Jak nie kraść w internecie. Gdzie jest granica między inspirowaniem się cudzą twórczością a plagiatem?

31 grudnia 2018

Wyróżniaj się lub zgiń – tytuł książki Jacka Trouta, wydanej prawie 20 lat temu, stał się jedną ze złotych zasad marketingu.

Wiele osób przekonuje, że bycie innym jest ważniejsze niż bycie lepszym. „Chcesz osiągnąć sukces? Bądź oryginalny i autentyczny” – to często powtarzana rada.

Jednak stworzenie czegoś kompletnie od zera jest trudne i czasochłonne. Dużo łatwiej użyć gotowych rozwiązań i szablonów. Zamiast biegać z aparatem i szukać dobrego kadru – skorzystać z banku zdjęć. Zamiast pisać od zera tekst na stronę internetową – znaleźć coś, co potraktujemy jako punkt wyjścia i przerobić po swojemu.

Mam nadzieję, że traktujesz takie działania wyłącznie jako inspirowanie się i szukanie natchnienia… ale co zrobić, żeby inni nie uznali ich za plagiatowanie i kradzież?

W znalezieniu odpowiedzi na to pytanie pomoże mój dzisiejszy gość: radca prawny, prelegent i gitarzysta Tomasz Palak.

10. urodziny Małej Wielkiej Firmy

Warszawa, 2 marca 2019

Zapraszamy na wyjątkowe spotkanie współtwórców, gości i słuchaczy Małej Wielkiej Firmy. Dowiedz się więcej »

Partnerem wydarzenia jest Audioteka, która przygotowała dla Was specjalny prezent: 30‑dniowy darmowy dostęp do płatnej usługi w aplikacji Lecton.

Odbierz prezent od Audioteki

1. Wejdź na stronę promo.lectonapp.com
2. Zarejestruj się lub zaloguj, podając email i hasło.
3. Wpisz kod MALAWIELKAFIRMA podczas aktywacji dostępu.
4. Pobierz aplikację Lecton, jeśli jeszcze nie masz jej na telefonie, w wersji odpowiedniej dla swojego urządzenia (wymagane oprogramowanie to Android 5.0 lub iOS 10 i nowsze).
5. Zaloguj się w aplikacji mailem i hasłem podanym podczas rejestracji.
6. Nie trać czasu – w trakcie darmowego 30-dniowego dostępu masz do dyspozycji prawie 2000 audiobooków po polsku i wiele innych interesujących nagrań!

Chcesz więcej?

Dołącz do społeczności słuchaczy Małej Wielkiej Firmy i uzyskaj dostęp do dodatkowych materiałów

W tym odcinku

  • Czy polskie prawo autorskie jest liberalne?
  • Gdzie jest granica między inspiracją a plagiatem?
  • Które elementy brane są pod uwagę w ochronie praw autorskich?
  • Dlaczego szablony nie są odpowiednie do tworzenia regulaminów?
  • Jak rozpowszechniać materiały w sieci nie narażając się twórcom?

Oceń ten odcinek

Kliknij, aby ocenić

Dodaj komentarz

Gość odcinka

Tomasz Palak

Radca Prawny w Prawo Plus Podatki. Działa w organizacjach ELSA i OVUM, wspiera Fundację Studenckie Forum. Pokazuje, że o prawie można mówić jasno, a prawnik nie musi być nudnym gościem.

TomaszPalak.pl

Przydatne linki

Polecana książka

Katarzyna Grzybczyk

Ikony popkultury a prawo własności intelektualnej

 Kup tę książkę

 Więcej książek

Podcast do czytania – transkrypcja odcinka

Cześć Tomku!

Cześć.

Powiedz, co ostatnio czytałeś?

Ostatnio czytam coś, co jest w temacie naszego spotkania — książkę, którą dostałem od wydawnictwa Wolters Kluwer, nazywa się Ikony popkultury a prawo własności intelektualnej. Jak znani i sławni chronią swoje prawa autorskie.

Myślę, że prawnicy to jest taka profesja ludzi, których praca opiera się na wiedzy. Nie ma wyjścia, musisz śledzić wszystko.

Tak, pracując w tej branży, trzeba się nieustannie dokształcać. Jeżeli się tego nie robi, to się zostaje w tyle.

Czy ta książka jest napisana tak, że tylko prawnicy to strawią?

Nie, wręcz przeciwnie. To jest książka, którą czytałem w wannie, można się z niej dowiedzieć dużo ciekawych rzeczy. Prawniczenie jest na dole w przypisach, ja to czytam, bo mnie to ciekawi. Gdybyś chciał się tym zająć, to polecam. Jest napisana przejrzyście i przystępnie, czyta się prawie jak powieść.

À propos czytania w wannie — słucham angielskiego podcastera, który czasami mówi o tym, że czyta w wannie i za każdym razem dorzuca takie zdanie: z góry przepraszam za obraz mentalny, który powstał w waszej głowie [śmiech]. Wracając do tematu, chciałem z tobą porozmawiać o prawach autorskich. Ostatnio był odcinek o tym, jak bronić swoich praw, kiedy ktoś je nadszarpnie albo próbuje coś od nas skopiować.

To jest zdecydowanie cenna wiedza.

Świadomość prawna w społeczeństwie się zmienia i ludzie coraz częściej chcą wiedzieć, jak nie być w konflikcie z prawem, jak nie naruszyć czyichś praw, kiedy tworzymy i udostępniamy coś w internecie. Nie wiem, czy widziałeś taki cykl filmów Everything is a remix.?

Nie.

Ten cykl powstał parę lat temu. Stworzył go amerykański filmowiec, którego nazwiska nie pamiętam. Wyszedł z takiego założenia, że każda twórczość jest czymś inspirowana. Przyjął taki pogląd i jest grupa ludzi, którzy się z tym zgadzają: nie ma sensu bronić tych praw autorskich bardzo mocno, dlatego że cała nasza cywilizacja jest zbudowana na tym, że ktoś coś zrobił, ktoś inny podpatrzył, udoskonalił i przetworzył. To jest jeden biegun. Drugi biegun mówi: wartości niematerialne, intelektualne są w tej chwili największym kapitałem wielu przedsiębiorstw. Nie chronić tego byłoby absurdem, bo to jest podstawa przewagi konkurencyjnej. Pierwsze pytanie do ciebie: polskie prawo autorskie jest bliżej liberalizmu, czy jest bardziej restrykcyjne?

Polskie prawo autorskie, jako sama ustawa, jest pośrodku. Ale mamy też prawo własności przemysłowej, które mówi o zastrzeganiu przy pomocy znaków towarowych. Chyba nie muszę tłumaczyć pojęcia, które nasi słuchacze instynktownie zrozumieją. Znaki towarowe, czy inne zastrzeżenia są bliższe tej drugiej wizji. Na to wszystko nakłada się jeszcze cała ideologia wolnych licencji, czy copyleftów. One najbliższe są kulturze remiksu. Wspomniałeś o tym człowieku, którego nazwiska nie pamiętasz, to też będzie objaw kultury remiksu — mówimy o kimś, a nie pamiętamy nazwiska.

Czekaj, zaraz sprawdzę. Kirby Ferguson. Stworzył cztery filmy w latach 2010-2012. Do tego robił później suplementy i tam mówił o tym, że remiks to jest kopia czegoś, przerobienie czegoś i połączenie różnych elementów.

To prawda. Temu najbliższe są poglądy osób, które dzielą się w internecie swoją twórczością na takiej zasadzie, że wyrażają zgodę na to, żeby ją w jakiś sposób zmieniać. Jeśli będzie to muzyka, to zrobić remiks. Gdy zostanie zremiksowana, to proszą, żeby podpisać ich jako pierwotnych twórców albo żeby na tym nie zarabiać. To są licencje: Creative Commons, No Commerce, czyli CC i NC albo CC-BY-SA, BY oznacza uznanie autorstwa. Te licencje i wszelkie poglądy copyleftowe też mają swój obraz. Wracając do twojego pytania, polska ustawa o prawie autorskim jest trochę pośrodku. W jednym z wpisów na moim blogu piszę, które zapisy polskiej ustawy blokują copyleftowców i wszystkich zwolenników wolnych licencji. Ale z drugiej strony, nie jest to dramatyczny rygor, że tylko ja mogę. Ten rygor jest sformułowany wobec tych, którzy chcieliby zastrzec nazwę, opatentować jakieś rozwiązanie. Jeżeli jest opatentowane, to już tylko ta osoba ma możliwość korzystania z tego przez jakiś czas.

Pojawiło się kilka razy słowo copyleft w różnych odmianach. Każdy kojarzy copyright — jest to sposób na to, żeby zaznaczyć, że prawa autorskie należą do mnie i zastrzegam je sobie. Czym jest copyleft?

Jak sama gra słów wskazuje, takie odbicie lustrzane, czyli sytuacja, w której nie zastrzegam sobie tych praw, ale wręcz zgadzam się na rozpowszechnianie twórczości, na zasadzie: jak najbardziej, jak najdalej, róbcie. W pewnym uproszczeniu, na takich zasadach opiera się Wikipedia. Miałem okazję brać udział w debacie na temat tego, co większość osób pewnie od razu będzie kojarzyła, czyli Acta 2. Był tam Wojtek Pędzik z Wikipedii. Reprezentował pogląd, któremu Acta 2 szkodziłaby. Wikipedia właśnie na tym się opiera. Dla niego niespecjalnie jest kwestią życia i śmierci, żeby wszyscy mówili, że to jest jego. Każdy dodaje coś od siebie i dzięki temu powstał jeden z najciekawszych projektów w internecie na świecie.

Copyleft to sytuacja, w której nie zastrzegam sobie praw, a wręcz zgadzam się na rozpowszechnianie

Dobrze. To będzie pytanie, które właściwie mogłoby nam załatwić całą rozmowę.

To może zostawmy je na koniec [śmiech].

Nie, bo później od tego będziemy wchodzić dalej. Kiedy zlecamy komuś wykonanie strony internetowej, to bardzo często się zdarza, że ten wykonawca mówi: zrobię ci tę stronę, tylko podrzuć mi kilka przykładów stron, które ci się podobają. Tak miałem, kiedy robiłem layout do czasopisma. Zlecałem przygotowanie takiego layoutu i też dostałem pytanie: które czasopisma ci się podobają? Ktoś, kto chce zrobić dla mnie projekt graficzny czasopisma, czy stronę internetową, pyta o to, żeby się zainspirować, żeby się w jakiś sposób wzorować na tym, co mi się podoba.

Już wiem, do czego dąży to pytanie.

Zawsze mam taką wątpliwość i myślę, że nie tylko ja. Jeżeli ktoś, stworzy coś podobnego do innego utworu, który sobie hula w internecie, to gdzie jest granica między inspiracją a plagiatem? To jest pytanie, które cię otworzy. Ja pójdę zrobić sobie kawę, a ty opowiadaj [śmiech].

Dobrze, że użyłeś słowa utwór, bo to jest dokładne pojęcie z prawa autorskiego. Możemy się nim posługiwać. Wygodny pomysł z tym pytaniem [śmiech]. Ono mogłoby rzeczywiście spowodować, że następne trzy godziny spędzę tutaj solo. Dosłownie solo, bo i słuchacze zanudziliby się [śmiech]. Zmuszasz mnie tutaj do klasycznego, prawniczego „to zależy”. To zależy od tego, w jakim procencie jest zapożyczone albo w jakim procencie jest w oryginale to, skąd było zapożyczone. Prawo autorskie nie chroni samego pomysłu. Pomysł pod tytułem: narysuję dwóch ludzików, którzy ze sobą rozmawiają — to jest komiks. Już chroniłoby to, że ktoś ma charakterystyczną kreskę. Dobrym przykładem była sytuacja, kiedy Banksy wrzucił swój obraz do niszczarki i jednocześnie dwóch rysowników — najprawdopodobniej niezależnie od siebie — stworzyło rysunki, na których prezydent Duda wrzuca do niszczarki plakat z napisem Konstytucja. Obydwaj spotkali się z zarzutem, że ktoś od kogoś kopiował. Nie umniejszając ich pracy, to nie jest aż tak odkrywcze, żeby każdy z nich nie mógł wpaść na to niezależnie. Sytuacja byłaby inna, gdyby ktoś wziął sobie ten rysunek, wrzucił na stronę, nie pytając twórcy. To jak najbardziej podlega pod prawo autorskie. Idea jako taka nie jest chroniona, bardziej samo wykonanie. Wykonanie też może mieć cechy nie aż tak bardzo oryginalne, więc ta granica prawa jest płynna.

Gdyby zdarzyło nam się sądzić z tego powodu, to tę granicę wyznaczać będzie musiał sąd, w wielu przypadkach te case’y, gdzie zapożyczenia są dozwolone albo nie, opierają się na wyrokach. Na swoich szkoleniach mówię o trzech wyrokach, w których każdy mówi o tym, że twórca reklamy zapożyczył sobie jakieś zdanie. W pierwszym przypadku było to sformułowanie: kobieta pracująca. Twórcy „Czterdziestolatka” — serialu, z którego pochodzi — uważali, że nie można go zapożyczyć, ale sprawę przegrali. W kolejnym przypadku również ktoś sobie zapożyczył fragment, ale lektor je przekształcił. Chodzi o sformułowanie: Baśka nie miała fajnego biustu. Management Roberta Gawlińskiego też nie wygrał. Sąd uznał, że nie jest to na tyle odkrywcze sformułowanie, żeby je bronić. Wisienka na torcie: krakowski wyrok, gdzie w reklamie pojawiło się sformułowanie: ciemność, widzę ciemność. Na dodatek było czytane przez pana Jerzego Stuhra. Bardziej czytelnej aluzji być nie może, ale wciąż wyrok brzmiał, że tego typu zapożyczenie jest dopuszczalne. Jeżeli któryś ze słuchaczy chciałby użyć w swojej kreacji reklamowej jednego z tych sformułowań, to ma już wypstrykaną drogę przez kogoś innego, kto musiał się przed sądem przemęczyć i jednak wygrać. Te granice, analogicznie w wielu przypadkach prawa autorskiego, nie są wyznaczane przez ustawę, sądy mówią o tym, jak to się rozumie dosłownie, a wyroki to precyzują. Na nich można się opierać. Można to określić jako suwak, czy pewne jego punkty, to są wyroki, które się pojawiły.

Granice w wielu przypadkach prawa autorskiego nie są wyznaczane przez ustawę, sądy mówią o tym, jak to się rozumie dosłownie, a wyroki to precyzują

Ostatnio dostałem maila o takiej treści: zleciłam zrobienie strony internetowej, zapłaciłam trzy tysiące złotych i firma przysłała mi coś, co wygląda dokładnie jak twoja strona. Poprosiłem o link, zobaczyłem i powiem ci, że byłem w szoku, dlatego że nie widziałem tam żadnego podobieństwa do mojej strony. Wszystko było inaczej. Bardzo mnie to zaskoczyło i myślę, że to wynika z faktu, że w dzisiejszych czasach zdecydowaną większość stron buduje się na szablonach. W przypadku szablonu pewne elementy są stałe i to dobrze, że one są stałe, bo to ułatwia życie użytkownikowi. Nie musi za każdym razem domyślać się, gdzie jest menu, czy gdzie jest kontakt.

Mogę dodać ze swojej strony taką lustrzaną historię. Odezwał się do mnie człowiek, który spotkał się z oskarżeniem, że jego strona jest kopią innej. Wykazał mi, że jest dokładnie na odwrót, że to on został skopiowany. Zapytał, co ma zrobić, żeby tamta strona zniknęła. Pomogłem mu. Tamta firma stwierdziła, że to nie jest ich problem, bo zlecili jej wykonanie. Co ciekawe obydwie firmy odezwały się do firmy wykonującej stronę, obydwie firmy były bardzo niezadowolone, że strony są identyczne. Wtedy dopiero ta firma informatyczna tworząca stronę ustąpiła i musiała uznać, że faktycznie, krótko mówiąc, kradła. Byłem cały czas w tle, konstruowałem porozumienie, bo sprawa nie kończyła się sądem. Przede wszystkim, trzeba było najpierw uspokoić relację między dwoma firmami, które finalnie okazało się, że są po tej samej stronie barykady. Później trzeba było wraz z nimi, jako wspólny front, wystąpić wobec tego, kto faktycznie był sprawcą kradzieży, a obie strony nie były tego świadome.

Jeżeli nie mam takiej możliwości — nie jestem prawnikiem, nie mam wyroków w głowie i być może nie znam dobrego prawnika, który byłby w stanie mi poradzić albo mnie na niego nie stać i chciałbym w jakiś sposób ustrzec się przed tym, że rzeczywiście to, co za chwilę wpuszczę w świat jako własną stronę, będzie kopią cudzej strony albo świadomie wzoruję się na innej stronie, ale chcę to zrobić uczciwie, chcę, żeby moja strona była równie fajna jak tamta, ale żeby to nie była kopia. Czy możesz doradzić praktyczne posunięcia, żeby uniknąć posądzania? Tak, żebym ze spokojnym sumieniem tę stronę pokazał światu, że ona jest naprawdę moja, a nie jest kopią cudzej strony.

W przypadku strony najprościej będzie, jeżeli faktycznie osiągniesz takie samo rozmieszczenie grafik, opisując to innym kodem. Wtedy widać, że pomysł był ten sam, ale jeżeli kod nie był skopiowany z pierwotnej strony, to łatwiej będzie, ewentualnie broniąc się, wykazać, że faktycznie zrobiłeś to samodzielnie. Umówmy się, że na to, żeby podzielić stronę na pięć części i żeby co druga sobie migała, jest kilka metod. To wiem nawet ja z niezaawansowaną wiedzą informatyczną. Metod jest kilka, ale inaczej będzie to wyglądać, jeśli weźmiesz sobie od kogoś gotowy kod. Wtedy bez problemu, udowodni ci, że to nie należało do ciebie. W praktyce często twórcy stron — ci, którzy nie chcą być kopiowani — robią tak, że celowo zaszywają jakiś fragment, po którym łatwiej jest rozpoznać i zidentyfikować, że ktoś sobie go wziął. W swojej polityce prywatności — na swoim blogu — mam taki fragment, po którym poznam, że ktoś sobie z niej czerpał. Nie mam też nic przeciwko. Moja polityka na blogu nie jest dla każdego i jeżeli ktoś z niej korzysta, to ryzykuje. W razie czego rozpoznałbym taki Easter egg, który jest na tyle charakterystyczny, że gdyby ktoś chciał mi wmówić, że to nie jest zaczerpnięte ode mnie, to wykazałbym, że jednak jest. Ale póki co nie bawię się w takie rzeczy.

Zostanę jeszcze przy tej stronie internetowej, bo wydaje mi się, że to jest fajny przykład. Z jednej strony masz kod, którego w ogóle nie widać, ale masz grafiki, fonty, organizację i strukturę tej strony — jest sporo rzeczy, które z jednej strony można modyfikować, a z drugiej strony, jeżeli nie zostaną zmienione, to mogą być podstawą do tego, żeby posądzić inną osobę o to, że ją skopiowała, zamiast wymyślić sama. Czy przy tego rodzaju sprawach — wspomniałeś o kodzie strony — bierze się pod uwagę takie elementy jak fonty?

Też może być tak, że każdy odrębny fragment może być przedmiotem zbytniego zapożyczenia. Przełóżmy to chwilę ze strony internetowej na film. W filmie patrzymy, że ten film nie jest identyczny jak nasz, ale ta piosenka jest niebezpiecznie podobna albo ma dziwnie taki sam tekst. Tak samo w stronie internetowej, nie musi być tak, że ona jest „od A do Z” identyczna, tylko to podobieństwo może być na jakieś niewielkiej płaszczyźnie. Spotkałem się, że podobieństwo było na podstronie. Była jawnie „zarąbana”, jeśli mogę to tak określić. To się może zdarzyć i nie zdziwiłbym się, gdyby to miało miejsce. Mój blog składa się właściwie z dwóch stron. Z tej blogowej i z zakładki „radca prawny”. One stoją w jednym miejscu, ale formalnie rzecz biorąc są inne. Nie zdziwiłbym się, gdyby okazało się, że tylko jedna z nich stała się źródłem zbytniej inspiracji dla kogoś.

Każdy fragment utworu może być przedmiotem zbytniego zapożyczenia

Na początku wspomniałeś o ochronie znaków towarowych. Przy znakach towarowych jest tak, że jeżeli zastrzegę sobie logo — znak towarowy — w branży farmaceutyków, to w tej branży jestem chroniony. Jeśli ktoś robi samochody, to może sobie takie logo dać, nie ma z tym żadnego problemu.

Nie do końca, ale w większości przypadków tak. Zastrzegasz na wybranych płaszczyznach, które nazywa się klasami. Najczęściej są to klasy określone, zwłaszcza w zastrzeganiu unijnym. EUIPO — tak nazywa się ten urząd, gdyby ktoś potrzebował. Wybiera się państwa i klasy. W określonych państwach i określonych klasach można tego dokonywać.

Przenieśmy to na grunt praw autorskich. Jeżeli mam firmę, która zajmuje się szkoleniami i widzę super stronę firmy, która zajmuje się doradztwem finansowym. Jeżeli skopiuję ich stronę — oczywiście wstawię swoje zdjęcia i swoją treść, ale generalnie kolorystyka będzie ta sama, fonty będą te same i ta strona będzie wyglądała jak siostra bliźniaczka tamtej, tylko inaczej uczesana — czy to jest dopuszczalne, czy nie?

Nie, bo tutaj wracamy do tych praw autorskich, a nie do znaków. Strona jako taka konstrukcja prawdopodobnie nie jest nigdzie zarejestrowana. Nie ma tutaj znaczenia, jak to wygląda z branżami. Ktoś się napracował i stworzył jakiś utwór. Utwór w pewien sposób jest naznaczony piętnem twórcy. Po to on tym piętnem naznaczał, żeby to było jego, żeby co najmniej móc mówić, że to jest moje albo w większości przypadków zarabiać na tym kasę i to jest naturalne. Zastrzeżony może być kolor. Zastrzeżone kolory to: kolor fioletowy, taki jak ma Milka, czy Play.

Barbie też.

Tego nie wiedziałem, ale wierzę ci. Kolor taki, jak ma Whiskas, kolor, który ma Orange. To jest OK, ale gdybyśmy mogli tak zastrzegać we wszystkich branżach, to skończyłyby się kolory. Zasada jest taka, że nie ma możliwości, aby inny producent kociego żarcia miał ten sam fioletowy, charakterystyczny kolor Whiskasa. Nie może być inny telekom, którego kolor jest pomarańczowy jak u Orange. Ale to nie znaczy, że moja firma — co zresztą jest bliskie prawdzie — nie mogłaby podobnego pomarańczowego używać. My mamy akurat w logo niebieski i pomarańczowy. Ten pomarańcz jest inny, nie chodzi to, żebym nakierowywał teraz wzrok Orange’a na siebie. Ale to by było wariactwo, gdybyśmy zastosowali identyczne znaki, a w zupełnie innej branży. To zastrzeganie ma dotyczyć określonych obszarów terytorialnych i klasowo-branżowych. Niedużemu, polskiemu podmiotowi nie powinno przeszkadzać, że w Indonezji dzieje się to samo. Chyba że jest duży.

Zastrzeganie praw autorskich dotyczy określonych obszarów terytorialnych i klasowo-branżowych

Wspomniałeś o swojej polityce prywatności — tutaj widzę dwa wątki. Pierwszy — powiedzmy, że potrzebuję tekstów, chciałbym, żeby ten tekst, ktoś dla mnie napisał i zlecam to copywriterowi. Chciałbym mieć pewność, że ten copywriter, rzeczywiście wysili swoje szare komórki i napisze dla mnie coś oryginalnego, a nie skądś skopiuje. Jeżeli on dokonałby kopii — ctrl+C i ctrl+V — to jestem w stanie dość łatwo to odkryć. Wezmę fragment tekstu, wrzucę w Google w cudzysłowiu i on wyrzuci mi ten fragment, jeżeli gdzieś go znajdzie w innym miejscu. Ale jeżeli ten „twórca”, któremu zlecę tekst, zrobi taką przeróbkę, że poprzestawia szyk wyrazów w zdaniu, to jak mogę być pewnym, że to dzieło jest naprawdę oryginalne, a nie jest taką adaptacją?

Pewności zapewne nie będziesz miał nigdy. Nie musi być tak, że on zaczerpnął sobie to z internetu. Możesz mieć takiego pecha, że trafisz na oldschoolowca, który sobie coś weźmie z gazety. Niektóre tematy się nie starzeją. Jeżeli będzie pisał o marketingu, czy o prawie, to zmienia się to stosunkowo często. Ale jeżeli będzie pisał o relacjach międzyludzkich, to jest ryzyko, że wziął sobie książkę z lat dziewięćdziesiątych i wszystko nadal się zgadza, więc pewności nie masz nigdy. To, na co ja bym zwrócił uwagę, to jest relacja twoja z twórcą i umowa, którą nawiążesz. W umowie takiej powinien oświadczyć, że to, co ci dał, jest jego. W umowie może to brzmieć prawniczo, ale taki jest clue. Ponadto oświadcza, że jeżeli kłamał, to dostanie po tyłku. Po pierwsze, jeżeli cię oszukał, to dostaje karę umowną. Swoim klientom coś takiego w umowy wprowadzam. Pożyteczny jest też zapis, że jeżeli ktoś miałby do ciebie pretensje — ten właściwy twórca — to będziesz mógł przekierować do tego, który cię oszukał i to on będzie się musiał bronić i sądzić. Ty nie masz kłopotów sądowo-logistycznych. Są też inne rozwiązania, ale kluczową metodą jest, żeby twoja relacja z tym człowiekiem dawała ci pewność. Relacja z człowiekiem, na którego liczysz, że cię nie oszuka i dobrym pomysłem jest zmotywować go przy pomocy jakichś kar umownych.

Umawiasz się z kimś przez telefon: proszę o pana tekst. Za trzy dni dostajesz tekst z mojego bloga i później ja do ciebie „wyskoczę z mordą”. Mówisz do tego, który mnie okradł: co to ma znaczyć? A on mówi: nie przypominam sobie, żebyśmy się umawiali, że to ma być moje. Weź teraz, mu to udowodnij! Dlatego polecam umowy, jako coś, co zostaje. Nie muszą to być umowy na kartce papieru, ale lepiej umówić się na Messengerze niż przez telefon, bo coś tam zostaje. Po drugie polecam, żeby jednak zobowiązywać takie osoby. Jeżeli liczymy na to, że to jest jego, to żeby on to zagwarantował i zgodził się brać odpowiedzialność za jakość. Jeśli nie chce brać tej odpowiedzialności, to nabrałbym podejrzeń, że jednak ma tendencję do robienia brzydkich rzeczy. Jeżeli nie miałbym zamiaru kogoś okradać, po to, żeby dać ci ten tekst, to bym się nie wahał zgodzić, że ewentualnie będę cię reprezentował przed sądem, gdyby ktoś miał pretensje.

Dobrym pomysłem jest zmotywować zleceniobiorcę przy pomocy jakichś kar umownych, by cię nie oszukał

W przypadku tekstu wydaje się to dość jednoznaczne. Faktycznie, jak ktoś nie ma nieuczciwych zamiarów, to nie powinien mieć problemu z podpisaniem takiej klauzuli. Rozszerzając to do strony internetowej, gdzie mamy wiele różnych elementów, czy w takim wypadku wystarczy zawrzeć taki zapis, że ta strona ma być oryginalna i w przypadku jakichś roszczeń, dotyczących naruszenia praw autorskich, bierze je na siebie wykonawca? Czy trzeba wyszczególnić, że chodzi o zdjęcia, teksty, jeszcze inne rzeczy?

Pytasz o to, czy można jednym zapisem powiedzieć, że za wszystko się odpowiada, czy trzeba wszystko wylistować?

Tak.

Można jednym zapisem, że za wszystko.

OK, to jest dobra wiadomość.

Taka wyliczanka byłaby ryzykiem, że czegoś się zapomni wymienić i później będzie punktem zaczepienia dla kogoś nieuczciwego. Można zapisać, że zaświadcza, że całość treści dostarczonej jest OK. Jeżeli to będzie dobrze sformułowane, to będzie się w tym mieścić, że bierze odpowiedzialność za grafika, za tego, kto wykonywał zdjęcia, że osoby, które na tych zdjęciach są, wyraziły na to zgodę. Stopień zagnieżdżenia problemu może być szalenie głęboki. Może być tak, że zamówiłeś sobie stronkę, na niej są zdjęcia, o których myślisz, że są stockowe, a na nich jestem ja. Nagle mówię: nie lubię Jankowskiego i nie chcę być na jego stronie. Nawet jeśli cię lubię, to mogę powiedzieć: niech mi za to płaci. Wtedy możesz powiedzieć, że nie ty będziesz płacił, tylko ktoś, kto cię oszukał. Ktoś, kto tworzył stronę i on wziął odpowiedzialności za jakość, również za grafikę i czystość prawną.

Jeżeli kupuję zdjęcia na stocku — stock to takie miejsce w internecie, gdzie można sobie kupić zdjęcia albo jeżeli to są darmowe zdjęcia, to możesz sobie je pobrać i używać — nie jestem w stanie sprawdzić, czy osoba na takim zdjęciu wyraziła zgodę, by na takim zdjęciu być.

Jeżeli ona jest na licencji CC0 — polecam wszystkim Creative Commons 0 — to tutaj jest tak, że osoba, która włożyła to zdjęcie i przedstawia się jako fotograf, również odpowiada za to, że osoba, która jest na zdjęciu, nie powinna „dramatyzować”. Jeżeli nas słuchają twórcy, to mam nadzieję, że wiedzą, że mówię to „pół żartem, pół serio”. To jest taka sytuacja, w której nigdy nie wiesz, czy twoje zdjęcie nie zostanie wykorzystane w kontekście, którego sobie nie życzysz. W ekstremalnych przypadkach — a słyszałem o takich — człowiek szedł sobie po ulicy i nagle się okazało, że jest twarzą prezerwatyw. Nie jest to coś, co było jego marzeniem. Jesteś na imprezie, ktoś zrobi ci zdjęcie z wódką i nagle jesteś twarzą pornosów. Nie jest to coś, czego chciałbyś. Załóżmy, że jesteś to ty, czy ja — obaj pozycjonujemy się poważnie — jest takie ryzyko, to są oczywiście skrajne przypadki, ale może się zdarzyć, że możemy sobie tego nie życzyć.

Najbardziej kluczowym jest, żeby doprowadzić do sytuacji, w której będzie świadomość, jak sytuacja się przedstawia. CC0 jest tutaj najlepszym rozwiązaniem, nazywanym potocznie „dupochronem”. Mam na ten temat wpis na blogu. To niekoniecznie musi być skorzystanie ze stocka. Google też nie jest aż taką tragedią, tylko trzeba Google w odpowiedni sposób powiedzieć, że to jest zdobywane w takim celu. Mam na myśli sytuację, w której wpisujesz sobie w Google „okulary”, to pojawią ci się okulary i Google zakłada, że chcesz się dowiedzieć, jak one wyglądają. Jeśli chcesz ich użyć, to musisz poświęcić jeszcze dwa-trzy kliknięcia na to, żeby powiedzieć: znajdź mi takie okulary, które mogę wrzucić na ulotkę. Da się to zrobić przy pomocy Google. Na moim blogu jest krótka instrukcja, czyli kilka kliknięć, które pozwolą doprowadzić do sytuacji, w której jesteśmy pewniejsi, że zdjęcie nie generuje ryzyka.

Problem, jaki mam ze zdjęciami CC0, to jak szukałem zdjęć do wykorzystania komercyjnego, gdzie autor nie rości sobie żadnych praw, to równie dobrze mogłeś wpisać: najbrzydsze zdjęcia w sieci. Wyskakuje straszny chłam.

Jest fanpage, który na swoich szkoleniach polecam — Twarz Polskiej Reklamy. Widnieje tam Dunka, a nie Polka — Emma Wang Hansen. Jeśli ją zobaczysz, to uświadomisz sobie, że faktycznie szalenie często ją widujesz. Jest na okładkach książek, na ulotkach, na stronie ZUS-u, dlatego, że to jest pierwszy wynik, kiedy ktoś wpisuje: chcę zobaczyć uśmiechniętą blondynkę. Z tego powodu, to jest drugie ryzyko zdjęć stockowych — często się powtarzają. Zdarzyło mi się tak, że ucieszyłem się w pierwszym spojrzeniu — znam tę fotkę, chyba ktoś zalinkował mój wpis — a to nie był mój wpis, tylko ktoś użył tej samej fotki. Odpowiedzią na obie rzeczy — to, co ja powiedziałem i to, co powiedziałeś ty — będzie fakt, że dużo osób nie zdaje sobie sprawy, jak wiele jest tych źródeł zdjęć stockowych. Korzystasz zapewne z czterech podstawowych, a to nie są monopoliści. Na stronie DailyWeb jest lista osiemdziesięciu tego typu stron. Niektóre są nawet specyficzne, to znaczy jest taki stock, na którym są tylko zdjęcia osób czarnoskórych. Jeżeli ktoś organizuje szkolenie, to bardzo często widzę ten sam obrazek, który jest pierwszym wynikiem po wpisaniu po angielsku słowa umowa, czyli contract. Róg kartki i ładny długopis. Przynajmniej tyle, że nie ukradli [śmiech]. Nie sprawdzili drugiego, trzeciego wyniku, już im się nie chciało, a mógł to być obrazek — umowa podpisywana przez pana w garniturze — którego nigdzie jeszcze nie widziałeś.

Ludzie nie zdają sobie sprawy, jak wiele jest źródeł zdjęć stockowych

Tak, można się wysilić i poszperać. Mówiłeś o „jajku wielkanocnym”, które zaszyłeś w swojej polityce prywatności. To jest coś, o co chciałam zapytać. Część z nas nie ma problemu z napisaniem zwykłego tekstu, czy oferty na stronę — każdy jakoś to zmęczy — a napisanie polityki prywatności, regulaminu strony albo innego podobnego dokumentu to już jest duże wyzwanie. Wtedy mamy większą niż zwykle pokusę do tego, żeby oprzeć się na jakimś szablonie. Niedawno zakładałem spółkę z o.o. przez internet — polega to na tym, że wybierasz punkty, które chcesz i robi się z tego umowa spółki. To jest szablon.

Tak, ja też to robię.

No właśnie. Jeśli chcę skorzystać ze wzoru jakiegoś dokumentu — nie mówię tu o bazie wzorów, z której pobieram sobie wzór umowy zlecenia — tylko widzę u kogoś na stronie politykę prywatności i jest jasne, że ją przerobię, bo wstawię swoje dane, być może coś jeszcze delikatnie zmienię, ale niewiele, żeby nie straciło swoich prawniczych walorów, to czy mogę coś takiego zrobić? Czy taki dokument prawny też jest chroniony prawem autorskim?

Tak, też jest, bo to jest utwór. Byłbym w stanie wykazać, że to jest utwór — zwłaszcza przy mojej polityce prywatności. Właściwie jestem przekonany, że nikt przede mną takiej nie miał, ze względu na to, że jest bardzo specyficzna i wykonana pod moją działalność. Dodatkowo jestem osobą, której się patrzy na ręce, ze względu na to, że uczyłem o RODO. To był też temat naszego ostatniego spotkania. Myślę, że ze względu na to mam wiele wejść na politykę prywatności na swojej stronie. Jestem realistą, że nie wynika to z tego, że wszyscy są szalenie zainteresowani, tylko pewnie sobie trochę tam kopią. Gdybym chciał, to mógłbym ich ścigać i prawo byłoby po mojej stronie. Po drugie — nie mówię tego dlatego, żeby moi koledzy po fachu byli mi wdzięczni — tylko naprawdę jest tak, że trzeba to jednak zindywidualizować. Trafnie wskazujesz, że trochę zmieniam, ale więcej się boję, bo nie rozumiem tego. To są najbardziej ryzykowne punkty. Na mojej polityce prywatności pojawiają się takie podmioty jak czytelnik, klient, potencjalny klient. To, co ich odróżnia, jest zdefiniowane. Czytelnikiem jest ten, kto wchodzi. Potencjalnym klientem jest ten, który zapyta: ile to kosztuje. Klientem jest ten, dla kogo coś świadczę. Być może u innych to się pokrywa, ale nie wszystko. Największy ból, jaki widzę, to jeżeli ktoś sobie skorzysta z jakiegoś regulaminu — z gotowca — robi usługi, wizyty u siebie, a regulamin zawiera sformułowania takie jak przy sprzedaży towarów, jak na przykład: możemy ci odesłać, możemy się umówić, że jak masz reklamację, to wyślesz. Bał się usunąć, bo myślał, że to musi być, a to nie jest dla niego.

Niedawno prowadziłem zajęcia w Wyższej Szkole Bankowej w Trójmieście i zostawiłem w grupie swobodę na ostatnią godzinę, którą kwestię chcemy poruszyć i grupa wybrała, żeby sobie spojrzeć na temat regulaminu w e-commerce. Czy ktoś z państwa zna jakiś zły regulamin, to będę się go czepiał. Jedna odważna pani powiedziała: dobra, wchodzimy na moją stronę, wiem, że regulamin jest zły i nie ukrywam, że go kopiowałam. Jestem tej pani bardzo wdzięczny za odwagę, bo później mocno się nasłuchała, dosłownie do każdego paragrafu miałem uwagę, mówiłem, dlaczego jest źle i grupa się ze mną zgadzała. Niejednokrotnie grupa znajdowała jeszcze kolejne błędy. Znajdowałem połączenie z poprzednim paragrafem, które sobie nawzajem przeczyły, a grupa znajdowała jeszcze kolejny, który też przeczył poprzednim. Gdyby nie to, że ta pani miała do siebie dystans, to by się zapłakała. Gwarantuje to. Zrobiła taki dziwny miks. Powiedziała, że ma wrażenie, że ze wszystkich chciała wziąć po trochu to co najlepsze, a powybierała to co najgorsze [śmiech].

To jest dobra metoda na tworzenie regulaminu — wybiorę co najlepsze. Taki prawniczy „szwedzki stół” [śmiech].

Każdy myśli, że tak zrobi, a później wjeżdżam ja. Pani za odwagę została nagrodzona tym, że teraz wie, co w jej regulaminie jest źle. Wracając do tych zajęć, to nie było tak, że chciałem się popisywać przed grupą. Wcześniej opowiedziałem o tych rzeczach stricte teoretycznych, czyli co w regulaminie powinno się znajdować. Ale moja obserwacja jest taka, że na takich szkoleniach, czy zajęciach, teamwork wygląda tak, że jedna grupa to jest team, a druga to work. Nie podoba mi się taki podział. Zapytałem, czy chcą napisać, czy zrobimy sobie na rzutniku „czepialstwo”. Wybrali „czepialstwo”. Ofiara znalazła się dobrowolnie [śmiech]. Nie byłem z tą panią umówiony, tylko naprawdę wykazałem, że nie da się pojechać na gotowcu. Gotowce albo mają za mało, bo są na tyle ogólne, że nie poruszają pewnych kwestii albo gotowce mają inną specyfikę, z innej branży, a my nie zdajemy sobie z tego sprawy, bo tego nie rozumiemy.

Gotowe dokumenty prawne są na tyle ogólne, że nie poruszają szczegółowych kwestii

Wspomniałeś o e-commerce i to jest dobry punkt zaczepienia. W e-commerce mamy do czynienia ze zdjęciami produktów. Na zdrowy rozum, jeżeli jest producent, który coś wytwarza i są zdjęcia tego produktu, które ten producent wrzuca do sieci, to ja jako sklep, jeżeli użyję tych zdjęć, nie robię absolutnie niczego złego. Pomagam temu gościowi, który to wyprodukował i te zdjęcia do sieci wrzucił, sprzedać ten towar. Wolno mi, czy nie wolno?

To zależy od twojej relacji z tym producentem. Zakładam, że jesteś dystrybutorem, hurtownikiem.

Hurtownikiem lub sklepem internetowym.

Skądś dostałeś te zdjęcia i to zależy od tego, czy on ci pozwolił. Na jego miejscu, pozwoliłbym ci. Właśnie z tego powodu, o którym powiedziałeś przed chwilą. Ale jest takie ryzyko, że on te zdjęcia nabył od swojego fotografa i zapłacił mniej fotografowi.
Fotograf to jest trochę inny temat. Nawiązuję umowę z fotografem, który mówi: to zdjęcie, które zrobię, będzie mogło być na butelkach wody. Ale jeżeli zacznę używać go jako zdjęcie w tle na Facebooku albo jeżeli zacznę wrzucać je na billboardy, to prawdopodobnie fotograf nie będzie zadowolony, bo pomyśli sobie: gdybym wiedział, to zażądałbym więcej kasy. To są pola eksploatacji, w które wpisuje się więcej, niż potrzeba, „na zapas”, żeby się nie zaskoczyć i nie musieć renegocjować umowy po fakcie. Kiedy się renegocjuje po fakcie, to fotograf ma mocną pozycję. Wracając do tego, o czym mówiliśmy przed momentem, to wyobraźmy sobie, że jako producent sprzętu elektronicznego nawiązałem taką umowę z fotografem, on się zgodził na to, że zdjęcie będzie na mojej stronie, ale nie przypomina sobie, żeby mogło być na innych. Nagle widzi zdjęcie na innych stronach i ma pretensje do mnie. Mogę się bronić, że tamtym nie pozwoliłem i przerzucamy tego fotografa i jego roszczenia dalej.

Dobrze, a jeżeli sprzedaje towar tak szlachetny jak książki. Zdjęcie okładki książki — tego się nie da zrobić inaczej — masz płaszczyznę i robisz zdjęcia, to jest jak skan. Czy to też jest chronione prawem autorskim?

Nie dajmy się zwariować. Są pewne luki. Jeżeli na swoim blogu recenzowałbym film, to mogę zastosować plakat. Propagowany plakat. Pisałem na swoim blogu o filmie „Bohemian Rapsody”, ale nie użyłem plakatu. Kilka razy też na swoim blogu polecałem jakieś książki — co prawdopodobnie będzie się powtarzać, bo zamierzam więcej napisać o książce, którą czytam — być może zrobię im fotkę. To nie jest aż taki dramat. Ale bądźmy ostrożni. Wkraczamy tutaj w kwestię prawa cytatu. Czy chcesz o tym pomówić?

Jeżeli na swoim blogu recenzowałbym film, to mogę zastosować plakat

Tak, jasne. Wprowadzę cię w taki sposób, że mam często pytania od ludzi, którzy zaczynają nagrywać podcasty i chcieliby, żeby te podcasty był atrakcyjne, więc pytają: czy mogę wrzucić kawałek Pink Floyd? Ile mogę sekund? Każdy mówi, że coś słyszał, coś się obiło o uszy, że to tylko cytat, to tylko taki mały fragment.

Mam nadzieję, że to wybijasz z głowy.

Tak, wybijam.

To dobrze. Gdybyś tego nie robił, to najpierw ja musiałbym tobie wybić, a później miałbyś parę rozmów do nadrobienia [śmiech].

W Polsce prawo cytatu to jest artykuł 29. prawa autorskiego. Na jakich warunkach można cytować? Najprostszą odpowiedzią jest, że widać, że jest to cytat. W tekście wygląda to tak, że jest cudzysłów i jest napisane, że to jest cudze oraz czyje to jest. Często zdarza się o tym zapominać, że ten cytat powinien być zastosowany w naszym utworze w jakimś celu. Ten cel może być jednym z czterech: nauczanie, wyjaśnianie, analiza krytyczna i prawa gatunku twórczości. Dwa ostatnie brzmią mniej przejrzyście, ale chodzi o to, że jeżeli na swoim blogu mam nagranie, swój film na YouTubie, w którym wykazuję, że w piosence Prodigy pojawia się zsamplowany utwór Rage Against The Machine, to najpierw puszczam fragment oryginalny, dla porównania puszczam oba i pokazuję, jak zostało to zrobione. Następnie tłumaczę, dlaczego mogli to zrobić — na jakiej zasadzie to zapożyczyli. Wracając do wyroku i cytatu, że „Baśka nie miała fajnego biustu” — wszyscy wiedzą, do jakiej piosenki to nawiązuje, ale gdybyś obrabiając materiał, zafundował wstawkę z oryginału, to moglibyśmy to zrobić, bo nie byłoby to użyte w celu zrobienia kariery, tylko wyjaśnienia i nauczenia. Analiza krytyczna to sytuacja, w której napiszesz coś u siebie na stronie, a ja się z tobą nie zgadzam. Nie robię hejterskich komentarzy, tylko piszę na ten temat u siebie z kulturą. Czasem widuje się takie rozmowy.

Cytat w naszym utworze powinien być zastosowany w jakimś celu

Taka polemika.

Tak, polemika. Powstaje nowy wpis i nowy utwór, który korzysta z twojego utworu. Wygląda to w ten sposób: Marek u siebie na blogu mówi, że… i dodajemy dwa zdania od ciebie. Tutaj się z Markiem zgodzę, ponieważ to i to. Warto dodać, że Marek podał dwa argumenty, a ja widzę jeszcze trzeci i czwarty. W następnym akapicie Marek mówi, że… — dodaję dwa zdania od ciebie. Tutaj Marek nie ma racji, bo… — zdanie ode mnie. Tym sposobem powstaje nowy utwór. Dodałem coś od siebie, a to, że cytowałem ciebie, było potrzebne dla pewnego linkowania, w takim znaczeniu, żeby nie musieć dosłownie na siłę przekształcać twoich fragmentów w inne, tylko żeby to wyglądało.

Zwłaszcza że gdybyś zaczął przekształcać, to może się okazać, że coś przeinaczysz i straci sens.

Masz rację. Zostaje nam prawo gatunku twórczości, czyli przebranie czegoś w ten sposób, że nasz utwór wygląda jak parodia, karykatura. Fredro napisał trzynastą księgę „Pana Tadeusza”, czyli „Noc poślubna Tadeusza i Zosi”. Gdyby pan Adam Mickiewicz miał pretensje z tego tytułu, to Fredro by się wybronił. Zakładając optymistycznie, że obaj by teraz żyli i obejmowałaby ich ustawa z 1994 roku. Wybroniłby się w ten sposób, że aby sparodiować ten utwór, musiał nazwać go trzynastą księgą. Musiał zastosować ten sam specyficzny sposób wierszowania. Musiał pożyczyć postacie — Tadeusza, Zosię i wszystkich pozostałych. Gdybym chciał przedrzeźniać jakąś piosenkę, to melodia też pozostanie z pierwotnej wersji, a tekst będzie prześmiewczy. Niektóre rodzaje twórczości od początku muszą korzystać z innego utworu, bo na tym polegają. To jest ta czwarta okoliczność uprawniająca nas do cytowania. Dodam jeszcze, że to, o czym wszyscy twoi pytający mówią, że można dodać kilka sekund, to są wszystko mity. Nie ma nigdzie w żadnych przepisach tego typu sformułowań — ile proporcjonalnie ma być tego zapożyczenia. Ma to być rozsądne. Nie może być tak, że zrobię analizę krytyczną twojego tekstu — namęczyłeś się i napisałeś dziesięć akapitów — a ja wziąłem to do siebie na bloga i napisałem na koniec: ma gość rację. Jest tutaj analiza krytyczna i cytowanie, ale proporcję są absolutnie zaburzone.

Nie ma w przepisach sformułowań, ile proporcjonalnie może być zapożyczenia

Pierwszą koniecznością, jaką podałeś, była edukacja i nauczanie. Zawsze jako przykład podaję tutaj Arlenę Witt i jej kanał „Po cudzemu”. To jest książkowy przykład tego, jak to się powinno robić. Arlena nauczy angielskiej wymowy, posługując się fragmentami książek i filmów — przywołuje fragmenty po to, żeby nauczyć ludzi właściwej wymowy.

Myślę, że tutaj twórcy nie powinni mieć do niej pretensji, a jednocześnie swoją drogą propaguje ich popkulturę. Naprawdę robi im dobrą robotę.

Jeszcze jedno pytanie. Kiedy już cytuję — bo powiedziałeś, że ten cytat powinien być zaznaczony jako cytat — czy są jakieś wymogi co do tego? Jeżeli cytuję piosenkę, to muszę podać kompozytora, a jeżeli film to reżysera? Czy jest to jakoś uszczegółowione? Jakie informacje, dotyczące oryginalnego dzieła, muszę podać, cytując to dzieło?

Przede wszystkim, potrzebne jest zaznaczenie, że nie jest to twoje dzieło. Głównie chodzi o to, by to nie było pozorne. Odpowiadając na główną część twojego pytania, to wygląda tak, że jeżeli puściłbyś kawałek Wilków, to pewnie zrobiłbyś tak, że powiedziałbyś: teraz przerywamy, aby puścić trzysekundowy kawałek piosenki „Baśka” autorstwa Wilków. Tyle. Czy trzeba dodać, że akurat jest tam Robert Gawliński, bo on zapewne w większości piosenek Wilków jest autorem tekstów i muzyki? Nie dajmy się zwariować. Kluczowe jest to odróżnienie, gdzie jest jasne, że to nie należy do ciebie. Analogicznie przy reżyserze, gdybyś miał cytując, podać wszystkich twórców filmu, to byłoby ciężko. Nie bez powodu napisy końcowe są dość długie. Tych twórców jest dużo. Skąd mamy wiedzieć, że ta granica ma być po dwóch minutach, czy po dziesięciu. Głównie chodzi o tytuł, że to jest kadr z filmu takiego i takiego. Można dodać, że w reżyserii kogoś albo na kadrze widać tego i tego aktora. Ale kluczowe jest to odróżnienie.

Dobra. Mam jeszcze jeden trochę niejednoznaczny wątek. Jeżeli chodzi o odwzorowywanie, na ile ono jest dozwolone? Co rozumiem przez odwzorowywanie? Na samym początku powiedziałeś, że nie można zastrzec pomysłu. Jeżeli widzę jakieś zdjęcie albo jakąś grafikę, a później sam wykonuję podobne zdjęcie, taki kadr, taka sama kompozycja, to samo jest na zdjęciu, ale ja to zrobiłem. Albo jest jakiś rysunek i ja ten rysunek własną ręką odrysowuję — wolno mi, czy mi nie wolno?

W zasadzie wolno, ale zdarzają się wyroki, które temu przeczą. Nie w Polsce co prawda, ale nigdy nie wiesz, czy nie trafi to ostatecznie pod sąd zagraniczny. Znane jest zdjęcie na moście w Londynie, gdzie całe zdjęcie jest czarno-białe, a pośrodku znajduje się czerwony autobus. Zrobiono drugie takie zdjęcie, mniej więcej z tego samego miejsca, ale ułożenie było trochę inne. Pierwotni twórcy wykazali, że jest to jednak zbytnie zapożyczenie. Gdyby to miało pozostać w mojej decyzji, to byłaby ona negatywna, ale trzeba się dopasować i zaznaczam, nie był to sąd w Polsce. Podobnie piosenka Blurred lines, nie wiem, czy wszyscy ją znają, ale jest tam charakterystyczny fragment, który każdy najbardziej kojarzy — takie hej, hej, hej.

Tytułu nie kojarzyłem, ale twoje wykonanie jest genialne. Właśnie dokonałeś odwzorowania — strzeż się [śmiech].

Dokładnie. Teraz pytanie, czy to było cytowane? Powiedziałem Blurred lines, czyli prawo cytatu. Ta piosenka inspirowała się — jak to stwierdzili twórcy — groove, nie melodią, a perkusją z innej piosenki, gdzie zapożyczyło się ten charakterystyczny sposób gibania się. Pierwotny twórca wygrał z twórcami piosenki i zmuszeni byli do płacenia za to, że skorzystali ze zbyt wielkiego zasobu.

Moim ulubionym case’em jest Nowa Zelandia i piosenka Lose Yourself Eminema. Jedna z firm zrobiła sobie bardzo podobny utwór, specjalnie do swojej reklamy. To będzie bardzo indywidualne, czy uważamy, że już przesadzili, czy nie. To, co mi się najbardziej podoba — to jest jeszcze nierozstrzygnięte — że jest na YouTubie nagranie, jak ci wszyscy mecenasi w oficjalnych ciuchach mówią: posłuchajmy. Leci Eminem i wygląda to szalenie śmiesznie. On krzyczy, rapuje, przeżywa, a oni są niewzruszeni. Tutaj znów jest ten problem, że utwór w reklamie jest nowy. Na pewno jest nowy, to nie jest tak, że zabrali coś od Eminema, ale jest zbyt podobny. Jest ryzyko, że prawnicy Eminema powiedzą, że to jest przesada i udowodnią to. Trochę się rozgadałem, ale chciałem pokazać, że takie odwzorowanie — typu podobne zdjęcie, podobna piosenka — nie powinno być źródłem kłopotów, ale jako osoba, która śledzi temat i pasjonuje się nim, zaobserwowałem, że zdarzają się jednak sytuacje, w których ta granica jest coraz bardziej przesuwana w kierunku ochrony.

Jest jeszcze taki wątek, że to nie zawsze musi być naruszenie praw autorskich, które uzna sąd. Ale jest coś takiego w internecie, że kiedy marka A jest naśladowana przez markę B, zwłaszcza jeżeli marka B jest większa i potężniejsza, to marka A cierpi. Ostatnia sprawa Pica Pica i W.Kruka, gdzie było bardzo dużo przykrych słów pod adresem Kruka, że wzorował się mocno na pomyśle, który nie należał do niego.

Z tego, co wiem, stanęło na tym, że W.Kruk spotkał się z pierwotnymi srokami. Nie jest wprost powiedziane, na czym stanęło. Przypuszczam, że stanęło na tym, że umówili kolejne spotkanie. Tak jest w praktyce najczęściej, że nie kończy się na jednym spotkaniu. Mam nadzieję, że dojdzie do porozumienia. Często jest tak, że straty prawne nie są aż tak straszne, ale jest duże ryzyko w zakresie PR-owym, medialno-wizerunkowym. Nie raz jest tak, że ten większy może mieć kłopot. Branża modowa jest najeżona inspiracjami, które można określić jako zbyt duże. Przekleństwem małych, lokalnych twórców modowych, którzy sprzedają swoje produkty przez internet, jest Zara, która później nagle te rzeczy wrzuca do kolekcji. Właśnie z tego powodu mali twórcy modowi nie przepadają za Zarą. Jest takie ryzyko, że tworzysz sobie coś niedużego, jakąś linię ubrań i nagle ci duzi to mają. Jak to teraz udowodnić? Branża modowa jest źródłem tych inspiracji i zapożyczeń.

Często jest tak, że w przypadku podejrzenia o naruszenie praw autorskich straty prawne nie są aż tak straszne, ale jest duże ryzyko w zakresie medialno-wizerunkowym

Jest jeszcze jeden wątek, który może się wydawać taki totalnie oczywisty, a z drugiej strony coraz częściej pojawiają się o to pytania — chodzi o udostępnianie treści w mediach społecznościowych. Skupmy się na Facebooku, bo tam przycisk „udostępnij” jest, od kiedy pamiętam, czyli od zawsze. Udostępnianie jest jednym z podstawowych mechanizmów Facebooka. Czy powinniśmy się czasami powstrzymać przed kliknięciem?

Raczej nie. Ten ktoś, kto wrzucił coś na Facebooka, zgodził się na to, akceptując regulamin. Wiadomo, że każdy wchodząc na Facebooka, czyta regulamin. Skoro czytałeś, to na pewno widziałeś [śmiech].

Jasne, że tak.

Więc na pewno wiedziałeś, że liczysz się z ryzykiem, że jak coś wrzucisz na Fejsa, to — mówiąc potocznie — rozniesie się. Zdarza się tak — można by mnożyć przykłady — gdzie ktoś miał zamiar zrobić nieduże zdjęcie, lokalne, a rozniosło się na cały świat. Ostatnio sam wziąłem udział w wydarzeniu, które ktoś udostępnił i zapomniał ustawić jako prywatne, był to puchar świetlicy w skokach narciarskich na komputerze — pewnie miało być piętnaście osób, a jest tam nas już tysiące. Trzeba się z tym liczyć. Wracając do share’owania: twórca, czy rysownik liczy się z tym, że jeżeli wrzuci coś na Fejsa, to ludzie będą to share’ować. To jest OK, ponieważ zachowana jest łączność z nim. Dzięki mechanizmowi share’owania można spojrzeć na pierwotne źródło. Natomiast nie jest w porządku sytuacja, w której skorzystałbym z twojego obrazka, czy twojego tekstu wrzuconego na Fejsa, stosując swój dysk albo schowek. Jeżeli zastosowałem swój dysk albo schowek, to znaczy, że sprawiam wrażenie, jakby to było moje. Nie robi tutaj aż takiej różnicy, że na obrazku jest podpis twórcy. Niekoniecznie podpis twórcy oznacza, że będzie można znaleźć jego fanpage. Nawet nie wystarczy, jeżeli tego twórcę otagujemy, bo nadal to nie jest to samo, twórca nie będzie mógł się pochwalić zasięgami.

Wyobraźmy sobie taką sytuację, że ja jestem rysownikiem — gdybyś widział moje rysunki, to byś nie uwierzył — ale przychodzi do mnie ktoś i mówi: panie Tomaszu, fajnie pan rysuje, widzimy, że ma pan zasięgi, więc chcielibyśmy, żeby pan narysował następny obraz przy pomocy naszego tableta i napisał o tym. Ile pan sobie za to życzy? Jakie pan ma zasięgi, to zobaczymy, czy to mieści się w naszych budżetach. Myślę, że wiele osób wie, że tak wyglądają rozmowy o współpracy w internecie. Jak wrzucę taki obrazek to dziesięć osób share’uje, a pięćdziesiąt ukradnie. Druga strona mówi: nas to nie obchodzi, ile osób ukradnie, pan tę liczbę mógł sobie wziąć z kosmosu, nas interesuje te dziesięć. Teraz mogę zażądać mniej, bo mój zasięg jest mniejszy, mimo że wiem, że obrazek hula aż miło. Tak naprawdę o to tutaj chodzi, żeby nadal ten twórca mógł zarabiać — spieniężać i monetyzować te zasięgi. Czyli, żeby poprzez to, że coś znalazło się naszym dysku, nie doprowadzać do sytuacji, w której pozbawiamy go jego praw.

Może być jeszcze jeden kontekst, który jest sytuacją autentyczną, ale nie będę mówił czyją. Pojawił się fragment tekstu pewnego blogera obok produktu, tak jakby on ten produkt reklamował. Co absolutnie nie miało miejsca, a na dodatek ten bloger współpracował z konkurencyjną firmą. Zmniejsza to jego wiarygodność przed czytelnikami, przed firmą, z którą ma stałą współpracę. Nagle wychodzi na gościa, który mówi: odwidziało mi się albo więcej zapłacili, to jestem teraz po ich stronie. W jego imieniu pisałem pismo do tamtej firmy, uświadamiając problem. Był happy end, firma zrozumiała swój błąd i dogadali się. Nie tylko jest tak, że nie share’ując kogoś, możemy go nadużyć pod kątem praw autorskich, ale może być tak, że zacytujemy kogoś i nagle okaże się, że znalazło się to w kontekście, który mu szkodzi. Wtedy to już nie jest temat praw autorskich, tylko naruszenia dóbr osobistych i wizerunku, czy marki osobistej.

Przypomniałeś mi taki przypadek, który od czasu do czasu widuję wśród rozmaitych blogerów, związany z naśladownictwem, o którym mówiliśmy wcześniej. Pojawia się jakiś mem, jakiś śmieszny obrazek, ktoś bierze treść tego mema, wrzuca swoje tło ze swoim logo i wypuszcza dalej w świat. Ciężko znaleźć autora takiego mema, tak samo, jak nie ma autorów dowcipów. Nie wiemy, kto wymyślił dowcip. Co z taką twórczością, w zasadzie niczyją?

Tutaj dobrze wykazać, że dążyliśmy do tego, żeby taką osobę ustalić. Często trzeba wziąć pod uwagę to, że nie wiemy, czy osoby przedstawione na tych memach, tego sobie życzą. Był taki pan, który był obiektem memów, jako taki typowy Polak. Wąsaty pan, który pojawiał się na tle biało-czerwonej flagi. Internet zrobił mu krzywdę, bo to był prawdziwy człowiek, którego zdjęcie zostało wykorzystane bez jego zgody. Pracował w służbach mundurowych i doszło do tego, że ludzie go kompletnie nie szanowali. Dlatego też ostatnio takim typowym Polakiem jest jednak małpka. Małpce nie zaszkodzi, że buja się po świecie. Na wielu memach są osoby, których zdjęcia są pobrane ze stocków. Nigdy nie wiemy, jak one mogą zostać użyte. Dotyczy to również znanych osób, jak Natalia Siwiec, których zdjęcia były tam, zanim one stały się znane, a teraz próbują to odkręcić.

Pamiętam. Chodziło o taki preparat, który niekoniecznie może być powodem do chluby.

Dokładnie. Nie bardzo było co zrobić, bo zdjęcie było do powszechnego zastosowania. Z memami może być właśnie taki kłopot, dlatego zalecałbym ostrożność. Pomysł, który sprawia, że weźmiesz sobie mema i namalujesz swoje logo, jest słaby. Jeżeli to jest cała twoja praca wykonana w tym kontekście, to lepiej zaszalej w oryginale. Na to nakłada się taka tendencja — pozwolę sobie zastrzec, że to, co teraz powiem, to nie są przepisy tylko wyroki unijne, które najprawdopodobniej jak to zwykle bywa, staną się przepisami, ale musimy im dać trochę czasu. Gdyby się zdarzyło, że Jacek wrzuca w internet coś nielegalnego, przykładowo na Twittera, to oczywiście naruszył prawo tego twórcy, ale jeśli ty to retweetujesz, to miałeś prawo zakładać, że ja nie broiłem. Bardziej opłacalne jest share’owanie, bo jesteś bezpieczniejszy. Jeżeli ktoś pierwotny nabroił, to ty tylko wziąłeś od niego. Gdybyś ode mnie ukradł to, co ja ukradłem, to kto będzie to rozstrzygał? Tutaj pewnym ratunkiem jest mechanizm share’owania z dwóch powodów — jest ratunek, kiedy ja coś nabroiłem, a ty wziąłeś ode mnie i jest ratunek ode mnie, jeżeli miałbym być niezadowolony, że dzielisz się czymś w internecie, to mówię po to wrzuciłeś na Facebooka, żeby móc się tym dzielić.

Share’owanie jest bezpieczniejsze, bo nie naruszasz prawa twórcy

Trochę inną odmianą share’owania, czy udostępniania jest osadzanie, czy po angielsku embedowanie na swojej stronie internetowej. Jest film z YouTube, biorę stamtąd kod i wstawiam na swoją stronę internetową, i można ten film zobaczyć u mnie na moim blogu. Czy tutaj też trzeba być ostrożnym, bo można czyjeś prawa niechcący naruszyć?

Nie, ponieważ nadal jest to na serwerze YouTube’a. Dopóki nie korzystamy z rozwiązań typu — ściągnij magiczny konwerter — który ściągnie filmik z YouTube na twój dysk, a ty włożysz go u siebie jako swój. To nie jest przypadek, że YouTube nie ma tej funkcji. Te konwertery są podejrzane. YouTube na nowo kolejne niszczy i to będzie nieustający wyścig. Gdyby YouTube chciał, żebyśmy mogli sobie ściągać film, to by nam to umożliwił. On tego nie chce, ponieważ, tak jak to nazwałeś fachowo, chce być embedowany. Embedowanie nie musi dotyczyć YouTube’a. Nasze ostatnie spotkanie — za twoją zgodą — pozwoliłem sobie embedować u siebie na blogu. Mam nadzieję, że i z tym się zgodzisz.

Tak, zgadzam się. Ale właśnie, czy musiałeś pytać?

W zasadzie nie musiałem, ale zobacz już mam to nagrane. Chyba że to wytniesz [śmiech]. Najprościej jest zapamiętać:

— linkowanie — OK
— share’owanie — OK
— embedowanie — OK.

Podejrzane jest to, co zalega na twoim dysku, czy w schowku.

Dobra. Na koniec proszę o złote rady dla ludzi, którzy chcieliby spać spokojnie i mieć spokojne sumienie. Wypuszczają różne rzeczy do internetu, bazują na współpracy z różnymi osobami — tak jak powiedziałeś wcześniej — nigdy nie możemy mieć 100% gwarancji. Nawet jeżeli sam coś stworzę, to też nie mam gwarancji, czy podświadomie się czymś innym nie zainspirowałem na tyle mocno, że ktoś mi zarzuci plagiat. Ale do siebie można mieć trochę większe zaufanie, chociaż to różnie z tym bywa. Poproszę złote rady dla osób, które chciałyby spać spokojnie i nie martwić się tym, że naruszają cudze prawa autorskie.

Jeżeli korzystasz z czyjegoś pośrednictwa, zadbaj o to, żeby z waszej relacji wynikało, że on ponosi odpowiedzialność — problem atakującego cię twórcy, bierze na siebie. To, że twórcy atakują, to jest ich prawo. Dobrze wiedzieć, że w razie potrzeby, to nie jest twój problem, bo ty nie chciałeś nikogo skrzywdzić. Jeżeli z kimś współpracujesz, umieść odpowiednie zapisy w umowie i przede wszystkim miej umowę. Jeżeli dzielisz się czymś przy pomocy portali społecznościowych, to nie jest to przypadek, że one mają określone guziki — z tych guzików korzystaj. Ostrożnie z tym, że wrzucisz sobie coś ze swojego dysku. Ostrożnie z tym, żeby nie zdarzyło ci się ściągnąć coś z YouTube’a, chociaż tej możliwości oficjalnie nie ma. Ostrożnie z tym, żeby nie repostować na Instagramie, on nie ma możliwości share’owania. Jeśli share’ujesz coś na Instagramie, to jest wtyczka, której Instagram nie popiera. Jeżeli chodzi o cytowanie, to zdawaj sobie sprawę, że w cytowanym fragmencie nie wystarczy powiedzieć: fajne cztery takty piosenki, słyszałem, że cztery takty są OK.

Cytowanie musi być w jakimś ściśle określonym celu i to nie jest tak, że możesz to wprowadzić jako urozmaicenie. Zdawaj sobie sprawę, że o takie cytowanie niejednokrotnie nikt się nie czepi, bo co to za problem, że gdzieś jakiś fragment programu telewizyjnego zastosowałem u siebie na kanale, na YouTubie po to, żeby był przerywnikiem i powiedziałem, skąd ten fragment pochodzi. Może nawet lepiej dla tych ludzi, że tam sobie klikniesz. Ale wiedz, że ryzyko jest zawsze. Często jest tak, że to prawo autorskie jest demonizowane. Pojawia się najczęściej, jak już jest afera, a w wielu przypadkach wystarczyłby zdrowy rozsądek. W wielu przypadkach można się kogoś poradzić, zapytać. Można skierować się do mnie. Postaram się pomóc i rozstrzygnąć. Ale nie dajmy się zwariować, bo najczęściej jest z plagiatem tak, że jakaś firma spuściła prawników z kagańca i my już biegniemy, szczekamy, gryziemy. Nie dziwię się, że ludzie nie lubią prawników, jeśli się o nas tak mówi. Może być tak, że pomyślisz i prawnika zastosujesz „z góry”, zanim będą jaja.

Cytowanie czyjegoś utworu musi być w jakimś celu, ten cel jest ściśle określony

Ze swojej strony mogę dodać, że jeżeli masz możliwość kontaktu z twórcą internetowym i zapytać wprost, czy zgadza się na udostępnienie fragmentu jego twórczości — to zrób to. Jeżeli powie ci, że tak, to super. Jeżeli powie, że nie, to też super, bo nie popełnisz żadnego przestępstwa, żadnego wykroczenia. Będziesz wiedział, że tego nie wolno użyć i już. Nie zawsze jest tak, że każdy, kogo zapytasz, od razu powie: dobra, to jest faktura na pięć tysięcy. Jeżeli powie, to zawsze możesz powiedzieć: nie, dziękuję.

Warto sobie zdawać sprawę, że w zdecydowanej większości przypadków rzeczy w internecie są niczyje. Ale wiele rzeczy jest czyjeś i te osoby, wolałyby mieć kontrolę i wiedzę nad tym, gdzie ich treści lądują. Można spytać i to już niejednokrotnie wystarczy, bo ta osoba powie: dobra, spoko. Mnie też tak się zdarza. W jednym wystąpieniu stosowałem rysunek Kasi Gabrysz — Rynn Rysuje — najpierw pojawia się ten rysunek, a następnym slajdem jest moja rozmowa z Messengera z Kasią i moje pytanie: Kasiu, mogę użyć rysunku w slajdzie? Kasia odpowiada: tak, spoko. Ludzie sobie zapamiętywali, że to najprostsze rozwiązanie, ale nie pierwsze, o którym pomyśleli.

Bardzo ci dziękuję. Czy ta rozmowa jest objęta prawami autorskimi?

Chyba tak.

Gdybyście chcieli udostępnić, śmiało nie mam nic przeciwko temu. A ty Tomku?

Ja też nie.

Wobec tego udzielamy pełnej licencji na rozpowszechnianie tej rozmowy [śmiech]. Dzięki wielkie.

Również dziękuję.

Przeczytaj transkrypcję
Cześć Tomku!

Cześć.

Powiedz, co ostatnio czytałeś?

Ostatnio czytam coś, co jest w temacie naszego spotkania — książkę, którą dostałem od wydawnictwa Wolters Kluwer, nazywa się Jak znani i sławni chronią swoje prawa autorskie.

Myślę, że prawnicy to jest taka profesja ludzi, których praca opiera się na wiedzy. Nie ma wyjścia, musisz śledzić wszystko.

Tak, pracując w tej branży, trzeba się nieustannie dokształcać. Jeżeli się tego nie robi, to się zostaje w tyle.

Czy ta książka jest napisana tak, że tylko prawnicy to strawią?

Nie, wręcz przeciwnie. To jest książka, którą czytałem w wannie, można się z niej dowiedzieć dużo ciekawych rzeczy. Prawniczenie jest na dole w przypisach, ja to czytam, bo mnie to ciekawi. Gdybyś chciał się tym zająć, to polecam. Jest napisana przejrzyście i przystępnie, czyta się prawie jak powieść.

À propos czytania w wannie — słucham angielskiego podcastera, który czasami mówi o tym, że czyta w wannie i za każdym razem dorzuca takie zdanie: z góry przepraszam za obraz mentalny, który powstał w waszej głowie [śmiech]. Wracając do tematu, chciałem z tobą porozmawiać o prawach autorskich. Ostatnio był odcinek o tym, jak bronić swoich praw, kiedy ktoś je nadszarpnie albo próbuje coś od nas skopiować.

To jest zdecydowanie cenna wiedza.

Świadomość prawna w społeczeństwie się zmienia i ludzie coraz częściej chcą wiedzieć, jak nie być w konflikcie z prawem, jak nie naruszyć czyichś praw, kiedy tworzymy i udostępniamy coś w internecie. Nie wiem, czy widziałeś taki cykl filmów Everything is a remix.?

Nie.

Ten cykl powstał parę lat temu. Stworzył go amerykański filmowiec, którego nazwiska nie pamiętam. Wyszedł z takiego założenia, że każda twórczość jest czymś inspirowana. Przyjął taki pogląd i jest grupa ludzi, którzy się z tym zgadzają: nie ma sensu bronić tych praw autorskich bardzo mocno, dlatego że cała nasza cywilizacja jest zbudowana na tym, że ktoś coś zrobił, ktoś inny podpatrzył, udoskonalił i przetworzył. To jest jeden biegun. Drugi biegun mówi: wartości niematerialne, intelektualne są w tej chwili największym kapitałem wielu przedsiębiorstw. Nie chronić tego byłoby absurdem, bo to jest podstawa przewagi konkurencyjnej. Pierwsze pytanie do ciebie: polskie prawo autorskie jest bliżej liberalizmu, czy jest bardziej restrykcyjne?

Polskie prawo autorskie, jako sama ustawa, jest pośrodku. Ale mamy też prawo własności przemysłowej, które mówi o zastrzeganiu przy pomocy znaków towarowych. Chyba nie muszę tłumaczyć pojęcia, które nasi słuchacze instynktownie zrozumieją. Znaki towarowe, czy inne zastrzeżenia są bliższe tej drugiej wizji. Na to wszystko nakłada się jeszcze cała ideologia wolnych licencji, czy copyleftów. One najbliższe są kulturze remiksu. Wspomniałeś o tym człowieku, którego nazwiska nie pamiętasz, to też będzie objaw kultury remiksu — mówimy o kimś, a nie pamiętamy nazwiska.

Czekaj, zaraz sprawdzę. Kirby Ferguson. Stworzył cztery filmy w latach 2010-2012. Do tego robił później suplementy i tam mówił o tym, że remiks to jest kopia czegoś, przerobienie czegoś i połączenie różnych elementów.

To prawda. Temu najbliższe są poglądy osób, które dzielą się w internecie swoją twórczością na takiej zasadzie, że wyrażają zgodę na to, żeby ją w jakiś sposób zmieniać. Jeśli będzie to muzyka, to zrobić remiks. Gdy zostanie zremiksowana, to proszą, żeby podpisać ich jako pierwotnych twórców albo żeby na tym nie zarabiać. To są licencje: Creative Commons, No Commerce, czyli CC i NC albo CC-BY-SA, BY oznacza uznanie autorstwa. Te licencje i wszelkie poglądy copyleftowe też mają swój obraz. Wracając do twojego pytania, polska ustawa o prawie autorskim jest trochę pośrodku. W jednym z wpisów na moim blogu piszę, które zapisy polskiej ustawy blokują copyleftowców i wszystkich zwolenników wolnych licencji. Ale z drugiej strony, nie jest to dramatyczny rygor, że tylko ja mogę. Ten rygor jest sformułowany wobec tych, którzy chcieliby zastrzec nazwę, opatentować jakieś rozwiązanie. Jeżeli jest opatentowane, to już tylko ta osoba ma możliwość korzystania z tego przez jakiś czas.

Pojawiło się kilka razy słowo copyleft w różnych odmianach. Każdy kojarzy copyright — jest to sposób na to, żeby zaznaczyć, że prawa autorskie należą do mnie i zastrzegam je sobie. Czym jest copyleft?

Jak sama gra słów wskazuje, takie odbicie lustrzane, czyli sytuacja, w której nie zastrzegam sobie tych praw, ale wręcz zgadzam się na rozpowszechnianie twórczości, na zasadzie: jak najbardziej, jak najdalej, róbcie. W pewnym uproszczeniu, na takich zasadach opiera się Wikipedia. Miałem okazję brać udział w debacie na temat tego, co większość osób pewnie od razu będzie kojarzyła, czyli Acta 2. Był tam Wojtek Pędzik z Wikipedii. Reprezentował pogląd, któremu Acta 2 szkodziłaby. Wikipedia właśnie na tym się opiera. Dla niego niespecjalnie jest kwestią życia i śmierci, żeby wszyscy mówili, że to jest jego. Każdy dodaje coś od siebie i dzięki temu powstał jeden z najciekawszych projektów w internecie na świecie.

Copyleft to sytuacja, w której nie zastrzegam sobie praw, a wręcz zgadzam się na rozpowszechnianie

Dobrze. To będzie pytanie, które właściwie mogłoby nam załatwić całą rozmowę.

To może zostawmy je na koniec [śmiech].

Nie, bo później od tego będziemy wchodzić dalej. Kiedy zlecamy komuś wykonanie strony internetowej, to bardzo często się zdarza, że ten wykonawca mówi: zrobię ci tę stronę, tylko podrzuć mi kilka przykładów stron, które ci się podobają. Tak miałem, kiedy robiłem layout do czasopisma. Zlecałem przygotowanie takiego layoutu i też dostałem pytanie: które czasopisma ci się podobają? Ktoś, kto chce zrobić dla mnie projekt graficzny czasopisma, czy stronę internetową, pyta o to, żeby się zainspirować, żeby się w jakiś sposób wzorować na tym, co mi się podoba.

Już wiem, do czego dąży to pytanie.

Zawsze mam taką wątpliwość i myślę, że nie tylko ja. Jeżeli ktoś, stworzy coś podobnego do innego utworu, który sobie hula w internecie, to gdzie jest granica między inspiracją a plagiatem? To jest pytanie, które cię otworzy. Ja pójdę zrobić sobie kawę, a ty opowiadaj [śmiech].

Dobrze, że użyłeś słowa utwór, bo to jest dokładne pojęcie z prawa autorskiego. Możemy się nim posługiwać. Wygodny pomysł z tym pytaniem [śmiech]. Ono mogłoby rzeczywiście spowodować, że następne trzy godziny spędzę tutaj solo. Dosłownie solo, bo i słuchacze zanudziliby się [śmiech]. Zmuszasz mnie tutaj do klasycznego, prawniczego „to zależy”. To zależy od tego, w jakim procencie jest zapożyczone albo w jakim procencie jest w oryginale to, skąd było zapożyczone. Prawo autorskie nie chroni samego pomysłu. Pomysł pod tytułem: narysuję dwóch ludzików, którzy ze sobą rozmawiają — to jest komiks. Już chroniłoby to, że ktoś ma charakterystyczną kreskę. Dobrym przykładem była sytuacja, kiedy Banksy wrzucił swój obraz do niszczarki i jednocześnie dwóch rysowników — najprawdopodobniej niezależnie od siebie — stworzyło rysunki, na których prezydent Duda wrzuca do niszczarki plakat z napisem Konstytucja. Obydwaj spotkali się z zarzutem, że ktoś od kogoś kopiował. Nie umniejszając ich pracy, to nie jest aż tak odkrywcze, żeby każdy z nich nie mógł wpaść na to niezależnie. Sytuacja byłaby inna, gdyby ktoś wziął sobie ten rysunek, wrzucił na stronę, nie pytając twórcy. To jak najbardziej podlega pod prawo autorskie. Idea jako taka nie jest chroniona, bardziej samo wykonanie. Wykonanie też może mieć cechy nie aż tak bardzo oryginalne, więc ta granica prawa jest płynna.

Gdyby zdarzyło nam się sądzić z tego powodu, to tę granicę wyznaczać będzie musiał sąd, w wielu przypadkach te case’y, gdzie zapożyczenia są dozwolone albo nie, opierają się na wyrokach. Na swoich szkoleniach mówię o trzech wyrokach, w których każdy mówi o tym, że twórca reklamy zapożyczył sobie jakieś zdanie. W pierwszym przypadku było to sformułowanie: kobieta pracująca. Twórcy „Czterdziestolatka” — serialu, z którego pochodzi — uważali, że nie można go zapożyczyć, ale sprawę przegrali. W kolejnym przypadku również ktoś sobie zapożyczył fragment, ale lektor je przekształcił. Chodzi o sformułowanie: Baśka nie miała fajnego biustu. Management Roberta Gawlińskiego też nie wygrał. Sąd uznał, że nie jest to na tyle odkrywcze sformułowanie, żeby je bronić. Wisienka na torcie: krakowski wyrok, gdzie w reklamie pojawiło się sformułowanie: ciemność, widzę ciemność. Na dodatek było czytane przez pana Jerzego Stuhra. Bardziej czytelnej aluzji być nie może, ale wciąż wyrok brzmiał, że tego typu zapożyczenie jest dopuszczalne. Jeżeli któryś ze słuchaczy chciałby użyć w swojej kreacji reklamowej jednego z tych sformułowań, to ma już wypstrykaną drogę przez kogoś innego, kto musiał się przed sądem przemęczyć i jednak wygrać. Te granice, analogicznie w wielu przypadkach prawa autorskiego, nie są wyznaczane przez ustawę, sądy mówią o tym, jak to się rozumie dosłownie, a wyroki to precyzują. Na nich można się opierać. Można to określić jako suwak, czy pewne jego punkty, to są wyroki, które się pojawiły.

Granice w wielu przypadkach prawa autorskiego nie są wyznaczane przez ustawę, sądy mówią o tym, jak to się rozumie dosłownie, a wyroki to precyzują

Ostatnio dostałem maila o takiej treści: zleciłam zrobienie strony internetowej, zapłaciłam trzy tysiące złotych i firma przysłała mi coś, co wygląda dokładnie jak twoja strona. Poprosiłem o link, zobaczyłem i powiem ci, że byłem w szoku, dlatego że nie widziałem tam żadnego podobieństwa do mojej strony. Wszystko było inaczej. Bardzo mnie to zaskoczyło i myślę, że to wynika z faktu, że w dzisiejszych czasach zdecydowaną większość stron buduje się na szablonach. W przypadku szablonu pewne elementy są stałe i to dobrze, że one są stałe, bo to ułatwia życie użytkownikowi. Nie musi za każdym razem domyślać się, gdzie jest menu, czy gdzie jest kontakt.

Mogę dodać ze swojej strony taką lustrzaną historię. Odezwał się do mnie człowiek, który spotkał się z oskarżeniem, że jego strona jest kopią innej. Wykazał mi, że jest dokładnie na odwrót, że to on został skopiowany. Zapytał, co ma zrobić, żeby tamta strona zniknęła. Pomogłem mu. Tamta firma stwierdziła, że to nie jest ich problem, bo zlecili jej wykonanie. Co ciekawe obydwie firmy odezwały się do firmy wykonującej stronę, obydwie firmy były bardzo niezadowolone, że strony są identyczne. Wtedy dopiero ta firma informatyczna tworząca stronę ustąpiła i musiała uznać, że faktycznie, krótko mówiąc, kradła. Byłem cały czas w tle, konstruowałem porozumienie, bo sprawa nie kończyła się sądem. Przede wszystkim, trzeba było najpierw uspokoić relację między dwoma firmami, które finalnie okazało się, że są po tej samej stronie barykady. Później trzeba było wraz z nimi, jako wspólny front, wystąpić wobec tego, kto faktycznie był sprawcą kradzieży, a obie strony nie były tego świadome.

Jeżeli nie mam takiej możliwości — nie jestem prawnikiem, nie mam wyroków w głowie i być może nie znam dobrego prawnika, który byłby w stanie mi poradzić albo mnie na niego nie stać i chciałbym w jakiś sposób ustrzec się przed tym, że rzeczywiście to, co za chwilę wpuszczę w świat jako własną stronę, będzie kopią cudzej strony albo świadomie wzoruję się na innej stronie, ale chcę to zrobić uczciwie, chcę, żeby moja strona była równie fajna jak tamta, ale żeby to nie była kopia. Czy możesz doradzić praktyczne posunięcia, żeby uniknąć posądzania? Tak, żebym ze spokojnym sumieniem tę stronę pokazał światu, że ona jest naprawdę moja, a nie jest kopią cudzej strony.

W przypadku strony najprościej będzie, jeżeli faktycznie osiągniesz takie samo rozmieszczenie grafik, opisując to innym kodem. Wtedy widać, że pomysł był ten sam, ale jeżeli kod nie był skopiowany z pierwotnej strony, to łatwiej będzie, ewentualnie broniąc się, wykazać, że faktycznie zrobiłeś to samodzielnie. Umówmy się, że na to, żeby podzielić stronę na pięć części i żeby co druga sobie migała, jest kilka metod. To wiem nawet ja z niezaawansowaną wiedzą informatyczną. Metod jest kilka, ale inaczej będzie to wyglądać, jeśli weźmiesz sobie od kogoś gotowy kod. Wtedy bez problemu, udowodni ci, że to nie należało do ciebie. W praktyce często twórcy stron — ci, którzy nie chcą być kopiowani — robią tak, że celowo zaszywają jakiś fragment, po którym łatwiej jest rozpoznać i zidentyfikować, że ktoś sobie go wziął. W swojej polityce prywatności — na swoim blogu — mam taki fragment, po którym poznam, że ktoś sobie z niej czerpał. Nie mam też nic przeciwko. Moja polityka na blogu nie jest dla każdego i jeżeli ktoś z niej korzysta, to ryzykuje. W razie czego rozpoznałbym taki Easter egg, który jest na tyle charakterystyczny, że gdyby ktoś chciał mi wmówić, że to nie jest zaczerpnięte ode mnie, to wykazałbym, że jednak jest. Ale póki co nie bawię się w takie rzeczy.

Zostanę jeszcze przy tej stronie internetowej, bo wydaje mi się, że to jest fajny przykład. Z jednej strony masz kod, którego w ogóle nie widać, ale masz grafiki, fonty, organizację i strukturę tej strony — jest sporo rzeczy, które z jednej strony można modyfikować, a z drugiej strony, jeżeli nie zostaną zmienione, to mogą być podstawą do tego, żeby posądzić inną osobę o to, że ją skopiowała, zamiast wymyślić sama. Czy przy tego rodzaju sprawach — wspomniałeś o kodzie strony — bierze się pod uwagę takie elementy jak fonty?

Też może być tak, że każdy odrębny fragment może być przedmiotem zbytniego zapożyczenia. Przełóżmy to chwilę ze strony internetowej na film. W filmie patrzymy, że ten film nie jest identyczny jak nasz, ale ta piosenka jest niebezpiecznie podobna albo ma dziwnie taki sam tekst. Tak samo w stronie internetowej, nie musi być tak, że ona jest „od A do Z” identyczna, tylko to podobieństwo może być na jakieś niewielkiej płaszczyźnie. Spotkałem się, że podobieństwo było na podstronie. Była jawnie „zarąbana”, jeśli mogę to tak określić. To się może zdarzyć i nie zdziwiłbym się, gdyby to miało miejsce. Mój blog składa się właściwie z dwóch stron. Z tej blogowej i z zakładki „radca prawny”. One stoją w jednym miejscu, ale formalnie rzecz biorąc są inne. Nie zdziwiłbym się, gdyby okazało się, że tylko jedna z nich stała się źródłem zbytniej inspiracji dla kogoś.

Każdy fragment utworu może być przedmiotem zbytniego zapożyczenia

Na początku wspomniałeś o ochronie znaków towarowych. Przy znakach towarowych jest tak, że jeżeli zastrzegę sobie logo — znak towarowy — w branży farmaceutyków, to w tej branży jestem chroniony. Jeśli ktoś robi samochody, to może sobie takie logo dać, nie ma z tym żadnego problemu.

Nie do końca, ale w większości przypadków tak. Zastrzegasz na wybranych płaszczyznach, które nazywa się klasami. Najczęściej są to klasy określone, zwłaszcza w zastrzeganiu unijnym. EUIPO — tak nazywa się ten urząd, gdyby ktoś potrzebował. Wybiera się państwa i klasy. W określonych państwach i określonych klasach można tego dokonywać.

Przenieśmy to na grunt praw autorskich. Jeżeli mam firmę, która zajmuje się szkoleniami i widzę super stronę firmy, która zajmuje się doradztwem finansowym. Jeżeli skopiuję ich stronę — oczywiście wstawię swoje zdjęcia i swoją treść, ale generalnie kolorystyka będzie ta sama, fonty będą te same i ta strona będzie wyglądała jak siostra bliźniaczka tamtej, tylko inaczej uczesana — czy to jest dopuszczalne, czy nie?

Nie, bo tutaj wracamy do tych praw autorskich, a nie do znaków. Strona jako taka konstrukcja prawdopodobnie nie jest nigdzie zarejestrowana. Nie ma tutaj znaczenia, jak to wygląda z branżami. Ktoś się napracował i stworzył jakiś utwór. Utwór w pewien sposób jest naznaczony piętnem twórcy. Po to on tym piętnem naznaczał, żeby to było jego, żeby co najmniej móc mówić, że to jest moje albo w większości przypadków zarabiać na tym kasę i to jest naturalne. Zastrzeżony może być kolor. Zastrzeżone kolory to: kolor fioletowy, taki jak ma Milka, czy Play.

Barbie też.

Tego nie wiedziałem, ale wierzę ci. Kolor taki, jak ma Whiskas, kolor, który ma Orange. To jest OK, ale gdybyśmy mogli tak zastrzegać we wszystkich branżach, to skończyłyby się kolory. Zasada jest taka, że nie ma możliwości, aby inny producent kociego żarcia miał ten sam fioletowy, charakterystyczny kolor Whiskasa. Nie może być inny telekom, którego kolor jest pomarańczowy jak u Orange. Ale to nie znaczy, że moja firma — co zresztą jest bliskie prawdzie — nie mogłaby podobnego pomarańczowego używać. My mamy akurat w logo niebieski i pomarańczowy. Ten pomarańcz jest inny, nie chodzi to, żebym nakierowywał teraz wzrok Orange’a na siebie. Ale to by było wariactwo, gdybyśmy zastosowali identyczne znaki, a w zupełnie innej branży. To zastrzeganie ma dotyczyć określonych obszarów terytorialnych i klasowo-branżowych. Niedużemu, polskiemu podmiotowi nie powinno przeszkadzać, że w Indonezji dzieje się to samo. Chyba że jest duży.

Zastrzeganie praw autorskich dotyczy określonych obszarów terytorialnych i klasowo-branżowych

Wspomniałeś o swojej polityce prywatności — tutaj widzę dwa wątki. Pierwszy — powiedzmy, że potrzebuję tekstów, chciałbym, żeby ten tekst, ktoś dla mnie napisał i zlecam to copywriterowi. Chciałbym mieć pewność, że ten copywriter, rzeczywiście wysili swoje szare komórki i napisze dla mnie coś oryginalnego, a nie skądś skopiuje. Jeżeli on dokonałby kopii — ctrl+C i ctrl+V — to jestem w stanie dość łatwo to odkryć. Wezmę fragment tekstu, wrzucę w Google w cudzysłowiu i on wyrzuci mi ten fragment, jeżeli gdzieś go znajdzie w innym miejscu. Ale jeżeli ten „twórca”, któremu zlecę tekst, zrobi taką przeróbkę, że poprzestawia szyk wyrazów w zdaniu, to jak mogę być pewnym, że to dzieło jest naprawdę oryginalne, a nie jest taką adaptacją?

Pewności zapewne nie będziesz miał nigdy. Nie musi być tak, że on zaczerpnął sobie to z internetu. Możesz mieć takiego pecha, że trafisz na oldschoolowca, który sobie coś weźmie z gazety. Niektóre tematy się nie starzeją. Jeżeli będzie pisał o marketingu, czy o prawie, to zmienia się to stosunkowo często. Ale jeżeli będzie pisał o relacjach międzyludzkich, to jest ryzyko, że wziął sobie książkę z lat dziewięćdziesiątych i wszystko nadal się zgadza, więc pewności nie masz nigdy. To, na co ja bym zwrócił uwagę, to jest relacja twoja z twórcą i umowa, którą nawiążesz. W umowie takiej powinien oświadczyć, że to, co ci dał, jest jego. W umowie może to brzmieć prawniczo, ale taki jest clue. Ponadto oświadcza, że jeżeli kłamał, to dostanie po tyłku. Po pierwsze, jeżeli cię oszukał, to dostaje karę umowną. Swoim klientom coś takiego w umowy wprowadzam. Pożyteczny jest też zapis, że jeżeli ktoś miałby do ciebie pretensje — ten właściwy twórca — to będziesz mógł przekierować do tego, który cię oszukał i to on będzie się musiał bronić i sądzić. Ty nie masz kłopotów sądowo-logistycznych. Są też inne rozwiązania, ale kluczową metodą jest, żeby twoja relacja z tym człowiekiem dawała ci pewność. Relacja z człowiekiem, na którego liczysz, że cię nie oszuka i dobrym pomysłem jest zmotywować go przy pomocy jakichś kar umownych.

Umawiasz się z kimś przez telefon: proszę o pana tekst. Za trzy dni dostajesz tekst z mojego bloga i później ja do ciebie „wyskoczę z mordą”. Mówisz do tego, który mnie okradł: co to ma znaczyć? A on mówi: nie przypominam sobie, żebyśmy się umawiali, że to ma być moje. Weź teraz, mu to udowodnij! Dlatego polecam umowy, jako coś, co zostaje. Nie muszą to być umowy na kartce papieru, ale lepiej umówić się na Messengerze niż przez telefon, bo coś tam zostaje. Po drugie polecam, żeby jednak zobowiązywać takie osoby. Jeżeli liczymy na to, że to jest jego, to żeby on to zagwarantował i zgodził się brać odpowiedzialność za jakość. Jeśli nie chce brać tej odpowiedzialności, to nabrałbym podejrzeń, że jednak ma tendencję do robienia brzydkich rzeczy. Jeżeli nie miałbym zamiaru kogoś okradać, po to, żeby dać ci ten tekst, to bym się nie wahał zgodzić, że ewentualnie będę cię reprezentował przed sądem, gdyby ktoś miał pretensje.

Dobrym pomysłem jest zmotywować zleceniobiorcę przy pomocy jakichś kar umownych, by cię nie oszukał

W przypadku tekstu wydaje się to dość jednoznaczne. Faktycznie, jak ktoś nie ma nieuczciwych zamiarów, to nie powinien mieć problemu z podpisaniem takiej klauzuli. Rozszerzając to do strony internetowej, gdzie mamy wiele różnych elementów, czy w takim wypadku wystarczy zawrzeć taki zapis, że ta strona ma być oryginalna i w przypadku jakichś roszczeń, dotyczących naruszenia praw autorskich, bierze je na siebie wykonawca? Czy trzeba wyszczególnić, że chodzi o zdjęcia, teksty, jeszcze inne rzeczy?

Pytasz o to, czy można jednym zapisem powiedzieć, że za wszystko się odpowiada, czy trzeba wszystko wylistować?

Tak.

Można jednym zapisem, że za wszystko.

OK, to jest dobra wiadomość.

Taka wyliczanka byłaby ryzykiem, że czegoś się zapomni wymienić i później będzie punktem zaczepienia dla kogoś nieuczciwego. Można zapisać, że zaświadcza, że całość treści dostarczonej jest OK. Jeżeli to będzie dobrze sformułowane, to będzie się w tym mieścić, że bierze odpowiedzialność za grafika, za tego, kto wykonywał zdjęcia, że osoby, które na tych zdjęciach są, wyraziły na to zgodę. Stopień zagnieżdżenia problemu może być szalenie głęboki. Może być tak, że zamówiłeś sobie stronkę, na niej są zdjęcia, o których myślisz, że są stockowe, a na nich jestem ja. Nagle mówię: nie lubię Jankowskiego i nie chcę być na jego stronie. Nawet jeśli cię lubię, to mogę powiedzieć: niech mi za to płaci. Wtedy możesz powiedzieć, że nie ty będziesz płacił, tylko ktoś, kto cię oszukał. Ktoś, kto tworzył stronę i on wziął odpowiedzialności za jakość, również za grafikę i czystość prawną.

Jeżeli kupuję zdjęcia na stocku — stock to takie miejsce w internecie, gdzie można sobie kupić zdjęcia albo jeżeli to są darmowe zdjęcia, to możesz sobie je pobrać i używać — nie jestem w stanie sprawdzić, czy osoba na takim zdjęciu wyraziła zgodę, by na takim zdjęciu być.

Jeżeli ona jest na licencji CC0 — polecam wszystkim Creative Commons 0 — to tutaj jest tak, że osoba, która włożyła to zdjęcie i przedstawia się jako fotograf, również odpowiada za to, że osoba, która jest na zdjęciu, nie powinna „dramatyzować”. Jeżeli nas słuchają twórcy, to mam nadzieję, że wiedzą, że mówię to „pół żartem, pół serio”. To jest taka sytuacja, w której nigdy nie wiesz, czy twoje zdjęcie nie zostanie wykorzystane w kontekście, którego sobie nie życzysz. W ekstremalnych przypadkach — a słyszałem o takich — człowiek szedł sobie po ulicy i nagle się okazało, że jest twarzą prezerwatyw. Nie jest to coś, co było jego marzeniem. Jesteś na imprezie, ktoś zrobi ci zdjęcie z wódką i nagle jesteś twarzą pornosów. Nie jest to coś, czego chciałbyś. Załóżmy, że jesteś to ty, czy ja — obaj pozycjonujemy się poważnie — jest takie ryzyko, to są oczywiście skrajne przypadki, ale może się zdarzyć, że możemy sobie tego nie życzyć.

Najbardziej kluczowym jest, żeby doprowadzić do sytuacji, w której będzie świadomość, jak sytuacja się przedstawia. CC0 jest tutaj najlepszym rozwiązaniem, nazywanym potocznie „dupochronem”. Mam na ten temat wpis na blogu. To niekoniecznie musi być skorzystanie ze stocka. Google też nie jest aż taką tragedią, tylko trzeba Google w odpowiedni sposób powiedzieć, że to jest zdobywane w takim celu. Mam na myśli sytuację, w której wpisujesz sobie w Google „okulary”, to pojawią ci się okulary i Google zakłada, że chcesz się dowiedzieć, jak one wyglądają. Jeśli chcesz ich użyć, to musisz poświęcić jeszcze dwa-trzy kliknięcia na to, żeby powiedzieć: znajdź mi takie okulary, które mogę wrzucić na ulotkę. Da się to zrobić przy pomocy Google. Na moim blogu jest krótka instrukcja, czyli kilka kliknięć, które pozwolą doprowadzić do sytuacji, w której jesteśmy pewniejsi, że zdjęcie nie generuje ryzyka.

Problem, jaki mam ze zdjęciami CC0, to jak szukałem zdjęć do wykorzystania komercyjnego, gdzie autor nie rości sobie żadnych praw, to równie dobrze mogłeś wpisać: najbrzydsze zdjęcia w sieci. Wyskakuje straszny chłam.

Jest fanpage, który na swoich szkoleniach polecam — Twarz Polskiej Reklamy. Widnieje tam Dunka, a nie Polka — Emma Wang Hansen. Jeśli ją zobaczysz, to uświadomisz sobie, że faktycznie szalenie często ją widujesz. Jest na okładkach książek, na ulotkach, na stronie ZUS-u, dlatego, że to jest pierwszy wynik, kiedy ktoś wpisuje: chcę zobaczyć uśmiechniętą blondynkę. Z tego powodu, to jest drugie ryzyko zdjęć stockowych — często się powtarzają. Zdarzyło mi się tak, że ucieszyłem się w pierwszym spojrzeniu — znam tę fotkę, chyba ktoś zalinkował mój wpis — a to nie był mój wpis, tylko ktoś użył tej samej fotki. Odpowiedzią na obie rzeczy — to, co ja powiedziałem i to, co powiedziałeś ty — będzie fakt, że dużo osób nie zdaje sobie sprawy, jak wiele jest tych źródeł zdjęć stockowych. Korzystasz zapewne z czterech podstawowych, a to nie są monopoliści. Na stronie DailyWeb jest lista osiemdziesięciu tego typu stron. Niektóre są nawet specyficzne, to znaczy jest taki stock, na którym są tylko zdjęcia osób czarnoskórych. Jeżeli ktoś organizuje szkolenie, to bardzo często widzę ten sam obrazek, który jest pierwszym wynikiem po wpisaniu po angielsku słowa umowa, czyli contract. Róg kartki i ładny długopis. Przynajmniej tyle, że nie ukradli [śmiech]. Nie sprawdzili drugiego, trzeciego wyniku, już im się nie chciało, a mógł to być obrazek — umowa podpisywana przez pana w garniturze — którego nigdzie jeszcze nie widziałeś.

Ludzie nie zdają sobie sprawy, jak wiele jest źródeł zdjęć stockowych

Tak, można się wysilić i poszperać. Mówiłeś o „jajku wielkanocnym”, które zaszyłeś w swojej polityce prywatności. To jest coś, o co chciałam zapytać. Część z nas nie ma problemu z napisaniem zwykłego tekstu, czy oferty na stronę — każdy jakoś to zmęczy — a napisanie polityki prywatności, regulaminu strony albo innego podobnego dokumentu to już jest duże wyzwanie. Wtedy mamy większą niż zwykle pokusę do tego, żeby oprzeć się na jakimś szablonie. Niedawno zakładałem spółkę z o.o. przez internet — polega to na tym, że wybierasz punkty, które chcesz i robi się z tego umowa spółki. To jest szablon.

Tak, ja też to robię.

No właśnie. Jeśli chcę skorzystać ze wzoru jakiegoś dokumentu — nie mówię tu o bazie wzorów, z której pobieram sobie wzór umowy zlecenia — tylko widzę u kogoś na stronie politykę prywatności i jest jasne, że ją przerobię, bo wstawię swoje dane, być może coś jeszcze delikatnie zmienię, ale niewiele, żeby nie straciło swoich prawniczych walorów, to czy mogę coś takiego zrobić? Czy taki dokument prawny też jest chroniony prawem autorskim?

Tak, też jest, bo to jest utwór. Byłbym w stanie wykazać, że to jest utwór — zwłaszcza przy mojej polityce prywatności. Właściwie jestem przekonany, że nikt przede mną takiej nie miał, ze względu na to, że jest bardzo specyficzna i wykonana pod moją działalność. Dodatkowo jestem osobą, której się patrzy na ręce, ze względu na to, że uczyłem o RODO. To był też temat naszego ostatniego spotkania. Myślę, że ze względu na to mam wiele wejść na politykę prywatności na swojej stronie. Jestem realistą, że nie wynika to z tego, że wszyscy są szalenie zainteresowani, tylko pewnie sobie trochę tam kopią. Gdybym chciał, to mógłbym ich ścigać i prawo byłoby po mojej stronie. Po drugie — nie mówię tego dlatego, żeby moi koledzy po fachu byli mi wdzięczni — tylko naprawdę jest tak, że trzeba to jednak zindywidualizować. Trafnie wskazujesz, że trochę zmieniam, ale więcej się boję, bo nie rozumiem tego. To są najbardziej ryzykowne punkty. Na mojej polityce prywatności pojawiają się takie podmioty jak czytelnik, klient, potencjalny klient. To, co ich odróżnia, jest zdefiniowane. Czytelnikiem jest ten, kto wchodzi. Potencjalnym klientem jest ten, który zapyta: ile to kosztuje. Klientem jest ten, dla kogo coś świadczę. Być może u innych to się pokrywa, ale nie wszystko. Największy ból, jaki widzę, to jeżeli ktoś sobie skorzysta z jakiegoś regulaminu — z gotowca — robi usługi, wizyty u siebie, a regulamin zawiera sformułowania takie jak przy sprzedaży towarów, jak na przykład: możemy ci odesłać, możemy się umówić, że jak masz reklamację, to wyślesz. Bał się usunąć, bo myślał, że to musi być, a to nie jest dla niego.

Niedawno prowadziłem zajęcia w Wyższej Szkole Bankowej w Trójmieście i zostawiłem w grupie swobodę na ostatnią godzinę, którą kwestię chcemy poruszyć i grupa wybrała, żeby sobie spojrzeć na temat regulaminu w e-commerce. Czy ktoś z państwa zna jakiś zły regulamin, to będę się go czepiał. Jedna odważna pani powiedziała: dobra, wchodzimy na moją stronę, wiem, że regulamin jest zły i nie ukrywam, że go kopiowałam. Jestem tej pani bardzo wdzięczny za odwagę, bo później mocno się nasłuchała, dosłownie do każdego paragrafu miałem uwagę, mówiłem, dlaczego jest źle i grupa się ze mną zgadzała. Niejednokrotnie grupa znajdowała jeszcze kolejne błędy. Znajdowałem połączenie z poprzednim paragrafem, które sobie nawzajem przeczyły, a grupa znajdowała jeszcze kolejny, który też przeczył poprzednim. Gdyby nie to, że ta pani miała do siebie dystans, to by się zapłakała. Gwarantuje to. Zrobiła taki dziwny miks. Powiedziała, że ma wrażenie, że ze wszystkich chciała wziąć po trochu to co najlepsze, a powybierała to co najgorsze [śmiech].

To jest dobra metoda na tworzenie regulaminu — wybiorę co najlepsze. Taki prawniczy „szwedzki stół” [śmiech].

Każdy myśli, że tak zrobi, a później wjeżdżam ja. Pani za odwagę została nagrodzona tym, że teraz wie, co w jej regulaminie jest źle. Wracając do tych zajęć, to nie było tak, że chciałem się popisywać przed grupą. Wcześniej opowiedziałem o tych rzeczach stricte teoretycznych, czyli co w regulaminie powinno się znajdować. Ale moja obserwacja jest taka, że na takich szkoleniach, czy zajęciach, teamwork wygląda tak, że jedna grupa to jest team, a druga to work. Nie podoba mi się taki podział. Zapytałem, czy chcą napisać, czy zrobimy sobie na rzutniku „czepialstwo”. Wybrali „czepialstwo”. Ofiara znalazła się dobrowolnie [śmiech]. Nie byłem z tą panią umówiony, tylko naprawdę wykazałem, że nie da się pojechać na gotowcu. Gotowce albo mają za mało, bo są na tyle ogólne, że nie poruszają pewnych kwestii albo gotowce mają inną specyfikę, z innej branży, a my nie zdajemy sobie z tego sprawy, bo tego nie rozumiemy.

Gotowe dokumenty prawne są na tyle ogólne, że nie poruszają szczegółowych kwestii

Wspomniałeś o e-commerce i to jest dobry punkt zaczepienia. W e-commerce mamy do czynienia ze zdjęciami produktów. Na zdrowy rozum, jeżeli jest producent, który coś wytwarza i są zdjęcia tego produktu, które ten producent wrzuca do sieci, to ja jako sklep, jeżeli użyję tych zdjęć, nie robię absolutnie niczego złego. Pomagam temu gościowi, który to wyprodukował i te zdjęcia do sieci wrzucił, sprzedać ten towar. Wolno mi, czy nie wolno?

To zależy od twojej relacji z tym producentem. Zakładam, że jesteś dystrybutorem, hurtownikiem.

Hurtownikiem lub sklepem internetowym.

Skądś dostałeś te zdjęcia i to zależy od tego, czy on ci pozwolił. Na jego miejscu, pozwoliłbym ci. Właśnie z tego powodu, o którym powiedziałeś przed chwilą. Ale jest takie ryzyko, że on te zdjęcia nabył od swojego fotografa i zapłacił mniej fotografowi.
Fotograf to jest trochę inny temat. Nawiązuję umowę z fotografem, który mówi: to zdjęcie, które zrobię, będzie mogło być na butelkach wody. Ale jeżeli zacznę używać go jako zdjęcie w tle na Facebooku albo jeżeli zacznę wrzucać je na billboardy, to prawdopodobnie fotograf nie będzie zadowolony, bo pomyśli sobie: gdybym wiedział, to zażądałbym więcej kasy. To są pola eksploatacji, w które wpisuje się więcej, niż potrzeba, „na zapas”, żeby się nie zaskoczyć i nie musieć renegocjować umowy po fakcie. Kiedy się renegocjuje po fakcie, to fotograf ma mocną pozycję. Wracając do tego, o czym mówiliśmy przed momentem, to wyobraźmy sobie, że jako producent sprzętu elektronicznego nawiązałem taką umowę z fotografem, on się zgodził na to, że zdjęcie będzie na mojej stronie, ale nie przypomina sobie, żeby mogło być na innych. Nagle widzi zdjęcie na innych stronach i ma pretensje do mnie. Mogę się bronić, że tamtym nie pozwoliłem i przerzucamy tego fotografa i jego roszczenia dalej.

Dobrze, a jeżeli sprzedaje towar tak szlachetny jak książki. Zdjęcie okładki książki — tego się nie da zrobić inaczej — masz płaszczyznę i robisz zdjęcia, to jest jak skan. Czy to też jest chronione prawem autorskim?

Nie dajmy się zwariować. Są pewne luki. Jeżeli na swoim blogu recenzowałbym film, to mogę zastosować plakat. Propagowany plakat. Pisałem na swoim blogu o filmie „Bohemian Rapsody”, ale nie użyłem plakatu. Kilka razy też na swoim blogu polecałem jakieś książki — co prawdopodobnie będzie się powtarzać, bo zamierzam więcej napisać o książce, którą czytam — być może zrobię im fotkę. To nie jest aż taki dramat. Ale bądźmy ostrożni. Wkraczamy tutaj w kwestię prawa cytatu. Czy chcesz o tym pomówić?

Jeżeli na swoim blogu recenzowałbym film, to mogę zastosować plakat

Tak, jasne. Wprowadzę cię w taki sposób, że mam często pytania od ludzi, którzy zaczynają nagrywać podcasty i chcieliby, żeby te podcasty był atrakcyjne, więc pytają: czy mogę wrzucić kawałek Pink Floyd? Ile mogę sekund? Każdy mówi, że coś słyszał, coś się obiło o uszy, że to tylko cytat, to tylko taki mały fragment.

Mam nadzieję, że to wybijasz z głowy.

Tak, wybijam.

To dobrze. Gdybyś tego nie robił, to najpierw ja musiałbym tobie wybić, a później miałbyś parę rozmów do nadrobienia [śmiech].

W Polsce prawo cytatu to jest artykuł 29. prawa autorskiego. Na jakich warunkach można cytować? Najprostszą odpowiedzią jest, że widać, że jest to cytat. W tekście wygląda to tak, że jest cudzysłów i jest napisane, że to jest cudze oraz czyje to jest. Często zdarza się o tym zapominać, że ten cytat powinien być zastosowany w naszym utworze w jakimś celu. Ten cel może być jednym z czterech: nauczanie, wyjaśnianie, analiza krytyczna i prawa gatunku twórczości. Dwa ostatnie brzmią mniej przejrzyście, ale chodzi o to, że jeżeli na swoim blogu mam nagranie, swój film na YouTubie, w którym wykazuję, że w piosence Prodigy pojawia się zsamplowany utwór Rage Against The Machine, to najpierw puszczam fragment oryginalny, dla porównania puszczam oba i pokazuję, jak zostało to zrobione. Następnie tłumaczę, dlaczego mogli to zrobić — na jakiej zasadzie to zapożyczyli. Wracając do wyroku i cytatu, że „Baśka nie miała fajnego biustu” — wszyscy wiedzą, do jakiej piosenki to nawiązuje, ale gdybyś obrabiając materiał, zafundował wstawkę z oryginału, to moglibyśmy to zrobić, bo nie byłoby to użyte w celu zrobienia kariery, tylko wyjaśnienia i nauczenia. Analiza krytyczna to sytuacja, w której napiszesz coś u siebie na stronie, a ja się z tobą nie zgadzam. Nie robię hejterskich komentarzy, tylko piszę na ten temat u siebie z kulturą. Czasem widuje się takie rozmowy.

Cytat w naszym utworze powinien być zastosowany w jakimś celu

Taka polemika.

Tak, polemika. Powstaje nowy wpis i nowy utwór, który korzysta z twojego utworu. Wygląda to w ten sposób: Marek u siebie na blogu mówi, że… i dodajemy dwa zdania od ciebie. Tutaj się z Markiem zgodzę, ponieważ to i to. Warto dodać, że Marek podał dwa argumenty, a ja widzę jeszcze trzeci i czwarty. W następnym akapicie Marek mówi, że… — dodaję dwa zdania od ciebie. Tutaj Marek nie ma racji, bo… — zdanie ode mnie. Tym sposobem powstaje nowy utwór. Dodałem coś od siebie, a to, że cytowałem ciebie, było potrzebne dla pewnego linkowania, w takim znaczeniu, żeby nie musieć dosłownie na siłę przekształcać twoich fragmentów w inne, tylko żeby to wyglądało.

Zwłaszcza że gdybyś zaczął przekształcać, to może się okazać, że coś przeinaczysz i straci sens.

Masz rację. Zostaje nam prawo gatunku twórczości, czyli przebranie czegoś w ten sposób, że nasz utwór wygląda jak parodia, karykatura. Fredro napisał trzynastą księgę „Pana Tadeusza”, czyli „Noc poślubna Tadeusza i Zosi”. Gdyby pan Adam Mickiewicz miał pretensje z tego tytułu, to Fredro by się wybronił. Zakładając optymistycznie, że obaj by teraz żyli i obejmowałaby ich ustawa z 1994 roku. Wybroniłby się w ten sposób, że aby sparodiować ten utwór, musiał nazwać go trzynastą księgą. Musiał zastosować ten sam specyficzny sposób wierszowania. Musiał pożyczyć postacie — Tadeusza, Zosię i wszystkich pozostałych. Gdybym chciał przedrzeźniać jakąś piosenkę, to melodia też pozostanie z pierwotnej wersji, a tekst będzie prześmiewczy. Niektóre rodzaje twórczości od początku muszą korzystać z innego utworu, bo na tym polegają. To jest ta czwarta okoliczność uprawniająca nas do cytowania. Dodam jeszcze, że to, o czym wszyscy twoi pytający mówią, że można dodać kilka sekund, to są wszystko mity. Nie ma nigdzie w żadnych przepisach tego typu sformułowań — ile proporcjonalnie ma być tego zapożyczenia. Ma to być rozsądne. Nie może być tak, że zrobię analizę krytyczną twojego tekstu — namęczyłeś się i napisałeś dziesięć akapitów — a ja wziąłem to do siebie na bloga i napisałem na koniec: ma gość rację. Jest tutaj analiza krytyczna i cytowanie, ale proporcję są absolutnie zaburzone.

Nie ma w przepisach sformułowań, ile proporcjonalnie może być zapożyczenia

Pierwszą koniecznością, jaką podałeś, była edukacja i nauczanie. Zawsze jako przykład podaję tutaj Arlenę Witt i jej kanał „Po cudzemu”. To jest książkowy przykład tego, jak to się powinno robić. Arlena nauczy angielskiej wymowy, posługując się fragmentami książek i filmów — przywołuje fragmenty po to, żeby nauczyć ludzi właściwej wymowy.

Myślę, że tutaj twórcy nie powinni mieć do niej pretensji, a jednocześnie swoją drogą propaguje ich popkulturę. Naprawdę robi im dobrą robotę.

Jeszcze jedno pytanie. Kiedy już cytuję — bo powiedziałeś, że ten cytat powinien być zaznaczony jako cytat — czy są jakieś wymogi co do tego? Jeżeli cytuję piosenkę, to muszę podać kompozytora, a jeżeli film to reżysera? Czy jest to jakoś uszczegółowione? Jakie informacje, dotyczące oryginalnego dzieła, muszę podać, cytując to dzieło?

Przede wszystkim, potrzebne jest zaznaczenie, że nie jest to twoje dzieło. Głównie chodzi o to, by to nie było pozorne. Odpowiadając na główną część twojego pytania, to wygląda tak, że jeżeli puściłbyś kawałek Wilków, to pewnie zrobiłbyś tak, że powiedziałbyś: teraz przerywamy, aby puścić trzysekundowy kawałek piosenki „Baśka” autorstwa Wilków. Tyle. Czy trzeba dodać, że akurat jest tam Robert Gawliński, bo on zapewne w większości piosenek Wilków jest autorem tekstów i muzyki? Nie dajmy się zwariować. Kluczowe jest to odróżnienie, gdzie jest jasne, że to nie należy do ciebie. Analogicznie przy reżyserze, gdybyś miał cytując, podać wszystkich twórców filmu, to byłoby ciężko. Nie bez powodu napisy końcowe są dość długie. Tych twórców jest dużo. Skąd mamy wiedzieć, że ta granica ma być po dwóch minutach, czy po dziesięciu. Głównie chodzi o tytuł, że to jest kadr z filmu takiego i takiego. Można dodać, że w reżyserii kogoś albo na kadrze widać tego i tego aktora. Ale kluczowe jest to odróżnienie.

Dobra. Mam jeszcze jeden trochę niejednoznaczny wątek. Jeżeli chodzi o odwzorowywanie, na ile ono jest dozwolone? Co rozumiem przez odwzorowywanie? Na samym początku powiedziałeś, że nie można zastrzec pomysłu. Jeżeli widzę jakieś zdjęcie albo jakąś grafikę, a później sam wykonuję podobne zdjęcie, taki kadr, taka sama kompozycja, to samo jest na zdjęciu, ale ja to zrobiłem. Albo jest jakiś rysunek i ja ten rysunek własną ręką odrysowuję — wolno mi, czy mi nie wolno?

W zasadzie wolno, ale zdarzają się wyroki, które temu przeczą. Nie w Polsce co prawda, ale nigdy nie wiesz, czy nie trafi to ostatecznie pod sąd zagraniczny. Znane jest zdjęcie na moście w Londynie, gdzie całe zdjęcie jest czarno-białe, a pośrodku znajduje się czerwony autobus. Zrobiono drugie takie zdjęcie, mniej więcej z tego samego miejsca, ale ułożenie było trochę inne. Pierwotni twórcy wykazali, że jest to jednak zbytnie zapożyczenie. Gdyby to miało pozostać w mojej decyzji, to byłaby ona negatywna, ale trzeba się dopasować i zaznaczam, nie był to sąd w Polsce. Podobnie piosenka Blurred lines, nie wiem, czy wszyscy ją znają, ale jest tam charakterystyczny fragment, który każdy najbardziej kojarzy — takie hej, hej, hej.

Tytułu nie kojarzyłem, ale twoje wykonanie jest genialne. Właśnie dokonałeś odwzorowania — strzeż się [śmiech].

Dokładnie. Teraz pytanie, czy to było cytowane? Powiedziałem Blurred lines, czyli prawo cytatu. Ta piosenka inspirowała się — jak to stwierdzili twórcy — groove, nie melodią, a perkusją z innej piosenki, gdzie zapożyczyło się ten charakterystyczny sposób gibania się. Pierwotny twórca wygrał z twórcami piosenki i zmuszeni byli do płacenia za to, że skorzystali ze zbyt wielkiego zasobu.

Moim ulubionym case’em jest Nowa Zelandia i piosenka Lose Yourself Eminema. Jedna z firm zrobiła sobie bardzo podobny utwór, specjalnie do swojej reklamy. To będzie bardzo indywidualne, czy uważamy, że już przesadzili, czy nie. To, co mi się najbardziej podoba — to jest jeszcze nierozstrzygnięte — że jest na YouTubie nagranie, jak ci wszyscy mecenasi w oficjalnych ciuchach mówią: posłuchajmy. Leci Eminem i wygląda to szalenie śmiesznie. On krzyczy, rapuje, przeżywa, a oni są niewzruszeni. Tutaj znów jest ten problem, że utwór w reklamie jest nowy. Na pewno jest nowy, to nie jest tak, że zabrali coś od Eminema, ale jest zbyt podobny. Jest ryzyko, że prawnicy Eminema powiedzą, że to jest przesada i udowodnią to. Trochę się rozgadałem, ale chciałem pokazać, że takie odwzorowanie — typu podobne zdjęcie, podobna piosenka — nie powinno być źródłem kłopotów, ale jako osoba, która śledzi temat i pasjonuje się nim, zaobserwowałem, że zdarzają się jednak sytuacje, w których ta granica jest coraz bardziej przesuwana w kierunku ochrony.

Jest jeszcze taki wątek, że to nie zawsze musi być naruszenie praw autorskich, które uzna sąd. Ale jest coś takiego w internecie, że kiedy marka A jest naśladowana przez markę B, zwłaszcza jeżeli marka B jest większa i potężniejsza, to marka A cierpi. Ostatnia sprawa Pica Pica i W.Kruka, gdzie było bardzo dużo przykrych słów pod adresem Kruka, że wzorował się mocno na pomyśle, który nie należał do niego.

Z tego, co wiem, stanęło na tym, że W.Kruk spotkał się z pierwotnymi srokami. Nie jest wprost powiedziane, na czym stanęło. Przypuszczam, że stanęło na tym, że umówili kolejne spotkanie. Tak jest w praktyce najczęściej, że nie kończy się na jednym spotkaniu. Mam nadzieję, że dojdzie do porozumienia. Często jest tak, że straty prawne nie są aż tak straszne, ale jest duże ryzyko w zakresie PR-owym, medialno-wizerunkowym. Nie raz jest tak, że ten większy może mieć kłopot. Branża modowa jest najeżona inspiracjami, które można określić jako zbyt duże. Przekleństwem małych, lokalnych twórców modowych, którzy sprzedają swoje produkty przez internet, jest Zara, która później nagle te rzeczy wrzuca do kolekcji. Właśnie z tego powodu mali twórcy modowi nie przepadają za Zarą. Jest takie ryzyko, że tworzysz sobie coś niedużego, jakąś linię ubrań i nagle ci duzi to mają. Jak to teraz udowodnić? Branża modowa jest źródłem tych inspiracji i zapożyczeń.

Często jest tak, że w przypadku podejrzenia o naruszenie praw autorskich straty prawne nie są aż tak straszne, ale jest duże ryzyko w zakresie medialno-wizerunkowym

Jest jeszcze jeden wątek, który może się wydawać taki totalnie oczywisty, a z drugiej strony coraz częściej pojawiają się o to pytania — chodzi o udostępnianie treści w mediach społecznościowych. Skupmy się na Facebooku, bo tam przycisk „udostępnij” jest, od kiedy pamiętam, czyli od zawsze. Udostępnianie jest jednym z podstawowych mechanizmów Facebooka. Czy powinniśmy się czasami powstrzymać przed kliknięciem?

Raczej nie. Ten ktoś, kto wrzucił coś na Facebooka, zgodził się na to, akceptując regulamin. Wiadomo, że każdy wchodząc na Facebooka, czyta regulamin. Skoro czytałeś, to na pewno widziałeś [śmiech].

Jasne, że tak.

Więc na pewno wiedziałeś, że liczysz się z ryzykiem, że jak coś wrzucisz na Fejsa, to — mówiąc potocznie — rozniesie się. Zdarza się tak — można by mnożyć przykłady — gdzie ktoś miał zamiar zrobić nieduże zdjęcie, lokalne, a rozniosło się na cały świat. Ostatnio sam wziąłem udział w wydarzeniu, które ktoś udostępnił i zapomniał ustawić jako prywatne, był to puchar świetlicy w skokach narciarskich na komputerze — pewnie miało być piętnaście osób, a jest tam nas już tysiące. Trzeba się z tym liczyć. Wracając do share’owania: twórca, czy rysownik liczy się z tym, że jeżeli wrzuci coś na Fejsa, to ludzie będą to share’ować. To jest OK, ponieważ zachowana jest łączność z nim. Dzięki mechanizmowi share’owania można spojrzeć na pierwotne źródło. Natomiast nie jest w porządku sytuacja, w której skorzystałbym z twojego obrazka, czy twojego tekstu wrzuconego na Fejsa, stosując swój dysk albo schowek. Jeżeli zastosowałem swój dysk albo schowek, to znaczy, że sprawiam wrażenie, jakby to było moje. Nie robi tutaj aż takiej różnicy, że na obrazku jest podpis twórcy. Niekoniecznie podpis twórcy oznacza, że będzie można znaleźć jego fanpage. Nawet nie wystarczy, jeżeli tego twórcę otagujemy, bo nadal to nie jest to samo, twórca nie będzie mógł się pochwalić zasięgami.

Wyobraźmy sobie taką sytuację, że ja jestem rysownikiem — gdybyś widział moje rysunki, to byś nie uwierzył — ale przychodzi do mnie ktoś i mówi: panie Tomaszu, fajnie pan rysuje, widzimy, że ma pan zasięgi, więc chcielibyśmy, żeby pan narysował następny obraz przy pomocy naszego tableta i napisał o tym. Ile pan sobie za to życzy? Jakie pan ma zasięgi, to zobaczymy, czy to mieści się w naszych budżetach. Myślę, że wiele osób wie, że tak wyglądają rozmowy o współpracy w internecie. Jak wrzucę taki obrazek to dziesięć osób share’uje, a pięćdziesiąt ukradnie. Druga strona mówi: nas to nie obchodzi, ile osób ukradnie, pan tę liczbę mógł sobie wziąć z kosmosu, nas interesuje te dziesięć. Teraz mogę zażądać mniej, bo mój zasięg jest mniejszy, mimo że wiem, że obrazek hula aż miło. Tak naprawdę o to tutaj chodzi, żeby nadal ten twórca mógł zarabiać — spieniężać i monetyzować te zasięgi. Czyli, żeby poprzez to, że coś znalazło się naszym dysku, nie doprowadzać do sytuacji, w której pozbawiamy go jego praw.

Może być jeszcze jeden kontekst, który jest sytuacją autentyczną, ale nie będę mówił czyją. Pojawił się fragment tekstu pewnego blogera obok produktu, tak jakby on ten produkt reklamował. Co absolutnie nie miało miejsca, a na dodatek ten bloger współpracował z konkurencyjną firmą. Zmniejsza to jego wiarygodność przed czytelnikami, przed firmą, z którą ma stałą współpracę. Nagle wychodzi na gościa, który mówi: odwidziało mi się albo więcej zapłacili, to jestem teraz po ich stronie. W jego imieniu pisałem pismo do tamtej firmy, uświadamiając problem. Był happy end, firma zrozumiała swój błąd i dogadali się. Nie tylko jest tak, że nie share’ując kogoś, możemy go nadużyć pod kątem praw autorskich, ale może być tak, że zacytujemy kogoś i nagle okaże się, że znalazło się to w kontekście, który mu szkodzi. Wtedy to już nie jest temat praw autorskich, tylko naruszenia dóbr osobistych i wizerunku, czy marki osobistej.

Przypomniałeś mi taki przypadek, który od czasu do czasu widuję wśród rozmaitych blogerów, związany z naśladownictwem, o którym mówiliśmy wcześniej. Pojawia się jakiś mem, jakiś śmieszny obrazek, ktoś bierze treść tego mema, wrzuca swoje tło ze swoim logo i wypuszcza dalej w świat. Ciężko znaleźć autora takiego mema, tak samo, jak nie ma autorów dowcipów. Nie wiemy, kto wymyślił dowcip. Co z taką twórczością, w zasadzie niczyją?

Tutaj dobrze wykazać, że dążyliśmy do tego, żeby taką osobę ustalić. Często trzeba wziąć pod uwagę to, że nie wiemy, czy osoby przedstawione na tych memach, tego sobie życzą. Był taki pan, który był obiektem memów, jako taki typowy Polak. Wąsaty pan, który pojawiał się na tle biało-czerwonej flagi. Internet zrobił mu krzywdę, bo to był prawdziwy człowiek, którego zdjęcie zostało wykorzystane bez jego zgody. Pracował w służbach mundurowych i doszło do tego, że ludzie go kompletnie nie szanowali. Dlatego też ostatnio takim typowym Polakiem jest jednak małpka. Małpce nie zaszkodzi, że buja się po świecie. Na wielu memach są osoby, których zdjęcia są pobrane ze stocków. Nigdy nie wiemy, jak one mogą zostać użyte. Dotyczy to również znanych osób, jak Natalia Siwiec, których zdjęcia były tam, zanim one stały się znane, a teraz próbują to odkręcić.

Pamiętam. Chodziło o taki preparat, który niekoniecznie może być powodem do chluby.

Dokładnie. Nie bardzo było co zrobić, bo zdjęcie było do powszechnego zastosowania. Z memami może być właśnie taki kłopot, dlatego zalecałbym ostrożność. Pomysł, który sprawia, że weźmiesz sobie mema i namalujesz swoje logo, jest słaby. Jeżeli to jest cała twoja praca wykonana w tym kontekście, to lepiej zaszalej w oryginale. Na to nakłada się taka tendencja — pozwolę sobie zastrzec, że to, co teraz powiem, to nie są przepisy tylko wyroki unijne, które najprawdopodobniej jak to zwykle bywa, staną się przepisami, ale musimy im dać trochę czasu. Gdyby się zdarzyło, że Jacek wrzuca w internet coś nielegalnego, przykładowo na Twittera, to oczywiście naruszył prawo tego twórcy, ale jeśli ty to retweetujesz, to miałeś prawo zakładać, że ja nie broiłem. Bardziej opłacalne jest share’owanie, bo jesteś bezpieczniejszy. Jeżeli ktoś pierwotny nabroił, to ty tylko wziąłeś od niego. Gdybyś ode mnie ukradł to, co ja ukradłem, to kto będzie to rozstrzygał? Tutaj pewnym ratunkiem jest mechanizm share’owania z dwóch powodów — jest ratunek, kiedy ja coś nabroiłem, a ty wziąłeś ode mnie i jest ratunek ode mnie, jeżeli miałbym być niezadowolony, że dzielisz się czymś w internecie, to mówię po to wrzuciłeś na Facebooka, żeby móc się tym dzielić.

Share’owanie jest bezpieczniejsze, bo nie naruszasz prawa twórcy

Trochę inną odmianą share’owania, czy udostępniania jest osadzanie, czy po angielsku embedowanie na swojej stronie internetowej. Jest film z YouTube, biorę stamtąd kod i wstawiam na swoją stronę internetową, i można ten film zobaczyć u mnie na moim blogu. Czy tutaj też trzeba być ostrożnym, bo można czyjeś prawa niechcący naruszyć?

Nie, ponieważ nadal jest to na serwerze YouTube’a. Dopóki nie korzystamy z rozwiązań typu — ściągnij magiczny konwerter — który ściągnie filmik z YouTube na twój dysk, a ty włożysz go u siebie jako swój. To nie jest przypadek, że YouTube nie ma tej funkcji. Te konwertery są podejrzane. YouTube na nowo kolejne niszczy i to będzie nieustający wyścig. Gdyby YouTube chciał, żebyśmy mogli sobie ściągać film, to by nam to umożliwił. On tego nie chce, ponieważ, tak jak to nazwałeś fachowo, chce być embedowany. Embedowanie nie musi dotyczyć YouTube’a. Nasze ostatnie spotkanie — za twoją zgodą — pozwoliłem sobie embedować u siebie na blogu. Mam nadzieję, że i z tym się zgodzisz.

Tak, zgadzam się. Ale właśnie, czy musiałeś pytać?

W zasadzie nie musiałem, ale zobacz już mam to nagrane. Chyba że to wytniesz [śmiech]. Najprościej jest zapamiętać:

— linkowanie — OK
— share’owanie — OK
— embedowanie — OK.

Podejrzane jest to, co zalega na twoim dysku, czy w schowku.

Dobra. Na koniec proszę o złote rady dla ludzi, którzy chcieliby spać spokojnie i mieć spokojne sumienie. Wypuszczają różne rzeczy do internetu, bazują na współpracy z różnymi osobami — tak jak powiedziałeś wcześniej — nigdy nie możemy mieć 100% gwarancji. Nawet jeżeli sam coś stworzę, to też nie mam gwarancji, czy podświadomie się czymś innym nie zainspirowałem na tyle mocno, że ktoś mi zarzuci plagiat. Ale do siebie można mieć trochę większe zaufanie, chociaż to różnie z tym bywa. Poproszę złote rady dla osób, które chciałyby spać spokojnie i nie martwić się tym, że naruszają cudze prawa autorskie.

Jeżeli korzystasz z czyjegoś pośrednictwa, zadbaj o to, żeby z waszej relacji wynikało, że on ponosi odpowiedzialność — problem atakującego cię twórcy, bierze na siebie. To, że twórcy atakują, to jest ich prawo. Dobrze wiedzieć, że w razie potrzeby, to nie jest twój problem, bo ty nie chciałeś nikogo skrzywdzić. Jeżeli z kimś współpracujesz, umieść odpowiednie zapisy w umowie i przede wszystkim miej umowę. Jeżeli dzielisz się czymś przy pomocy portali społecznościowych, to nie jest to przypadek, że one mają określone guziki — z tych guzików korzystaj. Ostrożnie z tym, że wrzucisz sobie coś ze swojego dysku. Ostrożnie z tym, żeby nie zdarzyło ci się ściągnąć coś z YouTube’a, chociaż tej możliwości oficjalnie nie ma. Ostrożnie z tym, żeby nie repostować na Instagramie, on nie ma możliwości share’owania. Jeśli share’ujesz coś na Instagramie, to jest wtyczka, której Instagram nie popiera. Jeżeli chodzi o cytowanie, to zdawaj sobie sprawę, że w cytowanym fragmencie nie wystarczy powiedzieć: fajne cztery takty piosenki, słyszałem, że cztery takty są OK.

Cytowanie musi być w jakimś ściśle określonym celu i to nie jest tak, że możesz to wprowadzić jako urozmaicenie. Zdawaj sobie sprawę, że o takie cytowanie niejednokrotnie nikt się nie czepi, bo co to za problem, że gdzieś jakiś fragment programu telewizyjnego zastosowałem u siebie na kanale, na YouTubie po to, żeby był przerywnikiem i powiedziałem, skąd ten fragment pochodzi. Może nawet lepiej dla tych ludzi, że tam sobie klikniesz. Ale wiedz, że ryzyko jest zawsze. Często jest tak, że to prawo autorskie jest demonizowane. Pojawia się najczęściej, jak już jest afera, a w wielu przypadkach wystarczyłby zdrowy rozsądek. W wielu przypadkach można się kogoś poradzić, zapytać. Można skierować się do mnie. Postaram się pomóc i rozstrzygnąć. Ale nie dajmy się zwariować, bo najczęściej jest z plagiatem tak, że jakaś firma spuściła prawników z kagańca i my już biegniemy, szczekamy, gryziemy. Nie dziwię się, że ludzie nie lubią prawników, jeśli się o nas tak mówi. Może być tak, że pomyślisz i prawnika zastosujesz „z góry”, zanim będą jaja.

Cytowanie czyjegoś utworu musi być w jakimś celu, ten cel jest ściśle określony

Ze swojej strony mogę dodać, że jeżeli masz możliwość kontaktu z twórcą internetowym i zapytać wprost, czy zgadza się na udostępnienie fragmentu jego twórczości — to zrób to. Jeżeli powie ci, że tak, to super. Jeżeli powie, że nie, to też super, bo nie popełnisz żadnego przestępstwa, żadnego wykroczenia. Będziesz wiedział, że tego nie wolno użyć i już. Nie zawsze jest tak, że każdy, kogo zapytasz, od razu powie: dobra, to jest faktura na pięć tysięcy. Jeżeli powie, to zawsze możesz powiedzieć: nie, dziękuję.

Warto sobie zdawać sprawę, że w zdecydowanej większości przypadków rzeczy w internecie są niczyje. Ale wiele rzeczy jest czyjeś i te osoby, wolałyby mieć kontrolę i wiedzę nad tym, gdzie ich treści lądują. Można spytać i to już niejednokrotnie wystarczy, bo ta osoba powie: dobra, spoko. Mnie też tak się zdarza. W jednym wystąpieniu stosowałem rysunek Kasi Gabrysz — Rynn Rysuje — najpierw pojawia się ten rysunek, a następnym slajdem jest moja rozmowa z Messengera z Kasią i moje pytanie: Kasiu, mogę użyć rysunku w slajdzie? Kasia odpowiada: tak, spoko. Ludzie sobie zapamiętywali, że to najprostsze rozwiązanie, ale nie pierwsze, o którym pomyśleli.

Bardzo ci dziękuję. Czy ta rozmowa jest objęta prawami autorskimi?

Chyba tak.

Gdybyście chcieli udostępnić, śmiało nie mam nic przeciwko temu. A ty Tomku?

Ja też nie.

Wobec tego udzielamy pełnej licencji na rozpowszechnianie tej rozmowy [śmiech]. Dzięki wielkie.

Również dziękuję.