Jak pisać skuteczne oferty sprzedażowe – triki doświadczonego copywritera

utworzone przez | Grudzień 2016

Chcesz napisać ofertę sprzedażową swojego produktu. Siadasz przed komputerem, odpalasz Worda i… pustka w głowie.

Miałeś tak kiedyś?

Niektórzy w takich sytuacjach zaczynają od wyliczania funkcji danego produktu. Inni próbują zgadnąć, jak może on rozwiązać problemy klientów. Kolejni próbują przekonać czytelnika sloganami typu „klasyczna elegancja w nowoczesnej odsłonie”, „stworzony z wykorzystaniem innowacyjnych technologii i materiałów” albo „najwyższa jakość w przystępnej cenie”.

Czy takie teksty są skuteczne? W pewnych sytuacjach tak – zwłaszcza gdy czyta je osoba zdecydowana, żeby kupić u ciebie daną rzecz. Skoro klient podjął decyzję już wcześniej, to na dobrą sprawę wystarczyłby mu przycisk „kup teraz”.

Prawdziwa sztuka polega na tym, żeby stworzyć taką ofertę, która doprowadzi go do tego stanu. Uświadomi mu, jak bardzo ten produkt jest mu potrzebny i skłoni do wydania pieniędzy.

Jak to się robi? Postanowiłem zapytać o to copywritera Darka Puzyrkiewicza.

Czy jest jakiś polski odpowiednik słowa copywriter?

Niestety nie ma, dlatego jest ono przekręcane na wszelkie możliwe sposoby. Copywriterem często określa się dziś każdego, kto pisze. A copywriter to ktoś, kto pisze copy, czyli tekst, który ma zadanie coś sprzedać, a nie ktoś, kto pisze dowolny tekst.

Jak zarobiłeś pierwsze pieniądze jako copywriter?

Może powiem, jak zarobiłem pierwsze większe pieniądze – 1600 zł na rękę.

Mmm, przyjemnie! Za napisanie trzech książek [śmiech]?

Nie, to wyglądało bardziej trywialnie. Postanowiłem sobie, że będę pisać blog. Na blogu zacząłem się mądrzyć, jak powinno się pisać, udzielałem się na różnych forach. I pewnego razu trafił się klient, który powiedział: „Sprawdzam!”. To on zapłacił mi pierwsze większe pieniądze za tekst. Było to w 2006 roku.

Jesteś też certyfikowanym trenerem biznesowym i prowadzisz szkolenia z copywritingu. Dla kogo są takie szkolenia? Jeśli ktoś przez kilkanaście lat nauki w szkole nie nauczył się posługiwać językiem polskim, to czy dwa dni nauki mogą coś zmienić?

Piękną rzecz powiedziałeś: każdy umie pisać. Ja nikogo nie nauczę pisać, bo nie na tym to polega. Chodzi raczej o to, by z jednej strony nauczyć się myśleć w taki sposób, by to, co komunikujemy, miało dla klient na tyle duży sens, że zechce za to odpowiednio zapłacić. Z drugiej strony pomagam wydobywać te rzeczy, które są wartościowe. Każdy sprzedawca doskonale zna swój produkt i paradoksalnie właśnie to powoduje problemy z jego sprzedażą – bo nie patrzy się na niego oczami klientami. Ja uczę spojrzenia na produkt czy usługę z perspektywy klienta, by umieć podkreślić ich wartość.

Zgadza się, jest to tzw. przekleństwo wiedzy. Tylko czy w ciągu dwóch dni można się nauczyć patrzenia na własną ofertę oczami klientami?

I tak, i nie. Wszystko zależy od tego, czego się oczekuje. Pierwsza rzecz to zmiana perspektywy z „produktocentrycznej” na „klientocentryczną”. A druga – to zyskanie odwagi, by w ogóle zacząć pisać o swoim produkcie czy usłudze. Czasami to jest trudniejsze: nie to, jak pisać, ale żeby w ogóle zacząć pisać tak, by wszyscy byli zadowoleni: sam piszący, ale też klient czy szef.

To załóżmy, że chcę napisać tekst na swoją stronę, który ma zachęcić do kupowania. Siadam przed komputerem, odpalam Worda i co dalej?

I to jest największy błąd, jaki możesz popełnić! Dlatego że najgorzej się pisze, gdy siądzie się przed pustą kartką. To powoduje blokadę: nic nie masz napisane, a gdy napiszesz pierwsze zdanie, to ci się nie podoba, wykreślasz je. Drugie zdanie – znowu do niczego, wykreślasz. Copywriting nie powinien nigdy zaczynać się od pisania. Łatwiej jest redagować tekst, czyli najpierw stworzyć pewien szkic, na luzie, swobodnie, a potem go poprawić, żeby brzmiał ładnie. Przyznasz, że to byłoby łatwiejsze?

Oczywiście, tylko żeby stworzyć tekst, który mam zredagować, i tak muszę go napisać. To od czego zacząć?

Powtórzę: pod żadnym pozorom nie masz zaczynać od pisania! Ja odkryłem pewną rzecz: trudno jest nam pisać o produktach czy usługach, a znacznie łatwiej odpowiadać na konkretne pytania. Skoro jest pytanie, to trzeba na nie odpowiedzieć. Przez lata wypracowałem taką właśnie metodę pisania: zadaję sobie pytania i udzielam na nie odpowiedzi. Chcąc nie chcąc, stworzysz w ten sposób przecudne notatki, a z nich – dowolny tekst, jaki chcesz.
Łatwiej pisać o produktach i usługach, odpowiadając na konkretne pytania Click To Tweet

Wow! To w takim razie jakie są pytania?

Tych pytań jest dużo. To zależy od kontekstu, od sytuacji. Absolutnie najprostsze pytanie brzmi: czego klient w tym momencie potrzebuje, żeby podjąć decyzję o zakupie? Reszta to są pochodne tego pytania. Ja daję swoim klientom brief zawierający 37 pytań – 27 z nich dotyczy oferty, a 10 odnosi się do klienta. Jeden z klientów, jak zobaczył ten brief, to odparł: „Wiesz co, Darek, dzięki! To ja już sobie sam napiszę ten tekst, te pytania są tak proste!”.

Wspomniałeś, że 10 pytań z briefu dotyczy klienta. Tylko skąd ja mam wiedzieć, co siedzi w głowie klienta?

Po pierwsze, jeżeli coś sprzedajesz, to zakładam, że wiesz, komu sprzedajesz. Jeżeli porozmawiasz z klientami, zapytasz, dlaczego kupują, a dlaczego nie; co chcą, a czego nie chcą – to nagle zobaczysz, czego im potrzeba, żeby kupili. A kiedy siadasz i próbujesz napisać tekst, to może nawet napiszesz, może nawet spodoba się klientom, ale co to będzie miało wspólnego z zakupem? No nic, bo to będzie wytwór tego, co ty wymyśliłeś. Nasza fantazja jest niczym nieograniczona. Jeśli jednak opieramy się na tym, co klient nam opowiedział – a sposobów na to, jak uzyskać te odpowiedzi, jest mnóstwo – to powstanie zupełnie inny tekst.

Czy ankiety dobrze sprawdzą się w zdobywaniu odpowiedzi na te pytania?

Ankiety są tylko częściowo dobre. Po pierwsze, klienci niezbyt chętnie chcą wypełniać ankiety. Po drugie, nie zawsze chcą ujawniać, o co im chodzi, bo boją się, że ktoś wykorzysta tę wiedzę przeciwko nim – to jest zupełnie normalne. A po trzecie – i to często jest najważniejsze – klienci mogą sami nie wiedzieć, o co dokładnie im chodzi.

Słyszałem taką teorię, że klienci wiedzą tylko dwie rzeczy: czego nie chcą i co wydarzyło się w przeszłości. To jedyna pewna, wiarygodna wiedza. Klienci nie są natomiast w stanie powiedzieć, co chcą, bo przestrzeń do fantazji jest nieograniczona.

To prawda. Szczególnie chyba my, Polacy, wiemy, czego nie chcemy. Jesteśmy zaprogramowani na uciekanie od czegoś. Gdy klient odpowiada: „Nie wiem, czego chcę, ale wiem, że tego nie chcę, tego nie potrzebuję”, to jest jedno magiczne pytanie, które pozwala o 180 stopni odwrócić sytuację. Pytasz klienta: „W porządku. A co w zamian?”. I nagle w głowie klienta otwiera się taka tajemnicza furtka, która sprawia, że zaczyna opowiadać, czego chce. Na tym właśnie polega magia pytań. Jeśli znasz odpowiednie pytania, to jesteś w stanie wydobyć odpowiedzi nawet od osoby, która sama nie umiałaby powiedzieć, czego chce.
Gdy klient mówi, czego nie chce, zapytaj: „A co w zamian?”, aby poznać jego potrzeby Click To Tweet

Skoro jednak ankiety nie są najlepszą formą uzyskiwania odpowiedzi, to z czego korzystać?

Chociażby z rozmów przez telefon. Ja uwielbiam klientów, którzy zgłaszają mi reklamacje. Gdy się okazuje, że coś im się nie podoba, coś nie działa czy nie pasuje, to rozmawiając z nimi, mogę uzyskać wartościowe informacje zwrotne, do których w żaden inny sposób bym nie dotarł. Dlatego osoba pisząca powinna mieć kontakt z klientem. To powinien być handlowiec, ktoś, kto odbiera telefony i rozmawia z klientami.

I co dalej – co zrobić z tym surowym materiałem, żeby nabrał kształtu skutecznej oferty sprzedażowej?

Przede wszystkim musisz określić, jak rozumiesz pojęcie skutecznej oferty sprzedażowej. Jedni potrzebują długiej oferty sprzedażowej na stronę, inni preferują skondensowany landing page, jeszcze inni przygotowują oferty na papierze. Wszystko zależy od formy komunikacji z klientem, bo ona decyduje o tym, co zawrzesz w ofercie.

Załóżmy, że masz niedrogi produkt, który możesz sprzedawać przez landing page – swoją drogą to jest w tej chwili najbardziej popularne. Zadajesz sobie kilka banalnych pytań, które prowadzą cię przez pisanie. Odpowiadasz na nie punkt po punkcie i nagle się okazuje, że wszystko się samo tworzy.

To dopytam jeszcze raz: od czego zacząć tekst?

Najczęściej zaczynamy od bardzo prostej rzeczy: od zastanowienia się, co zwróciłoby uwagę klienta w momencie, gdy natrafia na nasz tekst. Dlaczego? Bo to jest największy deficyt, jeśli chodzi o oferty: deficyt uwagi, deficyt zaangażowania w odbiór oferty. Jeśli przełamiesz pierwszy moment, kiedy klient myśli sobie: „A, wiem, o co chodzi, nie ma sensu czytać” i sprawisz, że coś go zainteresuje, że chce przeczytać chociażby pierwsze zdanie, to większość roboty masz z głowy – teraz wystarczy tylko nie zepsuć oferty.

Czy jednak oferty nie stają się schematyczne, skoro za każdym razem budujemy je wg klucza?

To zadam ci inne pytanie: czy widzisz coś złego w schematach?

Wiesz, ja jestem wydawcą czasopisma, a sama jego forma jest schematyczna. Ale też czytelnicy oczekują, by czasem ich czymś zaskakiwać. Schematy są więc OK do pewnego stopnia, a gdy stają się zbyt przewidywalne dla odbiorcy, to brakuje elementu zaskoczenia.

Moja konkluzja jest taka: problemem nie jest schemat, tylko to, czym go wypełnisz. Jeżeli sprzedajesz czasopismo, to masz pewien schemat: okładka, wstęp, stałe działy. Ale właśnie to, co jest w nich, stanowi o wartości czasopisma. Zobacz, że dzięki tym schematom czasopismo się sprzedaje. Gdybyś nagle wszystko odwrócił do góry nogami, czytelnik poczułby się zagubiony i pomyślałby: „Kurczę, może pomyliłem gazetę. To nie to. Przyzwyczaiłem się do czegoś innego”.

Schematy dają nam poczucie bezpieczeństwa i tak samo jest ze schematami komunikacji. Jeżeli komunikujesz się wg schematu, który klient zna, to łatwiej mu je przyjąć. Nie czuje się zagrożony – pamiętajmy, że sam proces zakupu jest zagrożeniem, bo ktoś chce wyciągnąć od nas pieniądze. Dlatego bardzo mocno bronię schematów. Wszystko sprowadza się do tego, co jest w środku.
Oferty zbudowane wg znanego schematu dają klientom poczucie bezpieczeństwa Click To Tweet

Jak wyglądałby zatem schemat oferty sprzedażowej na stronę internetową?

Podam ci pewną zasadę, którą ostatnio stosuję, i swego rodzaju jej rozwinięcie. Jest taka rzecz, której używam we wszelkiego rodzaju komunikacji: w mailach, artykułach, na landing page’ach. Mianowicie jest to komunikacja 3K. Składają się na nią trzy elementy. Pierwsze K to jest kontekst – kontekst, w jakim jest klient, w jakim ja się z nim kontaktuję. Drugie K to konsumpcja – coś, co sprawia, że klient chce w ogóle przeczytać, co mam dla niego, ale też coś, co dodaje mu energii, by czytał dalej. Trzecim elementem jest kontynuacja – co w takim razie zrobić dalej, jak rozwiązać problem, jaki zrobić pierwszy krok itd.

To jest ogólny schemat, natomiast obecnie dobrze sprawdza się też takie ogólne podejście problemowe. Chodzi o to, by pierwsze linijki tekstu pokazały czytelnikowi, że czegoś potrzebuje i jeżeli z tego nie skorzysta, będzie miał pewnego rodzaju problem. W następnym kroku mówisz mu: „Dzięki temu, co mam, unikniesz takich kosztów, takich problemów” – opisujesz korzyści i eliminujesz zagrożenia. Kolejna rzecz: wymieniasz, z czego składa się produkt, i pokazujesz, że jesteś w stanie dotrzymać obietnicy. Potem wspominasz o czymś, żeby klient pospieszył się z podjęciem decyzji. Są różne triki: począwszy od tego, że zostało 10 ostatnich egzemplarzy, aż po takie, że np. następnego roku czy dnia miesiąca coś się wydarzy, co wpłynie na ofertę, którą klient ma przed sobą. Na końcu oczywiście mówisz klientowi, co musi zrobić, żeby kupić produkt czy usługę. To jest najprostszy, ogólny schemat, który obecnie świetnie się sprawdza.
Buduj oferty wg schematu 3K: kontekst, konsumpcja, kontynuacja Click To Tweet

Wyobrażam sobie, że ten schemat można wypełnić treścią w sposób mistrzowski, ale z pewnością istnieje ryzyko, że słowa nie będą niosły. Jak odróżnić dobrą ofertę od złej po jej napisaniu, jeszcze zanim będziesz miał wgląd w pierwsze statystyki sprzedaży?

Najprostszy sposób to spojrzeć, czy tę ofertę „widać”. Chodzi o to, że jeśli zauważasz treść oferty, popisy copywritera, to znaczy, że ona będzie skazana na wymarcie. A jeśli w trakcie lektury zaczynasz się zastanawiać: „Hm, to jest interesujące”, czyli nie widzisz tekstu, ale budzi on w tobie emocje – to jest to dobra oferta.

Inaczej mówiąc: dobrą ofertę charakteryzuje używanie w niej języka klienta, czyli takiego normalnego, który stosuje się w codziennej komunikacji, w którym nie ma żadnych ozdobników. Wtedy oferta staje się przezroczysta dla klienta, komunikujesz się z nim w bezpieczny i zrozumiały dla niego sposób.

Podoba mi się to podejście. A czym są te „popisy copywritera”? Możesz podać jakieś przykłady?

Mocno mi to utkwiło w głowie, bo jedno z pierwszych zleceń tak właśnie skopałem. Klient zgłosił się do mnie ze zleceniem napisania oferty szkolenia. Wymyśliłem sobie cudną rzecz i pomyślałem, że jak ludzie to zobaczą, to wyskoczą z portfeli. To była bardzo kreatywna, twórcza oferta. Efekt był taki, że moja oferta sprzedawała 20 razy gorzej niż oferta, którą klient posługiwał się pierwotnie! Problem polegał na tym, że była ona artystyczna, twórcza. Chciałem bardzo zabłysnąć i pokazać klientowi, że to jest coś tak niezwykłego, że nie da się o tym inaczej powiedzieć. I to jest podstawowy błąd: staramy się za bardzo. To zabija skuteczność, bo widać tekst, a nie to, co jest ważne dla klienta.

Jak takiego pisania, które trafia przez serce do portfela klienta, można się nauczyć?

To jest właśnie to: w momencie kiedy zastanawiasz się, co robić, już jesteś skazany na porażkę. Oczywiście takiego pisania można się nauczyć. Nawet opracowałem metodę, dzięki której każdy człowiek jest w stanie napisać dowolny tekst swobodnie, bez spięcia. W uproszczeniu polega to na tym, że przestajesz się zupełnie starać.

Super! Cudownie prosta metoda!

Tak, a większość ludzi mówi: „To nie może być takie proste”. Ja prowadzę dwudniowe warsztaty u siebie, jeden na jeden, i mówię wtedy: „Po tych dwóch dniach będziesz w stanie napisać każdą rzecz, jaką chcesz, bez żadnego wysiłku. Będziesz miał wręcz za dużo słów”. Nikt mi nie wierzy, że to jest możliwe. I to jest właśnie największa bariera: że myślimy sobie, że musimy się bardzo starać, że tekst musi spełniać szereg różnych warunków, że trzeba poznać tysiąc technik. Rzeczywistość jest bardziej trywialna: im mniej się starasz, tym łatwiej ci to przychodzi.

Ja jestem perfekcjonistą, muszę mieć wszystko dopieszczone i strasznie ciężko przyjąć mi takie podejście, że mam się nie starać. To jak ja mogę to osiągnąć?

Ale czy lubisz ten swój perfekcjonizm w sobie?

Generalnie tak.

Dobrze. To ja bym ci pokazał metodę na odkrywanie w sobie jeszcze większego perfekcjonizmu. Pokazałbym ci sposób na to, jak wydobyć z siebie prawdziwego perfekcjonistę, bo ten, o którym mówisz, to jest taki ułożony, ma swoje ograniczenia, coś mu czasami lepiej wychodzi, czasami gorzej. Natomiast ma w sobie idealnego perfekcjonistę, który chciałby z ciebie wyjść, i powiem ci, jak to można zrobić. Kupujesz?

OK, dobra.

Problem polega na tym, że jak piszemy, to próbujemy wycisnąć, wyszarpać z siebie słowa. Natomiast moja metoda polega na tym, by się zatrzymać, uspokoić i zobaczyć, co się pojawi. Pozwól temu swojemu perfekcjoniście wyjść z ciebie. On na początku będzie nieśmiały, ale odkrywaj w sobie tego człowieka, którego za bardzo jeszcze nie znasz.

Brzmi to dość zagadkowo, ale domyślam się, że to wymaga przećwiczenia, bo na podstawie jednego zdania trudno mi sobie wyobrazić, że zmienimy swoje podejście.

I właśnie to jest to! Nie uczysz się niczego nowego, tylko oduczasz się tego, co cię ogranicza. To nie jest kolejna nowa technika, tylko pewna praktyka pisania, która zabiera ci to wszystko, co cię blokowało.

Z mojego doświadczenia niektórzy ludzie mają problem z pisaniem prostym językiem. Ludzie z SWPS-u stworzyli Jasnopis – to internetowa aplikacja, która bada stopień skomplikowania tekstu, zaznacza fragmenty, które trzeba uprosić. Znasz może tę stronę?

Nie znam i nie używam, ale są bardzo podobne angielskie narzędzia.

No właśnie – bo język angielski ma prostszą składnią i jest łatwiejszy do takiej analizy. Spotkałem kiedyś twórców Jasnopisu i byłem pełen podziwu, że ktoś zdecydował się stworzyć takie narzędzie dla tak skomplikowanego języka jak polski. Myślę, że na bardzo podstawowym poziomie Jasnopis jest pomocny, ale zastanawiam się, na ile ten algorytm działa podobnie do tego, o czym ty mówisz: czy algorytm wychwytuje podobne „popisy” copywritera tak jak ty?

Tak, to jest bardzo podobne. Ja proces pisania dzielę na trzy etapy. Pierwszy z nich to etap tworzenia, podczas którego pisze się wszystko, co przyjdzie do głowy. Zawiera się ze sobą prostą umowę: przez 30 minut opiszę wszystko, co mi na ten temat przyjdzie na myśl, a po 30 minutach zdecyduję, co z tym zrobić, czy wszystko skasować, czy nie. Drugi etap to redagowanie, czyli wybieranie tego, co ma sens, szukanie smaczków w tekście – i dopiero z tego próbujesz sklecić artykuł czy ofertę. Trzeci etap to dokładnie to, o czym mówiłeś. Ja to nazywam „fitnessem tekstu”, czyli skracasz, uładzasz. Są pewne sztywne zasady, których uczę, sprawiające, że nawet byle jaki tekst jest w stanie nabrać dużej dynamiki. A to są proste, mechaniczne zasady.

Czy możesz chociaż jedną taką sztuczkę zdradzić?

Oczywiście. Postaraj się, by pierwszy, drugi lub trzeci wyraz w zdaniu był obrazowym czasownikiem. Dotyczy to wszystkich zdań w tekście. Wówczas cała wypowiedź nabiera tempa i coś zaczyna się z nią dziać.
Gdy zaczynasz zdania od obrazowych czasowników, oferta nabiera tempa Click To Tweet

Fajne, spróbuję! Załóżmy, że mam już ofertę, wisi na stronie, sprzedaje. Czy takiej oferty można używać przez kolejnych pięć lat, czy raczej nie, bo się opatrzy, zestarzeje i trzeba ją zmieniać regularnie?

Samo poczucie zadowolenia ze spełnionej misji jest już błędem, dlatego że jeżeli powiesisz pierwszą wersję oferty, to jest to dopiero punkt wyjścia. Wtedy dopiero możesz zacząć sprawdzać, jak coś ulepszyć, zmienić. Nad samym nagłówkiem warto popracować ze 2–3 miesiące. To są tylko twoje hipotezy i nie wiesz, jak sprawdzą się inne wersje, a klienci głosują portfelem. Możesz mieć 10 sprzedaży na 100 wejść – czyli bardzo dużo. Ale czy nie da się tego wyniku poprawić? Zawsze się da! Jeśli wyjdziesz z takiego założenia, to zaczniesz się zastanawiać, co jeszcze zmienić, co dodać. Robisz testy A/B, patrzysz, która wersja lepiej sprzedaje, i dokonujesz ewentualnych zmian.

Oczywiście jest pewien cykl życia produktu, cykl świadomości klientów. To, co pół roku temu było nowości, dziś już nią nie jest. Klienci opatrzą się z produktem, nie jest to już żadna rewelacja. Musisz badać puls rynku, patrzeć, co się dzieje w danej chwili, żeby jak najlepiej dostosować ofertę do sytuacji klientów, a nawet do konkurencji.

Wiadomo, że rynek cały czas się zmienia, może pojawić się konkurencja, która zaoferuje niższe ceny, lub zmieni się po prostu moda wśród klientów. Wtedy odczujemy zmiany w sprzedaży, które wcale nie będą wiązać się z ofertą. Czy da się zatem ustalić wpływ samej oferty na konwersję?

Tak, bo oferta prowadzi do formularza zamówienia, więc widzisz, ile osób zamawia. Natomiast to, o czym ty mówisz, to kwestia czynników, które pływają na samą sprzedaż. Nie jesteśmy niestety w stanie ich kontrolować. To, co możemy zrobić, to skupić się na tym, nad czym mamy kontrolę, czyli pracować nad ofertą czy nad formularzem zamówienia.

Gdyby ktoś chciał zgłębić temat copywritingu, co mógłbyś polecić?

Jest tylko jedna książka, a właściwie będzie: Biblia copywritingu. Po 10 latach stwierdziłem, że napiszę książkę. Jest w tej chwili już na zaawansowanym etapie u wydawcy, trwają ostatnie szlify. Ukaże się prawdopodobnie na początku 2017 roku. Trochę się śmieję z tego, bo może jestem zbytnio wymagający, ale nie znam książki, którą mógłbym szczerze komuś polecać, dlatego napisałem swoją. Oczywiście tam jest moje specyficzne podejście, wiem, że nie każdemu będzie ono pasowało. Jest bardzo wielu fajnych autorów, którzy piszą książki na temat pisania i copywritingu, są świetni, ale mi osobiście brakowało, żeby ktoś mi pokazał nie to, jak uczynić język klarownym, efektownym, pobudzającym emocje, ale to, jak język sprzedaje. Mnie zawsze takiej książki brakowało. Może jest to konsekwencją tego, że przez wiele lat byłem handlowcem i we wszystkim, co robię, przyjmuję perspektywę sprzedawcy.

Natomiast są dwie książki Claude’a Hopkinsa, przetłumaczone na polski: Scientific AdvertisingTajniki warsztatu legendarnego copywritera. Obydwie uczą nie tyle tego, jak pisać, ile tego, jak myśleć jak copywriter, żeby teksty sprzedawały. Te książki polecam każdemu, bo one zmieniają sposób myślenia. Jeżeli zmieni się sposób myślenia, to zmieni się twoje pisanie. Natomiast uczenie samych zasad pisania może sprawić, że ktoś się na tym zatrzyma i ze sprzedażą będzie miał problem.

Czy są jeszcze inne strony, gdzie można cię znaleźć i nawiązać z tobą kontakt?

Jeżeli ktoś chce mnie bardzo znaleźć, to odsyłam na Dynanet.pl. Tam jest moja strona, a na Dynanet.pl/copywriting znajduje się mój blog, na którym w miarę możliwości staram się zamieszczać coś nowego i coś ciekawego, ale z czasem dla siebie zawsze jest najgorzej.

Masz własne sposoby na pisanie zabójczo skutecznych ofert?

Może chcesz się podzielić jakąś napisaną przez siebie ofertą, z której jesteś szczególnie dumny?

Albo znalazłeś w sieci taką, która szczególnie utkwiła ci w pamięci i uważasz, że może zainspirować innych?

Jeżeli tak, podziel się tym w komentarzu 🙂

Słuchaj podcastu MWF w telefonie

Lubisz nas słuchać? Zostaw recenzję!

Zostawiając swoją opinię, pomagasz nam zdobyć nowych słuchaczy. Dziękujemy!

Jeżeli korzystasz z aplikacji Podcasty na iPhone:

  1. wpisz w wyszukiwarce w aplikacji Mała Wielka Firma,
  2. w sekcji Podcasty kliknij na Mała Wielka Firma,
  3. przejdź do zakładki Recenzje,
  4. naciśnij link Napisz recenzję.

Jeżeli korzystasz ze Stitchera (lub innej aplikacji) na Androidzie:

  1. wejdź na stronę malawielkafirma.pl/stitcher,
  2. przewiń stronę w dół, aż zobaczysz okno Show Ratings ans Reviews,
  3. kliknij na link Write a review.

Chcesz wiedzieć jako pierwszy o nowych odcinkach podcastu? Zapisz się »