować, a nie chcą być artystami na scenie? Uświadamiam ludzi na temat tej branży, w której jestem, więc na razie zbieram maile, buduję swoją listę mailingową. Już mam 400 osób, które pobrały lead magnet.

Nauczyłem się sporo o biznesie internetowym, wszyscy mówią, nie buduj nic, póki nie zweryfikujesz, że jest wystarczająca ilość osób, które na to pójdą. Pierwszy krok to zweryfikowanie mojej listy mailingowej, opowiedzenie swojej historii, nauczenie ludzi pewnych rzeczy, jakiś wstęp do tematu, a potem spytam wprost: czy jeśli zrobiłbym kurs, który uczy was, krok po kroku, jak się robi reklamy, z kim się skontaktować, w jaki sposób, czy kupilibyście to? Zobaczymy, co na to powiedzą.

Drugi projekt, to coś w stylu konsultingu, czyli ludzie będą mogli ze mną współpracować, a ja im pomogę w tym, by zamienić swój talent na jakąś działalność. To może być dla ludzi, którzy pracują teraz w korpo, którzy chcą z niego wyjść, zawsze wyobrażali sobie, że będą robili coś innego albo dla młodych osób, które są w szkole i nie zamierzają iść do korpo, ale mają talent artystyczny, umieją tworzyć, ale nie znają się na tej stronie biznesowej. To by sprawiło mi dużo satysfakcji, gdybym miał większy bezpośredni kontakt z ludźmi i był w stanie swoją wiedzą, doświadczeniem pomóc im podjąć jakieś konkretne kroki, siłować się z tymi obawami, z lękiem, bo ja to wszystko dobrze znam, tak jak wielu przedsiębiorców. My to wszystko dobrze znamy, to jest bardzo pomocne dla osoby, która po raz pierwszy wyrusza w tą podróż, w ten ciemny las.

Bardzo ciekawy projekt. Obydwa pomysły są ciekawe. Często ze słowem artysta kojarzy się zwrot „głodujący artysta”, jest rzeczywiście takie poczucie, że ludzie kreatywni, którzy tworzą muzykę, dzieła sztuki, to są ludzie, którzy przymierają głodem, bo oni są skupieni na tym, żeby tworzyć dzieło, ale kompletnie nie mają pojęcia o tym, jak jest w biznesie, nie radzą sobie z tym, są odklejeni od rzeczywistości finansowej. Oczywiście, to jest stereotyp, który bardzo często nie ma potwierdzenia w rzeczywistości. Taka wiedza, ta pomoc jest bardzo cenna. Życzę ci powodzenia w tych projektach. Dzięki, że mieliśmy okazję porozmawiać. Trzymam kciuki. Mam nadzieję, że świetne rzeczy z tego wyjdą.

Dzięki również. Dziękuję ci, że stworzyłeś ten podcast.

Z przyjemnością.

Gdybyś nie zrealizował tej idei, to by była pewna luka, a tak to ludzie się połączyli, poznałem Marcina. Myślę, że twój podcast inspiruje wielu ludzi, to jest taki praktyczny przykład czegoś, co nie istniało, a teraz istnieje. Efekty są w rzeczywistości. Rzeczywistość zmieniła się. Było przed, a teraz jest po. To jest dla mnie fascynujące, że można coś stworzyć, przenieść ciężką pracą w rzeczywistość, po czym to stoi, ludzie się o to potykają i to zmienia im życie. Także, też ci dziękuję. Pozdrawiam wszystkich

Dzięki wielkie za miłe słowa, za rozmowę, jeszcze raz powodzenia!

Dzięki, cześć!

Zobacz wersję do czytania

Cześć Tommy.

Cześć.

Drugi raz mam w podcaście gościa, do którego zwracam się obcojęzycznym imieniem, ale będziemy rozmawiać w dalszym ciągu po polsku.

Będę się starał.

Zaczynam zawsze od pytania: Co czytałeś? Ale w twoim przypadku, powinienem zapytać, czego ostatnio słuchałeś. Trzymajmy się starej reguły, czyli co ostatnio czytałeś?

Ja o wiele więcej czytam, niż słucham, dlatego, że potrzebuję swoich uszu do pracy, więc próbuję je oszczędzać pod koniec dnia. Bardzo lubię słuchać, ale uszy muszą odpocząć. Słucham też dużo audiobooków, bo ciężko się czyta książkę, myjąc naczynia. Ostatnia książka, która zrobiła na mnie wrażenie – bo ja bardzo dużo czytam, ale coraz mniej książek robi na mnie wrażenie – to była Deep work i autorem jest Cal Newport, profesor Computer Science ze Stanford. Myślę, że ta książka jest bardzo ważna dla ludzi, którzy pracują umysłem. Postawiona jest w niej teza, że dzisiaj bardzo łatwo pomylić rzeczy ważne z nieważnymi. Jeśli ktoś prowadzi bloga i widzi, że ma 1000 lajków, to mu się może to utożsamić z faktem, że zrobił coś ważnego. To niekoniecznie musi być prawdą, dlatego że tematy się powtarzają, ludzie siebie kopiują, jest bardzo mało oryginalnych, ciekawych myśli. Aby być w stanie zrobić oryginalnego, ciekawego, trzeba się odciąć od internetu i zagospodarować sobie czas tak, żebyśmy mogli to zrobić. Myślę, że ta książka jest mega ważna dla każdego, kto tworzy, kto myśli i buduje z tego biznes.

Deep work Cal Newport – słyszałem o tej książce, po twojej rekomendacji na pewno chętnie po nią sięgnę. Dzisiaj mamy trochę nietypowe spotkanie, zazwyczaj wywiady MWF są narzędziowe, praktyczne, natomiast z tobą chciałem pogadać o tym, co przeżyłeś, co doprowadziło cię do miejsca, w którym jesteś teraz. Chciałbym zacząć od definicji z Wikipedii, bo może nie każdy orientuje się w topografii Kanady. Bay Street to ulica w Toronto w Kanadzie, w dzielnicy Financial District. Znajduje się tu ponad 25 wieżowców, mieszczących siedziby wielkich korporacji, gigantyczne domy towarowe, a także kanadyjskie giełdy papierów wartościowych, z największą Toronto Stock Exchange. Skąd się tam wziąłeś? Jak tam dotarłeś? Co sprawiło, że cię tam poniosło?

Bay Street po raz pierwszy się pojawiło u mnie, jak byłem jeszcze w liceum i szukałem dorywczej pracy na lato.

Powiedz, gdzie chodziłeś do liceum?

Chodziłem do takiej szkoły, która nazywa się Brebeuf College. To była szkoła tylko dla chłopaków, pełny mundur, nie była prywatną szkołą, ale była z wyższej półki, na poziomie. Szukałem pracy na lato, złożyłem aplikację do siłowni, która się nazywa Good Life Fitness, coś podobnego jak Zdrofit albo Calypso w Polsce. Siłownia ta znajdowała się w jednym z wieżowców na Bay Street. Jako osiemnastolatek byłem zahipnotyzowany, pod wielkim wrażeniem tych wieżowców i ludzi, którzy wyglądali, jakby szli na coś bardzo ważnego i sami byli bardzo ważni. To na nastolatku zrobiło wielkie wrażenie. Zapomniałem o tym zupełnie, skończyłem nauki polityczne na Uniwersytecie York University w Toronto.

Rodzina chciała, żebym był prawnikiem, pracowałem w kancelarii prawniczej. Kiedy przyjaciel rodziny zaprosił mnie tam do pracy na lato, zdałem sobie sprawę, że nie mogę tego robić, to nie jest takie jak w serialu Law and order, czy Judge Judy. Tam jest wszystko, dramat, humor, przygoda, wielka kasa, ale w rzeczywistości jest inaczej. Może wielka kasa jest, ale powiem szczerze, że w przeciętnej kancelarii prawniczej dużo się nie dzieje, oprócz drukowania wielu dokumentów, zmieniania dat, imion i nazwisk, podpisywania się za dobre pieniądze. To mi zupełnie nie pasowało. Skończyłem te studia i myślę: co ja będę robił? Tak, jak wielu ludzi, którzy nie wiedzą, co mają zrobić po studiach z nauk politycznych, wylądowałem w banku – dokładnie w tym budynku, w którym kiedyś byłem jako nastolatek i robiło to na mnie wielkie wrażenie. Jak dostałem tę pracę, to też byłem podekscytowany, zadowolony, miałem niesamowitą wizytówkę z bardzo długim executive title, byłem bardzo dumny z tego, że mogę to pokazać rodzinie, że ich obawy nie były słuszne, bo jestem w wielkim kanadyjskim banku, największym w Kanadzie, mam krawat, piękny garnitur, jeżdżę windą na 37. piętro, mam swoje biurko – jak w filmie.

Długo tam pracowałeś?

Pracowałem w banku przez 5 lat. Przez pierwsze 2 lata byłem w startupie, który zainicjował bank, nazywał się TD Market Side. To był bardzo duży kanadyjski bank TD, w Ameryce też się teraz pojawili. Wtedy zaczęli startup, który miał polegać na przeprowadzaniu aukcji internetowych na bardzo duże zakupy. Bank potrzebuje codziennie kilku ton papieru, więc pierwszy ich projekt to zrobienie aukcji internetowej, żeby znaleźć dostawcę tego papieru. Pracowałem tam 2 lata, było ciekawie, bo to nie był typowy klimat bankowy, a potem firma splajtowała i przenieśli mnie do banku. Tam zacząłem się zastanawiać, czy to jest naprawdę mój klimat? Żyłem podwójnym życiem, dlatego że w nocy byłem DJ-em w znanych klubach, pracowałem od czwartku do niedzieli do czwartej, piątej nad ranem w klubie, a rano zakładałem garnitur i szedłem do banku. Zaczynałem się zastanawiać się, czy to naprawdę jest mój klimat, coś w duszy zaczęło mi szeptać, że trudno będzie sobie wyobrazić całe życie tutaj.

Mogę sobie wyobrazić, że poniedziałkowe poranki były dosyć ciężkie po takim nocnym maratonie.

Bardzo ciężkie. Widziałeś film Office Space?

Nie.

Jest taki film Office Space, kultowy film Mike’a Judge. Ten twórca zrobił taki nowy serial na HBO Silicon Valley, też bardzo śmieszny. Miałem dokładnie takie sceny, gdzie od poniedziałkowego poranka coś się nie udaje, drukarka nie drukuje, czy siódma osoba podchodzi powiedzieć coś, co już sześć innych ci powiedziało. Jest taka scena w tym filmie, gdy ktoś podchodzi i mówi It sounds, like you have a case of the Mondays, do kogoś, kto jest zdruzgotany tym, że siedzi przy tym biurku, w firmie, której nie lubi, z karierą, którą nie za bardzo się pasjonuje i jeszcze słyszy takie teksty. Miałem coś podobnego. Ludzie przychodzili do mnie i mówili Hey, Tommy Z, how was the club? Little DJing on the weekend? Yes Bob, DJing on the weekend. Wszyscy myśleli, że jestem taki fajny, bo w weekendy gram w klubach, a ja już myślałem, że nie wiem, czy wytrwam, bo to nie jest mój klimat.

Zacząłem chodzić sfrustrowany i wkurzony, miałem bardzo mało cierpliwości. Jak się spotykaliśmy na cotygodniowym meetingu, czy był conference call, to zauważyłem, że ludzie w banku, czy dużej korporacji, zamieniają się w automaty, roboty, wszyscy się pacyfikują, wszystko jest ok, jeśli będziesz mówił w tym języku. Powiesz as long as we’re maximizing, all synergize albo we must make sure to leverage all available synergies, albo it’s all about shareholder value.

Takie gadanie okrągłych słów, które niewiele znaczą.

Dokładnie. Byłem już taki sfrustrowany, bolało mnie to, że większość tych ludzi rzuca puste frazesy, a my nic nie robimy. Zacząłem się pytać na tych spotkaniach: „Bob, o co ci chodzi, jak mówisz maximize shareholder value?”. Oczywiście, że próbujemy maximize shareholder value, próbujemy zrobić tak, żeby inwestorzy i właściciele akcji bankowych byli zadowoleni, a nie, żeby nie byli zadowoleni, więc nie trzeba tego powtarzać 10 razy dziennie, tylko przejść do konkretów, jak to zrobimy. Z tej frustracji, zacząłem rozmawiać z ludźmi. Wiceprezydent, któremu się raportowało, powiedział: tu mamy leadership material, to konkretny, pragmatyczny, praktyczny koleś. Zacząłem awansować i dostawać podwyżki. Zamiast wychodzić z banku, to wchodziłem coraz głębiej w tę strukturę. Na początku to było ok, ale zdałem sobie sprawę, że jednak to nie jest miejsce dla mnie. Zarabiałem już dość dobrze i miałem dobrą posadę, przyszłość dobrze wyglądała, a jednak to wszystko rzuciłem.

Czy było takie jedno wydarzenie, które przelało czarę goryczy, że stwierdziłeś: nie, dość! Czy te możliwości, które pojawiały się poza bankiem, stały się na tyle atrakcyjne, że to była taka chłodna kalkulacja?

Byłem w banku 5 lat, a w trakcie trzeciego, czy czwartego roku, postanowiłem, że zacznę rozwijać swoją działalność muzyczną. Miałem wtedy przyjaciela, z którym zacząłem robić muzykę, otworzyliśmy studio, nie wiedziałem, dokąd to będzie zmierzać, ale stało się coś takiego, co pokazało mi nową drogę, którą mogę uciec od banku. Miałem kolegę, który pracował w reklamach. Powiedział: słyszałem, że grasz, czy zagrałbyś na gali premiery X-Boxa? To była światowa premiera X-Boxa, więc powiedziałem, że bardzo chętnie. Duży namiot i bardzo fajny event. Po tej imprezie zapytał: ty też robisz muzykę, prawda? Coś komponujesz, produkujesz? Powiedziałem że tak, coś tam dłubiemy w studiu. On powiedział: słuchaj, mam taką reklamę do Pontiaca Aztek. To jest prawdopodobnie najbrzydsze auto na świecie.

O przepraszam, najbrzydsze to jest Fiat Multipla i nikt mu tego nie odbierze [śmiech].

Wyobraź sobie, że ktoś ci proponuje skomponować muzykę do reklamy najbrzydszego auta na świecie. Ja byłem zachwycony, ale nie wiedziałem, jak to się wszystko odbywa. Zrobiłem tę muzykę, były poprawki, to wszystko zajęło jakieś 3 dni, po miesiącu dostałem czek, który był wart moje 3-4 miesięczne pensje w banku, a to były 3-4 dni w studiu. To mi pokazało, że jednak jest droga, która nie wymaga, żebym był głodnym, bezdomnym artystą i próbował sprzedawać single za dolara, czy za centy, że istnieje świat, w którym można siedzieć w studio, robić muzykę i jest ktoś, kto ma na tę muzykę pieniądze. To jest świat, którego nie znałem, ale to jest ten świat, który pokazał mi jak wyjść z banku i nie być bezdomnym, nie umrzeć głodu.

Rozumiem, że takie zlecenie jak muzyka do reklamy, zwłaszcza kiedy jeszcze pracowałeś w banku, a nie miałeś czasu na aktywne poszukiwanie klientów, to może się trafić raz na jakiś czas, taki złoty strzał, dostajesz zlecenie, 3 dni pracy, fajne pieniądze, ale trudno to traktować jako stabilność dochodu. Nie bałeś się tego, że rzucisz ten bank i zostaniesz na lodzie?

Nie bałem się i to był mój największy problem. Nie spojrzałem na to trzeźwo [śmiech]. Wyszedłem z banku i liczyłem na to, że będzie więcej zleceń. Mój kolega od reklam zmienił pracę i zaczął pracować dla stacji telewizyjnej, więc już nie miał dla mnie żadnych zleceń. Myślałem, że wystarczy zadzwonić do agencji reklamowej, powiedzieć: skomponuję wam muzykę do reklam. Zacząłem tak robić i nikt do mnie nie napisał, nikt do mnie nie oddzwonił przez wiele miesięcy i pojawił się problem. Cieszę się z tego, że opuściłem bank, ale nie było łatwo wejść w tę branżę, bo nie rozumiałem, jak wygląda anatomia projektu, kto jest odpowiedzialny, do kogo trzeba się zgłosić i w jaki sposób.

Miałeś wtedy jakieś źródło dochodu? Czy zarabiałeś ciągle jako DJ?

Wtedy jeszcze grałem jako DJ i to był bardzo dobry dochód, tylko on mógł się skończyć w każdej sekundzie. To nie był pomysł na życie. W Toronto jest tak, że znam wielu, bardzo znanych DJ-ów, na których patrzyłem jak na gwiazdy, a dzisiaj możemy ich znaleźć w Apple Store, wszyscy pracują jako technicy w sklepach Apple. Już wtedy wiedziałem, że na dłuższą metę nie mógłbym być DJ-em. Szukałem kariery związanej z muzyką. Z bankiem było tak, że oni mieli mnie przenieść na inne stanowisko, bo tam często się przenosi ludzi i było akurat tak, że mogłem wziąć odprawę, za to że ten dział był likwidowany. Wszyscy powiedzieli, że chcą być przeniesieni do innego działu, ja byłem jedynym, który powiedział: biorę, co mi się należy za te 5 lat i sobie idę.

5 lat?

Pracowałem 5 lat, czyli dostałem severance, czyli odprawę, za każdy miesiąc pracy.

Na jak długo wystarczają takie pieniądze?

Już teraz nie pamiętam.

Bardziej na miesiąc czy na rok?

Miesiąc za rok pracy, czyli mniej więcej 5 miesięcy.

Odchodzisz z banku, bo likwidują ten dział, bierzesz te pieniądze, masz kasę na pół roku życia, nie masz stałego źródła dochodu, wiesz, że bycie DJ-em, nie jest stabilnym zajęciem, kontaktujesz się z agencjami, zlecenia za tym nie idą i co robisz?

Wtedy miałem sytuację awaryjną, myślałem: czy ja naprawdę będę musiał wrócić do banku? Straszna porażka. Miałem koleżankę w banku, rozmawiałem z nią i powiedziałem jej o tym problemie, że dzwonię do agencji reklamowych, nie mogę wystartować, nic się nie dzieje. Powiedziała: słuchaj, mam kolegę od agencji reklamowej, jednej z najlepszych w Toronto – zadzwoń do niego, on się z tobą spotka i zobaczysz. Tak zrobiłem, zadzwoniłem do niego, spotkaliśmy się na kawę, a on powiedział, że wszystko robię źle. Po pierwsze, agencja reklamowa, nigdy z indywidualnym kompozytorem nie będzie miała nic do czynienia. Agencje reklamowe, gdy potrzebują muzyki do reklamy, dzwonią do studia muzycznego. Są studia muzyczne, domy produkcyjne, które robią tylko muzykę i dźwięk do reklam. Każde studio ma swoich kompozytorów, tam się zgłasza agencja reklamowa. Oni są odpowiedzialni za całość, więc jeśli chcę, żeby coś się ruszyło, to mam przestać dzwonić do agencji reklamowych jako kompozytor, a iść do domów produkcyjnych.

Tak zrobiłem, wysłałem swoje kawałki – które myślałem, że nadają się do reklam – do studiów w Toronto. Z dziesięciu studiów odpowiedziało trzy. Jedno studio powiedziało: ciekawa muzyka, może jej użyjemy, może nie, ale nigdy nie możesz powiedzieć, że to ty zrobiłeś, bo to będzie nasz kredyt, a nie twój. Nigdy o nich nie usłyszałem. Drugie studio, zaprosiło mnie na kanapę i wypytało mnie o wszystko, ale tak naprawdę nie było żadnej, konkretnej oferty. Trzecie studio, które akurat nie było uważane za jakieś fajne studio, już takie podstarzałe, oni we mnie zobaczyli nadzieję: mamy młodego człowieka, jest ambitny, wygląda jakby był twórczy, fajną robi muzykę, więc może zaczniemy z nim współpracę, po to, żeby nam znalazł zlecenia, żeby nas odnowił. I tak się zaczęło.

Zaoferowali mi pensję, która była śmieszna, w porównaniu z tym, co zarabiałem w banku, powiedzieli: idź szukać zleceń, jeśli znajdziesz, to możesz produkować. Powiedziałem, że nie wiem jak, nie mam pojęcia, jak się produkuje. Wiem, jak skomponować muzykę, ale nie wiem, jak być odpowiedzialnym za całość. Nie martw się, mówi właściciel, ja cię nauczę. Poprowadził mnie za rękę, nauczył mnie, jak to wszystko działa. Bardzo szybko się nauczyłem, jak ogarnąć wszystko od początku do końca, jeśli chodzi o produkcję dźwięku i muzyki do reklam. Rozwinąłem biznes i 2 lata później, ten właśnie człowiek, który mnie najął, powiedział: mam dosyć, sprzedaję studio. Miał piękne studio, gdzie Alanis Morissette nagrała dwie płyty. Powiedział: mam kupca z Montrealu, on mi oferuje tyle i tyle. Ja i jeden kolega, który również pracował w studiu, podjęliśmy decyzję, że musimy na to „skoczyć”, bo nie wiadomo, co się stanie z firmą, możemy stracić pracę, więc powiedzieliśmy, że też chcemy uczestniczyć w targu o to studio. Nie zależało nam na firmie, bo firma to jest produkt właściciela. Do tej spółki należało też studio, posiadłość, ziemia, więc nie kupowaliśmy niewidzialnej tożsamości firmy, ale kupowaliśmy majątek trwały.

Czyli nie tylko know-how, ale też majątek trwały firmy.

Tak. Zapożyczyliśmy się. Udało się kupić to studio i po 2 latach pracy w studiu byłem jego właścicielem. To mi pokazało, że gdy człowiek wybiera taką drogę, która jest dla niego wyznaczona, gdzie korzysta ze swoich magicznych sił w branży, do której się czuje powołany, to bardzo szybko wszystko się weryfikuje. Człowiek się przyzwyczaja, pracując w korpo, że może poprosić o podwyżkę co 2 lata, że by przejść z jednego stanowiska na drugie, trzeba poczekać 3 lata, bo taka jest procedura. W świecie biznesu nie ma takich rzeczy. Można osiągnąć niesamowity sukces w rok, może nawet mniej albo niesamowitą porażkę w 6 miesięcy. Tutaj jest większa niewiadoma, ale jedną rzecz, którą wiem, to jest to, że trzeba zmierzać właśnie do tego miejsca, gdzie człowiek czuje się pewny siebie i swoich talentów.

Trzeba zmierzać do tego miejsca, gdzie człowiek czuje się pewny siebie i swoich talentów

Gdy oglądałem Wall Street, bardzo mi się podobało, gdy Michael Douglas, mówi greed is good. Potem widziałem Bay Street, czyli kanadyjską wersję Wall Street, ale to było wszystko zewnętrzne, to było coś, co widziałem w filmie, myślałem, że to jest fajne, ale to nie pochodziło z wewnątrz. Trzeba czuć, że gdzieś się należy, że zamiast garnituru, wolę nosić to, co chcę i nie martwić się o to, jaką mam wizytówkę, jak się ubieram i czy powiem shareholder value podczas spotkania, czy zrobiłem coś konkretnego, czy to coś działa i czy to coś można sprzedać. To dla mnie jest najważniejsze.

Byłeś DJ-em, kompozytorem, producentem, mówiłeś, że właściciel, kiedy cię zatrudniał, mówił, że będziesz sprzedawał to, co będziesz robił. Później zostałeś właścicielem studia. Każda z tych ról wymaga innych umiejętności. W którym momencie poczułeś, że to jest coś twojego? Co cię pchało do przodu? Można być świetnym kompozytorem, ale nie chcieć być producentem albo być producentem, ale nie chcieć być właścicielem studia. Nie czułeś czegoś takiego, że może to jest trochę daleko? Może się świetnie odnajdujesz w tym miejscu, w którym jesteś teraz i nie chcesz iść dalej?

Wtedy tego nie czułem i byłem trochę naiwny. To była jedyna opcja, jeśli chodzi o studio. Kolega, który zainicjował ten pomysł, powiedział: potrzebuję cię, bo jesteś dobrym sprzedawcą. Nie byłem gotowy, żeby być właścicielem, wtedy nie wiedziałem dokładnie, co to znaczy i to przyniosło bardzo dużo stresu – wiedza, że się zapożyczamy na milion dolarów, zabezpieczone przez posiadłość i tę ziemię, którą kupiliśmy. Jednak do tego trzeba dojrzeć, ale nigdy człowiek nie dojrzewa, dopóki czegoś nie zrobi.

Tak, ale inaczej jest jak budujesz coś krok po kroku, a inaczej, jak wsiadasz na tego przysłowiowego konia i kupujesz biznes, który już hula, i musisz to wszystko ogarnąć.

Tak. Nasz biznes do tego nie hulał, było tak, że ta marka była już przestarzała, musieliśmy ją odnowić, musieliśmy zwiększyć obroty o 400.000 $ rocznie, żeby był jakiś zysk. To nie było łatwe, bardzo zmęczyły mnie te 3 lata, a poza tym, nie miałem dobrych relacji ze wspólnikiem i tu się nauczyłem następnej rzeczy. Peter Thiel, czyli bilioner i założyciel PayPala, mówi, że lepiej jest szukać wspólnika wśród ludzi, których lubisz, z którymi możesz siedzieć w jednym pokoju i przechodzić przez tragiczne, piękne albo wesołe chwile, żeby miło razem spędzać czas. Mój pierwszy wspólnik, to nie była osoba, z którą łatwo mogłem się dogadać. Niby uzupełnialiśmy się, bo on był technikiem, inżynierem dźwięku, ja byłem takim twórczym sprzedawcą, ale jednak bardzo dużo energii się spala, próbując dogadać się z kimś, z kim nie przychodzi ci to naturalnie.

Lepiej jest szukać wspólnika wśród ludzi, których lubisz, z którymi możesz siedzieć w jednym pokoju i przechodzić przez tragiczne, piękne albo wesołe chwile, żeby miło razem spędzać czas

Tego błędu już nigdy bym nie popełnił w życiu, by założyć spółkę z kimś, z kim nie spędzam czasu tak jak z przyjacielem. To jest moja rada. Jedna z rzeczy, na które może sobie pozwolić przedsiębiorca, to jest ustalenie swoich zasad, jaką masz filozofię pracy i życia. Ja ustaliłem sobie po tym doświadczeniu, że jeśli kiedykolwiek będę miał wspólnika lub osobę, którą zapraszam do współpracy, to muszę się z nią dobrze czuć, to musi być taka osoba, z którą mogę otworzyć butelkę wina w domu i możemy miło spędzić czas, to jest bardzo ważne, bo w każdym biznesie będą problemy i trudności. Wolę przejść te trudności z żołnierzem, który jest moim przyjacielem, niż z kimś, z kim nie mogę siedzieć w okopach. Dość, że kule gwiżdżą, bomby spadają, to mam jeszcze kolesia, który mnie irytuje. Myślę, że można sobie ułatwić życie, dobierając sobie ekipę, z którą się łatwiej gada.

Widzę tutaj dwa ryzyka. Ciekawy jestem, co ty na to. Jedno ryzyko jest takie, że jeżeli bardzo się z kimś przyjaźnisz, to jest tak, że jara was samo rozmawianie o tej firmie, nakręcacie się nawzajem. Natomiast działanie kuleje, bo się super rozmawia, że aż szkoda pójść w czyny. Druga sprawa jest taka, że trudno jest utrzymać dobre, kumpelskie relacje, kiedy pojawiają się pieniądze. Z jednej strony może to być dużo pieniędzy, którymi trzeba się podzielić, a nie zawsze jest poczucie, że obydwie strony pracują tak samo ciężko albo pojawiają się problemy finansowe. Wspólna praca nad firmą to jest pewien ideał, ale bardzo ciężki do utrzymania.

Zgadzam się, że nie wystarczą dobre relacje. Zakładam, że jeśli ktoś jest odpowiedzialny, wchodzi w to, jak w związku osobistym z żoną, czy z partnerem, liczymy na to, że ta osoba jest odpowiedzialna. Możemy wspomagać się w tym związku, ale nie możemy za kogoś żyć odpowiedzialnie. Zakładałbym, że ten ktoś jest odpowiedzialny, że mamy taką samą filozofię, czyli efekty, rezultaty i do tego nam się łatwo gada. Z pieniędzmi, to fakt, jest często ciężki temat, ale najlepiej wszystko od razu ustalić na papierze. Jeśli mamy się kłócić o pieniądze, to zróbmy to zanim otworzymy tę firmę, a nie myślmy, że jakoś tam będzie, takie machanie ręką i pogadamy jak już będą pieniądze – to odradzam, bo jak się pojawią pieniądze, to faktycznie będzie problem, więc trzeba to wszystko wcześniej ustalić.

Miałeś firmę, którą trzeba było postawić na nogi, trzeba było przynieść do tej firmy więcej dodatkowych zleceń wartych 400 tysięcy $, ze wspólnikiem, z którym nie do końca ci było po drodze i co się dalej wydarzyło?

Po trzech latach znowu czułem się zmęczony, podobnie jak było to podczas mojej pracy w banku. Czułem, że bardzo ciężko pracuję, ale nie wiem dokąd podążam. W życiu osobistym miałem różne porażki – w branży reklamowej taka rzecz jak rozwód, bycie nielojalnym wobec partnera, to jest normalna sprawa, to jest taki Hollywood. Od rana, do wieczora robimy reklamy, siedzimy w studiu, montujemy albo jedziemy na Awards Show, czyli galę nagród. Ci wszyscy ludzie są oddani tej branży od rana do późnego wieczora, w pracy czy balując, oddając całe życie reklamie, budując biznes, zdobywając zlecenia.

Rano za śniadanie z naczelnym twórczym trzeba oczywiście zapłacić. Na lunch trzeba drogie sushi, bo nie wypada zaoferować czegoś poniżej 200$. Popołudniowa kawa, obiad, zbieramy się z ludźmi z agencji reklamowej, oni też oczekują, że zapłacimy za to sushi, za szampana, za wino, później wszyscy jedziemy na galę nagród reklamowych i tak non stop. Zmęczyłem się tym po trzech latach. Nie wiedziałem, dokąd dążę z tym wszystkim. Pieniądze były, ale nie czułem się spokojny, spełniony i wtedy tak sobie pomyślałem, wracając do domu sam autem z gali reklamowej, na której coś wygrałem: jakie to smutne, tyle trudu i dla kogo? Tylko dla siebie – bez sensu. Miałem wtedy taką myśl, że następny projekt dla mnie, to ktoś mega ważny, to będzie założenie rodziny. Wtedy nie wiedziałem dokładnie skąd i jak, ale to już jest następny rozdział, nie wiem, czy chcesz iść w tę stronę?

Myślę, że to jest ważne. Niejedna osoba ma w swoim życiu, taki moment jak ty. Orientuje się, że wszystko fajnie, ale czegoś jej w życiu brakuje. Zarabianie fajnych pieniędzy jest super, super rzeczą jest życie na wysokich obrotach, kiedy masz bardzo wiele bodźców, zwłaszcza, jeżeli to są aktywne bodźce, ktoś docenia twoją pracę, pracujesz dla uznanych marek i wszyscy uważają, że to jest marzenie. Z drugiej strony czujesz, że może z zewnątrz, to tak wygląda, ale tak nie jest.

Prawdziwą mądrością w życiu, to jest rozeznać się w tym, co jest, a co nie jest ważne. Wtedy, gdy jeździłem tym swoim fajnym autem, tak myślałem: po co ja się tak trudzę? Zdałem sobie sprawę, że nie jest dla mnie ważne, żeby zarabiać dużo, dlatego że mi już wystarczy, a nie mam z kim się podzielić. Zakładałem, że rodzina, to jest taki projekt, który wydaje się bardzo trudny, ale każdy trud, który włożysz w tę rodzinę, to jest ważna inwestycja. Jeśli są dzieci i nauczymy je, jak działać w życiu, w biznesie, jak być niezależnym, to w ten sposób polepszamy świat. Nie jadąc do Afryki by budować szkoły, chociaż to też można robić, ale patrzeć tutaj na bezpośrednie relacje, które mamy z ludźmi najbliższymi sobie, jakie świadectwo dajemy swoim życiem. Pojawiła się wtedy ta aspiracja, że rodzina to będzie fajny projekt – trudny ale wartościowy. Otworzyłem na to oczy i zacząłem być czujny, bo przedtem chodziło tylko o to, żeby zdobyć następną reklamę.

Prawdziwą mądrością w życiu, to jest rozeznać się w tym, co jest, a co nie jest ważne

Pojawiła się taka sprawa – chyba opatrzność wysłuchała mojej modlitwy – wróciłem do Polski, żeby odwieźć dziadka, który lubił podróżować pomiędzy Polską i Kanadą. Odwiozłem dziadka i spotkałem dziewczynę, będąc w Polsce przez niecałe 2 tygodnie. Tak się wszystko ułożyło, że nagle stanąłem przed następnym skrzyżowaniem, czy kontynuuję związek z tą dziewczyną, czy wracam do tego, co znam, do studia, do własnej firmy i działam dalej. To było bardzo trudne skrzyżowanie, aczkolwiek wiedziałem, że ta droga, na której byłem, nie ma horyzontów, nie widzę nadziei, a tutaj była potencjalna odpowiedź na moją prośbę o ten następny projekt, czyli rodzinę. Już nie było tak jak wcześniej, gdy byłem takim „kowbojem”, że spotykałem dziewczynę i nie miałem żadnego głębszego celu w takiej relacji.

Ważne, że teraz jest przyjemnie.

Tak, dokładnie. Takie życie było w branży reklamowej. Nie mówię, że wszyscy są tacy w reklamach, bo jest bardzo dużo odpowiedzialnych i fajnych ludzi, którzy są trzeźwi, tylko się łatwo tam zagubić. Zacząłem myśleć inaczej, że nie będę spędzał czasu z kimś, kto nie nadaje się na założenie rodziny, nie chce tego, czy widzi to inaczej. Postanowiłem wtedy, że wezmę to ryzyko na siebie, sprzedam akcje swojej firmy, przeprowadzę się do Polski i zobaczę, czy mogę rozwinąć ten związek.

Kiedy to było?

To był 2010 rok, czyli byłem 5 lat w banku, 5 lat w działalności reklamowej w Toronto i w 2010 roku spotkałem moją żonę Kasię. Postanowiłem, że muszę wybrać miłość, a nie lęk. Często mamy ten wybór, czy idziemy za tym, co kochamy, czy wybieramy lęk. Ktoś powiedział, że lęk i miłość nie mogą istnieć w tym samym czasie. Może byłem trochę szalony, bo wiem że moja rodzina i wielu ludzi myślało: co ty robisz człowieku, zostawiasz biznes w Kanadzie i jedziesz gdzie? Do Łodzi? Za jakąś dziewczyną? Co? Wyglądało to, jak jakieś szaleństwo, ale jednak myślę, że nasze sumienie jest jak instrument. Jeśli je używamy i stroimy będzie działać, a jeśli nie używamy, to można się pogubić, nasze sumienie zacznie nam podpowiadać rzeczy, które są fałszywe albo szalone, które nie mają odzwierciedlenia w rzeczywistości. Ja zaufałem, bo zawsze słuchałem swojego sumienia, myślę że trzeba słuchać tego szeptu, który podpowiada: spróbuj, zrób to. Tak zrobiłem.

Nasze sumienie jest jak instrument. Jeśli je używamy i stroimy będzie działać, a jeśli nie używamy, to można się pogubić

Czyli oderwałeś się od tej branży, poszedłeś na emeryturę, czy prowadziłeś tę działalność, ale w innej formie?

Ja to nazywam rokiem odpoczynku. Potrzebowałem tego, już się rwałem, żeby coś robić. W trakcie tego roku nawiązałem pewne relacje z różnymi firmami, co mi się przydało, bo w następnym roku znowu się przeprowadzałem, dzięki tym kontaktom w branży. Ten rok to był taki odpoczynek, nagrałem płytę, pozwoliłem sobie pobłądzić, poczytać i pomyśleć, czy wrócę, czy nie wrócę do branży. Gdy jestem na Zachodzie, często mówię: I am a big fan of reality – mówię to na serio, jestem fanem rzeczywistości, dlatego że zawsze zaczynamy od rzeczywistości, wyobraźnia jest niebezpieczna, jest bardzo potrzebna i mega ważna, ale gdy rozjeżdża się z rzeczywistością, to możemy sobie sprawić bardzo dużo problemów w życiu.

Rzeczywistość była taka, że ja nie miałem wystarczająco pieniędzy, żeby sobie bimbać i nagrywać płyty, jeździć z narzeczoną po Europie dłużej niż rok. Zauważyłem, że środki na koncie zbliżają się do poziomu awaryjnego, rzeczywistość była taka, że nie zbudowałem żadnego biznesu przez ten rok, ani niczego, co by mi przyniosło dochód. Musiałem w tym momencie powrócić do branży. Okazało się, że najlepsze studio na świecie, Massive Music – zaczęli w Amsterdamie, teraz są na całym świecie – wysłało do mnie ofertę właśnie z Amsterdamu. Miałem z nimi kontakt taki dorywczy, ale nic konkretnego, akurat w tym momencie, kiedy już zacząłem myśleć, jak ja wrócę i gdzie, jak to będzie wyglądać, to dostałem ofertę od Massive Music. Powiedzieli: wydajesz się fajny, będziesz pasował do naszej ekipy, przeprowadź się do nas i tutaj działaj dalej jako producent.

Super. Spadło z nieba w samą porę. Co z dziewczyną, może żoną, ona pojechała z tobą?

Tak. Pojechaliśmy razem, wtedy jeszcze to była narzeczona, już dzisiaj jest żoną. W Amsterdamie zaczęło się nasze życie rodzinne, tam się przeprowadziłem, zacząłem pracować dla tej firmy, tam się urodziły nasze dzieci. Mamy dwójkę dzieci: Juliana i Alicję. Alicja ma 3 latka, Julian ma 6 lat. Teraz jak o tym mówię, to zdaję sobie sprawę, że te rozdziały u mnie zmieniają się co pięć lat, byłem w tej firmie około pięciu lat i tam zrobiłem naprawdę niesamowite rzeczy. Firma miała dostęp do naprawdę największych klientów na świecie i miałem szansę nie tylko robić muzykę do reklamy, ale także coś, w czym okazałem się bardzo dobry, do czego pasowałem – to była tożsamość dźwiękowa dla różnych marek, czyli nie tylko reklama, ale strategia, tożsamość dźwiękowa, jak intencjonalnie i strategicznie pomyśleć o muzyce, zanim jakaś marka zaplanuje swój rok marketingowy, czy utożsamiamy się z pewnym typem muzyki, czy używamy dźwięku w ciekawy sposób, żeby być rozpoznanym. To była bardzo ciekawa dziedzina, ja z kolegą rozwinąłem ją w tej firmie, bo przedtem ta firma była taka jak wszystkie inne muzyczne firmy, po prostu robiliśmy muzykę do reklam, ale tam była szansa, żeby nie pracować dla agencji reklamowej, tylko bezpośrednio dla klienta i to była bardzo ciekawa rzecz.

Po pięciu latach znowu zaczęło mnie swędzieć, ciężko mi się pracowało dla kogoś. Ciężko jest wykonywać rozkazy, to nie jest tak, że nie lubię słuchać szefa, ale jeśli wydaje mi się, że mam lepszy pomysł od szefa, to czuję się skrępowany, bo nie mogę tego zrobić w jego firmie, on chce zrobić tak, a ja chcę inaczej. Gdybym znalazł szefa, którego pomysły zharmonizowałyby się z moimi, to być może pracowałbym w takiej firmie, ale mając porównanie, co to znaczy być właścicielem własnej firmy, a co to znaczy być pracownikiem, to są dla mnie dwa różne światy. To jest nie do porównania.

Mając porównanie, co to znaczy być właścicielem własnej firmy, a co to znaczy być pracownikiem, to są dla mnie dwa różne światy

Nie znam realiów branży kreatywnej tak jak ty, natomiast na pierwszy rzut oka wydaje mi się, że jeżeli jest studio, które sprzedaje swoje usługi klientowi, czy jakiejś znanej marce, a ty jesteś de facto odpowiedzialny za realizację tego pomysłu, kreacje i stworzenie tego dzieła, które klient dostaje, to twoja wizytówka jest kształtowana w jakiś sposób przez klienta. Twój szef chyba nie ma za wiele do powiedzenia? Czy to inaczej wygląda?

W tym sensie masz rację. Czułem się architektem tych prac. W każdej branży klient może maltretować swoich dostawców, bo już zna ten język, z designerami, z reklamodawcami, z marketingowcami, z social media, klient już załapał te wszystkie terminologie i może udawać, że wie lepiej od designerów, ale z dźwiękiem jest tak, że klient nie ma pojęcia, to jest nowa dyscyplina. Nikt nie wie, jak przetłumaczyć dziś wizualną tożsamość marki na dźwiękową tożsamość. Ja wypracowałem pewien system, metodologię i proces, które miały sens, które bardzo dobrze rozumieli główni ludzie w markach. Wiedzieli, że mogą mi zaufać, bo bardzo dobrze rozumiem, na czym jest zbudowana ta marka, że to nie jest tak, że zrobimy jakieś dźwięki i zobaczymy, czy wam się spodobają czy nie, więc bardzo rzadko mogli „podskoczyć”, bo nie czuli się pewnie na tym gruncie. Mogłem za to wziąć odpowiedzialność, czuć się architektem i szef mi w ogóle nie przeszkadzał, ale nie o to chodziło.

Chodziło o to, że poczułem się jak w banku. Oddawałem cały swój czas, talent i energię komuś – cały tydzień, czasami nawet weekend. Czasami na wakacjach musiałem odbierać telefony, bo była jakaś awaria. Nie czułem się dobrze z tym, że otrzymuję co miesiąc 1 czek, z jednego miejsca, za cały swój czas. Miałem coś takiego w klauzuli, że nie mogę zarabiać z innych źródeł. Jeśli ktoś już w to wejdzie i jest to dla niego ok, to być może ma takie usposobienie, że woli pracować w tej firmie. Jest ten czek, wszystko jest uregulowane i jest ok. Mi wydawało się to nierozsądne, w takim sensie, że jeśli wzięlibyśmy cały ten czas i dobrze nim zagospodarowali, to moglibyśmy zbudować coś, co można komuś sprzedać. Moglibyśmy otrzymać więcej czeków, a nie tylko jeden.

Poprosiłem szefa, żebym mógł pracować zdalnie, żebym nie musiał przychodzić do biura, bo biuro mi nie pomagało w mojej pracy. Często musiałem opuszczać biuro, aby pracować. Nie wierzę w open space, bo tam trudno się skupić. To była jedna rzecz. Druga rzecz była taka, że nasza działalność przyniosła firmie jakieś półtora miliona euro w rok, więc to już były poważne pieniądze. Szef mógł powiedzieć, że te projekty przyszły tu z powodu marki firmy, ale nie mógł powiedzieć, że ktoś inny w firmie mógłby te projekty zrobić, bo ten język tożsamości dźwiękowej jeszcze nie istniał. To było coś, co tworzyliśmy na miejscu, na żywo, to nie było tak, że już mogliśmy się odnieść do jakiejś historii, jak to się robi czy nie. Trzeba było wymyślić, jak to zrobić.

Miałem problem z tym, że szef nie chciał się podzielić pomysłami, jak możemy podzielić tę firmę na tradycyjny model, czyli reklamy i na tę agencję, czyli tożsamość, tworzenie bezpośrednio z klientem. Nie widziałem tam przyszłości, nie było pomysłu, jak mógłbym czuć się ważną częścią tego nowego oddziału. Urodziły mi się dzieci, więc chciałem więcej czasu spędzić z rodziną, był taki moment, kiedy pomyślałem, że mam tyle kontaktów na całym świecie, ludzie mieli bezpośredni kontakt ze mną, zaufali mi, fajnie nam się gadało, więc założyłem, że jeśli opuszczę firmę, to ktoś coś mi wyśle od czasu do czasu. Wziąłem na wszelki wypadek linię kredytową jeszcze w Amsterdamie, na wypadek gdybym nie mógł spłacić hipoteki, gdyby projekty nie przychodziły, ale nigdy nie musiałem jej użyć. Moje założenie okazało się trafne. Dzięki mojej reputacji, zbudowanym relacjom, ktoś coś mi wysyłał od czasu do czasu. Do tej pory to wystarczy, żeby prowadzić firmę.

W którym roku założyłeś swoją firmę?

Założyłem firmę w Amsterdamie w 2016 roku, to była spółka-korporacja. Zacząłem tam działalność, mieszkaliśmy tam jeszcze przez rok. Myśleliśmy z żoną już od dłuższego czasu o tym, żeby wrócić do Polski, bo w Holandii nie czuliśmy się jak w domu. Mieliśmy dwójkę dzieci, wiedzieliśmy, że nigdy się nie nauczymy holenderskiego, nie widzieliśmy tam ani siebie, ani naszych dzieci w przyszłości, więc zdecydowaliśmy, że wrócimy do domu, wychowamy je w Polsce, tam gdzie my się wychowaliśmy. Przez ten rok od założenia firmy, to nie miało znaczenia, gdzie ja jestem, czy w Amsterdamie, czy w Warszawie, zlecenia przychodziły z różnych miejsc na świecie, więc przeprowadziliśmy się do Warszawy. Przez jakiś czas utrzymywałem firmę w Amsterdamie, a później założyłem działalność gospodarczą w Polsce. Mam jeszcze spółkę w Kanadzie.

Jak byłem na twojej stronie, to widziałem cztery adresy: Warszawa, Amsterdam, Toronto i Tokio.

Tak. W Toronto jest studio, z którym współpracuję, które mnie tam reprezentuje na projekty i zlecenia, jeśli mam projekt kanadyjski, to robię projekt w tym studiu. To jest bardzo fajne miejsce, tam się spotykamy, bo w Kanadzie jest trochę inaczej niż na świecie. W Kanadzie, jak się robi muzykę do reklamy, to producent, którym jestem ja, jest odpowiedzialny za wszystko. Muszę dobrać lektora, muszę dobrać muzykę, muszę być na sesji, gdzie nagrywamy lektora z klientem i z agencją reklamową, więc tam jest inaczej, tam muszę być na miejscu, więc jadę tam, jeśli mam duży projekt. W Amsterdamie nie muszę być, to jest takie wirtualne biuro, w Japonii tak samo. W Polsce mam małe studyjko, właśnie w nim jestem, tutaj w Mordorze. Tu nie chodzi o studiu, nie chodzi o wyposażenie, nie chodzi o meble, nie chodzi o pomieszczenie, tu tym biznesem jestem ja. Moich klientów nie obchodzi, gdzie jestem, czy jak to robię, czy mam ładne, czy nieładne ściany. Ufają, że jak wyślą mi jakiś problem, czyli film bez muzyki, ja im wyślę coś, co pasuje do tego filmu.

Super. Marki, dla których pracowałeś, nie tylko jako własna firma, ale też wcześniej, to między innymi Nike, Audi, Google, BMW, Heineken. Słyszałem, że robiłeś dźwięk dla kanadyjskiej reprezentacji olimpijskiej?

Tak, to już była moja firma. To akurat nasz pierwszy projekt. Nawet kilka razy robiłem olimpijskie rzeczy, nie tylko dla kanadyjczyków, ale też dla ekipy futbolowej Japonii. Ten pierwszy projekt dla olimpijczyków kanadyjskich, to takie świadectwo, że bardzo ważne jest utrzymywanie dobrych relacji z różnymi ludźmi w naszej branży. Trzeba mieć ludzi w swojej książce adresowej, ja to nazywam Rollo Dex

To takie karteczki na kołowrotku.

Tak. Im więcej mamy ludzi, którzy nas lubią i nam ufają, tym bezpieczniej możemy się czuć. Możemy liczyć na te relacje w jakiś sposób. W pierwszym miesiącu, jak odchodziłem z tej wielkiej firmy, która jest słynna na całym świecie, wszyscy ją znają, a ja z niej wychodzę. Nie tylko ja opuściłem wtedy firmę, tam był jakiś „exodus”. Opuściłem tę firmę i nie miałem żadnych projektów. Otworzyłem sobie taki spread sheet, wiedziałem, jakie mam koszty co miesiąc i założyłem, że co drugi miesiąc dostanę projekt minimum, czyli taki najniższy możliwy zysk. Czułem, że jakoś wytrwam, jeśli założę najgorszy scenariusz. Opuściłem to studio i już w pierwszy dzień dostałem telefon od słynnego kanadyjskiego reżysera, który został nagrodzony chyba każdą nagrodą, jaka istnieje, robi bardzo innowacyjne rzeczy, filmy i zdjęcia dla różnych marek. Zadzwonił do mnie, bo kiedyś współpracowaliśmy razem, jak jeszcze mieszkałem w Kanadzie, zapytał: mam ciekawy projekt, możesz mi pomóc? Odpowiedziałem, że chętnie, tylko że opuściłem właśnie Massive, więc mogę pomóc jako ja. Na co on mówi: dobra, jak wygląda twoje portfolio? Odpowiadam: nic nie mam we własnym portfolio. On reaguje pauzą i mówi: zajebiście, to będzie pierwszy kawałek w twoim portfolio.

Im więcej mamy ludzi, którzy nas lubią i nam ufają, tym bezpieczniej możemy się czuć. Możemy liczyć na te relacje

To był taki moment, kiedy uświadomiłem sobie, że właśnie najfajniejsi klienci, to są ci, którzy nie potrzebują, żeby twoja wizytówka była imponująca, żeby biuro miało fajne meble, żeby była jakaś dziwna weryfikacja. Wiedzą, że jesteś dobry i to wystarczy. Oni są na poziomie, ty jesteś na poziomie i na tym polega to zaufanie. Oczywiście, że gość nie ma portfolio, dzisiaj opuścił firmę, ale wiem, że ten człowiek jest taki sam jak do tej pory. Zaufał mi z tym filmem i dobrze wyszło. Ten film, pomimo tego, że ma już 2 lata, a tyle dokładnie minęło od czasu, kiedy opuściłem firmę i zacząłem własną, jest jedną z najlepszych i najbardziej komentowanych rzeczy w moim portfolio.

Wychodzisz z firmy i pierwszego dnia dostajesz fajne zlecenie, ale to jest, tak jak powiedziałeś, wynik tych poprzednich lat. To jest kwestia tego, że masz te bazy kontaktów i masz z nimi takie relacje, że wiesz, że oni ci nie pozwolą umrzeć, zawsze jakieś zlecenie, choćby minimalne, dostaniesz. Czy to wynika z twojego talentu? Czy wynika z twojego szczęścia? Z czego to się bierze, że masz ten spokój, że oni ci nie pozwolą zginąć?

Nie zawsze mam ten spokój, powiem ci szczerze, ale myślę, że to wynika z tych wszystkich rzeczy. Mam jakiś talent, I belong here, jeśli mogę tak powiedzieć, mam tu miejsce, nie muszę się obawiać, wiem, co robię, czuję się pewny w tym, co robię, ale nie mogę sobie zawdzięczać wszystkiego. Spotkanie wielu ludzi, których w życiu poznałem, to był zbieg okoliczności. Wierzę w to powiedzenie: The harder I work, the luckier I get, czyli „im ciężej pracuję, tym więcej mam szczęścia”. Wierzę w to. Zawsze będzie element szczęścia, nie chciałbym rozmawiać z przedsiębiorcą, który powiedziałby, ja na to wszystko zapracowałem. Myślę, że mądry, rozsądny przedsiębiorca, nawet ci najwięksi na świecie, muszą oddać hołd tej rzeczy, która się nazywa szczęście. To szczęście się pojawia, jak ruszamy, jak coś robimy. To jest skutek i przyczyna, to szczęście nie wyląduje na mnie, jeśli będę leżeć w łóżku i nic nie robić.

Mądry, rozsądny przedsiębiorca musi oddać hołd tej rzeczy, która się nazywa szczęście. To szczęście się pojawia, jak ruszamy, jak coś robimy. To jest skutek i przyczyna, to szczęście nie wyląduje na mnie, jeśli będę leżeć w łóżku i nic nie robić

Codziennie piszę maile do ludzi, żeby ich poznać, żeby spróbować się połączyć, a oni nie odpowiadają. Raz na jakiś czas, ktoś odpisze, spotykamy się, jeśli się polubimy, to idzie to dalej. Tak było z Tomkiem Bagińskim. Tomek Bagiński to jeden z najlepszych animatorów w Polsce, reżyser nominowany do Oscara, też wysłałem mu maila, odpowiedział. Spotkaliśmy się na herbatkę. To dzięki Tomkowi Bagińskiemu zrobiłem projekt Niezwyciężeni, który wyszedł rok temu, czyli 50 lat historii Polski w 3 minuty. W Polsce dużo nie robię. Jestem bardziej aktywny na zachodnim rynku, ale bardzo mi było miło zrobić ten projekt. Cały czas mi pokazuje rzeczywistość, bo pamiętaj, jestem fanem rzeczywistości, że im więcej pracuję, tym więcej mam szczęścia.

Zastanawiam się jeszcze nad tym relacjami międzyludzkimi. Czy robisz coś wyjątkowego, co sprawia, że ludzie ci ufają? Odnosisz się do nich w szczególny sposób? Czasami jest tak, że ktoś wchodzi do pokoju i od razu jest smród, od razu wiadomo, że to nie jest koleś, z którym chcemy się zadawać. Historia pokazuje, że ty budujesz fundament, wspinasz się po nim coraz wyżej. Pierwszego dnia, kiedy zacząłeś flirt z muzyką, nie mógłbyś liczyć na zlecenie od wielkich marek, to jest proces, do którego się dąży. Co robisz, że utrzymujesz się w tej branży 3 lata, bo to jest bardzo trudna branża.

Zawsze próbuję wypracować pewną odwagę. Takie wyzwanie, żeby pokazać klientowi, że nie będę robił tylko tego, co on mi każe, tylko że próbuję wnieść coś od siebie. W branży reklamowej jest bardzo ciężko, bo często agencje reklamowe chcą, żebyś wykonał to i to, nie musisz być twórczy, zrób to tak i tak. Ja nie chcę w ten sposób pracować. Nie chcę robić takiego biznesu, dlatego mniej współpracujemy z agencjami reklamowymi, a więcej z reżyserami. My jesteśmy takimi kucharzami. Reżyser wie, że może na mnie liczyć, jeśli chodzi o wniesienie czegoś do projektu, nie że on mi powie, co mam zrobić, tylko, że ja również poddam pomysł. W tej branży chodzi o to, że moja praca, będzie tak dobra, jak człowiek, z którym współpracuje. Muszę pisać do najlepszych, pokazać im, że nie będę się im podlizywać. Z drugiej strony, nie będę udawał, że wszystko wiem, ale umiem adaptować się do każdego człowieka, którego spotykam, dlatego że dużo czytam, dlatego że byłem w różnych środowiskach, w Kanadzie, w Amsterdamie, w Polsce, umiem zareagować na rzeczywistość, która się pojawia. Jeśli muszę zrobić bardziej kanadyjski projekt, jestem bardziej kanadyjski, jeśli muszę być bardziej polski w Kanadzie, bo to jest egzotyczne, to będę bardziej polski w Kanadzie.

Nie udaję kogoś, kim nie jestem, ale jest dużo barw, dużo warstw, więc umiejętnie się nimi posługuję. To jest podstawowa rzecz, lubię rozmawiać z ludźmi, szanuję dobrych rzemieślników, bardzo lubię, jak ktoś robi coś bardzo dobrze w biznesie, w twórczości, czy w sztuce. Ja chcę te osoby znać, chcę z nimi przebywać. Tak było z Marcinem Osmanem, słyszałem go w twoim podcaście, lubię charyzmę, aurę i mądrość, która wychodzi z tego człowieka, jego pasję, chcę się z nim spotkać. Tak zrobiłem i tak robię zawsze. Codziennie piszę do ludzi, których nie znam, to jest bardzo dobry rytuał, taki nawyk. Nie pisać nudnego maila, bo nie chcecie takiego dostać od kogoś, kogo nie znacie, to przecież jest suicide [śmiech]. Najważniejsze jest to, że trzeba się cały czas sprzedawać, że bez sprzedaży nie ma firmy. Ludzi paraliżuje słowo sprzedaż, myślą: jak ja mogę dzwonić do kogoś, kogo nie znam i coś oferować. Tu nie chodzi o ofertę, myślmy długofalowo, za 5 lat będziemy mieli klientów, którzy z nami współpracują od lat, ufają nam, lubią nas, współpracują z nami i zarabiamy kasę, to jest niesamowita wizja, ale ta wizja jest możliwa. Zamiast myśleć o sprzedaży, że muszę sprzedać podczas pierwszego telefonu, czy w pierwszym mailu, pomyślmy, jak byśmy pisali do kogoś, z kim chcemy się przyjaźnić. Zacznijmy od tego.

Myślmy długofalowo – za 5 lat będziemy mieli klientów, którzy z nami współpracują od lat, ufają nam, lubią nas, współpracują z nami i zarabiamy kasę, ta wizja jest możliwa. Zamiast myśleć o sprzedaży, że muszę sprzedać podczas pierwszego telefonu, czy w pierwszym mailu, pomyślmy, jak byśmy pisali do kogoś, z kim chcemy się przyjaźnić

Bardzo dobre pytanie. Jak byś napisał do kogoś, z kim chcesz się przyjaźnić? To nie jest takie proste, chcesz komuś coś sprzedać, to jest łatwe, mówisz to jest moja oferta, czy chcesz kupić? Mówisz, żeby nawiązywać relacje z ludźmi, którzy robią coś dobrego, których za coś możemy podziwiać, to są ludzie bardzo zajęci, więc jak to zrobić?

Pierwsza rzecz: jak powiększa się nasze grono znajomych i klientów, to mamy dostęp do ich znajomych, więc zawsze warto spytać, czy możesz mnie zapoznać z tą osobą, jeśli wiemy że ktoś ją zna, bo kontakt z polecenia zawsze będzie lepszy niż zimny kontakt. Zawsze lepiej poznać się przez kogoś. Podam ci przykład, co piszę do człowieka, którego nie znam, który robi fajne rzeczy i nikomu nie odpowiada na maile. Mam takiego maila, którego wysyłam bardzo często i on działa. Piszę tak: „słuchaj, nie znamy się, myślę że warto by było się poznać, bo nie wiesz, co się może stać, jeśli uściśniemy sobie ręce”, załączam fotkę Nixona i Presleya, jak ściskają sobie ręce. Możemy zmienić świat. Koniec i wysyłam. To jest tak luźne, w pewnym sensie naiwnie bezczelne, ale niegroźne i odważne. Od czasu do czasu dostaję odpowiedź, którą może być hallo albo funny i to mi wystarczy na pierwszy kontakt. Budujesz swoją reputację. Możesz brzmieć jak wszyscy inni, czyli „hallo Bob, ja robię to i to”, mówią o sobie, czy spotkasz się ze mną z moich powodów, a nie z twoich. To oni muszą zadecydować. Zawsze robię research, jeśli widzę, że ktoś poważnie się traktuje, czyli życiorys jest taki, że nie robi dużo dowcipów, to nie zrobiłbym czegoś takiego, ale większość twórczych ludzi ma dystans do siebie, wolę takich ludzi, więc takie zdjęcie wysyłam albo próbuję innej sztuczki, próbuję coś śmiesznego napisać i to działa.

Trafiasz na sztywniaka, to piszesz do niego maximize shareholder value i też jest dobrze [śmiech].

Już nie chcę być w tym świecie i pisać takich rzeczy. To naprawdę powinno być karane. To jest objaw głębszego problemu, kiedy ktoś tak mówi. Wymówka od prawdziwego myślenia. Jak ktoś myśli, to może ci powiedzieć to samo, ale w jakiś nowy, swój własny sposób. To jest zawsze dla mnie zachwycające, jak ktoś mi powie coś, co jest oczywiste, ale w sposób, którego jeszcze nie słyszałem.

To był taki moment, kiedy uświadomiłem sobie, że właśnie najfajniejsi klienci, to są ci, którzy nie potrzebują, żeby twoja wizytówka była imponująca, żeby biuro miało fajne meble, żeby była jakaś dziwna weryfikacja. Wiedzą, że jesteś dobry i to wystarczy

Były w twoim życiu takie momenty, mówiłeś o tym, jak byłeś właścicielem studia w Toronto, a później wykonałeś krok wstecz, można powiedzieć, albo byłeś w Kanadzie i przeniosłeś się do Łodzi, czy masz takie uczucie, że twoje życie, to jest ciągłe wspinanie się po szczeblach drabiny, czy jednak nie do końca o to chodzi, żeby za wszelką cenę przeć do przodu?

Myślę, że w jakimś sensie to jest wspinanie się. To nie ja świadomie zniechęcam się do czegoś. Nagle mam taki szept od duszy: wiesz, że stać cię na więcej, wiesz, że już jedziesz na cruise control, czyli jest wygodnie, przychodzisz i robisz codziennie to samo.

Na autopilocie.

Tak, na autopilocie. Trafna jest, w tym sensie analogia, że trzeba się wspinać do góry, ale nie mówię o takim wspinaniu się the walking dead zombie, że cały czas biegniemy za sukcesem, który świat nam pokazał. To jest sukces, wszyscy tego chcą i ty też leć za tym. Myślę, że trzeba dużo czasu spędzić samemu, myśląc, weryfikując, czy nasza wyobraźnia faktycznie coś zdziałała w rzeczywistości, czy mamy efekty, czy mamy rezultaty, czy świat pokazał nam, że na tej drodze umiemy coś robić, a jeśli nam pokazał, to czy w naszym sumieniu nie pojawia się, coś co skłania nas, żeby wytoczyć sobie nowy cel, czy spróbować czegoś nowego. Myślę, że to się pojawi jeszcze w moim życiu, że będą takie momenty, kiedy poczuję, że trzeba zamknąć rozdział i zacząć następny.

Skoro ty masz takie pięcioletnie interwały, to za 3 lata znowu będzie jakaś rewolucja.

Nie mogę się zwolnić z pracy, bo jestem szefem, więc nie wiem, jak by to działało.

Możesz sprzedać firmę, możesz zamknąć, są różne możliwości.

Jeśli chodzi o reklamy i robienie muzyki dla marek, to bardzo dobry sposób na utrzymanie mojej rodziny, więc to będę kontynuował. Jestem w tej dziedzinie już ponad 10 lat i dużo zrobiłem, czuję się bardzo pewny i już mi brakuje rozwiązywania trochę innych problemów, nie tylko dźwiękowych, ale myślenia na rzecz poprawienia czegoś, zbudowania czegoś, czy użycia swoich sił, żeby zrobić coś fajnego na świecie. Zaczynam myśleć o działalności pozamuzycznej, już ku temu robię małe kroki, myślę że niedługo pojawią się zmiany.

To brzmi intrygująco. Jeszcze jest za wcześnie, żeby coś zdradzać?

Mogę ci powiedzieć, jakie kroki konkretnie podejmuję. Fascynuje mnie technologia i internet. Fakt, że można mieć zasięg do tylu osób, że można wpłynąć na te osoby, nie wychodząc ze swojego biura, czy domu. Myślę, że niekorzystanie z tego byłoby niemądre. Żyjemy w takim świecie, gdzie nie można liczyć już na miłosierdzie szefa, czy dużej firmy, bo nawet duże firmy i duże marki, mają kłopoty. Myślę, że bardzo rzetelne by było z naszej strony, żeby pomyśleć o swoich talentach, umiejętnościach i historii życiowej, jak możemy użyć tego, żeby pomóc innym osobom.

Pierwszy projekt, nad którym zacząłem pracować, to jest kurs internetowy. Nazywa się Making music for brands, czyli uczę muzyków, jak wejść w branżę robienia muzyki dla marek. Zacząłem od prostego landing pagelead magnet: „7 sposobów na zarabianie muzyki dla marek”. To jest dla ludzi, którzy, tak jak ja kiedyś, nie zdawali sobie sprawy, że można przeżyć jako muzyk. Nie trzeba opuszczać studia, ale trzeba pomyśleć o tym nowym świecie, a nie o sprzedawaniu płyty czy jakichś tantiemów ze Spotify, które są tak małe, że nikt na tym nie wytrwa, chyba że się jest naprawdę wielką gwiazdą. Czy jest jakaś nadzieja dla ludzi, którzy mają talent muzyczny, umieją komponować, a nie chcą być artystami na scenie? Uświadamiam ludzi na temat tej branży, w której jestem, więc na razie zbieram maile, buduję swoją listę mailingową. Już mam 400 osób, które pobrały lead magnet.

Nauczyłem się sporo o biznesie internetowym, wszyscy mówią, nie buduj nic, póki nie zweryfikujesz, że jest wystarczająca ilość osób, które na to pójdą. Pierwszy krok to zweryfikowanie mojej listy mailingowej, opowiedzenie swojej historii, nauczenie ludzi pewnych rzeczy, jakiś wstęp do tematu, a potem spytam wprost: czy jeśli zrobiłbym kurs, który uczy was, krok po kroku, jak się robi reklamy, z kim się skontaktować, w jaki sposób, czy kupilibyście to? Zobaczymy, co na to powiedzą.

Drugi projekt, to coś w stylu konsultingu, czyli ludzie będą mogli ze mną współpracować, a ja im pomogę w tym, by zamienić swój talent na jakąś działalność. To może być dla ludzi, którzy pracują teraz w korpo, którzy chcą z niego wyjść, zawsze wyobrażali sobie, że będą robili coś innego albo dla młodych osób, które są w szkole i nie zamierzają iść do korpo, ale mają talent artystyczny, umieją tworzyć, ale nie znają się na tej stronie biznesowej. To by sprawiło mi dużo satysfakcji, gdybym miał większy bezpośredni kontakt z ludźmi i był w stanie swoją wiedzą, doświadczeniem pomóc im podjąć jakieś konkretne kroki, siłować się z tymi obawami, z lękiem, bo ja to wszystko dobrze znam, tak jak wielu przedsiębiorców. My to wszystko dobrze znamy, to jest bardzo pomocne dla osoby, która po raz pierwszy wyrusza w tą podróż, w ten ciemny las.

Bardzo ciekawy projekt. Obydwa pomysły są ciekawe. Często ze słowem artysta kojarzy się zwrot „głodujący artysta”, jest rzeczywiście takie poczucie, że ludzie kreatywni, którzy tworzą muzykę, dzieła sztuki, to są ludzie, którzy przymierają głodem, bo oni są skupieni na tym, żeby tworzyć dzieło, ale kompletnie nie mają pojęcia o tym, jak jest w biznesie, nie radzą sobie z tym, są odklejeni od rzeczywistości finansowej. Oczywiście, to jest stereotyp, który bardzo często nie ma potwierdzenia w rzeczywistości. Taka wiedza, ta pomoc jest bardzo cenna. Życzę ci powodzenia w tych projektach. Dzięki, że mieliśmy okazję porozmawiać. Trzymam kciuki. Mam nadzieję, że świetne rzeczy z tego wyjdą.

Dzięki również. Dziękuję ci, że stworzyłeś ten podcast.

Z przyjemnością.

Gdybyś nie zrealizował tej idei, to by była pewna luka, a tak to ludzie się połączyli, poznałem Marcina. Myślę, że twój podcast inspiruje wielu ludzi, to jest taki praktyczny przykład czegoś, co nie istniało, a teraz istnieje. Efekty są w rzeczywistości. Rzeczywistość zmieniła się. Było przed, a teraz jest po. To jest dla mnie fascynujące, że można coś stworzyć, przenieść ciężką pracą w rzeczywistość, po czym to stoi, ludzie się o to potykają i to zmienia im życie. Także, też ci dziękuję. Pozdrawiam wszystkich

Dzięki wielkie za miłe słowa, za rozmowę, jeszcze raz powodzenia!

Dzięki, cześć!