fb pixel

Czy każdy może być dobrym przedsiębiorcą? Czy można się tego nauczyć?

2 lipca 2018

Kiedy patrzy się na niektórych właścicieli firm, można odnieść wrażenie, że są stworzeni do robienia biznesu.

Inni też by chcieli, próbują, ale im nie wychodzi.

Czy każdy może być dobrym przedsiębiorcą? Z czym to się wiąże i czy można się tego nauczyć?

Jak przekonasz się za chwilę, największą przeszkodą bywają demony… które hodujemy we własnej głowie.

Do tego odcinka zaprosiłem osobę, która w ciągu ostatnich 7 lat pomogła ponad 400 kobietom stworzyć i rozwinąć własną działalność. Z wykształcenia socjolog, artystka i trenerka, od 2011 r. uczy biznesu w swojej Latającej Szkole. Moim gościem jest Agata Dutkowska.

Prezent dla Ciebie

Podaj adres e-mail, a wyślę Ci PDF „50 świeżych pomysłów na biznes”.

Poniedziałek z pomysłem

W każdy poniedziałek rano wysyłam do ponad 8 tys. osób maila z nowym pomysłem, jak usprawnić działanie firmy. Też chcesz?

W tym odcinku

  • Jakimi cechami charakteryzuje się przedsiębiorca?
  • Co zrobić, by lepiej słuchać swoich klientów?
  • Jakie mity na temat prowadzenia firmy są najczęstsze?
  • Jak radzić sobie jako przedsiębiorca z nadmiarem zadań?
  • Czy “Mentalność pracownika” to wada u przedsiębiorcy?
  • Jak i od kogo uczyć się przedsiębiorczości?
  • Co powstrzymuje nas przed zarabianiem dużych pieniędzy?
  • Czy każdy biznes powinien być prowadzony online?
  • Jak przekonać się, czy bycie przedsiębiorcą to coś dla mnie?

Gość odcinka

Agata Dutkowska

Założycielka Latającej Szkoły, która wspiera twórcze kobiety w biznesie. Inicjatorka Latających Kręgów Miejskich, mających na celu wzajemną pomoc i wymianę doświadczeń przedsiębiorczych kobiet.

LatajacaSzkola.pl

Przydatne linki

Polecana książka

Reni Eddo-Lodge
Dlaczego nie rozmawiam już z białymi o kolorze skóry

 Kup tę książkę

 Więcej książek

Podcast do czytania – transkrypcja odcinka

Cześć Agata.

Cześć Marek.

Powiedz, co ostatnio czytałaś?

Czytam dużo, szybko i pięć rzeczy naraz – także nie wiem, czy mam powiedzieć tylko o jednej, czy mam wymienić wszystkie pięć?

Wybierz swoją ulubioną, taką, która najbardziej utkwiła ci w pamięci i powiedz dlaczego właśnie ta.

Ostatnio w ręku miałam książkę Reni Eddo-Lodge pod tytułem Dlaczego nie rozmawiam już z białymi o kolorze skóry. Reni jest czarnoskórą angielską blogerką, która po prostu opisuje swoje doświadczenia z czymś, co można nazwać strukturalnym rasizmem – dla nas w Polsce jest to temat egzotyczny, a czytam to dlatego, że te refleksje trochę przekładają się na rozmowę na trudne tematy, które zazwyczaj chowa się pod dywan. Dodatkowo od paru lat mam takie poczucie, że nawet jak mnie coś nie dotyczy, bo dzieje się w Londynie albo w Mali, to jednak trochę mnie dotyczy – jakbym mieszkała nie tylko w Polsce, ale po prostu na planecie Ziemia. Bardzo interesują mnie różne rzeczy, które się dzieją na całej planecie, a nie tylko tutaj na naszym podwórku.

Mam takie doświadczenie z kontaktów z osobami z różnych krajów, bo mam sporo znajomych, którzy mieszkają w różnych miejscach i spotkałem też ludzi, którzy na różnych etapach swojego życia mieszkali za granicą – mam wrażenie, że są ludzie, którzy są bardziej otwarci, ciekawi dzięki temu, że mają szerszą perspektywę. Myślę, że czytanie takich książek pełni podobną funkcję – pozwala w szerszy sposób spojrzeć na to, co widzisz za oknem albo w telewizji.

Dzisiaj też w pewnym sensie porozmawiamy o poszerzaniu horyzontów dlatego że, gdy ktoś zdecyduje się założyć firmę, to otwiera się przed nim nowa przygoda i wkracza na teren, gdzie każdy odnajduje się trochę inaczej i każda historia przedsiębiorcy jest w pewnym sensie inna. Tu uczysz ludzi, uczysz przede wszystkim kobiety czy wyłącznie kobiety?

W tym momencie wyłącznie kobiety, ale mogłabym powiedzieć, że przede wszystkim, bo Latająca Szkoła nie jest tylko dla kobiet. Jeżeli jakiś mężczyzna chciałby się zapisać, to może to zrobić. Wiem, że mam paru męskich czytelników newslettera, wiem, że osoby płci męskiej komentują różne moje wpisy – także nie powiem, że tylko i wyłącznie kobiety, ale w większości kobiety.

Ok, uczysz tego, jak zarabiać we własnej firmie, jak prowadzić firmę, która będzie dawała satysfakcję i pieniądze. Robisz to już parę lat i pomogłaś przez ten czas w różnych branżach różnym osobom – zastanawiam się więc, jakie cechy są potrzebne do tego, żeby prowadzić dobrze zarabiającą firmę? Czy są jakieś wspólne cechy, które można wskazać?

Jest taki fundament przedsiębiorczy, jak się wpisze w Wikipedię „przedsiębiorczość” to wychodzą te cechy: kreatywność, innowacyjność, skłonność do ryzyka, nastawienie na działanie – powiedziałabym, że to jest taki podstawowy pakiet. Do tego podstawowego pakietu są jeszcze rozszerzenia, w zależności od tego, czy jesteśmy Elonem Muskiem, czy Michałem Szafrańskim, czy fotografką dziecięcą, to potrzebujemy nieco innych rozszerzeń. Pracuję ze specyficznymi osobami i mimo tego, że dobrze się czuję w przedsiębiorczości, prowadzę firmę od ośmiu lat, to nie oznacza, że potrafiłabym na przykład prowadzić duże przedsiębiorstwo, które zatrudnia 200 osób i zajmuje się handlem rybami, bo tam są potrzebne zupełnie inne dodatkowe aplikacje do tego podstawowego pakietu, niż w tym, co ja robię.

Czy w takim razie możemy przeprowadzić taką autodiagnozę, jeszcze zanim spróbujemy prowadzenia firmy? Czy możemy przymierzyć się do szablonu, który nam pokaże: „ok, mam te podstawowe cechy i pozostaje tylko kwestia dodatków” albo: „nie mam tych podstawowych cech i w ogóle nie powinienem się za to brać”?

Można. Dobrze jest zrobić autodiagnozę i dobrze jest poznawać samego siebie. Ale mam taką hipotezę, nie wiem, czy się ze mną zgodzisz, że te podstawowe cechy, to jest taki software, który każdy ma wgrany – może niekoniecznie ma to uruchomione, może ktoś ma to gdzieś zzipowane na jakiejś dziwnej partycji albo na przykład ma zapchane dyski startowe innymi programami, aplikacjami i to mu nie może działać. Wydaje mi się, że te podstawowe cechy jak kreatywność i innowacyjność, to jest coś, czego nie można być absolutnie pozbawionym – to jest bardziej jak mięsień, niż jak gen.

Kreatywność i innowacyjność, to jest coś, czego nie można być absolutnie pozbawionym – to jest jak mięsień

Jest coś takiego jak robienie rurki z języka – niektórzy umieją zrobić rurkę, inni nie, nawet jakby się bardzo wysilali i to ćwiczyli, to jest podobno genetyczne i dziedziczne. Uważam, że z przedsiębiorczością nie jest tak jak z robieniem rurki, to jest bardziej jak mięsień, który mamy i możemy go albo ćwiczyć, albo nie, możemy mieć go lepiej albo gorzej ukształtowanego na starcie i też może być w takich a nie w innych warunkach kształtowany, bo nas bardzo mocno kształtuje nasze otoczenie, czyli to, czego się nauczyliśmy w domu, w szkole i czego uczymy się na bieżąco z kultury, w której jesteśmy zanurzeni. Byłabym ostrożna z takimi ocenami, że ktoś absolutnie nie nadaje się na przedsiębiorcę i nie powinien tego robić.

Jeżeli to jest mięsień, to od razu nasuwa się pytanie: jak mogę ten mięsień wzmacniać? Gdzie jest siłownia? Jakie ćwiczenia powinienem wykonywać, żeby być coraz lepszy w byciu kreatywnym, samodzielnym i z inicjatywą?

Można sobie znaleźć dobre środowisko ludzi, którzy robią podobne rzeczy i będą nas mobilizować, czy będą nam dawać jakiegoś rodzaju wyzwania, to jest jeden element. Dobrze jest znaleźć sobie mentora – zanim w ogóle powstał system edukacyjny, to nasi przodkowie jakoś uczyli się różnych rzeczy, głównie przez bycie czeladnikiem i obserwowanie mistrza albo przez siedzenie przy ognisku i słuchanie historii. Musimy przebywać wśród ludzi, dzięki którym będziemy nasiąkać tymi cechami. To jest nauka przez działanie – nie wierzę w to, że można pójść na jakiś uniwersytet i po prostu otrzymać wiedzę, jak być przedsiębiorcą, tak jak się otrzymuje wiedzę na temat historii, biologii, to wygląda bardziej tak, jak mówi Pat Flynn: „learning on the fly”, czyli pewnych rzeczy uczymy się w locie.

Weźmy pod uwagę wariant bardziej optymistyczny, gdzie mam już te mięśnie rozwinięte – powiedziałaś, że jest pakiet podstawowy, ten fundament – co jest mi potrzebne poza tym? Wspomniałaś o tych dodatkowych aplikacjach, ale czy są jeszcze jakieś rzeczy, które mogę zrobić, żeby zwiększyć moje szanse na to, że moja firma rzeczywiście będzie mi dawać radość i pieniądze?

Powiedziałabym, że to zależy od tego w jakiej dziedzinie się działa. Ale z moich obserwacji osób, które do mnie przychodzą, wydaje mi się, że kluczową rzeczą są dwie umiejętności: pierwsza to umiejętność słuchania – trochę własnej intuicji, ale też słuchanie mojego potencjalnego klienta i głębokie zrozumienie, co go boli, dlaczego go boli i co on jest gotowy zrobić, żeby go przestało boleć. Ludzie często mówią: „słuchanie? To umie każdy” – na uniwersytetach uczących biznesu pewnie nie ma seminariów ze słuchania, chociaż jak byłam w alternatywnej szkole biznesu w Danii, która się nazywa Kaos Pilot, to tam kładą niesamowity nacisk na to, mówią na to listening louder, to jest taki rodzaj słuchania, gdzie naprawdę szlifujemy tę umiejętność.

Druga rzecz to jest umiejętność komunikacji, czyli muszę tak używać języka, nie tylko słów, ale też obrazów i wszystkich dostępnych rzeczy, żeby bardzo jasno, klarownie komunikować się z ludźmi na temat tego, jaką im daję wartość, tak, żeby ta komunikacja była atrakcyjna, żeby wręcz taki elektryczny impuls przeskakiwał między mną a moim klientem. To też sprawia, że się wyróżniam na tle innych, którzy się komunikują w bardziej konwencjonalny, wyświechtany sposób.

Poruszyłaś dwa ogromne wątki, o których można by spokojnie nagrać dwa osobne odcinki, ale spróbujmy dać chociaż taką małą wskazówkę czy kilka wskazówek na temat tego, jak słuchać lepiej. Powiedziałaś, że każdy z nas słucha, ale nie każdy słyszy – myślę, że wbrew pozorom jest to bardzo rzadka umiejętność, żeby umieć zrozumieć to, co ludzie do nas mówią. Wspominałaś, że uczyłaś się tego w Danii, więc jakie ćwiczenia tam robiliście?

W Danii tego się nie uczyłam, tylko zauważyłam, że oni na to zwracają uwagę. Taką kluczową rzeczą jest umiejętność zadawania właściwych pytań. Albo w ogóle zadanie sobie tego trudu, żeby zanim wypuszczę produkt na rynek, zanim nacisnę klawisz „Enter” – usiąść z potencjalnym klientem i na przykład przeprowadzić z nim głębszą rozmowę. To nie musi być od razu pogłębiony wywiad, gdzie mamy jakąś ankietę – ludzie często się tego boją i nie wolno się schować za ankietą.

Tak naprawdę zwykła rozmowa, gdzie pytamy się naszego potencjalnego klienta, jak on widzi pewne rzeczy, potrafi nam całkowicie zmienić perspektywę. To z jednej strony może pozamykać pewne możliwości i tego się boimy, ale z drugiej strony może otworzyć możliwości i nagle myślimy: „Wow! To tutaj jest pies pogrzebany. Z tym ludzie się najbardziej borykają – mam na to rozwiązanie”.

Wiesz, co jest trudne? Przychodzimy na taką rozmowę, mając w głowie już jakąś wizję. Mam wrażenie, że najtrudniejsze jest to, żeby pozbyć się tej wizji, żeby spojrzeć tak zupełnie niezależnie na tę rzecz, która nas jara – bo my już myślimy, już mamy pomysł, już wiemy, jak to będzie wyglądać, już narysowaliśmy logo na kartce. A potem ten klient przychodzi i mówi coś – czego on by nie powiedział, to my jesteśmy w stanie to dopasować do tej naszej teorii, wyciągnąć z tego takie elementy, które potwierdzają naszą tezę, a zupełnie odsiać te, które są z nią sprzeczne. Co zrobić, żeby pozbyć się takiego bardzo subiektywnego podejścia?

Może trzeba się na nim przejechać. Trudno się go pozbyć, jeżeli się startuje i jeszcze nie ma się wytrenowanego takiego skupienia na skuteczności i na służeniu klientowi dobrą radą. Cokolwiek byśmy nie sprzedawali, to nasze usługi, produkty będą się wtedy sprzedawały, jeżeli autentycznie będą rozwiązywały czyjś problem albo będą zaspokajały czyjeś pragnienie – inaczej zbankrutujemy.

Dlatego po pewnym czasie działania, jeżeli ktoś chce być skuteczny, a jest sprytny, to sam sobie wyrabia taką umiejętność słuchania albo pytania się, albo orientowania się, gdy coś jest nie tak – czyli to są te korekty kursu: „coś nie zadziałało. Miałam taki genialny pomysł, a nikt się na niego nie rzucił – co się stało?”. Dlaczego ludzie często po dwóch czy po kilku latach rezygnują? Dlatego, że widocznie nie wyrobili sobie takiego nawyku korygowania kursu, tylko z jednej wizji, którą mieli, zasklepiają się w drugą wizje pod tytułem: „ludzie tym nie są zainteresowani” albo: „w Polsce nie da się prowadzić biznesu”, albo tworzą różne teorie tłumaczące niepowodzenie.

Drugi wątek, o którym powiedziałaś to jest dobra komunikacja i ta iskra, która przeskakuje. Czy to nie jest tak, że po prostu są ludzie, którzy rodzą się z tą iskrą? Mają taki naturalny dar obcowania z ludźmi, mają taką wewnętrzną energię, która się udziela innym i tacy ludzie mogą to zrobić. Ale jednak sporo z nas nie ma tej iskry i choćbyśmy nie wiem jak kombinowali, to nie nauczymy się wzbudzać takiej pozytywnej emocji w naszych rozmówcach.

Szczerze mówiąc, nie jestem tego taka pewna. Być może nie każdy rodzi się charyzmatycznym mówcą, ale nie każdy musi być charyzmatycznym mówcą – nie każdy rodzi się z talentem złotego pióra, ale nie każdy musi doskonale pisać. Bardziej chodzi o to, żeby zrobić tę autodiagnozę: „gdzie leży moja super moc? gdzie są moje pięty Achillesowe?”. Każdy ma jakąś jedną mocniejszą stronę, dzięki której może dotrzeć do swoich potencjalnych odbiorców.

Każdy ma jakąś super moc, dzięki której może dotrzeć do swoich potencjalnych odbiorców

Tam, gdzie my mamy piętę Achillesową, ktoś inny ma super moc i możemy skorzystać z pomocy kogoś innego. Chodzi o to, żeby mieć świadomość tego, jaka musi być nasza komunikacja, jeżeli chcemy docierać do ludzi – to nie znaczy, że sami wszystko musimy napisać, zaprojektować i zakodować. Nie musimy się wszystkiego uczyć i być taką „Zosią-Samosią”, mistrzem DIY – chodzi o to, żeby mieć świadomość, jakie są zasady skutecznej komunikacji i który komunikat wyzwala w ludziach efekt wow, a który wyzwala po prostu wzruszenie ramion.

Myślę, że najtrudniejsze w nauce dobrego sposobu komunikowania się jest to, że nie ma jednej metody, która działa na wszystkich. Nie ma fasonu unisex, one size i wzoru: „masz tutaj szablon i jedziesz!” i każdemu się uda. Trzeba to rzeczywiście połączyć ze swoimi mocnymi stronami, znaleźć to, co mnie najlepiej służy. Z drugiej strony, jeżeli to możliwe, trzeba dopasować ten komunikat do rozmówcy, bo jak piszemy tekst na blogu, to nie wiemy, kto tak naprawdę to czyta, ale znamy naszą grupę docelową, a im lepiej ją znamy, to prawdopodobnie tym lepiej nam to wychodzi.

Mam uwagę, która mi teraz przyszła do głowy, kiedy powiedziałeś, że nie ma jednego szablonu – to jest trochę bardziej sztuka niż nauka. Sztukę też można studiować, ja studiowałam na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, we Florencji, potem w Poznaniu, więc też mam doświadczenie, jak się uczy sztuki. Sztuki uczy się na takiej zasadzie, że przychodzą ludzie do pracowni, jest jakiś impuls, czyli siedzi nagi koleś albo przychodzi profesor z jakimś zadaniem, wyzwaniem i każdy coś robi na ten temat, każdy stara się być bardzo oryginalny, ale jednocześnie obserwujemy siebie nawzajem i rozmawiamy o tym. W ten sposób trochę osmotycznie zaczynamy rozumieć, jak można szlifować swój kunszt – czyli fajnie jest mieć takie środowisko, w którym mogę 15 razy napisać beznadziejny tekst, a za 16 razem mi wyjdzie, bo dostanę informacje zwrotne od ludzi.

W ten sposób pracujemy też w Latającej Szkole, na zasadzie takiego wspólnego, w bezpiecznych warunkach, ćwiczenia siebie na przykład w pisaniu różnych tekstów – wtedy się dowiemy, że to, co piszemy jest za długie albo to nie działa i tak długo to będziemy szlifować, aż zacznie działać. Ludzie się tego często boją, bo boją się feedbacku – Jacek Santorski powiedział, że Polacy są jakby szczególnie nieprzeszkoleni w odbieraniu informacji zwrotnych i on to obserwuje na różnych wyższych szczeblach menedżerskich. Ale to jest coś, co potrafi bardzo szybko pomóc komuś, kto zakłada swój własny biznes i ma zamiar z tym wyjść do ludzi – nie będzie sam ze sobą handlował, bo zawsze w biznesie jest potrzebna ta druga strona.

Myślę, że wiele osób myli feedback z hejtem, zwłaszcza na początku, zanim jeszcze zanurzymy się w ten świat, to już demony w naszej głowie mówią: „O Jezu. Co nie zrobisz, to od razu cię zjedzą, znienawidzą i będą mówić złe rzeczy – lepiej w ogóle tego nie dotykaj, bo po co się narażać”. A bez tego narażania się nic nie będzie, nie pójdziemy do przodu – taka jest prawda.

Formalnie każdy może założyć firmę i jeżeli masz zdolność do czynności prawnych, idziesz do odpowiedniego urzędu, czy nawet robisz to przez internet, zakładasz firmę i jesteś przedsiębiorcą. Formalnie. No ale statystyki są takie, że w ciągu paru lat większość tych nowych biznesów upada. Ty masz fajną grupę badawczą, bo masz osoby, które próbują swoich sił w biznesie, które nie zawsze są na starcie, bo czasami przychodzą do ciebie już z jakimś pomysłem, który po prostu chcą rozwinąć, rozkręcić. Czy zaobserwowałaś i jesteś w stanie wyodrębnić jakieś błędy, które powtarzają się częściej niż inne? Jakieś mity na temat prowadzenie własnej firmy, które pokutują w naszym społeczeństwie i które są na tyle zakorzenione, że sprowadzają tych przedsiębiorców na manowce?

Myślę, że jest ich dużo. Myślę, że jest ich 404 [śmiech], tak jak strona błędu 404. Takie moje ulubione i te, które potrafię skorygować, to jest właśnie obawa w ogóle przed feedbackiem – to się często pojawia. Pojawia się też brak dobrej kalkulacji na starcie i brak sprawdzenia, przetestowania modelu biznesowego, który nam się spodobał, bo wydawało się, że będzie się nam fajnie pracować w taki sposób, a wiele modeli biznesowych ma swoje ograniczenia, taki wewnętrzny szklany sufit.

Trzeba mieć świadomość potencjalnych kosztów, które będą się generowały i tego, czy na koniec wychodzi nam ta liczba, która jest dla nas optymalna, która nas motywuje. Myślę, że takimi częstym problemem w mikroprzedsiębiorstwach, z którym miałam do czynienia, jest ogromna obawa przed tym, że wpadną po dwóch latach w duży ZUS. To jest związane z szerszym tematem, takiej niechęci do oddawania dużej części swoich zarobków państwu – w mniemaniu większości osób nieproporcjonalnej, dużej i niesprawiedliwej. Jak ktoś faktycznie nie robi kursów online, tylko każda godzina jego pracy kosztuje realny wysiłek, to nagle 1200 złotych, czy nawet jeszcze więcej, miesięcznie płacone jest za samą możliwość bycia przedsiębiorcą – wielu osobom wydaje się, że to jest duża kwota. Mają lęk przed wskoczeniem na wyższy poziom i przed takim mocniejszym rozhulaniem tego, co robią.

Bardzo dużo osób rozprasza się, a środowisko social mediów temu sprzyja, nadmierną konsumpcją wszelkiego rodzaju wspaniałych podcastów jak ten, który właśnie tworzymy, czy różnych treści, które mają nas inspirować. Podglądanie innych, tego, co robią i sugerowanie się tym, porównywanie czyjegoś środka drogi z moim początkiem – to sprawia, że pod koniec dnia człowiek jest przebodźcowany, już nie ma siły wykonać tego mikrokroku, który powinien zrobić, żeby pójść do przodu.

To są bardzo cenne informacje, które dostaję od słuchaczy – jest super miłe, jeżeli ktoś mówi: „posłuchałem takiego odcinka i w związku z tym zrobiłem to i to w swojej firmie”. To pokazuje, że to nie jest tylko, jak to Ola Budzyńska mówi: „ćpanie wiedzy” i pakowanie w siebie kolejnych informacji. Takie przyjmowanie tylko od początku do końca, mam wrażenie, że rodzi, tak jak powiedziałaś, przebodźcowanie, przytłoczenie tym, że: „o Boże! Jest tyle różnych rzeczy, które powinienem robić, a ja tego nie robię” – to może powodować wręcz wyrzuty sumienia, a nie motywować. Natomiast wystarczy z każdej rozmowy, z każdego tekstu na blogu, który się przeczyta, czy wideo, które zobaczymy wyciągnąć naprawdę jedną drobną rzecz, jeżeli ta treść jest tego warta, bo nie zawsze tam jest ta jedna rzecz. Jeżeli jest, to wyciągamy jedną rzecz i delikatnie zmieniamy to, co robiliśmy do tej pory, poprawiamy, patrzymy jak działa. Bo coś, co działa u jednej osoby wcale nie musi działać u innej. W ten sposób idziemy do przodu.

Ale pójście do przodu nie zawsze jest fajne – czasem, kiedy uruchamiamy firmę, myślimy sobie: „super! Teraz będę sobie szefem, będę robił to, co będę chciał. To będzie moja firma – ja będę się w niej realizował”. Na początku tak jest, jesteśmy nakręceni, bo to jest coś naszego, takie dzieciątko, które pielęgnujemy albo roślinka, którą podlewamy. Tyle tylko, że jak tę roślinkę podlewamy i to zaczyna faktycznie działać, zaczyna się rozkręcać, to stajemy się trochę takim urzędnikiem w swojej firmie, bo okazuje się, że trzeba dbać o jakieś terminy, papiery, ktoś czegoś od nas chce, jakieś szkolenia BHP, jakieś kompletnie bzdurne rzeczy, których żaden przedsiębiorca za bardzo nie kocha. Jak radzisz swoim uczniom, studentom, żeby sobie poradzić z takim nagromadzeniem spraw, które przedsiębiorca musi wykonywać, ale nie były powodem, dla którego założyli firmę?

Minimalizować i delegować. Już we wczesnym etapie rozwoju można współpracować z kimś takim jak na przykład wirtualna asystentka albo można mieć praktykanta, który robi takie rzeczy, na które my nie mamy ochoty jak na przykład stanie na poczcie, ale w zamian za to ma możliwość robienia u nas też innych ciekawych rzeczy. Ciężko jest znaleźć dobrego współpracownika, ale jest to możliwe i warto. Jak jesteśmy przedsiębiorcą, który robi coś ciekawego i fajnego, to jesteśmy dobrym miejscem dla młodszej, mniej śmiałej, niedoświadczonej osoby, żeby zyskać pewne doświadczenie, właśnie przez obserwacje nas. A jest wiele osób, które są zupełnie początkujące, kończą studia i wolałyby właśnie przy kimś takim praktykować, niż przy kimś, kto będzie im dawał tylko kawę do parzenia czy ksero do wykonywania.

Zadania administracyjno-biurowe można zlecić asystentce, ale są zadania, które wymagają od nas podejmowania decyzji. Pewnie też tak masz, że w pewnym momencie odkrywasz, że twoja skrzynka mailowa jest pełna różnego rodzaju propozycji i każda z tych propozycji teoretycznie, potencjalnie może być atrakcyjna, ale wcale nie musi. Sporo z tych propozycji wymaga jakiegoś zastanowienia się i podjęcia decyzji – czy skorzystam z tej okazji, która się nadarza, czy nie skorzystam? To nie jest coś, co się dzieje na początku, to przychodzi z czasem, kiedy nasza firma rośnie, ale jeżeli rośnie, to jest raczej nieuniknione. Co wtedy? Mam wrażenie, że to jest coś, co wysysa energię, bo to są inni ludzie, którzy wrzucają nam różne sprawy do wykonania, zapełniają nam listę zadań, ale z drugiej strony też trudno się odciąć zupełnie od świata i w ogóle nie reagować na taką komunikację i propozycje.

Myślę, że to bardziej zależy od tego, kim jesteśmy – jedne osoby dostają więcej propozycji, inne mniej. Wierzę, że można sobie wyrobić taką intuicję, która pozwala dosyć szybko, po przeczytaniu maila, poczuć z taką dużą jasnością: „czy to jest dla mnie, czy nie?”. U mnie wykształciło się takie coś, że czytam i w ciągu nanosekundy wiem, czy tak czy nie. Teraz stosuje metodę Haiku – to są takie krótkie japońskie wiersze, mają po prostu trzy wersy. Jak komuś odmawiam, to po prostu pisze takie Haiku: „nie, dziękuję bardzo”, czy: „bardzo się cieszę, ale w tym momencie jeszcze nie”. Odpowiadam grzecznie, elegancko i krótko – po prostu sprawa jest załatwiona.

Chyba, że poczuję, że to jest dla mnie ciekawa propozycja – wtedy staram się z taką osobą szybko skontaktować telefonicznie, dowiedzieć się więcej, żeby móc ocenić szybko, żeby nie zabierać sobie za dużo czasu, czy tak czy nie. Szybkie podejmowanie dobrych decyzji to bardzo ważna umiejętność, jeśli wyżej się wchodzi. Z tyłu głowy mam myśl, że chciałabym, żeby kobiety w Latającej Szkole właśnie tego się uczyły.

Szybkie podejmowanie dobrych decyzji to bardzo ważna umiejętność, kiedy jesteś coraz wyżej

Czasem, żeby podjąć decyzję, człowiek nie może być sam i potrzebuje albo szybko się skonsultować z kimś kogo ceni i komu ufa, albo zapytać mentora, który na przykład był na tym wydarzeniu, na które nas zapraszają, albo miał podobne propozycje wcześniej i może nam pokazać, z czym to się wiąże. Fajnie jest mieć dookoła siebie ludzi, którzy przy podejmowaniu decyzji będą nam pomocni. Czasem można zapytać się siebie, czasem Google’a, czasem mentora.

Mam zaobserwowany cały zestaw cech, coś co w skrócie nazywam „mentalnością pracownika”. Myślę, że ty prowadząc firmę też mogłaś zaobserwować, że są ludzie, którzy nabrali takiego przekonania, że świat wygląda w określony sposób – może obserwowali swoich rodziców i znajomych, przez co mają takie przekonania czy nastawienie, że na przykład: „chciałbym zarabiać jakąś kwotę X. Wydaje mi się, że jeżeli na konto mojej firmy wpłynie kwota X, to ja tyle zarobiłem”. A okazuje się, że rzeczywistość jest odrobinę bardziej złożona, dlatego że są jeszcze koszty, które ponosimy po drodze.

Jest jeszcze coś takiego jak niechęć przed braniem na siebie odpowiedzialności – pracownik, który jest częścią jakiejś machiny, jakiejś firmy zawsze może trochę schować się za marką tej firmy. To nie jest jego odpowiedzialność od początku do końca, tylko to się rozkłada na wiele innych osób. Kiedy jesteś przedsiębiorcą, to jednak trzeba wziąć pewne rzeczy na klatę i czasami nawet trzeba wziąć na klatę winę, której nie ponosisz, ale z punktu widzenia klienta to ty jesteś winny, bo ty na przykład wybrałeś podwykonawcę, który zawalił. Czy taką mentalność pracownika próbowałaś kiedyś przekształcić w mentalność przedsiębiorcy i wyrugować takie cechy, które nie są dobre dla osoby prowadzącej swoją firmę?

Kontynuując tę metaforę software’u – to o czym mówisz, to jest taki wgrany program. Tam jest takie założenie, że właśnie powinien tyle dostawać co miesiąc, to jest dobre i wtedy czuję się bezpiecznie, jeżeli to jest stała kwota. Zarówno samodzielne podejmowanie decyzji i ponoszenie odpowiedzialności nie jest takie miłe – lepiej to wyoutsourcować na pana Krzysztofa z księgowości i panią Krysię z sekretariatu. Ludziom w miarę jak się rozwijają i chcą iść tą ścieżką, to się po prostu samodzielnie niweluje albo ten program zajmuje mniej miejsca, jest nieaktywny.

Padło pojęcie „mentalność pracownika” jako coś negatywnego, prawda? Jak mentalność niewolnika w pracy [śmiech]. Jest też coś takiego jak mentalność współpracownika i to jest bardzo pozytywna rzecz. Mam taką osobę, z którą współpracuję, taką asystentko-menedżerkę, tak można by nazwać jej stanowisko – jak ją zatrudniałam, myślałam, że ona przy mnie rozwinie skrzydła i po prostu rozwinie swoją własną firmę i być może na razie jeszcze nie czuje się na siłach, ale potem pofrunie. Teraz, po roku takiej intensywnej współpracy widzę, że Małgorzata, która jest cudowną osobą i nie ma takiego czegoś, że nie potrafi samodzielnie podejmować decyzji, wręcz przeciwnie, jest idealnym współpracownikiem – być może ona wcale nigdy nie będzie chciała stworzyć własnej firmy. Mi się z nią genialnie współpracuje, ona się bardzo oddaje strukturze, którą stworzyłam i ona rozwija tam swoje talenty w dobry sposób. Teraz pytanie: być może niektórzy z nas mają takie talenty, takie uzdolnienia, które się dobrze realizują w już istniejących strukturach, a inne osoby czują się dobrze w tworzeniu struktur i trzymaniu za nie odpowiedzialności.

Chciałabym odjąć takie jednoznacznie negatywne skojarzenia z tą mentalnością pracownika, ale oczywiście, jeżeli ktoś wchodzi na ścieżkę przedsiębiorcy i wydaje mu się, że będzie mógł outsourcować odpowiedzialność na innych albo że będzie dostawał regularną pensję, to tak nie wygląda i prędzej czy później człowiek się z tym konfrontuje.

Spotkałem człowieka, który miał bardzo wysoką świadomość tego, że nie chciałby być właścicielem firmy, to był menedżer w pensjonacie koło Jeleniej Góry, który rzeczywiście miał pomysły, rozwijał ten pensjonat, zarządzał nim, kontrolował personel i tak dalej. Zapytałem go, czy nie myślał o tym, żeby otworzyć swój pensjonat, bo jako właściciel mógłby na pewno zarabiać więcej pieniędzy, niż jako wynajęty menedżer, miał do tego wszelkie kwalifikacje, świetnie mu szło.

On odpowiedział coś takiego: „Zdaję sobie sprawę z tego, że jestem dobrym sierżantem. Zdaje sprawę z tego, co robię i ile jeszcze spraw na głowie ma właściciel tego pensjonatu. Ja bym tak nie chciał, bo mam swoją działkę i robię to najlepiej jak potrafię, ale to, że właściciel zainwestował pieniądze w ten obiekt, koniec końców to są jego pieniądze, dla mnie to byłoby ogromne obciążenie, że biorę na siebie, na swoją rodzinę takie ryzyko. Wolę mieć mniej pieniędzy, ale pewne pieniądze, wolę mieć pensję, którą dostaję za dobrze wykonaną robotę, niż stresować się o to, co będzie, jeżeli całe lato będzie lało i nie przyjadą turyści”.

Myślę, że to, o czym mówisz jest ważne, bo kwestia bezpieczeństwa to jest trochę predyspozycja psychiczna: „czy będę spać spokojnie, jeżeli wiem, że mam tylko pieniądze na następne dwa miesiące, a potem muszę coś wymyślić?”. Faktycznie, spotykam się z tym, że są osoby, które mają większą większy spokój, mogą spać i ufają swojej kreatywności czy przedsiębiorczości, bardziej nadają się do tego od tych, które koniecznie muszą mieć to zapewnienie i jeżeli nie mają odłożonych pieniędzy na pół roku do przodu, to po prostu je paraliżuje.

Mówiłaś o tym, że w przypadku błędów popełnianych przez ludzi, są takie, które można usunąć. Wspominałaś o budżecie i o tym, że ludzie nie patrzą w przyszłość, nie zdają sobie sprawy z kosztów, jakie będą towarzyszyć ich działalności za dwa lata. Jak można się tego nauczyć?

Można się tego nauczyć na własnej skórze, na błędach, samodzielnie – to pierwsza ścieżka. Druga ścieżka to jest znalezienie kogoś, kto już to umie i po prostu tę wiedzę od niego w jakiś sposób pozyskać – przecież nie trzeba robić wszystkiego osobiście. Nie trzeba tak, jak kiedyś wędrować do jakiegoś mędrca, który siedział w jamie i od niego się dowiadywać, bo żyjemy w świecie, w którym przez internet mamy dostęp do wiedzy i doświadczenia setek ludzi i jest to na wyciągnięcie dosłownie opuszków palców. Jest masa darmowej, wspaniałej wiedzy.

Możemy stwierdzić, że potrzebujemy jakieś struktury, w której możemy się takich rzeczy uczyć i zapisać się – jest masa kursów online, nie online, zapraszam też do Latającej Szkoły. W każdym razie chodzi o to, że jest dużo alternatywnej edukacji okołobiznesowej i każdy może się zastanowić: „dobrze, to czego potrzebuję?” i znaleźć sobie ludzi, którzy taką wiedzę mają i są gotowi się nią podzielić.

Jest jeszcze coś takiego jak bariery związane z miejscem zamieszkania albo z doświadczeniami rodzinnymi czy kręgu znajomych – niektórzy z nas mają w swojej głowie bariery finansowe i powstały setki książek na temat tego, jak wyrobić w sobie mentalność milionera. Nie chcę iść aż tak daleko, natomiast widzę takie zjawisko, że niektórzy dochodzą do pewnego pułapu, powiedzmy dobrej średniej krajowej i gdzieś kończy im się para – dochodzą do wniosku, że: „w zasadzie to jest sprawiedliwy poziom, na który zasłużyłem, bo gdybym zarabiał więcej, to być może nie byłoby to uczciwe. Przecież to, co robię w mojej firmie nie jest warte nie wiadomo jakich pieniędzy”. To jest zupełna odwrotność mentalności najmłodszego pokolenia, które na starcie od razu chce zarabiać 10 tysięcy na rękę, ale wśród ludzi urodzonych odrobinę wcześniej widziałem takie postawy, że: „wstydzę się tego, że zarabiam więcej pieniędzy”, coś w tym stylu. Masz jakieś sposoby na to, jak z tym wstydem, z taką barierą sobie poradzić?

Fajnie, że o tym mówisz, bo to są takie bardziej subtelne aplikacje, pluginy, które są potrzebne. Są bardzo mocno związane z osobistym rozwojem człowieka i często to zahacza nawet o takie wątki jak właśnie terapia i przyglądanie się temu, jakie mam doświadczenia wyniesione z dzieciństwa i na przykład co się działo w mojej rodzinie. Żyjemy w Polsce i patrząc pokoleniowo, to większość naszych rodziców nie miała jeszcze takiej swobody finansowej, że były pieniądze i można było sobie na wszystko pozwolić. Taka jest pamięć i takie były doświadczenia, które kształtowały nasze zachowania, nasze myślenie. Jeszcze wcześniej była wojna.

Mam poczucie, że w mojej rodzinie, pokolenie moich babć reprezentowało taką postawę życiową: „ ciesz się, że nie spadają ci bomby na głowę, masz za co przeżyć i jest okej”. Dlatego myślę, że jest taki rodzaj solidarności z własnymi przodkami, rodzinami w tym i to niekoniecznie jest złe. Ale jeśli ktoś ma ten przebłysk świadomości: „okey, dobra. Jestem na tym poziomie, a czego tak naprawdę chcę? Być może chcę więcej”, odkrywam swoją barierę i to jest coś, z czym można pracować. Nie da się z tym pracować bez jakiegoś głębszego kontaktu z samym sobą.

My w szkole często po prostu rozmawiamy o takich rzeczach, czyli mówienie o tym, że się czegoś wstydzę, to oczywiście trzeba robić też w środowisku, w którym człowiek czuje się bezpiecznie, wie, że nie spotka go żadna krytyka, nie spotka go nic nieprzyjemnego, jak się odsłoni – takie dzielenie się trudnymi emocjami jest bardzo wyzwalające, bo nagle myślimy: „wow, to wszyscy tak mają”. Wtedy coś zaczyna się subtelnie przesuwać.

Osobiście nie wierzę w zmianę mentalności człowieka, którego korzenie sięgają PRL-u i jeszcze wcześniejszych sytuacji w Polsce, w zmianę tej mentalności w mentalność milionera w weekend, „zmienimy cię w 24 godziny, tylko musisz zapłacić dwa tysiące dolarów i przebiec się po jakimś jakimś tunelu, po rozżarzonych węglach i pyk! To się wydarzy” [śmiech]. Wierzę w taki powolny proces poszerzania swojej świadomości i pojemności: „czy mam pojemność na to, żeby takie duże pieniądze do mnie przyszły? Czy jeżeli one jakimś cudem przyjdą, to ja je od razu wydam, bo czuję, że na nie nie zasługuję”.

To zapytam w drugą stronę: a jeżeli ktoś ma taką mentalność, że ciśnie, ciśnie, ciśnie. Skoro w tamtym roku zarobiłem 300 tysięcy, to w tym roku muszę 500, a w następnym milion, potem dwa miliony, pięć – bo kto się nie rozwija, ten się zwija. Czy powinniśmy stawiać sobie jednak taką granicę, do której chcemy dojść i tam nam będzie dobrze? Czy jednak celem firmy powinien być rozwój bez takich granic?

Rozwój bez granic to jest mit, tak się po prostu nie da, bo mamy ograniczone zasoby, a my sami jesteśmy ważnym zasobem w swojej firmie. Często jak pracuję z różnymi ludźmi, to punktem wyjścia jest takie zapytanie siebie: „jaka kwota będzie mnie autentycznie cieszyła, karmiła i pozwalała na przeżycie i to, czego aktualnie potrzebuję?”. Ta kwota może się z roku na rok zmieniać, ale zawsze jakaś jest – znam tylko jedną osobę, która powiedziała, że to jest sto tysięcy złotych miesięcznie i się upierała, że to musi być tyle. Zazwyczaj to są bardziej realistyczne, mniejsze kwoty. Zawsze zadaję sobie pytanie: „to w takim razie, jak musiałby wyglądać model biznesowy, żeby to tobie zapewniał? Czy jesteśmy w stanie tak to zaprojektować, żeby się dało?”. Oczywiście można to skalować, powiedzieć: „a teraz nawet dwa razy więcej albo trzy”, ale warto się zapytać: „po co?”.

Simon Sinek mówi: „Why?” – też się zapytajmy. Czy jeśli chcesz mieć taki nieograniczony wzrost, to w ten sposób coś sobie rekompensujesz, czy coś udowadniasz innym, kolegom z klasy, twoim rodzicom? Może tak, może nie – ale poznaj odpowiedź, bo robisz to jakimś kosztem. Jeżeli firma ma się w nieskończenie rozwijać, to dzieje się to kosztem twojego wolnego czasu lub innych rzeczy, które mógłbyś robić.

Jaka jest średnia kwota, która pada, jak pytasz ludzi o taką kwotę miesięczną, która by ich satysfakcjonowała?

Osoby, z którymi współpracuję często są kobietami, które są też finansowo związane ze swoimi mężami, partnerami, więc budżet domowy nie opiera się tylko na tym, co one zarobią. To są albo osoby, które mówią, że ich satysfakcjonuje średnia krajowa, która w tym momencie wynosi 3600 netto albo są to takie kwoty około 8-10 tysięcy, bo uwzględniają jeszcze różne potrzeby rozwojowe, przyjemnościowe. Rzadko jest, że ktoś przychodzi i mówi: „musi być 30 tysięcy miesięcznie, jak nie będzie 30 tysięcy, to nie wchodzę w to”. Ludzie to porównują też do tego, co są w stanie zarobić pracując na etacie.

To załóżmy, że chcę te 10 tysięcy miesięcznie i przychodzę z pomysłem, który mam w głowie, pomagasz mi na to spojrzeć i mówisz: „być może będzie z tego 10 tysięcy, ale za 10 lat albo wcale” i co wtedy? Mam pomysł, do którego się przywiązałem, czuję, że to jest takie moje, bardzo bym tego chciał, ale jak to wrzucimy do Excela to wychodzi czarno na białym, że niestety nie ma opcji.

Wiele pomysłów daje się twórczo modyfikować. Opieramy tę kalkulację i analizę wstępną, diagnozę na mnożeniu ilości potencjalnych klientów, którą wymyślamy, że jest możliwa, razy zysk z poszczególnego produktu bądź usługi. Opieramy to na jakiejś konkretnej ofercie i pytanie brzmi: „jak mogę zmodyfikować tę ofertę, żeby mieć dodatkowe źródła dochodu, czyli dodatkowe produkty i usługi?.

Czasem jest fajnie kombinować, jeżeli ktoś ma usługi, można dołożyć produkty fizyczne, jeśli ktoś ma tylko produkty fizyczne można dołożyć usługę – można dodawać różne komponenty „pasywne”, czyli nie do końca pasywne, ale takie, które generują dodatkowy zysk, wynikający chociażby z tego, że mamy kurs online, ebooka, audiobooka, afiliacje, różnego rodzaju rzeczy, które wynikają z tego, że mamy jakąś społeczność. Z niektórymi modelami da się tak pokombinować. Możemy się też zastanowić, co by było, gdybyśmy podnieśli ceny i gdybyśmy byli drożsi niż nasza konkurencja.

À propos błędów 404 – konkurowanie tylko za pomocą ceny, czyli pozycjonowanie swojego uniqueness przez to, że jestem tańszy niż inni, to jest ogromny błąd, to jest jakby taka spirala, która nas wciąga w dół i tego nigdy nie zalecam.

Konkurowanie tylko za pomocą ceny, to spirala, która ciągnie w dół

Niektóre modele da się przekształcić, niektóre niestety nie i wtedy trzeba pomyśleć, co ciebie tak najbardziej fascynowało w tym modelu, bo czasem ktoś chce być gwiazdą rocka, bo marzy mu się sława, a ktoś inny woli ekspresję – wtedy wyciągamy tę esencję, o którą mu chodziło i zastanawiamy się, w jaki inny sposób tę samą esencją można wcielić w życie, za pomocą innej formy. Często jest tak, że ludzie chcą pewnych rzeczy, bo wiążą się z tym konkretne emocje albo styl życia, albo pewnego rodzaju energia i tę samą energię, te same emocje można zrealizować gdzieś indziej.

Mam wrażenie, że ostatnio bardzo popularne stało się zarabianie online. Z jednej strony jest to oczywiste, internet się rozwinął, dał nam takie możliwości – czemu z nich nie korzystać? Z drugiej strony, czy jest gdzieś w tej chwili miejsce na takie biznesy, które nie są online’owe, a które ciągle dają satysfakcję i pozwalają sensownie zarabiać?

Oczywiście, że tak [śmiech].

Oczywiście poproszę o jakieś przykłady, wskazówki.

To można uzupełniać z czasem, czyli można mieć obecność w sieci, jeżeli jesteśmy jakimś miejscem tak zwanym brick-and-mortar, czyli biznesem tradycyjnym, na przykład jesteśmy fajnym zakładem fryzjerskim, który nie tnie włosów przez internet, ale może mieć dobrą obecność w sieci, czyli jest łatwo wyszukiwalny i może mieć fajnie prowadzone social media. Jest taki jeden zakład fryzjerski, który to robi tak świetnie, w Krakowie co prawda, są daleko ode mnie, a ja już tyle razy się łapię na tym, że mam taki odruch: „jak ja bym chciała do nich pójść”, bo mam poczucie, że są najlepsi. Dlaczego? Bo dobrze prowadzą social media.

Można by bez końca wymieniać różne pomysły na biznesy działające offline, które mogą przynosić dużo satysfakcji i całkiem fajne pieniądze. Myślę, że atrakcyjność działania w sieci dla wielu kobiet jest warunkiem, wiele kobiet łączy chęć bycia przedsiębiorcą z byciem matką, nie mają takich możliwości, że teraz wsiadają w samochód i jadą do klienta, bo w tym momencie nie mogą, ich dziecko gorączkuje – jednak pracowanie wieczorami z laptopa jest bardzo atrakcyjną opcją dla wielu kobiet. Mając dobrze rozkręcony biznes online, mamy możliwość skalowania i łatwiejszego zarabiania.

Mając dobrze rozkręcony biznes online, mamy możliwość skalowania i łatwiejszego zarabiania

Ile razy masz tak, że przychodzi do ciebie klient, ktoś, kto chce się nauczyć prowadzenia firmy, słuchasz tego, co mówi i myślisz: „z tej mąki chleba nie będzie”? Co wtedy? Bo jest to ktoś, kto przyszedł do ciebie z nadzieją, że mu pomożesz, a ty nie widzisz możliwości, żeby mu pomóc.

To są jakby dwie rzeczy, jeżeli nie będzie „chleba z mąki” tego modelu, to mówię o tym – z biegiem lat chyba mówię szybciej i bardziej radykalnie, jednocześnie uwzględniając, że jest to moja opinia i też się mogę mylić. Kiedyś, ze względu na jakąś własną niepewność, taką osobę trzymałabym też w takiej niepewności, że się uda, a teraz brutalnie mówię, że ja tego nie widzę. Natomiast jest jeszcze drugi aspekt, taki aspekt osobowościowy, z którym trzeba być ostrożnym, bo można go źle ocenić, szczególnie w momencie, gdy nie pracuje się face to face.

Jak mamy pytanie, czy to jest dobry pomysł na biznes, teraz odpowiadam: „zależy od tego, kto będzie go wykonywał”, dlatego że są takie osoby, które naprawdę sprzedadzą śnieg eskimosom i ze średniego pomysłu zrobią coś wspaniałego, a są takie, które rozłożą nawet najlepszy pomysł, który będzie jeszcze doszprycowany dobrymi strategiami i znajomością tego, jak na przykład robi się lejki sprzedażowe, ale po prostu ta osoba nie ma w sobie tej energii.

Zdarzyło mi się parę razy, że ludzie bardzo mnie zaskoczyli – coś się w nich odblokowało i nagle osoba, która wydawało mi się, że leci w złym kierunku, w przepaść, okazuje się, że wszystko sobie tak poustawiała, że wszystko kliknęło i ta osoba odnosi sukces. Dlatego wychodzę z założenia, że lepiej nie podcinać nikomu skrzydeł i wszystko wyjdzie w praniu, a nawet jeżeli nie uda się ten biznes, to świat się nie skończy. Najczęściej ci ludzie nie inwestują swoich ogromnych, wielkich oszczędności w te biznesy, które rozwijają u mnie, więc ja też nie mam wyrzutów sumienia, że: „Boże, ktoś wykupił fabrykę w Chinach i to wszystko padło, teraz rodzina będzie w długach przez najbliższe 20 lat”. Najczęściej są to bardzo małe inwestycje.

Wierzę w to, że taka osoba uczy się tak czy siak dużo o sobie, dużo o świecie i to jest bardzo wartościowe doświadczenie. Mam bardzo dużo kobiet, które nigdy nie rozwinęły swojego biznesu, a i tak uważają, że Latająca Szkoła jest najlepszą z rzeczy, które zrobiły, bo dowiedziały się bardzo wielu rzeczy, nauczyły i czasem zrozumiały, że na tym etapie życia prowadzenie własnej firmy to nie jest coś dla nich.

To w takim razie efekt jest pozytywny i to jest dobre. Rzeczywiście taka samoświadomość czasami w dłuższej perspektywie, może znaczyć więcej, niż te pieniądze, które zarobimy na przykład w firmie, a potem się okaże, że jednak się rozmyśliliśmy po dwóch latach – pieniądze zostały, ale nie czujemy się spełnieni. Być może lepiej czasami się wycofać wcześniej, ale ucząc się o sobie czegoś takiego, co sprawi, że te dwa lata wykorzystamy dużo lepiej, w inny sposób, przeżyjemy z większą satysfakcją. Bardzo ci dziękuję.

Na koniec jeszcze chciałem spytać o jakieś światłe rady dla osób, którym chodzi po głowie własna firma, ale jakoś tak trudno im się zdecydować. Czy jesteś w stanie doradzić im coś takiego, co pozwoli im postawić pierwszy krok? Tak jak jest czasami jazda próbna w salonie samochodowym albo jest jakieś demo aplikacji, które możemy sobie ściągnąć za darmo i się pobawić. Czy znasz sposoby na to, jak przekonać się, jak to jest być przedsiębiorcą bez zakładania firmy od razu i bez rzucania się na głęboką wodę?

Oprócz klasyków „stwórz malutki projekt beta pilotażowy i sprawdź, jak ludzie na to reagują”, to wydaje mi się, że fajną rzeczą, której chyba ludzie wcale aż tak nie praktykują na szeroką skalę, jest znalezienie sobie takiego idealnego awatara, takiego odpowiednika, takiego kogoś, kim chciałbym być. Może to nie jest wprost moja konkurencja, ale ten człowiek reprezentuje taki styl życia, o który mi chodzi i on już to robi 10 lat. Można spróbować się z takim człowiekiem skontaktować, umówić się na kawę, na lunch albo poprosić go, czy można być u niego przez cały dzień, albo nawet przez tydzień i patrzeć, co ta osoba robi. Być może mamy coś fajnego do zaoferowania takiej osobie w zamian za to, że nas dopuści i nam pokaże. Faktycznie jest tak, że wiele osób nie ma pojęcia, jak wygląda prawdziwe życie przedsiębiorcy, bo na Instagramie to wygląda zupełnie inaczej [śmiech].

Instagram to w ogóle nie ma nic wspólnego z prawdziwym życiem – taka jest prawda.

Można zrobić coś takiego, żeby wejść w kontakt z rzeczywistym człowiekiem, który już robi to, co my chcielibyśmy robić.

Z tego, co mówisz to twoja praca, firma, to jest w dużej mierze praca takiego psychologa, kogoś, kto im miesza w głowach, w pozytywnym sensie, pomaga im poukładać klocki w odpowiedniej kolejności. To jest chyba najważniejsze, czy nie?

Tak. Z biegiem lat dochodzę do wniosku, że know how, w takim sensie jak wygląda lejek sprzedażowy i jak go sobie ustawić, to w tym momencie jest wiedza ogólnodostępna. Można w pięć sekund się dowiedzieć, co to jest instastory i jak je wykorzystać do rozwoju swojego biznesu. Ale większość barier, które mają ludzie, to są bariery emocjonalne – bo się wstydzą, bo się boją. To są podstawowe bariery przed pokazaniem się, wyjściem do ludzi, różne programy pod tytułem „czy ja mogę?”, „czy ja zasługuję?”.

To, co robię w szkole, tak subtelnie dekonstruuję te wszystkie programy w takiej bezpiecznej, wspólnej przestrzeni, gdzie nie działam tylko ja i jakaś tajna wiedza, którą posiadam, tylko działa dynamika grupy, która ma podobny cel i różne narzędzia są do tego używane, żeby właśnie te programy deaktywizować, a aktywizować inne.

No tak. Biznes jest aktywnością społeczną i rzeczywiście bez innych ludzi trudno coś osiągnąć. Są oczywiście jednostki takie jak Steve Jobs, czy Elon Musk, który nie jest jakoś specjalnie społeczny i kontaktowy. To są jednostki, które osiągają potężne światowe sukcesy, ale te jednostki też nie działają w próżni – są otoczone innymi ludźmi, którzy pomagają im osiągać różne cele. Jeśli się startuje, to warto bardzo świadomie otaczać się ludźmi, którzy mogą nam w tym pomóc – nie chodzi o to, żeby cynicznie wybierać kogoś tylko w tym celu, że może nam coś dobrze zrobić, tylko żeby mieć świadomość tego, że nasze działania zależą w dużej mierze od energii, którą się otaczamy, a ta energia jest wytwarzana przez innych ludzi.

Bo to jest trochę tak – jak jesteśmy przedsiębiorcami, to nie jesteśmy Elonem, tylko jesteśmy całą Teslą i mamy w sobie tę jedną część crazy-kreatywną, która po prostu będzie parła do przodu i będzie miała wizję – mamy takiego wewnętrznego Steve’a Jobsa, ale potrzebujemy mieć wszystko, co miało Apple dookoła, bo jesteśmy tą całością. Nie warto się wzorować na jakimś liderze, zapominając, że miał dookoła siebie całe otoczenie, tylko trzeba pamiętać o tym, że my jesteśmy tą całością.

I z tą myślą zostawiamy szanownych państwa. Bardzo ci dziękuję za rozmowę. Mam nadzieję, że rzeczywiście niejednej osobie po tej rozmowie rozjaśni się to, czy własna firma to jest coś dla mnie, czy nie. A jeśli stwierdzi, że jest, to zacznie działać w tym kierunku, żeby to miało szansę się udać.

Dzięki wielkie. Ja też mam taką nadzieję.

Dzięki

Wersja do czytania – kliknij

Cześć Agata.

Cześć Marek.

Powiedz, co ostatnio czytałaś?

Czytam dużo, szybko i pięć rzeczy naraz – także nie wiem, czy mam powiedzieć tylko o jednej, czy mam wymienić wszystkie pięć?

Wybierz swoją ulubioną, taką, która najbardziej utkwiła ci w pamięci i powiedz dlaczego właśnie ta.

Ostatnio w ręku miałam książkę Reni Eddo-Lodge pod tytułem Dlaczego nie rozmawiam już z białymi o kolorze skóry. Reni jest czarnoskórą angielską blogerką, która po prostu opisuje swoje doświadczenia z czymś, co można nazwać strukturalnym rasizmem – dla nas w Polsce jest to temat egzotyczny, a czytam to dlatego, że te refleksje trochę przekładają się na rozmowę na trudne tematy, które zazwyczaj chowa się pod dywan. Dodatkowo od paru lat mam takie poczucie, że nawet jak mnie coś nie dotyczy, bo dzieje się w Londynie albo w Mali, to jednak trochę mnie dotyczy – jakbym mieszkała nie tylko w Polsce, ale po prostu na planecie Ziemia. Bardzo interesują mnie różne rzeczy, które się dzieją na całej planecie, a nie tylko tutaj na naszym podwórku.

Mam takie doświadczenie z kontaktów z osobami z różnych krajów, bo mam sporo znajomych, którzy mieszkają w różnych miejscach i spotkałem też ludzi, którzy na różnych etapach swojego życia mieszkali za granicą – mam wrażenie, że są ludzie, którzy są bardziej otwarci, ciekawi dzięki temu, że mają szerszą perspektywę. Myślę, że czytanie takich książek pełni podobną funkcję – pozwala w szerszy sposób spojrzeć na to, co widzisz za oknem albo w telewizji.

Dzisiaj też w pewnym sensie porozmawiamy o poszerzaniu horyzontów dlatego że, gdy ktoś zdecyduje się założyć firmę, to otwiera się przed nim nowa przygoda i wkracza na teren, gdzie każdy odnajduje się trochę inaczej i każda historia przedsiębiorcy jest w pewnym sensie inna. Tu uczysz ludzi, uczysz przede wszystkim kobiety czy wyłącznie kobiety?

W tym momencie wyłącznie kobiety, ale mogłabym powiedzieć, że przede wszystkim, bo Latająca Szkoła nie jest tylko dla kobiet. Jeżeli jakiś mężczyzna chciałby się zapisać, to może to zrobić. Wiem, że mam paru męskich czytelników newslettera, wiem, że osoby płci męskiej komentują różne moje wpisy – także nie powiem, że tylko i wyłącznie kobiety, ale w większości kobiety.

Ok, uczysz tego, jak zarabiać we własnej firmie, jak prowadzić firmę, która będzie dawała satysfakcję i pieniądze. Robisz to już parę lat i pomogłaś przez ten czas w różnych branżach różnym osobom – zastanawiam się więc, jakie cechy są potrzebne do tego, żeby prowadzić dobrze zarabiającą firmę? Czy są jakieś wspólne cechy, które można wskazać?

Jest taki fundament przedsiębiorczy, jak się wpisze w Wikipedię „przedsiębiorczość” to wychodzą te cechy: kreatywność, innowacyjność, skłonność do ryzyka, nastawienie na działanie – powiedziałabym, że to jest taki podstawowy pakiet. Do tego podstawowego pakietu są jeszcze rozszerzenia, w zależności od tego, czy jesteśmy Elonem Muskiem, czy Michałem Szafrańskim, czy fotografką dziecięcą, to potrzebujemy nieco innych rozszerzeń. Pracuję ze specyficznymi osobami i mimo tego, że dobrze się czuję w przedsiębiorczości, prowadzę firmę od ośmiu lat, to nie oznacza, że potrafiłabym na przykład prowadzić duże przedsiębiorstwo, które zatrudnia 200 osób i zajmuje się handlem rybami, bo tam są potrzebne zupełnie inne dodatkowe aplikacje do tego podstawowego pakietu, niż w tym, co ja robię.

Czy w takim razie możemy przeprowadzić taką autodiagnozę, jeszcze zanim spróbujemy prowadzenia firmy? Czy możemy przymierzyć się do szablonu, który nam pokaże: „ok, mam te podstawowe cechy i pozostaje tylko kwestia dodatków” albo: „nie mam tych podstawowych cech i w ogóle nie powinienem się za to brać”?

Można. Dobrze jest zrobić autodiagnozę i dobrze jest poznawać samego siebie. Ale mam taką hipotezę, nie wiem, czy się ze mną zgodzisz, że te podstawowe cechy, to jest taki software, który każdy ma wgrany – może niekoniecznie ma to uruchomione, może ktoś ma to gdzieś zzipowane na jakiejś dziwnej partycji albo na przykład ma zapchane dyski startowe innymi programami, aplikacjami i to mu nie może działać. Wydaje mi się, że te podstawowe cechy jak kreatywność i innowacyjność, to jest coś, czego nie można być absolutnie pozbawionym – to jest bardziej jak mięsień, niż jak gen.

Kreatywność i innowacyjność, to jest coś, czego nie można być absolutnie pozbawionym – to jest jak mięsień

Jest coś takiego jak robienie rurki z języka – niektórzy umieją zrobić rurkę, inni nie, nawet jakby się bardzo wysilali i to ćwiczyli, to jest podobno genetyczne i dziedziczne. Uważam, że z przedsiębiorczością nie jest tak jak z robieniem rurki, to jest bardziej jak mięsień, który mamy i możemy go albo ćwiczyć, albo nie, możemy mieć go lepiej albo gorzej ukształtowanego na starcie i też może być w takich a nie w innych warunkach kształtowany, bo nas bardzo mocno kształtuje nasze otoczenie, czyli to, czego się nauczyliśmy w domu, w szkole i czego uczymy się na bieżąco z kultury, w której jesteśmy zanurzeni. Byłabym ostrożna z takimi ocenami, że ktoś absolutnie nie nadaje się na przedsiębiorcę i nie powinien tego robić.

Jeżeli to jest mięsień, to od razu nasuwa się pytanie: jak mogę ten mięsień wzmacniać? Gdzie jest siłownia? Jakie ćwiczenia powinienem wykonywać, żeby być coraz lepszy w byciu kreatywnym, samodzielnym i z inicjatywą?

Można sobie znaleźć dobre środowisko ludzi, którzy robią podobne rzeczy i będą nas mobilizować, czy będą nam dawać jakiegoś rodzaju wyzwania, to jest jeden element. Dobrze jest znaleźć sobie mentora – zanim w ogóle powstał system edukacyjny, to nasi przodkowie jakoś uczyli się różnych rzeczy, głównie przez bycie czeladnikiem i obserwowanie mistrza albo przez siedzenie przy ognisku i słuchanie historii. Musimy przebywać wśród ludzi, dzięki którym będziemy nasiąkać tymi cechami. To jest nauka przez działanie – nie wierzę w to, że można pójść na jakiś uniwersytet i po prostu otrzymać wiedzę, jak być przedsiębiorcą, tak jak się otrzymuje wiedzę na temat historii, biologii, to wygląda bardziej tak, jak mówi Pat Flynn: „learning on the fly”, czyli pewnych rzeczy uczymy się w locie.

Weźmy pod uwagę wariant bardziej optymistyczny, gdzie mam już te mięśnie rozwinięte – powiedziałaś, że jest pakiet podstawowy, ten fundament – co jest mi potrzebne poza tym? Wspomniałaś o tych dodatkowych aplikacjach, ale czy są jeszcze jakieś rzeczy, które mogę zrobić, żeby zwiększyć moje szanse na to, że moja firma rzeczywiście będzie mi dawać radość i pieniądze?

Powiedziałabym, że to zależy od tego w jakiej dziedzinie się działa. Ale z moich obserwacji osób, które do mnie przychodzą, wydaje mi się, że kluczową rzeczą są dwie umiejętności: pierwsza to umiejętność słuchania – trochę własnej intuicji, ale też słuchanie mojego potencjalnego klienta i głębokie zrozumienie, co go boli, dlaczego go boli i co on jest gotowy zrobić, żeby go przestało boleć. Ludzie często mówią: „słuchanie? To umie każdy” – na uniwersytetach uczących biznesu pewnie nie ma seminariów ze słuchania, chociaż jak byłam w alternatywnej szkole biznesu w Danii, która się nazywa Kaos Pilot, to tam kładą niesamowity nacisk na to, mówią na to listening louder, to jest taki rodzaj słuchania, gdzie naprawdę szlifujemy tę umiejętność.

Druga rzecz to jest umiejętność komunikacji, czyli muszę tak używać języka, nie tylko słów, ale też obrazów i wszystkich dostępnych rzeczy, żeby bardzo jasno, klarownie komunikować się z ludźmi na temat tego, jaką im daję wartość, tak, żeby ta komunikacja była atrakcyjna, żeby wręcz taki elektryczny impuls przeskakiwał między mną a moim klientem. To też sprawia, że się wyróżniam na tle innych, którzy się komunikują w bardziej konwencjonalny, wyświechtany sposób.

Poruszyłaś dwa ogromne wątki, o których można by spokojnie nagrać dwa osobne odcinki, ale spróbujmy dać chociaż taką małą wskazówkę czy kilka wskazówek na temat tego, jak słuchać lepiej. Powiedziałaś, że każdy z nas słucha, ale nie każdy słyszy – myślę, że wbrew pozorom jest to bardzo rzadka umiejętność, żeby umieć zrozumieć to, co ludzie do nas mówią. Wspominałaś, że uczyłaś się tego w Danii, więc jakie ćwiczenia tam robiliście?

W Danii tego się nie uczyłam, tylko zauważyłam, że oni na to zwracają uwagę. Taką kluczową rzeczą jest umiejętność zadawania właściwych pytań. Albo w ogóle zadanie sobie tego trudu, żeby zanim wypuszczę produkt na rynek, zanim nacisnę klawisz „Enter” – usiąść z potencjalnym klientem i na przykład przeprowadzić z nim głębszą rozmowę. To nie musi być od razu pogłębiony wywiad, gdzie mamy jakąś ankietę – ludzie często się tego boją i nie wolno się schować za ankietą.

Tak naprawdę zwykła rozmowa, gdzie pytamy się naszego potencjalnego klienta, jak on widzi pewne rzeczy, potrafi nam całkowicie zmienić perspektywę. To z jednej strony może pozamykać pewne możliwości i tego się boimy, ale z drugiej strony może otworzyć możliwości i nagle myślimy: „Wow! To tutaj jest pies pogrzebany. Z tym ludzie się najbardziej borykają – mam na to rozwiązanie”.

Wiesz, co jest trudne? Przychodzimy na taką rozmowę, mając w głowie już jakąś wizję. Mam wrażenie, że najtrudniejsze jest to, żeby pozbyć się tej wizji, żeby spojrzeć tak zupełnie niezależnie na tę rzecz, która nas jara – bo my już myślimy, już mamy pomysł, już wiemy, jak to będzie wyglądać, już narysowaliśmy logo na kartce. A potem ten klient przychodzi i mówi coś – czego on by nie powiedział, to my jesteśmy w stanie to dopasować do tej naszej teorii, wyciągnąć z tego takie elementy, które potwierdzają naszą tezę, a zupełnie odsiać te, które są z nią sprzeczne. Co zrobić, żeby pozbyć się takiego bardzo subiektywnego podejścia?

Może trzeba się na nim przejechać. Trudno się go pozbyć, jeżeli się startuje i jeszcze nie ma się wytrenowanego takiego skupienia na skuteczności i na służeniu klientowi dobrą radą. Cokolwiek byśmy nie sprzedawali, to nasze usługi, produkty będą się wtedy sprzedawały, jeżeli autentycznie będą rozwiązywały czyjś problem albo będą zaspokajały czyjeś pragnienie – inaczej zbankrutujemy.

Dlatego po pewnym czasie działania, jeżeli ktoś chce być skuteczny, a jest sprytny, to sam sobie wyrabia taką umiejętność słuchania albo pytania się, albo orientowania się, gdy coś jest nie tak – czyli to są te korekty kursu: „coś nie zadziałało. Miałam taki genialny pomysł, a nikt się na niego nie rzucił – co się stało?”. Dlaczego ludzie często po dwóch czy po kilku latach rezygnują? Dlatego, że widocznie nie wyrobili sobie takiego nawyku korygowania kursu, tylko z jednej wizji, którą mieli, zasklepiają się w drugą wizje pod tytułem: „ludzie tym nie są zainteresowani” albo: „w Polsce nie da się prowadzić biznesu”, albo tworzą różne teorie tłumaczące niepowodzenie.

Drugi wątek, o którym powiedziałaś to jest dobra komunikacja i ta iskra, która przeskakuje. Czy to nie jest tak, że po prostu są ludzie, którzy rodzą się z tą iskrą? Mają taki naturalny dar obcowania z ludźmi, mają taką wewnętrzną energię, która się udziela innym i tacy ludzie mogą to zrobić. Ale jednak sporo z nas nie ma tej iskry i choćbyśmy nie wiem jak kombinowali, to nie nauczymy się wzbudzać takiej pozytywnej emocji w naszych rozmówcach.

Szczerze mówiąc, nie jestem tego taka pewna. Być może nie każdy rodzi się charyzmatycznym mówcą, ale nie każdy musi być charyzmatycznym mówcą – nie każdy rodzi się z talentem złotego pióra, ale nie każdy musi doskonale pisać. Bardziej chodzi o to, żeby zrobić tę autodiagnozę: „gdzie leży moja super moc? gdzie są moje pięty Achillesowe?”. Każdy ma jakąś jedną mocniejszą stronę, dzięki której może dotrzeć do swoich potencjalnych odbiorców.

Każdy ma jakąś super moc, dzięki której może dotrzeć do swoich potencjalnych odbiorców

Tam, gdzie my mamy piętę Achillesową, ktoś inny ma super moc i możemy skorzystać z pomocy kogoś innego. Chodzi o to, żeby mieć świadomość tego, jaka musi być nasza komunikacja, jeżeli chcemy docierać do ludzi – to nie znaczy, że sami wszystko musimy napisać, zaprojektować i zakodować. Nie musimy się wszystkiego uczyć i być taką „Zosią-Samosią”, mistrzem DIY – chodzi o to, żeby mieć świadomość, jakie są zasady skutecznej komunikacji i który komunikat wyzwala w ludziach efekt wow, a który wyzwala po prostu wzruszenie ramion.

Myślę, że najtrudniejsze w nauce dobrego sposobu komunikowania się jest to, że nie ma jednej metody, która działa na wszystkich. Nie ma fasonu unisex, one size i wzoru: „masz tutaj szablon i jedziesz!” i każdemu się uda. Trzeba to rzeczywiście połączyć ze swoimi mocnymi stronami, znaleźć to, co mnie najlepiej służy. Z drugiej strony, jeżeli to możliwe, trzeba dopasować ten komunikat do rozmówcy, bo jak piszemy tekst na blogu, to nie wiemy, kto tak naprawdę to czyta, ale znamy naszą grupę docelową, a im lepiej ją znamy, to prawdopodobnie tym lepiej nam to wychodzi.

Mam uwagę, która mi teraz przyszła do głowy, kiedy powiedziałeś, że nie ma jednego szablonu – to jest trochę bardziej sztuka niż nauka. Sztukę też można studiować, ja studiowałam na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, we Florencji, potem w Poznaniu, więc też mam doświadczenie, jak się uczy sztuki. Sztuki uczy się na takiej zasadzie, że przychodzą ludzie do pracowni, jest jakiś impuls, czyli siedzi nagi koleś albo przychodzi profesor z jakimś zadaniem, wyzwaniem i każdy coś robi na ten temat, każdy stara się być bardzo oryginalny, ale jednocześnie obserwujemy siebie nawzajem i rozmawiamy o tym. W ten sposób trochę osmotycznie zaczynamy rozumieć, jak można szlifować swój kunszt – czyli fajnie jest mieć takie środowisko, w którym mogę 15 razy napisać beznadziejny tekst, a za 16 razem mi wyjdzie, bo dostanę informacje zwrotne od ludzi.

W ten sposób pracujemy też w Latającej Szkole, na zasadzie takiego wspólnego, w bezpiecznych warunkach, ćwiczenia siebie na przykład w pisaniu różnych tekstów – wtedy się dowiemy, że to, co piszemy jest za długie albo to nie działa i tak długo to będziemy szlifować, aż zacznie działać. Ludzie się tego często boją, bo boją się feedbacku – Jacek Santorski powiedział, że Polacy są jakby szczególnie nieprzeszkoleni w odbieraniu informacji zwrotnych i on to obserwuje na różnych wyższych szczeblach menedżerskich. Ale to jest coś, co potrafi bardzo szybko pomóc komuś, kto zakłada swój własny biznes i ma zamiar z tym wyjść do ludzi – nie będzie sam ze sobą handlował, bo zawsze w biznesie jest potrzebna ta druga strona.

Myślę, że wiele osób myli feedback z hejtem, zwłaszcza na początku, zanim jeszcze zanurzymy się w ten świat, to już demony w naszej głowie mówią: „O Jezu. Co nie zrobisz, to od razu cię zjedzą, znienawidzą i będą mówić złe rzeczy – lepiej w ogóle tego nie dotykaj, bo po co się narażać”. A bez tego narażania się nic nie będzie, nie pójdziemy do przodu – taka jest prawda.

Formalnie każdy może założyć firmę i jeżeli masz zdolność do czynności prawnych, idziesz do odpowiedniego urzędu, czy nawet robisz to przez internet, zakładasz firmę i jesteś przedsiębiorcą. Formalnie. No ale statystyki są takie, że w ciągu paru lat większość tych nowych biznesów upada. Ty masz fajną grupę badawczą, bo masz osoby, które próbują swoich sił w biznesie, które nie zawsze są na starcie, bo czasami przychodzą do ciebie już z jakimś pomysłem, który po prostu chcą rozwinąć, rozkręcić. Czy zaobserwowałaś i jesteś w stanie wyodrębnić jakieś błędy, które powtarzają się częściej niż inne? Jakieś mity na temat prowadzenie własnej firmy, które pokutują w naszym społeczeństwie i które są na tyle zakorzenione, że sprowadzają tych przedsiębiorców na manowce?

Myślę, że jest ich dużo. Myślę, że jest ich 404 [śmiech], tak jak strona błędu 404. Takie moje ulubione i te, które potrafię skorygować, to jest właśnie obawa w ogóle przed feedbackiem – to się często pojawia. Pojawia się też brak dobrej kalkulacji na starcie i brak sprawdzenia, przetestowania modelu biznesowego, który nam się spodobał, bo wydawało się, że będzie się nam fajnie pracować w taki sposób, a wiele modeli biznesowych ma swoje ograniczenia, taki wewnętrzny szklany sufit.

Trzeba mieć świadomość potencjalnych kosztów, które będą się generowały i tego, czy na koniec wychodzi nam ta liczba, która jest dla nas optymalna, która nas motywuje. Myślę, że takimi częstym problemem w mikroprzedsiębiorstwach, z którym miałam do czynienia, jest ogromna obawa przed tym, że wpadną po dwóch latach w duży ZUS. To jest związane z szerszym tematem, takiej niechęci do oddawania dużej części swoich zarobków państwu – w mniemaniu większości osób nieproporcjonalnej, dużej i niesprawiedliwej. Jak ktoś faktycznie nie robi kursów online, tylko każda godzina jego pracy kosztuje realny wysiłek, to nagle 1200 złotych, czy nawet jeszcze więcej, miesięcznie płacone jest za samą możliwość bycia przedsiębiorcą – wielu osobom wydaje się, że to jest duża kwota. Mają lęk przed wskoczeniem na wyższy poziom i przed takim mocniejszym rozhulaniem tego, co robią.

Bardzo dużo osób rozprasza się, a środowisko social mediów temu sprzyja, nadmierną konsumpcją wszelkiego rodzaju wspaniałych podcastów jak ten, który właśnie tworzymy, czy różnych treści, które mają nas inspirować. Podglądanie innych, tego, co robią i sugerowanie się tym, porównywanie czyjegoś środka drogi z moim początkiem – to sprawia, że pod koniec dnia człowiek jest przebodźcowany, już nie ma siły wykonać tego mikrokroku, który powinien zrobić, żeby pójść do przodu.

To są bardzo cenne informacje, które dostaję od słuchaczy – jest super miłe, jeżeli ktoś mówi: „posłuchałem takiego odcinka i w związku z tym zrobiłem to i to w swojej firmie”. To pokazuje, że to nie jest tylko, jak to Ola Budzyńska mówi: „ćpanie wiedzy” i pakowanie w siebie kolejnych informacji. Takie przyjmowanie tylko od początku do końca, mam wrażenie, że rodzi, tak jak powiedziałaś, przebodźcowanie, przytłoczenie tym, że: „o Boże! Jest tyle różnych rzeczy, które powinienem robić, a ja tego nie robię” – to może powodować wręcz wyrzuty sumienia, a nie motywować. Natomiast wystarczy z każdej rozmowy, z każdego tekstu na blogu, który się przeczyta, czy wideo, które zobaczymy wyciągnąć naprawdę jedną drobną rzecz, jeżeli ta treść jest tego warta, bo nie zawsze tam jest ta jedna rzecz. Jeżeli jest, to wyciągamy jedną rzecz i delikatnie zmieniamy to, co robiliśmy do tej pory, poprawiamy, patrzymy jak działa. Bo coś, co działa u jednej osoby wcale nie musi działać u innej. W ten sposób idziemy do przodu.

Ale pójście do przodu nie zawsze jest fajne – czasem, kiedy uruchamiamy firmę, myślimy sobie: „super! Teraz będę sobie szefem, będę robił to, co będę chciał. To będzie moja firma – ja będę się w niej realizował”. Na początku tak jest, jesteśmy nakręceni, bo to jest coś naszego, takie dzieciątko, które pielęgnujemy albo roślinka, którą podlewamy. Tyle tylko, że jak tę roślinkę podlewamy i to zaczyna faktycznie działać, zaczyna się rozkręcać, to stajemy się trochę takim urzędnikiem w swojej firmie, bo okazuje się, że trzeba dbać o jakieś terminy, papiery, ktoś czegoś od nas chce, jakieś szkolenia BHP, jakieś kompletnie bzdurne rzeczy, których żaden przedsiębiorca za bardzo nie kocha. Jak radzisz swoim uczniom, studentom, żeby sobie poradzić z takim nagromadzeniem spraw, które przedsiębiorca musi wykonywać, ale nie były powodem, dla którego założyli firmę?

Minimalizować i delegować. Już we wczesnym etapie rozwoju można współpracować z kimś takim jak na przykład wirtualna asystentka albo można mieć praktykanta, który robi takie rzeczy, na które my nie mamy ochoty jak na przykład stanie na poczcie, ale w zamian za to ma możliwość robienia u nas też innych ciekawych rzeczy. Ciężko jest znaleźć dobrego współpracownika, ale jest to możliwe i warto. Jak jesteśmy przedsiębiorcą, który robi coś ciekawego i fajnego, to jesteśmy dobrym miejscem dla młodszej, mniej śmiałej, niedoświadczonej osoby, żeby zyskać pewne doświadczenie, właśnie przez obserwacje nas. A jest wiele osób, które są zupełnie początkujące, kończą studia i wolałyby właśnie przy kimś takim praktykować, niż przy kimś, kto będzie im dawał tylko kawę do parzenia czy ksero do wykonywania.

Zadania administracyjno-biurowe można zlecić asystentce, ale są zadania, które wymagają od nas podejmowania decyzji. Pewnie też tak masz, że w pewnym momencie odkrywasz, że twoja skrzynka mailowa jest pełna różnego rodzaju propozycji i każda z tych propozycji teoretycznie, potencjalnie może być atrakcyjna, ale wcale nie musi. Sporo z tych propozycji wymaga jakiegoś zastanowienia się i podjęcia decyzji – czy skorzystam z tej okazji, która się nadarza, czy nie skorzystam? To nie jest coś, co się dzieje na początku, to przychodzi z czasem, kiedy nasza firma rośnie, ale jeżeli rośnie, to jest raczej nieuniknione. Co wtedy? Mam wrażenie, że to jest coś, co wysysa energię, bo to są inni ludzie, którzy wrzucają nam różne sprawy do wykonania, zapełniają nam listę zadań, ale z drugiej strony też trudno się odciąć zupełnie od świata i w ogóle nie reagować na taką komunikację i propozycje.

Myślę, że to bardziej zależy od tego, kim jesteśmy – jedne osoby dostają więcej propozycji, inne mniej. Wierzę, że można sobie wyrobić taką intuicję, która pozwala dosyć szybko, po przeczytaniu maila, poczuć z taką dużą jasnością: „czy to jest dla mnie, czy nie?”. U mnie wykształciło się takie coś, że czytam i w ciągu nanosekundy wiem, czy tak czy nie. Teraz stosuje metodę Haiku – to są takie krótkie japońskie wiersze, mają po prostu trzy wersy. Jak komuś odmawiam, to po prostu pisze takie Haiku: „nie, dziękuję bardzo”, czy: „bardzo się cieszę, ale w tym momencie jeszcze nie”. Odpowiadam grzecznie, elegancko i krótko – po prostu sprawa jest załatwiona.

Chyba, że poczuję, że to jest dla mnie ciekawa propozycja – wtedy staram się z taką osobą szybko skontaktować telefonicznie, dowiedzieć się więcej, żeby móc ocenić szybko, żeby nie zabierać sobie za dużo czasu, czy tak czy nie. Szybkie podejmowanie dobrych decyzji to bardzo ważna umiejętność, jeśli wyżej się wchodzi. Z tyłu głowy mam myśl, że chciałabym, żeby kobiety w Latającej Szkole właśnie tego się uczyły.

Szybkie podejmowanie dobrych decyzji to bardzo ważna umiejętność, kiedy jesteś coraz wyżej

Czasem, żeby podjąć decyzję, człowiek nie może być sam i potrzebuje albo szybko się skonsultować z kimś kogo ceni i komu ufa, albo zapytać mentora, który na przykład był na tym wydarzeniu, na które nas zapraszają, albo miał podobne propozycje wcześniej i może nam pokazać, z czym to się wiąże. Fajnie jest mieć dookoła siebie ludzi, którzy przy podejmowaniu decyzji będą nam pomocni. Czasem można zapytać się siebie, czasem Google’a, czasem mentora.

Mam zaobserwowany cały zestaw cech, coś co w skrócie nazywam „mentalnością pracownika”. Myślę, że ty prowadząc firmę też mogłaś zaobserwować, że są ludzie, którzy nabrali takiego przekonania, że świat wygląda w określony sposób – może obserwowali swoich rodziców i znajomych, przez co mają takie przekonania czy nastawienie, że na przykład: „chciałbym zarabiać jakąś kwotę X. Wydaje mi się, że jeżeli na konto mojej firmy wpłynie kwota X, to ja tyle zarobiłem”. A okazuje się, że rzeczywistość jest odrobinę bardziej złożona, dlatego że są jeszcze koszty, które ponosimy po drodze.

Jest jeszcze coś takiego jak niechęć przed braniem na siebie odpowiedzialności – pracownik, który jest częścią jakiejś machiny, jakiejś firmy zawsze może trochę schować się za marką tej firmy. To nie jest jego odpowiedzialność od początku do końca, tylko to się rozkłada na wiele innych osób. Kiedy jesteś przedsiębiorcą, to jednak trzeba wziąć pewne rzeczy na klatę i czasami nawet trzeba wziąć na klatę winę, której nie ponosisz, ale z punktu widzenia klienta to ty jesteś winny, bo ty na przykład wybrałeś podwykonawcę, który zawalił. Czy taką mentalność pracownika próbowałaś kiedyś przekształcić w mentalność przedsiębiorcy i wyrugować takie cechy, które nie są dobre dla osoby prowadzącej swoją firmę?

Kontynuując tę metaforę software’u – to o czym mówisz, to jest taki wgrany program. Tam jest takie założenie, że właśnie powinien tyle dostawać co miesiąc, to jest dobre i wtedy czuję się bezpiecznie, jeżeli to jest stała kwota. Zarówno samodzielne podejmowanie decyzji i ponoszenie odpowiedzialności nie jest takie miłe – lepiej to wyoutsourcować na pana Krzysztofa z księgowości i panią Krysię z sekretariatu. Ludziom w miarę jak się rozwijają i chcą iść tą ścieżką, to się po prostu samodzielnie niweluje albo ten program zajmuje mniej miejsca, jest nieaktywny.

Padło pojęcie „mentalność pracownika” jako coś negatywnego, prawda? Jak mentalność niewolnika w pracy [śmiech]. Jest też coś takiego jak mentalność współpracownika i to jest bardzo pozytywna rzecz. Mam taką osobę, z którą współpracuję, taką asystentko-menedżerkę, tak można by nazwać jej stanowisko – jak ją zatrudniałam, myślałam, że ona przy mnie rozwinie skrzydła i po prostu rozwinie swoją własną firmę i być może na razie jeszcze nie czuje się na siłach, ale potem pofrunie. Teraz, po roku takiej intensywnej współpracy widzę, że Małgorzata, która jest cudowną osobą i nie ma takiego czegoś, że nie potrafi samodzielnie podejmować decyzji, wręcz przeciwnie, jest idealnym współpracownikiem – być może ona wcale nigdy nie będzie chciała stworzyć własnej firmy. Mi się z nią genialnie współpracuje, ona się bardzo oddaje strukturze, którą stworzyłam i ona rozwija tam swoje talenty w dobry sposób. Teraz pytanie: być może niektórzy z nas mają takie talenty, takie uzdolnienia, które się dobrze realizują w już istniejących strukturach, a inne osoby czują się dobrze w tworzeniu struktur i trzymaniu za nie odpowiedzialności.

Chciałabym odjąć takie jednoznacznie negatywne skojarzenia z tą mentalnością pracownika, ale oczywiście, jeżeli ktoś wchodzi na ścieżkę przedsiębiorcy i wydaje mu się, że będzie mógł outsourcować odpowiedzialność na innych albo że będzie dostawał regularną pensję, to tak nie wygląda i prędzej czy później człowiek się z tym konfrontuje.

Spotkałem człowieka, który miał bardzo wysoką świadomość tego, że nie chciałby być właścicielem firmy, to był menedżer w pensjonacie koło Jeleniej Góry, który rzeczywiście miał pomysły, rozwijał ten pensjonat, zarządzał nim, kontrolował personel i tak dalej. Zapytałem go, czy nie myślał o tym, żeby otworzyć swój pensjonat, bo jako właściciel mógłby na pewno zarabiać więcej pieniędzy, niż jako wynajęty menedżer, miał do tego wszelkie kwalifikacje, świetnie mu szło.

On odpowiedział coś takiego: „Zdaję sobie sprawę z tego, że jestem dobrym sierżantem. Zdaje sprawę z tego, co robię i ile jeszcze spraw na głowie ma właściciel tego pensjonatu. Ja bym tak nie chciał, bo mam swoją działkę i robię to najlepiej jak potrafię, ale to, że właściciel zainwestował pieniądze w ten obiekt, koniec końców to są jego pieniądze, dla mnie to byłoby ogromne obciążenie, że biorę na siebie, na swoją rodzinę takie ryzyko. Wolę mieć mniej pieniędzy, ale pewne pieniądze, wolę mieć pensję, którą dostaję za dobrze wykonaną robotę, niż stresować się o to, co będzie, jeżeli całe lato będzie lało i nie przyjadą turyści”.

Myślę, że to, o czym mówisz jest ważne, bo kwestia bezpieczeństwa to jest trochę predyspozycja psychiczna: „czy będę spać spokojnie, jeżeli wiem, że mam tylko pieniądze na następne dwa miesiące, a potem muszę coś wymyślić?”. Faktycznie, spotykam się z tym, że są osoby, które mają większą większy spokój, mogą spać i ufają swojej kreatywności czy przedsiębiorczości, bardziej nadają się do tego od tych, które koniecznie muszą mieć to zapewnienie i jeżeli nie mają odłożonych pieniędzy na pół roku do przodu, to po prostu je paraliżuje.

Mówiłaś o tym, że w przypadku błędów popełnianych przez ludzi, są takie, które można usunąć. Wspominałaś o budżecie i o tym, że ludzie nie patrzą w przyszłość, nie zdają sobie sprawy z kosztów, jakie będą towarzyszyć ich działalności za dwa lata. Jak można się tego nauczyć?

Można się tego nauczyć na własnej skórze, na błędach, samodzielnie – to pierwsza ścieżka. Druga ścieżka to jest znalezienie kogoś, kto już to umie i po prostu tę wiedzę od niego w jakiś sposób pozyskać – przecież nie trzeba robić wszystkiego osobiście. Nie trzeba tak, jak kiedyś wędrować do jakiegoś mędrca, który siedział w jamie i od niego się dowiadywać, bo żyjemy w świecie, w którym przez internet mamy dostęp do wiedzy i doświadczenia setek ludzi i jest to na wyciągnięcie dosłownie opuszków palców. Jest masa darmowej, wspaniałej wiedzy.

Możemy stwierdzić, że potrzebujemy jakieś struktury, w której możemy się takich rzeczy uczyć i zapisać się – jest masa kursów online, nie online, zapraszam też do Latającej Szkoły. W każdym razie chodzi o to, że jest dużo alternatywnej edukacji okołobiznesowej i każdy może się zastanowić: „dobrze, to czego potrzebuję?” i znaleźć sobie ludzi, którzy taką wiedzę mają i są gotowi się nią podzielić.

Jest jeszcze coś takiego jak bariery związane z miejscem zamieszkania albo z doświadczeniami rodzinnymi czy kręgu znajomych – niektórzy z nas mają w swojej głowie bariery finansowe i powstały setki książek na temat tego, jak wyrobić w sobie mentalność milionera. Nie chcę iść aż tak daleko, natomiast widzę takie zjawisko, że niektórzy dochodzą do pewnego pułapu, powiedzmy dobrej średniej krajowej i gdzieś kończy im się para – dochodzą do wniosku, że: „w zasadzie to jest sprawiedliwy poziom, na który zasłużyłem, bo gdybym zarabiał więcej, to być może nie byłoby to uczciwe. Przecież to, co robię w mojej firmie nie jest warte nie wiadomo jakich pieniędzy”. To jest zupełna odwrotność mentalności najmłodszego pokolenia, które na starcie od razu chce zarabiać 10 tysięcy na rękę, ale wśród ludzi urodzonych odrobinę wcześniej widziałem takie postawy, że: „wstydzę się tego, że zarabiam więcej pieniędzy”, coś w tym stylu. Masz jakieś sposoby na to, jak z tym wstydem, z taką barierą sobie poradzić?

Fajnie, że o tym mówisz, bo to są takie bardziej subtelne aplikacje, pluginy, które są potrzebne. Są bardzo mocno związane z osobistym rozwojem człowieka i często to zahacza nawet o takie wątki jak właśnie terapia i przyglądanie się temu, jakie mam doświadczenia wyniesione z dzieciństwa i na przykład co się działo w mojej rodzinie. Żyjemy w Polsce i patrząc pokoleniowo, to większość naszych rodziców nie miała jeszcze takiej swobody finansowej, że były pieniądze i można było sobie na wszystko pozwolić. Taka jest pamięć i takie były doświadczenia, które kształtowały nasze zachowania, nasze myślenie. Jeszcze wcześniej była wojna.

Mam poczucie, że w mojej rodzinie, pokolenie moich babć reprezentowało taką postawę życiową: „ ciesz się, że nie spadają ci bomby na głowę, masz za co przeżyć i jest okej”. Dlatego myślę, że jest taki rodzaj solidarności z własnymi przodkami, rodzinami w tym i to niekoniecznie jest złe. Ale jeśli ktoś ma ten przebłysk świadomości: „okey, dobra. Jestem na tym poziomie, a czego tak naprawdę chcę? Być może chcę więcej”, odkrywam swoją barierę i to jest coś, z czym można pracować. Nie da się z tym pracować bez jakiegoś głębszego kontaktu z samym sobą.

My w szkole często po prostu rozmawiamy o takich rzeczach, czyli mówienie o tym, że się czegoś wstydzę, to oczywiście trzeba robić też w środowisku, w którym człowiek czuje się bezpiecznie, wie, że nie spotka go żadna krytyka, nie spotka go nic nieprzyjemnego, jak się odsłoni – takie dzielenie się trudnymi emocjami jest bardzo wyzwalające, bo nagle myślimy: „wow, to wszyscy tak mają”. Wtedy coś zaczyna się subtelnie przesuwać.

Osobiście nie wierzę w zmianę mentalności człowieka, którego korzenie sięgają PRL-u i jeszcze wcześniejszych sytuacji w Polsce, w zmianę tej mentalności w mentalność milionera w weekend, „zmienimy cię w 24 godziny, tylko musisz zapłacić dwa tysiące dolarów i przebiec się po jakimś jakimś tunelu, po rozżarzonych węglach i pyk! To się wydarzy” [śmiech]. Wierzę w taki powolny proces poszerzania swojej świadomości i pojemności: „czy mam pojemność na to, żeby takie duże pieniądze do mnie przyszły? Czy jeżeli one jakimś cudem przyjdą, to ja je od razu wydam, bo czuję, że na nie nie zasługuję”.

To zapytam w drugą stronę: a jeżeli ktoś ma taką mentalność, że ciśnie, ciśnie, ciśnie. Skoro w tamtym roku zarobiłem 300 tysięcy, to w tym roku muszę 500, a w następnym milion, potem dwa miliony, pięć – bo kto się nie rozwija, ten się zwija. Czy powinniśmy stawiać sobie jednak taką granicę, do której chcemy dojść i tam nam będzie dobrze? Czy jednak celem firmy powinien być rozwój bez takich granic?

Rozwój bez granic to jest mit, tak się po prostu nie da, bo mamy ograniczone zasoby, a my sami jesteśmy ważnym zasobem w swojej firmie. Często jak pracuję z różnymi ludźmi, to punktem wyjścia jest takie zapytanie siebie: „jaka kwota będzie mnie autentycznie cieszyła, karmiła i pozwalała na przeżycie i to, czego aktualnie potrzebuję?”. Ta kwota może się z roku na rok zmieniać, ale zawsze jakaś jest – znam tylko jedną osobę, która powiedziała, że to jest sto tysięcy złotych miesięcznie i się upierała, że to musi być tyle. Zazwyczaj to są bardziej realistyczne, mniejsze kwoty. Zawsze zadaję sobie pytanie: „to w takim razie, jak musiałby wyglądać model biznesowy, żeby to tobie zapewniał? Czy jesteśmy w stanie tak to zaprojektować, żeby się dało?”. Oczywiście można to skalować, powiedzieć: „a teraz nawet dwa razy więcej albo trzy”, ale warto się zapytać: „po co?”.

Simon Sinek mówi: „Why?” – też się zapytajmy. Czy jeśli chcesz mieć taki nieograniczony wzrost, to w ten sposób coś sobie rekompensujesz, czy coś udowadniasz innym, kolegom z klasy, twoim rodzicom? Może tak, może nie – ale poznaj odpowiedź, bo robisz to jakimś kosztem. Jeżeli firma ma się w nieskończenie rozwijać, to dzieje się to kosztem twojego wolnego czasu lub innych rzeczy, które mógłbyś robić.

Jaka jest średnia kwota, która pada, jak pytasz ludzi o taką kwotę miesięczną, która by ich satysfakcjonowała?

Osoby, z którymi współpracuję często są kobietami, które są też finansowo związane ze swoimi mężami, partnerami, więc budżet domowy nie opiera się tylko na tym, co one zarobią. To są albo osoby, które mówią, że ich satysfakcjonuje średnia krajowa, która w tym momencie wynosi 3600 netto albo są to takie kwoty około 8-10 tysięcy, bo uwzględniają jeszcze różne potrzeby rozwojowe, przyjemnościowe. Rzadko jest, że ktoś przychodzi i mówi: „musi być 30 tysięcy miesięcznie, jak nie będzie 30 tysięcy, to nie wchodzę w to”. Ludzie to porównują też do tego, co są w stanie zarobić pracując na etacie.

To załóżmy, że chcę te 10 tysięcy miesięcznie i przychodzę z pomysłem, który mam w głowie, pomagasz mi na to spojrzeć i mówisz: „być może będzie z tego 10 tysięcy, ale za 10 lat albo wcale” i co wtedy? Mam pomysł, do którego się przywiązałem, czuję, że to jest takie moje, bardzo bym tego chciał, ale jak to wrzucimy do Excela to wychodzi czarno na białym, że niestety nie ma opcji.

Wiele pomysłów daje się twórczo modyfikować. Opieramy tę kalkulację i analizę wstępną, diagnozę na mnożeniu ilości potencjalnych klientów, którą wymyślamy, że jest możliwa, razy zysk z poszczególnego produktu bądź usługi. Opieramy to na jakiejś konkretnej ofercie i pytanie brzmi: „jak mogę zmodyfikować tę ofertę, żeby mieć dodatkowe źródła dochodu, czyli dodatkowe produkty i usługi?.

Czasem jest fajnie kombinować, jeżeli ktoś ma usługi, można dołożyć produkty fizyczne, jeśli ktoś ma tylko produkty fizyczne można dołożyć usługę – można dodawać różne komponenty „pasywne”, czyli nie do końca pasywne, ale takie, które generują dodatkowy zysk, wynikający chociażby z tego, że mamy kurs online, ebooka, audiobooka, afiliacje, różnego rodzaju rzeczy, które wynikają z tego, że mamy jakąś społeczność. Z niektórymi modelami da się tak pokombinować. Możemy się też zastanowić, co by było, gdybyśmy podnieśli ceny i gdybyśmy byli drożsi niż nasza konkurencja.

À propos błędów 404 – konkurowanie tylko za pomocą ceny, czyli pozycjonowanie swojego uniqueness przez to, że jestem tańszy niż inni, to jest ogromny błąd, to jest jakby taka spirala, która nas wciąga w dół i tego nigdy nie zalecam.

Konkurowanie tylko za pomocą ceny, to spirala, która ciągnie w dół

Niektóre modele da się przekształcić, niektóre niestety nie i wtedy trzeba pomyśleć, co ciebie tak najbardziej fascynowało w tym modelu, bo czasem ktoś chce być gwiazdą rocka, bo marzy mu się sława, a ktoś inny woli ekspresję – wtedy wyciągamy tę esencję, o którą mu chodziło i zastanawiamy się, w jaki inny sposób tę samą esencją można wcielić w życie, za pomocą innej formy. Często jest tak, że ludzie chcą pewnych rzeczy, bo wiążą się z tym konkretne emocje albo styl życia, albo pewnego rodzaju energia i tę samą energię, te same emocje można zrealizować gdzieś indziej.

Mam wrażenie, że ostatnio bardzo popularne stało się zarabianie online. Z jednej strony jest to oczywiste, internet się rozwinął, dał nam takie możliwości – czemu z nich nie korzystać? Z drugiej strony, czy jest gdzieś w tej chwili miejsce na takie biznesy, które nie są online’owe, a które ciągle dają satysfakcję i pozwalają sensownie zarabiać?

Oczywiście, że tak [śmiech].

Oczywiście poproszę o jakieś przykłady, wskazówki.

To można uzupełniać z czasem, czyli można mieć obecność w sieci, jeżeli jesteśmy jakimś miejscem tak zwanym brick-and-mortar, czyli biznesem tradycyjnym, na przykład jesteśmy fajnym zakładem fryzjerskim, który nie tnie włosów przez internet, ale może mieć dobrą obecność w sieci, czyli jest łatwo wyszukiwalny i może mieć fajnie prowadzone social media. Jest taki jeden zakład fryzjerski, który to robi tak świetnie, w Krakowie co prawda, są daleko ode mnie, a ja już tyle razy się łapię na tym, że mam taki odruch: „jak ja bym chciała do nich pójść”, bo mam poczucie, że są najlepsi. Dlaczego? Bo dobrze prowadzą social media.

Można by bez końca wymieniać różne pomysły na biznesy działające offline, które mogą przynosić dużo satysfakcji i całkiem fajne pieniądze. Myślę, że atrakcyjność działania w sieci dla wielu kobiet jest warunkiem, wiele kobiet łączy chęć bycia przedsiębiorcą z byciem matką, nie mają takich możliwości, że teraz wsiadają w samochód i jadą do klienta, bo w tym momencie nie mogą, ich dziecko gorączkuje – jednak pracowanie wieczorami z laptopa jest bardzo atrakcyjną opcją dla wielu kobiet. Mając dobrze rozkręcony biznes online, mamy możliwość skalowania i łatwiejszego zarabiania.

Mając dobrze rozkręcony biznes online, mamy możliwość skalowania i łatwiejszego zarabiania

Ile razy masz tak, że przychodzi do ciebie klient, ktoś, kto chce się nauczyć prowadzenia firmy, słuchasz tego, co mówi i myślisz: „z tej mąki chleba nie będzie”? Co wtedy? Bo jest to ktoś, kto przyszedł do ciebie z nadzieją, że mu pomożesz, a ty nie widzisz możliwości, żeby mu pomóc.

To są jakby dwie rzeczy, jeżeli nie będzie „chleba z mąki” tego modelu, to mówię o tym – z biegiem lat chyba mówię szybciej i bardziej radykalnie, jednocześnie uwzględniając, że jest to moja opinia i też się mogę mylić. Kiedyś, ze względu na jakąś własną niepewność, taką osobę trzymałabym też w takiej niepewności, że się uda, a teraz brutalnie mówię, że ja tego nie widzę. Natomiast jest jeszcze drugi aspekt, taki aspekt osobowościowy, z którym trzeba być ostrożnym, bo można go źle ocenić, szczególnie w momencie, gdy nie pracuje się face to face.

Jak mamy pytanie, czy to jest dobry pomysł na biznes, teraz odpowiadam: „zależy od tego, kto będzie go wykonywał”, dlatego że są takie osoby, które naprawdę sprzedadzą śnieg eskimosom i ze średniego pomysłu zrobią coś wspaniałego, a są takie, które rozłożą nawet najlepszy pomysł, który będzie jeszcze doszprycowany dobrymi strategiami i znajomością tego, jak na przykład robi się lejki sprzedażowe, ale po prostu ta osoba nie ma w sobie tej energii.

Zdarzyło mi się parę razy, że ludzie bardzo mnie zaskoczyli – coś się w nich odblokowało i nagle osoba, która wydawało mi się, że leci w złym kierunku, w przepaść, okazuje się, że wszystko sobie tak poustawiała, że wszystko kliknęło i ta osoba odnosi sukces. Dlatego wychodzę z założenia, że lepiej nie podcinać nikomu skrzydeł i wszystko wyjdzie w praniu, a nawet jeżeli nie uda się ten biznes, to świat się nie skończy. Najczęściej ci ludzie nie inwestują swoich ogromnych, wielkich oszczędności w te biznesy, które rozwijają u mnie, więc ja też nie mam wyrzutów sumienia, że: „Boże, ktoś wykupił fabrykę w Chinach i to wszystko padło, teraz rodzina będzie w długach przez najbliższe 20 lat”. Najczęściej są to bardzo małe inwestycje.

Wierzę w to, że taka osoba uczy się tak czy siak dużo o sobie, dużo o świecie i to jest bardzo wartościowe doświadczenie. Mam bardzo dużo kobiet, które nigdy nie rozwinęły swojego biznesu, a i tak uważają, że Latająca Szkoła jest najlepszą z rzeczy, które zrobiły, bo dowiedziały się bardzo wielu rzeczy, nauczyły i czasem zrozumiały, że na tym etapie życia prowadzenie własnej firmy to nie jest coś dla nich.

To w takim razie efekt jest pozytywny i to jest dobre. Rzeczywiście taka samoświadomość czasami w dłuższej perspektywie, może znaczyć więcej, niż te pieniądze, które zarobimy na przykład w firmie, a potem się okaże, że jednak się rozmyśliliśmy po dwóch latach – pieniądze zostały, ale nie czujemy się spełnieni. Być może lepiej czasami się wycofać wcześniej, ale ucząc się o sobie czegoś takiego, co sprawi, że te dwa lata wykorzystamy dużo lepiej, w inny sposób, przeżyjemy z większą satysfakcją. Bardzo ci dziękuję.

Na koniec jeszcze chciałem spytać o jakieś światłe rady dla osób, którym chodzi po głowie własna firma, ale jakoś tak trudno im się zdecydować. Czy jesteś w stanie doradzić im coś takiego, co pozwoli im postawić pierwszy krok? Tak jak jest czasami jazda próbna w salonie samochodowym albo jest jakieś demo aplikacji, które możemy sobie ściągnąć za darmo i się pobawić. Czy znasz sposoby na to, jak przekonać się, jak to jest być przedsiębiorcą bez zakładania firmy od razu i bez rzucania się na głęboką wodę?

Oprócz klasyków „stwórz malutki projekt beta pilotażowy i sprawdź, jak ludzie na to reagują”, to wydaje mi się, że fajną rzeczą, której chyba ludzie wcale aż tak nie praktykują na szeroką skalę, jest znalezienie sobie takiego idealnego awatara, takiego odpowiednika, takiego kogoś, kim chciałbym być. Może to nie jest wprost moja konkurencja, ale ten człowiek reprezentuje taki styl życia, o który mi chodzi i on już to robi 10 lat. Można spróbować się z takim człowiekiem skontaktować, umówić się na kawę, na lunch albo poprosić go, czy można być u niego przez cały dzień, albo nawet przez tydzień i patrzeć, co ta osoba robi. Być może mamy coś fajnego do zaoferowania takiej osobie w zamian za to, że nas dopuści i nam pokaże. Faktycznie jest tak, że wiele osób nie ma pojęcia, jak wygląda prawdziwe życie przedsiębiorcy, bo na Instagramie to wygląda zupełnie inaczej [śmiech].

Instagram to w ogóle nie ma nic wspólnego z prawdziwym życiem – taka jest prawda.

Można zrobić coś takiego, żeby wejść w kontakt z rzeczywistym człowiekiem, który już robi to, co my chcielibyśmy robić.

Z tego, co mówisz to twoja praca, firma, to jest w dużej mierze praca takiego psychologa, kogoś, kto im miesza w głowach, w pozytywnym sensie, pomaga im poukładać klocki w odpowiedniej kolejności. To jest chyba najważniejsze, czy nie?

Tak. Z biegiem lat dochodzę do wniosku, że know how, w takim sensie jak wygląda lejek sprzedażowy i jak go sobie ustawić, to w tym momencie jest wiedza ogólnodostępna. Można w pięć sekund się dowiedzieć, co to jest instastory i jak je wykorzystać do rozwoju swojego biznesu. Ale większość barier, które mają ludzie, to są bariery emocjonalne – bo się wstydzą, bo się boją. To są podstawowe bariery przed pokazaniem się, wyjściem do ludzi, różne programy pod tytułem „czy ja mogę?”, „czy ja zasługuję?”.

To, co robię w szkole, tak subtelnie dekonstruuję te wszystkie programy w takiej bezpiecznej, wspólnej przestrzeni, gdzie nie działam tylko ja i jakaś tajna wiedza, którą posiadam, tylko działa dynamika grupy, która ma podobny cel i różne narzędzia są do tego używane, żeby właśnie te programy deaktywizować, a aktywizować inne.

No tak. Biznes jest aktywnością społeczną i rzeczywiście bez innych ludzi trudno coś osiągnąć. Są oczywiście jednostki takie jak Steve Jobs, czy Elon Musk, który nie jest jakoś specjalnie społeczny i kontaktowy. To są jednostki, które osiągają potężne światowe sukcesy, ale te jednostki też nie działają w próżni – są otoczone innymi ludźmi, którzy pomagają im osiągać różne cele. Jeśli się startuje, to warto bardzo świadomie otaczać się ludźmi, którzy mogą nam w tym pomóc – nie chodzi o to, żeby cynicznie wybierać kogoś tylko w tym celu, że może nam coś dobrze zrobić, tylko żeby mieć świadomość tego, że nasze działania zależą w dużej mierze od energii, którą się otaczamy, a ta energia jest wytwarzana przez innych ludzi.

Bo to jest trochę tak – jak jesteśmy przedsiębiorcami, to nie jesteśmy Elonem, tylko jesteśmy całą Teslą i mamy w sobie tę jedną część crazy-kreatywną, która po prostu będzie parła do przodu i będzie miała wizję – mamy takiego wewnętrznego Steve’a Jobsa, ale potrzebujemy mieć wszystko, co miało Apple dookoła, bo jesteśmy tą całością. Nie warto się wzorować na jakimś liderze, zapominając, że miał dookoła siebie całe otoczenie, tylko trzeba pamiętać o tym, że my jesteśmy tą całością.

I z tą myślą zostawiamy szanownych państwa. Bardzo ci dziękuję za rozmowę. Mam nadzieję, że rzeczywiście niejednej osobie po tej rozmowie rozjaśni się to, czy własna firma to jest coś dla mnie, czy nie. A jeśli stwierdzi, że jest, to zacznie działać w tym kierunku, żeby to miało szansę się udać.

Dzięki wielkie. Ja też mam taką nadzieję.

Dzięki