Prawa mniejszości, polityka, własne słabości – czy przedsiębiorca powinien o tym mówić? Przekonaj się, czy szczerość w biznesie się opłaca

Czy przedsiębiorcy powinni mówić publicznie o swoich sympatiach politycznych? Czy powinni zabierać głos w sprawach społecznych, takich jak aborcja czy prawa mniejszości? Czy powinni przyznawać się do słabości, które konkurencja lub klienci mogliby wykorzystać przeciwko nim?

Zdecydowana większość znanych mi książek o marce osobistej i przedsiębiorczości odradza tak daleko posuniętą szczerość.

Mój gość jednak czyta chyba inne książki albo celowo łamie tego typu zakazy. Dlaczego to robi i jakie ma to przełożenie na działalność biznesową?

Zapraszam do posłuchania rozmowy z Janiną Bąk, która w zakresie szczerości ustanawia nowe standardy – przynajmniej wśród polskich przedsiębiorców.

Linki do osób i firm wymienionych
w tym odcinku podcastu

Prezent dla słuchaczy

Odporność psychiczna w życiu i biznesie
Jak rozwijać odporność psychiczną w życiu i biznesie? Dołącz do Klubu MWF i zdobądź dostęp do PDF-a z ćwiczeniami Chcę to 

3 rzeczy do zrobienia po wysłuchaniu tego podcastu

  1. Jeśli chcesz poruszyć w swoim medium ważną dla siebie, być może kontrowersyjną kwestię, zastanów się, czy jesteś gotowy na konsekwencje, jakie może to ze sobą przynieść. Zarówno te dla biznesu, jak i takie, które mogą dotknąć ciebie lub twoich bliskich.
  2. Dbaj o swoją społeczność. Usuwaj komentarze, które mogą kogoś urazić. Pamiętaj, że jesteś odpowiedzialny nie tylko za swój komunikat, ale także za dyskusję, która się pod nim toczy.
  3. Jeżeli nie czujesz się gotowy na angażowanie się w trudne tematy, nie rób tego tylko dlatego, że inni się na to zdecydowali. Masz prawo do własnej postawy.

Podcast do czytania

Marek Jankowski: Co ostatnio czytałaś?

Janina Bąk: Książkę, po którą wiele osób pewnie nawet by nie sięgnęło, ale mimo wszystko chciałabym ją polecić.

Mówię o książce popularno-naukowej Przyczyny i skutki. Rewolucyjna nauka wnioskowania przyczynowego.

Wszyscy wiemy, że umiejętność udowodnienia, że A powoduje B, to Złoty Graal w biznesie, medycynie czy socjologii. Ta książka to bardzo dobry esej na temat tego, jak w nauce ustalamy związki przyczynowo-skutkowe, a współautorem jest laureat Nagrody Turinga.

Warto się zainteresować tą tematyką, ponieważ tegoroczną Nagrodę Nobla w dziedzinie ekonomii otrzymała trójka naukowców właśnie za stworzenie nowych protokołów ustalania związków przyczynowo-skutkowych.

A tak w ogóle, jeśli chciałbyś zdobyć Nobla, to jest jeszcze jedna książka, która mogłaby ci w tym pomóc: Statystycznie rzecz biorąc, czyli ile trzeba zjeść czekolady, żeby dostać Nobla anonimowej autorki.

Kup ją!!!

Tak, kup ją. [śmiech]

Chciałbym dzisiaj porozmawiać z tobą o tym, czy warto być szczerym w biznesie. W ostatnich kilku latach przeszłaś niemałą metamorfozę. Na początku byłaś blogerką z abstrakcyjnym poczuciem humoru budującą wiatraki z mortadeli i wyplatającą koszyki z kabanosów. Pracowałaś wówczas w Trinity College w Dublinie. Dziś jednak jesteś zupełnie inną osobą. Przeprowadziłaś się do Polski, jesteś aktywistką działającą na rzecz ważnych spraw społecznych, a poza tym autorką bestsellera Statystycznie rzecz biorąc. Co takiego wydarzyło się w tym krótkim okresie czasu, że zaszła w tobie aż tak radykalna zmiana?

Bardzo długo miałam obawę, ze ludzie, którzy przychodzą czytać moje teksty, wcale nie chcą takich tematów. Że wolą śmieszne anegdotki o moim mężu, który jest fajnym chłopakiem, ale z politechniki. [śmiech] Że chcą wyplatać koszyki z kabanosów i nie są zainteresowani moimi aktywistycznymi zapędami.

Zaczęłam to jednak testować.

Za każdym razem, gdy jakaś sytuacja społeczna, głównie w naszym kraju, mnie przerastała, to publikowałam na ten temat wpisy. Okazało się, że ludzie to doceniają i angażują się w takie dyskusje.

Treści tworzone w celu przedstawienia stanowiska marki wobec konkretnych wartości są udostępniane 5 razy częściej niż te „zwykłe”

Czytałam nawet ostatnio badania, w których wykazano, że treści zaangażowane są udostępniane 5 razy częściej niż te „zwykłe”. Badania te przeprowadzono z okazji strajku kobiet, bo masa marek poparła ten protest.

Z punktu widzenia marek warto zatem opowiadać się po stronie konkretnych wartości.

Dobrym przykładem jest chociażby mBank, który wprost poparł strajk kobiet, mimo że jest to instytucja finansowa, która zupełnie nie kojarzy się z tego typu tematami, i mogło to być dla nich pewne ryzyko.

Być może to częstsze udostępnianie takich treści wynika z faktu, że żyjemy w takim świecie chaosu, że ludzie potrzebują tej świadomości, ze dookoła są marki i firmy, które myślą tak jak oni?

Czyli to zawsze w tobie było i po prostu w pewnym momencie zaczęłaś to stopniowo pokazywać?

Myślę, że tak, choć teraz towarzyszą mi inne emocje. Takie bardziej z rodzaju: „ileż można?!”, bo mój poziom frustracji jest tak wysoki, że przekłada się na jeszcze większą determinację.

W 2019 roku wróciłaś z Irlandii do Polski, prowadzisz tutaj firmę. Na czym dokładnie zarabiasz?

Generalnie moje zarobki opierają się na dwóch rzeczach: na wystąpieniach publicznych i szkoleniach oraz na kampaniach reklamowych na moich platformach, czyli na Instagramie, Facebooku i blogu. Poza tym co jakiś czas jestem angażowana do innych kampanii reklamowych. W telewizyjnej musiałam ostatnio tańczyć…

Zarabiam też na książce, choć zdecydowanie nie jest to moje główne źródło dochodu.

Duże marki, jak wspomniany przez ciebie mBank, są sztucznie stworzonymi brandami odklejonymi od konkretnych osób. Ty jesteś swoją marką osobistą, a cała twoja działalność jest wykonywana osobiście przez ciebie. Ewentualna szkoda wizerunkowa jest więc w twoim przypadku podwójnie bolesna. Zwykle odradza się przedsiębiorcom poruszanie tematów kontrowersyjnych społecznie czy politycznie, bo mogą mocno zrazić do nich część publiczności. Oczywiście – część może polubić ich bardziej, ale to nie znaczy, że więcej od nich kupią. Czy angażując się w takie akcje, analizowałaś je właśnie pod tym kątem biznesowym?

Ja jestem w bardzo uprzywilejowanej sytuacji – za co jestem ogromnie wdzięczna – bo nie brakuje mi zleceń…

…więc postanowiłaś części się pozbyć!

[śmiech]

Miałam ten przywilej, że nawet gdyby okazało się, że moje jasne wyrażanie światopoglądu sprawi, że ktoś zrezygnuje ze współpracy ze mną, mogłam sobie pozwolić na poniesienie tego kosztu.

Natomiast nie uważam, że każdy ma taki przywilej, żeby wbiec do firmy z ogromnym transparentem, bo nie wszyscy mają taką sytuację zawodową jak ja i muszą grać bezpieczniej.

Ale rzeczywiście zastanawiałam się, jak to będzie…

Jakiś czas temu zostałam nagrodzona w plebiscycie Korona Równości. To jest wyróżnienie dla aktywistów działających w sprawach osób LGBT+ i był to na tyle duży zaszczyt, że aż TVP zrobiło o mnie reportaż. Oczywiście w odpowiednim tonie.

Jeden z posłów Solidarnej Polski pisał później do firm, z którymi współpracowałam, czy wiedzą, że współpracują z taką osobą jak ja.

Czy można wyobrazić sobie lepszy test moich wcześniejszych obaw? Chyba nie. Co ważne, żadna z firm się tym faktem nie przejęła.

Może firmy są dziś odważniejsze? A może być też tak, że zapraszając mnie do współpracy, wiedzą, kim jestem i jak się wypowiadam.

Niemniej powtarzam zawsze markom osobistym, że każdy ma swoją odpowiedzialność. Ja chcę działać, bo mam na to przestrzeń psychiczną i siłę, ale rozumiem, jeżeli ktoś tego nie robi. Można nie mieć na to siły, można się bać, można czuć się tym wszystkim zbyt przytłoczonym i zamienić się w burrito smutku na kanapie – takie postawy też są OK.

Nie oceniam innych ludzi czy marek, bo te decyzje są indywidualne i wielopoziomowe. Na pewno nie mam tak, że wbiegam do banku, krzycząc: „Gdzie jest post o strajku kobiet?!”

Dopadają cię wątpliwości albo zastanawiasz się, czy to ma sens?

Nigdy nie mam wątpliwości na zasadzie, czy ma to sens. Czasami po prostu nie mam siły.

Tak było właśnie po tym reportażu TVP. Po jego emisji w ciągu godziny zbanowałam 1000 osób ze względu na naprawdę niezwykły poziom nienawiści w komentarzach. Cała moja firma stanęła – wszyscy zajmowaliśmy się tylko banowaniem.

Po kilku dniach szczucia potrzebowałam przerwy. Musiałam się od tego odciąć, bo ryło mi to banię.

Jeśli ktoś tego nie przeżył, to trudno to wyjaśnić, ale myślę, że w gruncie rzeczy była to dla mnie cenna lekcja. Bo jak już się otrzepałam, to pomyślałam sobie, że na mnie szczuto cztery dni i już było to ekstremalnie trudne do przeżycia. A mnóstwo grup społecznych w naszym kraju szczuje się od wielu lat i tak wygląda ich codzienność.

Jestem więc teraz jeszcze bardziej zdeterminowana i postanowiłam, że będę krzyczeć tylko głośniej.

Nie zastanawiasz się czasem nas sensem takich protestów? W demokracji przecież liczą się tylko wybory. Gdy partia X je wygra, przejmuje władzę i na jakiekolwiek protesty może sobie popatrzeć przez okno. Formalnie niczego one nie zmieniają. Nie zmienią władzy, chyba że mamy do czynienia z jakimiś ekstremalnymi sytuacjami, o które w demokracji raczej trudno. Nie masz poczucia, że jest to wołanie, które niewiele zmienia aż do następnej kampanii wyborczej?

Rozumiem to pytanie. Zwłaszcza, że nadchodzi fala kolejnych protestów, tym razem związanych z ewentualnym polexitem.

Jest taki obrazek Marka Raczkowskiego, na którym widać tłum ludzi trzymający tylko jeden transparent. Widnieje na nim napis: „Kurwa mać!”

Teraz jest podobnie. Znowu wychodzimy na ulice. Miewałam takie rozmowy z osobami, które mówiły, że nie chcą już tego robić, bo to nic nie daje. Rozumiem to i absolutnie nie oceniam.

Ja mam inaczej. Uważam to za jedyną formę protestu, jaką dysponuję. Mogę pisać i wychodzić na ulicę, krzycząc, że się na to nie zgadzam.

Jakie widzisz plusy w takim angażowaniu się w różne sprawy?

Otrzymuję bardzo dużo dobra.

Myślę, że można rozpatrywać to też w kontekście marek. Gdy opowiadamy się za jakąś wartością, możemy budować bardzo jakościową relację. Czujemy, że jesteśmy w jednym plemieniu. Że dana osoba czy marka jest „nasza”.

Od czasu, gdy głośniej wypowiadam się na różne tematy, zauważyłam, że moja społeczność jest wspaniałą, koherentną grupą. Daje mi to dużo nadziei, że jest nas więcej. Coraz rzadziej zdarza się, że pod moimi wpisami pojawiają się komentarze, na które muszę zareagować, czyli takie, które muszę usuwać, bo np. używają niewybrednych słów.

Ja sama również odczuwam te plusy: czuję się dobrze z tym, że coś robię.

Nie obawiasz się, że cały twój wysiłek włożony w budowanie społeczności zostanie zniweczony przez to, że banda trolli uweźmie się na ciebie i zajadą twoje konta w mediach społecznościowych? W polityce są przecież wylęgarnie takich trolli, ludzie żyją z tego, że atakują innych. To jest machina, której nie da się opanować.

Jest to realne zagrożenie, przekonałam się o tym podczas tej sytuacji z reportażem. Jest to niebezpieczne nawet nie tyle dla mnie, ile dla członków mojej społeczności.

Staram się usuwać takie komentarze, bo wiele osób czuje wobec nich tak duży sprzeciw, że wdają się z trollami w dyskusje. Nie mówię oczywiście o takich dyskusjach, gdzie ktoś ma inne zdanie i normalnie to komunikuje. Mówię o komentarzach hejterskich, homofobicznych czy rasistowskich. Ja wychodzę z założenia, że mówię zupełnie innym językiem niż autorzy takich tekstów, więc na pewno się nie dogadamy.

Nie chcę, żeby moja społeczność traciła czas i emocje na angażowanie się w takie dyskusje.

Każdy twórca jest odpowiedzialny za swoją społeczność

Chciałabym wszystkich namówić do takiego działania. Niestety, widzę czasem sytuacje, gdy pod wpisem na fanpage’u czy blogu pojawiają się komentarze krzywdzące pojedynczych ludzi czy większe grupy i nikt tych komentarzy nie usuwa.

Zawsze w takich sytuacjach piszę prywatne wiadomości do autorów tych wpisów, pod którymi toczy się dyskusja, i proszę o usunięcie takich komentarzy albo w ogóle o zablokowanie możliwości komentowania. Jesteśmy odpowiedzialni za swoją społeczność. Nie powinno być tak, że ktoś wchodzi na moją stronę i czyta komentarz, który może go urazić.

Warto wyrywać chwasty ze swojego ogródka.

Tylko że to się nie opłaca, bo jeśli dyskusja się nakręca, to rosną zasięgi. Ja jednak uważam, że człowiek jest ważniejszy niż zasięgi.

Parę miesięcy temu przyznałaś, że cierpisz na chorobę afektywną dwubiegunową (ChAD). Jak byś wyjaśniła, co to za choroba, osobom, które kompletnie nic o niej nie wiedzą?

Jest to przewlekła, nieuleczalna choroba psychiczna polegająca na ekstremalnych wahaniach emocji, przechodzeniu od skrajnej depresji do hipomanii, czyli stanu totalnego pobudzenia, podejmowania nieracjonalnych decyzji, a w niektórych przypadkach psychoz.

ChAD bardzo dezorganizuje emocje i życie, wymaga stałego leczenia farmakologicznego, terapii i nierzadko hospitalizacji.

Czy jeżeli ktoś oglądał serial Homeland, to będzie wiedział, o co chodzi?

Nie! Chociaż istnieją stany, które wyglądają właśnie tak, jest to przypadek skrajny, ale nie mówię, że nie występuje wcale. Niestety większość osób właśnie taki obraz tej choroby ma w głowie.

Nikt nie zrobił tyle złego osobom chorującym psychicznie – zwłaszcza na schizofrenię i ChAD – co kultura popularna.

Te choroby idealnie pasują autorom kryminałów, seriali i filmów, bo te osoby chore biegają w amoku z nożem, rujnując życie wszystkim dookoła. Jak nie wezmą jednej tabletki, to im totalnie odpieprza. To się zdarza, ale zwykle tak nie jest.

Ja na przykład dzisiaj jeszcze nie wzięłam tabletki. Dzięki, że mi przypomniałeś. [śmiech]

Ale to nie jest tak, że jak zapomnę o tej tabletce, to od razu staję się Carrie Mathison, biegam i nie wiem, kim jestem.

Ten obraz jest bardzo wypaczony i robi dużo krzywdy osobom, które czekają na diagnozę i są przerażone, że w każdej chwili mogą wpaść w manię i trafią na oddział zamknięty, a także rodzinom chorych, które gdy dowiedzą się o diagnozie, mają w głowie podobny przerażający obraz.

Dlaczego ujawniłaś się z tą chorobą?

Choruję od piętnastu lat i jakoś to już sobie sama ze sobą poukładałam.

Mniej więcej od dwóch lat w mojej głowie tliła się myśl, że chyba chcę o tym powiedzieć, żeby pokazać ludziom, że choroby psychiczne są demokratyczne: nie mają wieku, płci, statusu, zawodu, a przede wszystkim że czasem ich nie widać. Nigdy nie wiemy, jakie blizny ma ktoś, kto stoi obok nas w autobusie.

Zależało mi jednak, żeby zrobić to we właściwym momencie. Nie chciałam, żeby zbiegło się to z premierą książki, bo ktoś mógłby pomyśleć, że robię to, żeby podbić sprzedaż. Odczekałam więc, książka się sprzedała, akcja promocyjna się zakończyła.

Poznałam też Anię Dziewit-Meller i uznałam, że to jest dobra osoba do przeprowadzenia tego wywiadu. Uznałam więc, że nadszedł właściwy moment.

Tym bardziej, że byliśmy w trakcie pandemii, podczas której statystyki dotyczące różnych chorób psychicznych u dzieci i dorosłych poszybowały w górę. Ten wywiad dla „Wysokich Obcasów” przyniósł dużo dobra dla mnie samej, ale nie tylko. Dla biznesu również.

Pisali do mnie pracodawcy, informując, że postanowili przeznaczyć część budżetu na konsultacje psychologiczne dla swoich pracowników.

Super!

Kontaktowali się też ze mną supervisorzy, pytając, czy mam jakieś materiały, które podpowiedziałyby im, jak mądrze wspierać swoich współpracowników w kryzysie. Ktoś inny zdecydował się przeprowadzić warsztaty radzenia sobie ze stresem.

Fajnie, że się o tym mówi.

Na Zachodzie, przynajmniej tam, gdzie pracowałam, było tak, że jak ktoś przynosił zwolnienie L4 od psychiatry, to było to zwolnienie jak każde inne. Masz takie zwolnienie na 6 miesięcy? Spoko. Ja takie w pewnym momencie miałam.

W Polsce nie zawsze tak jest. Czasem ludzie proszą, żeby tam nigdzie nie było informacji, że jest to dokument od psychiatry. Boimy się go pokazać szefowi, żeby ktoś w pracy sobie czegoś nie pomyślał. Dlatego trzeba o tym mówić i z jednej strony tworzyć rozwiązania systemowe, w DNA organizacji, a z drugiej strony uwrażliwiać się na ludzi wokół nas.

Ludzie poruszający się na wózkach mówią, że osoby wokół nich często nie wiedzą, jak się zachować. Czy ty zauważyłaś, że po tym wywiadzie ludzie zaczęli do ciebie inaczej podchodzić? Może ostrożniej, może obchodzą się jak z jajkiem?

Trudno mi powiedzieć, co ludzie myślą.

Jedną z rzeczy, które brałam pod uwagę, jest to, że teraz ludzie mogą oceniać niektóre moje zachowania przez pryzmat objawów choroby.

Dotychczas taka śmieszna anegdotka, że wsiadłam nie w ten pociąg, co trzeba, wynikała z tego, że byłam Janiną, a teraz ktoś mógłby pomyśleć, że pewnie wpadłam w hipomanię.

Ale nie mam na to wpływu i chyba nawet mi to nie przeszkadza.

Zastanawiałam się, jak to będzie ze współpracą z firmami. Nikt jednak nie zrezygnował. Co więcej – zaczęłam dostawać zaproszenia na rozmowy wewnętrzne w firmach na temat zdrowia psychicznego. To też jest super.

Czy nie masz problemu z tym, że zbudowałaś sobie wizerunek specjalistki od statystyki, a nagle robi się z ciebie trochę specjalistka od zdrowia psychicznego?

Muszę zaznaczyć, że nie przyjmuję zaproszeń na spotkania, do których brakuje mi kompetencji. Nie zgadzam się na rozmowy o psychoterapii czy farmakoterapii. Nawet na zamkniętej grupie dla osób chorujących jest zasada, że nie rozmawiamy o lekach.

Tak jak samo posiadanie krowy nie czyni z ciebie weterynarza, tak fakt, że ktoś jest chory, nie oznacza, że umie leczyć innych.

Ja uczę ludzi, że ze statystyką można i należy się zaprzyjaźnić, ale też, że nauka jest wszędzie. Ja jestem psychofanką nauki. Wykłady, na które jestem zapraszana, są więc o psychologii pozytywnej, naukowych podstawach szczęścia, o determinantach szczęścia – bo to policzyliśmy, są na to wzory matematyczne.

Nie bałaś się, że ujawniając taką wiadomość, stawiasz pod znakiem zapytania swoją wiarygodność? Ludzie, którzy nie wiedzą, jak to wygląda z twojej strony, mogą mieć obawy, że umawiając się z tobą na współpracę, trochę ryzykują, bo nie wiadomo, w jakiej będziesz formie. Może być super, a może wręcz przeciwnie. Może wydarzyć się coś, co zakłóci realizację tych zobowiązań.

Znowu – miałam taki przywilej, że nie musiałam się tego bać.

Nie uważam, ze każdy ma obowiązek robić coming out przed rodziną czy kimkolwiek innym. Żyjemy w różnych środowiskach i czasem jest to po prostu niemożliwe, trudne, a nawet niebezpieczne.

Nie wiem – może są firmy, które myślały o tym, żeby mnie wziąć, ale ostatecznie zdecydowały, że nie chcą podjąć tego ryzyka. Trudno.

Prawda jest jednak taka, że ja w ciągu czterech lat, odkąd zaczęłam zawodowo występować publicznie, nie zawiodłam ani razu. Oczywiście, ludzie mogą różnie oceniać te wystąpienia…

Tak jak w przypadku każdego prelegenta!

Dokładnie. Nie było jednak sytuacji, że gdzieś się nie zjawiłam czy zapomniałam. Nawet jak nie byłam w formie, to kierowałam się zasadą fake it till you make it, to znaczy, że nawet jeśli w środku się rozpadam, to przez te 20 minut daję najlepszy występ na świecie. To jest moja praca.

Mam nadzieję, że pokazuję swoją postawą, że nawet jeśli przyjdzie do nas pracownik i powie, że choruje psychicznie, to nie znaczy od razu, że jest bezużyteczny. Będzie pracował, choć może czasem będzie chciał przyjść do pracy później, bo cierpi na bezsenność, albo potrzebne mu będą dni z łatwiejszymi zadaniami.

Mój apel jest taki, żeby umożliwić to tym osobom. Ja mam to szczęście, że prowadząc własną firmę, mogę sobie pozwolić na spanie do 12:00, jeśli źle spałam w nocy. Oczywiście pod warunkiem, że nie mam zaplanowanych żadnych wystąpień czy webinarów!

Można chorować, ale być aktywnym zawodowo i nie zawodzić.

Zawsze porównuję to do chorób fizycznych. Przecież każdy z nas może się obudzić w dniu zlecenia z grypą uniemożliwiającą mu wstanie z łóżka.

W sumie pracodawca też może się czuć pewniej w sytuacji gdy wie, że masz rozpoznany temat i nad nim panujesz. Każdy z nas może z różnych powodów zawieść. Ty masz to pod kontrolą.

Nie wpływa to na jakość wykonywanej przeze mnie pracy.

Co wpłynęło na to, że doszłaś do wniosku, że jesteś gotowa na upublicznienie informacji o chorobie? Myślę, że to może się przydać osobom, które też chciałyby zrobić coś takiego, ale nie wiedzą, czy są gotowe.

Pamiętajmy, że funkcjonujemy w różnych środowiskach.

Ja wiedziałam, że osoby, z którymi współpracuję, moi bliscy i moja społeczność, są na tyle mądrzy, że jesteśmy daleko za etapem stygmatyzowania chorób psychicznych. Wiedziałam jednak, że tak nie jest wszędzie, więc chciałam wbić tę szpilę w społeczeństwo i wzbudzić dyskusję na ten temat.

Po wywiadzie otrzymałam mnóstwo dobra, a komentarze, które nie powinny się pojawić, były tylko jakimś ułamkiem. Były wśród nich jednak ekstremalnie mocne komentarze. Nawet takie, że dla takich osób powinno się rozpalać piece w Oświęcimiu…

Nie każdy musi być gotowy na szczerość i odsłonięcie się przed światem

Początkowo publikowałam te komentarze w moich social mediach, bo chciałam pokazać, jak wiele mamy jeszcze do zrobienia. W pewnym momencie jednak uświadomiłam sobie, że było to głupie. Ja już się na to uodporniłam, mnie to nie bolało, ale zapomniałam, że być może czytają to osoby, które jeszcze się z chorobą nie pogodziły, czekają na diagnozę i po prostu są delikatne jak ten brzuszek jeża, a ja je być może krzywdzę tym, że narażam je na te komentarze.

Przestałam je więc publikować i chyba właśnie wtedy napisałam wpis, że nie każdy musi być gotowy. Być może nigdy nie będziesz gotowy. Być może to, w jakim środowisku pracujesz, nie pozwala ci powiedzieć, że jesteś chory, i czuć się bezpiecznie. Absolutnie nikt nie ma obowiązku, żeby się z tym ujawniać.

Na tę gotowość ma wpływ wiele czynników. To, na ile ja jestem pogodzona z chorobą, na ile moje środowisko jest mądre i wspierające oraz czy wiąże się z tym jakieś ryzyko.

Czy twój coming out miał jakiś pozytywny lub negatywny wpływ na twoich najbliższych? W końcu każdy może oberwać odłamkiem tego, co tobie się dostaje.

To bardzo ważny temat.

Najpierw odbył się wywiad, który przesłałam od razu do mojego redaktora, który jest ekstremalnie uważny na słowa. Chciałam, żeby sprawdził, czy nie ma tam stwierdzenia, które dla mnie jest OK, ale dla innych niekoniecznie.

Później wysłałam ten wywiad do lekarki psychiatrii, żeby sprawdziła, czy nie ma tam jakichś błędów merytorycznych.

Następnie pokazałam tekst mojemu mężowi. Powiedziałam mu, że ma prawo wprowadzić w nim zmiany, a nawet nie zgodzić się na publikację. Uszanowałabym jego decyzję. Nie chciałam, żeby dostał rykoszetem. Ale on nie zmienił w tym wywiadzie nic i z tego, co wiem, nikt go po tym wywiadzie nie skrzywdził.

Warto było zrobić ten coming out?

Zdecydowanie tak. Zadziało się dużo dobra. Dostałam dużo miłości i feedbacku od ludzi, którzy postanowili po tym wywiadzie wrócić na terapię albo czekają na diagnozę, ale mniej się boją, albo którym łatwiej jest teraz zrozumieć chorującą osobę bliską.

W naszym kraju od kilku lat toczy się dyskusja o chorobach psychicznych, ale ona głównie dotyczy depresji. Oczywiście jest to bardzo poważna choroba, ale nie jest jedyna. Chciałam więc zwrócić uwagę również na inną diagnozę i na fakt, że trzeba te choroby leczyć, bo one są potencjalnie śmiertelne.

Myślę, że to się udało.

Cztery lata temu byłaś blogerką z absurdalnym poczuciem humoru, dziś jesteś autorką bestsellera i działaczką społeczną. Kim będziesz za cztery lata?

Nie mam pojęcia, ale na pewno nie polityczką!

Cztery lata temu nie myślałam, że to wszystko pójdzie w takim kierunku. Chyba nie mam już w rękawie tajemnicy, co do której konieczny będzie coming out

Marzę o tym, żeby założyć fundację zdrowia psychicznego, ale przeraża mnie i przerasta dokumentacja z tym związana.

Cały czas jednak zastanawiam się, jak mogę przekuć to moje uprzywilejowanie i cudowną społeczność w jakieś konkretne działania.

Rozmawiałem kiedyś z człowiekiem, który pracował jako urzędnik w Unii Europejskiej, i zapytałem go, jak to jest możliwe, że liderami państw zostają osoby, które raczej nie są takimi crème de la crème społeczeństwa. A on na to: „A ty byś chciał być premierem?”, na co ja, że w życiu. Wyjaśnił mi więc, że ludzie wchodzący do polityki mają specyficzną konstrukcję psychiczną i godzą się z tym, że będą uczestniczyć w wyścigu szczurów, że ich życie będzie totalnie prześwietlone przez ich własna partię, konkurencję polityczną i media oraz że życie ich bliskich będzie tak samo prześwietlone. Ci, którzy się przebijają, to są ludzie, którzy generalnie nie mają za bardzo skrupułów. Czy uważasz, że jest szansa na to, że będziemy widzieć w polityce na czele państw ludzi, którzy trochę łamią ten schemat?

Marzy mi się to, ale nie mam nadziei.

Ostatnio miałam wywiad dla „Repliki” – magazynu LGBTIA – i byłam w nim bardzo pesymistyczna. Na wszystkie pytania odpowiadałam, że to się nie uda, tamto się nie zmieni… Ale chyba nie mam racji. I tak już coś się zmienia. Coraz więcej osób protestuje przeciwko obecnej polityce, narracji, strukturom nienawiści. Jest coraz więcej osób, ale też firm i marek, które nie godzą się na taką rzeczywistość.

Warto próbować coś zmienić. Nawet jeśli ta zmiana będzie polegała na tym, że pracownik będzie mógł pójść do pracodawcy i powiedzieć, że czuje się źle psychicznie. To już jest dużo.

Życzę ci więc, żeby twoje działania doprowadziły do takich właśnie zmian.

Dziękuję!

Na stronie zostały wykorzystane linki afiliacyjne. Jeżeli wejdziesz przez nie na stronę sprzedawcy i dokonasz zakupu, sprzedawca podzieli się ze mną częścią swojej marży (nie wpływa to na twoją cenę). Wymieniam wyłącznie te produkty i usługi, z których rzeczywiście korzystam i jestem z nich zadowolony.
Wyraź swoją opinię Dodaj komentarz
Podaj dalej Jeśli spodobał ci się ten odcinek - udostępnij go swoim znajomym:

Dodaj komentarz

Subskrybuj
Powiadom o
guest
2 Comments
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments
Marta
Marta
24 dni temu

Janino, jesteś Wielka i Wspaniała. Dzięki za Twoje zaangażowanie. Respect!

Rafal
Rafal
19 dni temu

W kraju podzielonym na pół ostre opowiadanie się po jednej ze stron MUSI przynieść oczekiwany finansowy skutek. No a jak można robić €€€ będąc PRZECIW a nie ZA, to już nasza „polska” bomba…