fb pixel

Czy warto przenieść tradycyjny biznes do internetu? Jak rodzinna firma ogrodnicza zarabia online

14 maja 2018

Dzisiejszy odcinek został zainspirowany wpisem na Twitterze:

Zaciekawiła mnie ta historia, więc odezwałem się do Piotra, autora tego tweeta. Piotr skontaktował mnie ze swoją siostrą, ona opowiedziała mi więcej… i pomyślałem, że to świetny temat dla słuchaczy Małej Wielkiej Firmy! 🙂

Jak przejść od biznesu offline do online – nawet jeżeli działasz w tak tradycyjnej branży jak ogrodnictwo? Moim gościem jest architekt krajobrazu z firmy Natur Zielone PogotowieMichalina Trempała.

Prezent dla Ciebie

Podaj adres e-mail, a wyślę Ci schemat prostej strategii publikowania wideo online.

W tym odcinku

  • Jak sprzedawało swoje usługi “Zielone Pogotowie” przed przejściem do online’u?
  • Jakie formy aktywności w sieci przyciągają uwagę odbiorców?
  • Jakie produkty online może sprzedawać ogrodnik?
  • Gdzie szukać informacji na temat budowania marki online?
  • Jak zmiany w modelu biznesowym wpływają na rytm pracy?

Gość odcinka

Michalina Trempała

Architekt krajobrazu z artystyczną duszą. Lubi wyzwania, ceni tradycję i klasykę – udowadnia, że można prowadzić tradycyjny biznes w sieci.

ZielonePogotowie.pl

Przydatne linki

Polecane książki

Hope Jahren
Lab Girl

 Kup tę książkę

Joanna Wrycza-Bekier
Magia słów

 Kup tę książkę

 Więcej książek

Podcast do czytania – transkrypcja odcinka

Dzień dobry Michalino.

Dzień dobry Marku.

Powiedz, co ostatnio czytałaś?

Ostatnio dla przyjemności czytałam powieść Lab Girl. Jest to powieść o kobiecie naukowcu, która podobnie jak ja, jest skupiona na roślinach. Oprócz tego, czytam dużo artykułów odnośnie promowania marki online, gdyż zaczęliśmy promować naszą markę i na tym się głównie skupiam.

To jest właśnie temat, o którym chciałem z tobą porozmawiać, dlatego że wasza rodzinna firma przeszła drogę od firmy typowo offline, która zajmowała się i zajmuje się projektowaniem i wykonywaniem ogrodów – do działalności znacznie bardziej internetowej. Wydaje się, że w takiej branży, jak ogrodnictwo i projektowanie krajobrazu, ogrodów, jest to dość trudne, bo przez internet trudno zasadzić rośliny. Chciałem o tym właśnie z tobą pogadać – zacznijmy od tego, jak wasza firma wyglądała jeszcze rok temu i od tego, kto tę firmę tworzy, bo powiedziałem, że jest to firma rodzinna i skład osobowy jest dość istotny.

Właścicielem firmy jest mój tato – Grzegorz, który jest ogrodnikiem. Ja pracuję wspólnie z nim od 2007 roku, z czasem nasza współpraca przerodziła się w spółkę – ja zajmuję się całym zapleczem działalności, więc tato traktuje mnie w tej działalności na równi ze sobą. Obecnie prowadzimy firmę sami, wcześniej mieliśmy kilku sezonowych pracowników, od wiosny do jesieni pracowało u nas nawet dziesięć osób. Mieliśmy też kilku stałych pracowników i firma się rozwijała.

Wasza firma zajmowała się projektowaniem i wykonywaniem ogrodów?

Tak. Ja jestem architektem krajobrazu i nasza firma zajmowała się kompleksowo ogrodami – od projektowania, poprzez realizację i pielęgnację aż do wykonania powierzchni utwardzonych, pielęgnacji trawników, nawadniania, ogrodzenia. Zajmowaliśmy się wszystkim, co jest na zewnątrz – były momenty, gdy nawet robiliśmy elewacje.

Jak wtedy wyglądała wasza aktywność w internecie?

Kiepsko [śmiech]. Była strona internetowa, na której teraz najmniej się skupiamy, mieliśmy stronę na Facebooku, którą ja prowadziłam, ona była dedykowana moim usługom, czyli skupiała się na projektowaniu ogrodów, ponieważ zależało mi na jak największej liczbie klientów z tego zakresu – promowałam tam głównie swój wizerunek i pokazywałam realizacje moich projektów. Mieliśmy też kanał na YouTube, ale było tam tylko kilka filmików i to głównie reklamowych pokazujących to, co robimy, dodatkowo pokazywaliśmy tam nasze prestiżowe realizacje – miejsca publiczne, ekskluzywne ogródki przydomowe.

Skoro kanały internetowe nie były bardzo mocne, to skąd brali się klienci?

Częściowo z internetu, ale głównie działała poczta pantoflowa, gdzie zadowolony klient jest gwarancją tego, że kiedyś coś o nas komuś wspomni. Mieliśmy obklejone samochody, czasem zamieszczaliśmy reklamy w gazecie, uczestniczyliśmy w targach ogrodniczych Gardenia czy Warszawa. Prowadziliśmy działania takie, jak wszyscy – z czasem zaczęliśmy się dość prężnie rozwijać, weszliśmy nawet na rynek niemiecki. Wtedy mogło się wydawać, że jest tak super i wszystko idzie w dobrym kierunku, ale wydarzenia zmieniły bieg i to wpłynęło dość mocno na naszą działalność. Wszystko zaczęło się od tego, że pojawiły się problemy przy jednej z realizacji, później jeden pracownik miał dość poważny wypadek na budowie, mój tato przez ciągłe delegacje i wyjazdy do Niemiec się rozchorował – przez to pojawiły się pewne problemy w funkcjonowaniu firmy. Mimo, że tato nie mógł już pracować tak intensywnie jak wcześniej, ja starałam się to wszystko sama ciągnąć – głównie korzystałam z usług podwykonawców. W pewnym momencie pojawił się mój brat i wyciągnął rękę, żeby nam pomóc.

Ale pojawił się w firmie, nie na świecie? [śmiech]

Tak w firmie. Zaczął zwracać uwagę na inne rzeczy – zaczęło się od tego, że może pozyskamy więcej klientów przez Facebooka, bo to najbardziej popularne medium społecznościowe i to może być najprostsza droga.

Ale poczekaj – jeżeli tato nie był już tak aktywny z powodu choroby, a pracownik miał wypadek, to po co więcej klientów, jeżeli mieliście mniej mocy przerobowych?

Wtedy myślałam, że lepiej zlecić realizację ogrodów podwykonawcy, niż zrezygnować ze zlecenia – większość dużych firm tak działa, więc chciałam iść w tym kierunku i zacząć tworzyć taką firmę, która będzie miała dużo zleceń i przez to więcej realizacji, większy zarobek. Mój tata nie leżał łóżku i mógł od czasu do czasu gdzieś pojechać, ale nie mógł pracować fizycznie i nie doglądał pracowników, bo nie pracował razem z nimi. Okazało się, że to, że mamy więcej zleceń ani nie wpływa na ich jakość, ani na to, że będą szybciej wykonane i przez to będziemy więcej zarabiać.

Wtedy stwierdziłam, że musimy zacząć troszeczkę inaczej myśleć – postanowiłam wykorzystać nazwę naszej firmy, czyli Zielone Pogotowie, wykorzystać wiedzę taty na temat roślin i jego pasję, bo wiedziałam, że ona jest ogromna. Tato ma ogród, który ma 12 hektarów i wiem, że on i tak będzie się nim zajmował, stwierdziłam więc, że muszę to wykorzystać. Widziałam, w jaki sposób potrafi rozmawiać z ludźmi, jak potrafi zarażać miłością do roślin i do ogrodu – doszłam do wniosku, że ja skupię się nad projektami, a jemu znajdę jakąś działkę, którą się zajmie.

Czyli ze sprzedaży usług ogrodniczych przeszliście do sprzedaży wiedzy?

Tak dokładnie, postanowiłam wykorzystać wiedzę taty. Przez to, że zaczęliśmy się bardziej pokazywać i udostępniać tę wiedzę, rozwinęłam poniekąd działalność jaką jest projektowanie ogrodów.

A od czego to się zaczęło? Kiedy był ten pierwszy moment, gdy zobaczyliście, że tędy droga?

Mój brat zauważył, że mocno popularne są filmiki na Facebooku – zdjęcia zdjęciami, teksty tekstami, ale filmki to jest coś przyszłościowego, na czym wszyscy się skupiają. Jedni po prostu gadają do kamery, inni coś pokazują, ale każdy publikuje filmiki, więc uznaliśmy, że dobrym pomysłem będzie wdrożenie tego u nas. W czerwcu byliśmy w ogródku naszego znajomego, pielęgnowaliśmy rośliny, część przycinaliśmy, pracownicy robili chodniczki – wtedy tato zauważył rosnącą pod murkiem różę i stwierdził, że ją zaszczepi, czyli ją uszlachetni. Wtedy zapaliła mi się lampka, poprosiłam tatę, żeby poczekał, bo to nagramy. Oczywiście mieliśmy tylko telefon komórkowy. Tato trochę się zestresował na początku, ale powiedział „dobra, czemu nie – spróbujemy”. Nagraliśmy to i wrzuciliśmy na Facebooka, bo na nim początkowo skupiliśmy większość działań w mediach społecznościowych, ponieważ tam był najlepsze efekty. Nasze nagranie się spodobało.

Należeliśmy też do pewnych grup zainteresowań, skupionych głównie na ogrodach, gdzie udostępniliśmy to nagranie i przez to liczba obserwujących nasz profil zwiększyła się – przez kilka lat mieliśmy 200 i ta liczba się utrzymywała. Zaobserwowaliśmy, że zdjęcia z targów i różne zdjęcia nie przyciągają aż tak, jak jeden film, dzięki któremu przyciągneliśmy kilku obserwujących. Z czasem pojawiły się pomysły na kolejne filmiki, kolejne tematy, które moglibyśmy pokazać.

Poczekaj, wtedy jeszcze byliście firmą, która żyła ze świadczenia usług – a zaczęliście zdradzać poniekąd branżowe tajemnice i można powiedzieć, że w ten sposób odbieracie sobie chleb. Gdzie tu biznes w tym całym przedsięwzięciu?

Tak się tylko wydaje – oczywiście na początku robiliśmy też inne rzeczy, w dalszym ciągu robiliśmy małe realizację, a ja starałam się pozyskać klientów na projektowanie. Sprzedaż wiedzy to nie był od razu nasz zarobek – to nie jest tak, że nagrasz filmik i od razu masz z tego pieniądze. Jednak dzięki filmikom nasz zasięg rośnie, ktoś nowy dowiaduje się o nas, więc to pomaga w zdobywaniu obserwujących, którzy potem mogą stać się klientami. Myśleliśmy, że skoro ktoś nas obserwuje, to zamówi projekt albo zaprosi tatę, żeby przyjechał podpowiedzieć, co można zmienić. Jednak zauważyliśmy, że wcale tak nie jest – to, że mamy więcej obserwujących nie oznacza, że momentalnie mamy więcej klientów, trzeba ich ciągle zachęcać do czegoś, trzeba im dać coś, co mogą kupić. Jeżeli obserwatorzy lubią nas, chwalą to, co robimy – to w końcu też zaczniemy na tym zarabiać.

Jeżeli obserwujący lubią to, co robimy, to w końcu zaczniemy na tym zarabiać

Przełóżmy lajki na złotówki – jak to wtedy mówił mój brat. Z czasem pojawiły się w ofercie płatne konsultacje, wpadliśmy na pomysł warsztatów ogrodniczych, na początku roku wydaliśmy pierwszy poradnik ogrodniczy, który bardzo dobrze się sprzedaje. Dopiero teraz zaczęła rosnąć liczba zleceń na projekty, co mnie bardzo cieszy – są małe i duże, więc jest dużo pracy i dużo pomysłów. Wstawianie filmików to nie wszystko – przez to, że tyle osób zaczyna cię obserwować, trzeba to umieć później wykorzystać. Trzeba wykorzystać to, że chcą ciebie oglądać i być może chcą też od ciebie coś kupić.

Zapytam jeszcze o inne formy aktywności poza takim wrzucaniem filmików na Facebooka, udostępnianiem ich w grupach poświęconych ogrodnictwu, skupiających ludzi, którzy mają swoje ogrody i chcą, żeby pięknie wyglądały – co jeszcze robiliście, jeżeli chodzi o przyciąganie uwagi?

Mój brat naciskał na relacje na żywo, bo one najbardziej przyciągają, widz ogląda nas na żywo i może na żywo skomentować, i porozmawiać z nami. Na początku to były relacje typu podziękowania za tysiąc obserwujących, a przy okazji coś pokazaliśmy, próbowaliśmy też sprzedaży sadzonek, które wyprodukował tato. Te live’y w sumie były, ale nic z tego było, bo jedynie raz na jakiś czas pokazywaliśmy się, informowaliśmy o nowym filmiku do obejrzenia.

W komentarzach pojawiało się wiele konkretnych pytań o rośliny, od pielęgnacji nietypowych gatunków po opryski – pomyślałam wtedy, że może zamiast gadania o niczym, będziemy odpowiada na pytania.

Pierwszy nasz live przygotowaliśmy w ten sposób, że dałam wcześniej ogłoszenie z informacją, żeby zadawać nam pytania. Przygotowaliśmy odpowiedzi wcześniej, siedzieliśmy i odpowiadaliśmy na nie – ale to się zupełnie nie sprawdziło. Mimo że to było na żywo, to było takie bezosobowe, nie było tej korelacji między nami a widzem. Doszliśmy do wniosku, że musimy to zrobić inaczej – usiądziemy i będziemy czekać na pytania od widzów. Pojawią się to odpowiemy, nie pojawią się, to będziemy gadać o roślinach i tyle. Okazało się, że to był strzał w dziesiątkę, bo pierwszy live z pytaniami pojawiającymi się na bieżąco trwał ponad godzinę, bo tych pytań było tak wiele. Myślałam, że to będzie kilka pytań, na które odpowiemy w góra dwadzieścia minut, a wyszła ponad godzina, bo tych pytań było mnóstwo. Mimo że wybraliśmy live w godzinach pracy, bo to była dziesiąta rano w poniedziałek, to tych pytań było sporo. Teraz prowadzimy regularnie relację, co tydzień – musimy wręcz, bo gdy nie robimy, to mamy pytania, dlaczego nie było dyżuru [śmiech].

Teraz przyciąganie ludzi nie jest już trudne, bo oni się przyzwyczaili do tego, że te dyżury są co tydzień, ale skąd ci ludzie się wzięli na początku? Mieliście w końcu tyle tych pytań, że ponad godzinę na nie odpowiadaliście – jak zdobyliście publiczność?

Z dyżurem zaczęliśmy działać dopiero, jak mieliśmy około 10 tysięcy obserwujących na Facebooku.

A zbudowanie dziesięciotysięcznej społeczności to jest zasługa tych filmików, które wrzucaliście wcześniej?

Tak, to jest zasługa tylko i wyłącznie filmików i udostępniania ich na grupach – to był klucz do tego. Grupy są bardzo liczne, my wybraliśmy największe, które są skupione na ogrodach. Po czasie już nas wyrzucają stamtąd z tymi filmikami i nie chcą, żebyśmy je udostępniali, bo chcą działać między sobą. Jednak wykorzystaliśmy ten odpowiedni moment, niektóre grupy wręcz same prosiły, żeby udostępniać filmy u nich. Jednak z czasem zaczynają się pojawiać komunikaty „proszę nie udostępniać filmów – profesjonaliści mają zakaz”.

Jesteście już zbyt duzi.

Wykorzystaliśmy taki fajny moment, jak ta liczba urosła nam do tych dziesięciu tysięcy, chociaż ja i tak w to nie wierzyłam, myślałam, że jak będziemy mieć około dwóch tysięcy obserwujących, to będzie już super, bo inne firmy ogrodnicze mają właśnie ponad dwa tysiące obserwujących. A teraz mamy 22 tysiące – nie wierzyłam, że do czegoś takiego dojdziemy. Był taki moment, jeszcze przed ograniczeniem zasięgów, że można to było fajnie i szybko zrobić na Facebooku, i to wykorzystaliśmy. W międzyczasie nie zapomnieliśmy o YouTubie, mimo że mieliśmy mało subskrybentów, bo chyba tylko 20 osób. Te same filmiki, które były na Facebooku, wstawialiśmy później na Youtube, pojawiały się nawet komentarze typu, po co wstawiamy tyle filmików, skoro mamy tak mało subskrybentów [śmiech]. Jednak twardo wstawialiśmy materiały i powoli, powoli rosło. Jak urosło do tysiąca, to zaczęło szybciej rosnąć – ta bariera to był ten tysiąc subskrybentów.

W tej chwili ile macie?

Ponad 18 tysięcy subskrybentów.

A ile filmików?

Około 180.

To już jest spora biblioteka. Powiedziałaś o sprzedaży produktów, które pojawiły się w waszej ofercie, czyli konsultacje, warsztaty ogrodnicze i poradnik – co było pierwsze?

Pierwsze były konsultacje – organizowaliśmy takie wydarzenia, że będziemy tego i tego dnia na przykład w Poznaniu i jeżeli ktoś chce się z nami spotkać i zaprosić do swojego ogrodu, to zbieraliśmy takie osoby z tamtego rejonu i odwiedzaliśmy ich ogrody. Przeważnie to było pięć osób z jednego regionu i podczas wizyty w ogrodzie robiliśmy konsultacje ogrodnicze. Jednak to tak do końca się nie sprawdziło, bo zaangażowanie, umówienie się z ludźmi, to nie jest taka prosta sprawa. Ludzie odzywali się do nas, żeby przeprowadzić konsultacje online albo chociaż telefoniczne. Są też tacy, którzy konkretnie chcą, żebyśmy przyjechali do ich ogródka – wtedy umawiamy się z nimi i za jakąś opłatą jedziemy na konsultację.

Zaczęliśmy od konsultacji ogrodniczych, później pojawił się poradnik. O poradniku myślałam już jakiś czas wcześniej, bo prowadziliśmy też bloga, gdzie najciekawsze filmiki przekształcamy w taki krótki artykuł i dodajemy zdjęcia. Kiedy marka Zielone Pogotowie zaczęła być bardziej popularna, zaczęłam myśleć o wydaniu poradnika w wersji papierowej. To zawsze było moje i taty marzenie, żeby wydać swoją książkę – to jest prestiżowe, mieć produkt podpisany swoim nazwiskiem. W końcu się udało. Na początku próbowaliśmy działać przez jakieś wydawnictwa, ale było ciężko. Odezwało się jedno wydawnictwo, które było zainteresowane, ale to wiązało się z dużymi kosztami. Ostatecznie wydaliśmy poradnik na własną rękę.

Były duże koszty, czyli wydawnictwo chciało żebyście zapłacili mu za to, że wyda książkę?

Tak. Dodatkowo wydawnictwo od początku chciało wiedzieć co, gdzie i jak, a my na początku mieliśmy pomysł bez konkretnego planu – okazało się, że to nie jest takie proste. Wydaliśmy książkę na własną rękę, przy współpracy bydgoskiej drukarni i udało się. Książka się sprzedaje, nie są to ogromne ilości, ale ostatnio schodzi nawet po kilka sztuk dziennie, więc jest dobrze, jesteśmy z tego zadowoleni. Jest to nasz autorski produkt, więc osoby, które nas obserwują, lubią nasze filmiki, chciały mieć coś takiego naszego – nawet jeśli ich zainteresowania nie pokrywają się całkowicie z tematyką poradnika, to chcieli go mieć. To niesamowite uczucie, wiedzieć, że był tak duży odzew na nasz poradnik, który się regularnie sprzedaje. Później pojawiły się stacjonarne warsztaty ogrodnicze z zakresu szczepienia, rozmnażania i cięcia artystycznego roślin – najbliższe warsztaty będą w maju.

Czy mieliście problem z przejściem od dawania wiedzy za darmo do sprzedawania tej wiedzy? Wiem, że wiele osób ma taką mentalną barierę „do tej pory dawałem filmiki, które każdy mógł obejrzeć nie płacąc za nie – a tu nagle wyciągam rękę po pieniądze”.

Dla mnie wciąż jest to psychologiczna bariera, bo nie wiadomo, jak tę wiedzę wycenić. U różnych blogerów widziałam, że sprzedają kursy online, głównie w formie PDF-ów i pomyślałam, żeby coś takiego wprowadzić u nas. Mimo że przekazujemy dużo wiedzy, to ludzie i tak chcą więcej na ten konkretny temat usłyszeć. Nawet jeśli publikujemy filmik, w którym opowiadamy o jakiejś roślinie wszystko – to i tak jest pełno komentarzy z pytaniami, więc pewnie nie przekazujemy tej wiedzy w pełni albo coś jest niedopowiedziane. Całego tematu nie da się wyczerpać w dziesięciominutowym filmiku – stworzyliśmy więc produkt w formie kursu, czy szkolenia.

Jest to pakiet kilku filmików, który opisuje jakieś zagadnienie od początku, czyli na przykład rozmnażanie od pozyskania sadzonek, poprzez ich ukorzenianie, przechowywanie i posadzenie w konkretne miejsce. To jest już full zestaw, mamy dużo ogólnych filmików na temat rozmnażania, ale w nich są pokazane konkretne rośliny hortensja, tuja – a w pakiecie jest pokazany cały problem, od samego początku do końca i konkretna grupa roślin, bo są różne formy rozmnażania w zależności od pory roku. Jest bardzo dużo możliwości, żeby coś takiego pokazać w formie kursu – skoro inni mogą zrobić kurs w innej działalności, to dlaczego my nie możemy zrobić tak samo. Naszym cele było to, żeby nie jeździć tyle na ogrody i nie pokazywać ludziom, co mają zrobić czy zrobić to za nich, tylko żeby oni to zrobili sami, dzięki naszej pomocy. Wykorzystujemy to, wiadomo biznes to biznes – jakiś zakres pokazujemy publicznie za darmo, ale za fachową poradę chcemy już otrzymać jakieś wynagrodzenie.

Biznes to biznes. Dajemy dużo za darmo, ale za profesjonalne porady chcemy otrzymać wynagrodzenie

Jasne. Powiedziałaś, że biznes to jest biznes, ale biznes ogrodniczy to jest coś zupełnie innego niż biznes online. Musieliście gdzieś nauczyć się zdobyć mnóstwo nowych kompetencji, których wcześniej nie było. Skąd uczyliście się tego, jak przekształcić waszą firmę w firmę działającą głównie w internecie?

Korzystamy z różnych źródeł – mój brat korzysta z twojego podcastu, ja zaczęłam obserwować Joannę Ceplin, która opowiada o budowaniu marki online. Obserwuję również Urszulę Phelep, czy Iwonę Gruszkę, która też ma bardzo ciekawe programy i przedstawia sprawy graficzno-techniczne, a to też jest potrzebne – kiedyś wydawało mi się, że to jest tylko wstawienie filmiku do sieci, a to nie jest takie proste. Oczywiście można ten filmik wstawić, ale trzeba napisać opis do niego, trzeba wiedzieć, jak go wstawić, czy wstawić go na YouTube’a i udostępnić na Facebooku, czy wstawić to osobno na Facebooka i na YouTube’a, co jest lepsze, czy podać odnośnik do jakiegoś konkretnego produktu, zachęcić kogoś do tego obejrzenia, gdzie najlepiej udostępnić – to jest cała chmura tych problemów, które się pojawiają się przy wstawieniu filmiku. Na początku to było takie spontaniczne i po prostu wstawiliśmy: „patrzcie, szczepimy różę” albo „zobaczcie, jak uszlachetnić różę”, a teraz wstawienie filmu to jest nic. Trzeba napisać opis tak, żeby zachęcić do oglądania, trzeba przy okazji zareklamować nasz produkt i dać link, żeby od razu ktoś mógł go sobie kupić, później trzeba się zastanowić czy wykupić reklamę i gdzie go udostępnić.

Im dalej w las, tym więcej drzew.

Tak. Korzystamy z wielu źródeł, głównie są to blogerzy czy vlogerzy, którzy skupiają się na pomocy takim firmom jak nasza.

A jak twój tata się odnalazł w tej nowej wirtualnej rzeczywistości?

Naprawdę super, to jest teraz jego drugie życie. Jak zaczęliśmy działać, on miał taki zwyczajny telefon tylko do dzwonienia, przez to, że pojawiły się te filmiki, to chciał je oglądać, sprawdzać – ciągle pokazywałam nasze filmiki na komputerze albo w moim telefonie. Bez jego wiedzy kupiłam mu pierwszego smartfona, zainstalowałam tam YouTube’a, Facebooka, utworzyłam mu profil na Facebooku i teraz się tak odnajduje, że sam wstawia filmiki [śmiech]. Bardzo mu się to podoba, bo ma charyzmę w przekazywaniu wiedzy i ma przy tym taki fajny sposób bycia, rzuca żartami. To wszystko zachęca ludzi do tego, żeby też pokochali te rośliny, jak on. Tato nie ma takiej bariery do nauki tego wszystkiego – sam daje teraz komentarze i sam wstawia posty.

Utworzyliśmy też grupę dla naszych obserwatorów, bo chcieli pokazywać nam zdjęcia swoich ogrodów, a na stronie mieli to zablokowane. Chcieli się pochwalić swoimi rzeczami, czy pokazać jakiś swój problem, w którym możemy pomóc – utworzyliśmy więc swoją grupę Zielone Inspiracje, gdzie kumulujemy tych obserwujących i oni mogą między sobą wymieniać się wiedzą, pokazywać ogródki, czy chwalić się, jak zrobili coś na podstawie naszego filmiku. Ta grupa jest dla nas ogromną bazą wiedzy, bo wiemy, co zadziałało na naszych odbiorców i co robią dobrze, a co robią źle – stąd wiemy co musimy dograć, wytłumaczyć i pokazać. I to właśnie tato obsługuje tę grupę, bo ja się skupiam na fanpage’u, YouTubie i blogu.

Tak naprawdę, tato nie chce robić niczego innego, tylko chce pojechać na swój ogród albo do kogoś, gdzie wie, że ma coś fajnego do pokazania w ogrodzie. Utworzyłam nawet zbiórkę dla niego na PayPalu, żeby kupić mu kamerkę GoPro – zbiórka była ustawiona na miesiąc, a kwotę udało się zebrać w ciągu dwóch tygodni. Dzięki tej kamerce teraz on sam nagrywa filmiki. Nie jesteśmy cały czas razem, a on jedzie na swój ogród i chce coś pokazać, więc zakłada kamerkę na głowę i kręci.

Powiedz, jak zmienił się wasz biznes dzisiaj w porównaniu do tego, co było półtora czy dwa lata temu? Ile więcej, czy mniej czasu poświęcacie na prowadzenie firmy, jak zmieniła się lista zadań, które macie do wykonania? Z tego co mówisz, to są potężne zmiany.

Potężne. Pracy jest tak samo dużo, ale jest to inna praca. To jest praca, którą możesz lepiej zorganizować – pracuję siedem-osiem godzin w biurze, później mam czas przeznaczony dla mojej rodziny i na zainteresowania, jednak codziennie wieczorem siadam do komputera. Wtedy albo zdobywam nową wiedzę, szukam nowych pomysłów, albo wstawiam filmiki, ustawiam opisy, robię projekty. Myślę też o tym, żeby zbudować nasz sklep. Do tej pory wystawiamy produkty na Facebooku i na Allegro – przyszła pora, żeby stworzyć nasz sklep internetowy, przez to, że jest coraz większe zainteresowanie.

Są nowe zadania, które codziennie muszę zrobić – takie moje rytuały. Codziennie siadam do komputera, najpierw odpowiadam na komentarze, maile i pytania, później zajmuję się sprawami zawodowymi, projektami, spotykam się z klientami i załatwiam sprawy biurowe. Natomiast wieczorem bardziej skupiam się na tym, żeby pomyśleć, jak to bardziej rozwinąć albo pracuję już nad rozwinięciem tego pomysłu. Teraz mocniej weszłam w Instagram. Chciałabym też rozwinąć YouTube’a, bo teraz tam jest duże zainteresowanie – obecnie pracuję nad tym, żeby dodać napisy do naszych filmików, bo osoby niesłyszące też nas oglądają. Oglądają nas też ludzie za granicą w Niemczech, w Kanadzie, w USA – wszędzie. Chcę działać na jeszcze większą skalę, stąd pomysł na napisy po angielsku – tato proponuje, żebym ja mówiła po angielsku, a on po polsku [śmiech].

Rozwijamy się cały czas. Spędzam nad tym wszystkim więcej czasu niż dotychczas, ale przez to, że mam więcej rzeczy do ogarnięcia, staram się to wszystko lepiej poukładać. Jednak praca sprawia mi przyjemność, nie mam czegoś takiego, że „o Boże, muszę usiąść teraz do komputera, bo muszę coś zrobić” – praca mnie przyciąga, bo wiem, że ludzie na to czekają, że to ich interesuje. To jest wciągające – uzależniające wręcz.

Jest to na pewno nowa przygoda i to daje ogromną frajdę do działania. Sam wiem po podcaście, jak ktoś napisze jakiegoś fajnego maila albo zostawi komentarz, pochwali – to jest coś, co dodaje człowiekowi skrzydeł. Zastanawiam się jeszcze nad jedną rzeczą, nad aspektem finansowym. Czy taki model działalności, jaki przyjęliście teraz, jest lepszy finansowo niż to, co było wcześniej?

Na razie jeszcze nie, ale do tego dążymy, bo widzimy, że ten model może być lepszy. Staramy się jeszcze robić niektóre prace ogrodnicze, mamy stałych klientów, którym nie możemy z dnia na dzień odmówić – jak odmówiłam jednej klientce, to aż się popłakała przez telefon. To jest ciężkie, bo jak znasz tych ludzi już długo, jeździsz często na te same ogródki, to ciężko jest tak zupełnie zerwać. Poza tym to są jednak pieniądze, które inwestujemy w tę działalność – ona też zaczyna już przynosić jakieś efekty finansowe. Wykonamy jeszcze trochę pracy, żeby się skupić tylko na tym. Dzięki YouTubowi zarabiamy już jakieś bardziej konkretne pieniądze, dzięki naszym produktom też już mamy zyski – ale mamy jeszcze pewne zobowiązania z przeszłości, które musimy ogarnąć. Jest ciężko, ale widzimy, że można się z tego utrzymać, że jest to dobry krok. Tym bardziej, że tato nie może pracować fizycznie i musi znaleźć sobie jakąś alternatywę, a jest jeszcze dosyć młody, bo ma 55 lat, więc ma jeszcze czas do emerytury. Dodatkowo, wiadomo, że prowadząc działalność praktycznie nie ma się emerytury, więc musimy działać i wymyślić coś takiego, żeby sobie zapewnić warunki finansowe.

Te zmiany w waszej firmie zostały trochę wymuszone przez okoliczności, przez sytuacje losowe – czy zdarza ci się żałować, że tak się stało? Czy nie byłoby lepiej, gdyby było po staremu, tak jak dwa lata temu?

Mamy chwile słabości – teraz bardziej widzimy nasze błędy w tej działalności. Na przykład dzisiaj rano byliśmy źli na to, że zobowiązaliśmy się do zrobienia jakiejś realizacji, zamiast poświęcić ten czas na budowanie naszej marki online, bo wiemy, że teraz tylko to chcemy robić i na tym się skupić. Niczego nie żałujemy, jak jedziemy na ogród, to mamy wręcz poczucie zmarnowanego czasu. Mamy tę świadomość, że coś zrobione raz, może przynieść więcej zysku – filmiki i nasze produkty zrobione raz przynoszą więcej zysku niż regularna praca.

Piękna metafora ogrodowa nam się zrobiła, bo raz zasadzisz taką treść online i ona ciągle przynosi owoce.

Tak i to zauważyłam. Nie spodziewaliśmy się czegoś takiego, że będziemy źli na to, że musimy pojechać do ogrodu, a nie zostać w biurze i popracować nad naszą marką i nad tym, jak ją rozwinąć i promować.

Życzę sukcesów w promowaniu tej marki. Bardzo dziękuję ci za rozmowę.

Dziękuję również.

Zobacz wersję do czytania

Dzień dobry Michalino.

Dzień dobry Marku.

Powiedz, co ostatnio czytałaś?

Ostatnio dla przyjemności czytałam powieść Lab Girl. Jest to powieść o kobiecie naukowcu, która podobnie jak ja, jest skupiona na roślinach. Oprócz tego, czytam dużo artykułów odnośnie promowania marki online, gdyż zaczęliśmy promować naszą markę i na tym się głównie skupiam.

To jest właśnie temat, o którym chciałem z tobą porozmawiać, dlatego że wasza rodzinna firma przeszła drogę od firmy typowo offline, która zajmowała się i zajmuje się projektowaniem i wykonywaniem ogrodów – do działalności znacznie bardziej internetowej. Wydaje się, że w takiej branży, jak ogrodnictwo i projektowanie krajobrazu, ogrodów, jest to dość trudne, bo przez internet trudno zasadzić rośliny. Chciałem o tym właśnie z tobą pogadać – zacznijmy od tego, jak wasza firma wyglądała jeszcze rok temu i od tego, kto tę firmę tworzy, bo powiedziałem, że jest to firma rodzinna i skład osobowy jest dość istotny.

Właścicielem firmy jest mój tato – Grzegorz, który jest ogrodnikiem. Ja pracuję wspólnie z nim od 2007 roku, z czasem nasza współpraca przerodziła się w spółkę – ja zajmuję się całym zapleczem działalności, więc tato traktuje mnie w tej działalności na równi ze sobą. Obecnie prowadzimy firmę sami, wcześniej mieliśmy kilku sezonowych pracowników, od wiosny do jesieni pracowało u nas nawet dziesięć osób. Mieliśmy też kilku stałych pracowników i firma się rozwijała.

Wasza firma zajmowała się projektowaniem i wykonywaniem ogrodów?

Tak. Ja jestem architektem krajobrazu i nasza firma zajmowała się kompleksowo ogrodami – od projektowania, poprzez realizację i pielęgnację aż do wykonania powierzchni utwardzonych, pielęgnacji trawników, nawadniania, ogrodzenia. Zajmowaliśmy się wszystkim, co jest na zewnątrz – były momenty, gdy nawet robiliśmy elewacje.

Jak wtedy wyglądała wasza aktywność w internecie?

Kiepsko [śmiech]. Była strona internetowa, na której teraz najmniej się skupiamy, mieliśmy stronę na Facebooku, którą ja prowadziłam, ona była dedykowana moim usługom, czyli skupiała się na projektowaniu ogrodów, ponieważ zależało mi na jak największej liczbie klientów z tego zakresu – promowałam tam głównie swój wizerunek i pokazywałam realizacje moich projektów. Mieliśmy też kanał na YouTube, ale było tam tylko kilka filmików i to głównie reklamowych pokazujących to, co robimy, dodatkowo pokazywaliśmy tam nasze prestiżowe realizacje – miejsca publiczne, ekskluzywne ogródki przydomowe.

Skoro kanały internetowe nie były bardzo mocne, to skąd brali się klienci?

Częściowo z internetu, ale głównie działała poczta pantoflowa, gdzie zadowolony klient jest gwarancją tego, że kiedyś coś o nas komuś wspomni. Mieliśmy obklejone samochody, czasem zamieszczaliśmy reklamy w gazecie, uczestniczyliśmy w targach ogrodniczych Gardenia czy Warszawa. Prowadziliśmy działania takie, jak wszyscy – z czasem zaczęliśmy się dość prężnie rozwijać, weszliśmy nawet na rynek niemiecki. Wtedy mogło się wydawać, że jest tak super i wszystko idzie w dobrym kierunku, ale wydarzenia zmieniły bieg i to wpłynęło dość mocno na naszą działalność. Wszystko zaczęło się od tego, że pojawiły się problemy przy jednej z realizacji, później jeden pracownik miał dość poważny wypadek na budowie, mój tato przez ciągłe delegacje i wyjazdy do Niemiec się rozchorował – przez to pojawiły się pewne problemy w funkcjonowaniu firmy. Mimo, że tato nie mógł już pracować tak intensywnie jak wcześniej, ja starałam się to wszystko sama ciągnąć – głównie korzystałam z usług podwykonawców. W pewnym momencie pojawił się mój brat i wyciągnął rękę, żeby nam pomóc.

Ale pojawił się w firmie, nie na świecie? [śmiech]

Tak w firmie. Zaczął zwracać uwagę na inne rzeczy – zaczęło się od tego, że może pozyskamy więcej klientów przez Facebooka, bo to najbardziej popularne medium społecznościowe i to może być najprostsza droga.

Ale poczekaj – jeżeli tato nie był już tak aktywny z powodu choroby, a pracownik miał wypadek, to po co więcej klientów, jeżeli mieliście mniej mocy przerobowych?

Wtedy myślałam, że lepiej zlecić realizację ogrodów podwykonawcy, niż zrezygnować ze zlecenia – większość dużych firm tak działa, więc chciałam iść w tym kierunku i zacząć tworzyć taką firmę, która będzie miała dużo zleceń i przez to więcej realizacji, większy zarobek. Mój tata nie leżał łóżku i mógł od czasu do czasu gdzieś pojechać, ale nie mógł pracować fizycznie i nie doglądał pracowników, bo nie pracował razem z nimi. Okazało się, że to, że mamy więcej zleceń ani nie wpływa na ich jakość, ani na to, że będą szybciej wykonane i przez to będziemy więcej zarabiać.

Wtedy stwierdziłam, że musimy zacząć troszeczkę inaczej myśleć – postanowiłam wykorzystać nazwę naszej firmy, czyli Zielone Pogotowie, wykorzystać wiedzę taty na temat roślin i jego pasję, bo wiedziałam, że ona jest ogromna. Tato ma ogród, który ma 12 hektarów i wiem, że on i tak będzie się nim zajmował, stwierdziłam więc, że muszę to wykorzystać. Widziałam, w jaki sposób potrafi rozmawiać z ludźmi, jak potrafi zarażać miłością do roślin i do ogrodu – doszłam do wniosku, że ja skupię się nad projektami, a jemu znajdę jakąś działkę, którą się zajmie.

Czyli ze sprzedaży usług ogrodniczych przeszliście do sprzedaży wiedzy?

Tak dokładnie, postanowiłam wykorzystać wiedzę taty. Przez to, że zaczęliśmy się bardziej pokazywać i udostępniać tę wiedzę, rozwinęłam poniekąd działalność jaką jest projektowanie ogrodów.

A od czego to się zaczęło? Kiedy był ten pierwszy moment, gdy zobaczyliście, że tędy droga?

Mój brat zauważył, że mocno popularne są filmiki na Facebooku – zdjęcia zdjęciami, teksty tekstami, ale filmki to jest coś przyszłościowego, na czym wszyscy się skupiają. Jedni po prostu gadają do kamery, inni coś pokazują, ale każdy publikuje filmiki, więc uznaliśmy, że dobrym pomysłem będzie wdrożenie tego u nas. W czerwcu byliśmy w ogródku naszego znajomego, pielęgnowaliśmy rośliny, część przycinaliśmy, pracownicy robili chodniczki – wtedy tato zauważył rosnącą pod murkiem różę i stwierdził, że ją zaszczepi, czyli ją uszlachetni. Wtedy zapaliła mi się lampka, poprosiłam tatę, żeby poczekał, bo to nagramy. Oczywiście mieliśmy tylko telefon komórkowy. Tato trochę się zestresował na początku, ale powiedział „dobra, czemu nie – spróbujemy”. Nagraliśmy to i wrzuciliśmy na Facebooka, bo na nim początkowo skupiliśmy większość działań w mediach społecznościowych, ponieważ tam był najlepsze efekty. Nasze nagranie się spodobało.

Należeliśmy też do pewnych grup zainteresowań, skupionych głównie na ogrodach, gdzie udostępniliśmy to nagranie i przez to liczba obserwujących nasz profil zwiększyła się – przez kilka lat mieliśmy 200 i ta liczba się utrzymywała. Zaobserwowaliśmy, że zdjęcia z targów i różne zdjęcia nie przyciągają aż tak, jak jeden film, dzięki któremu przyciągneliśmy kilku obserwujących. Z czasem pojawiły się pomysły na kolejne filmiki, kolejne tematy, które moglibyśmy pokazać.

Poczekaj, wtedy jeszcze byliście firmą, która żyła ze świadczenia usług – a zaczęliście zdradzać poniekąd branżowe tajemnice i można powiedzieć, że w ten sposób odbieracie sobie chleb. Gdzie tu biznes w tym całym przedsięwzięciu?

Tak się tylko wydaje – oczywiście na początku robiliśmy też inne rzeczy, w dalszym ciągu robiliśmy małe realizację, a ja starałam się pozyskać klientów na projektowanie. Sprzedaż wiedzy to nie był od razu nasz zarobek – to nie jest tak, że nagrasz filmik i od razu masz z tego pieniądze. Jednak dzięki filmikom nasz zasięg rośnie, ktoś nowy dowiaduje się o nas, więc to pomaga w zdobywaniu obserwujących, którzy potem mogą stać się klientami. Myśleliśmy, że skoro ktoś nas obserwuje, to zamówi projekt albo zaprosi tatę, żeby przyjechał podpowiedzieć, co można zmienić. Jednak zauważyliśmy, że wcale tak nie jest – to, że mamy więcej obserwujących nie oznacza, że momentalnie mamy więcej klientów, trzeba ich ciągle zachęcać do czegoś, trzeba im dać coś, co mogą kupić. Jeżeli obserwatorzy lubią nas, chwalą to, co robimy – to w końcu też zaczniemy na tym zarabiać.

Jeżeli obserwujący lubią to, co robimy, to w końcu zaczniemy na tym zarabiać

Przełóżmy lajki na złotówki – jak to wtedy mówił mój brat. Z czasem pojawiły się w ofercie płatne konsultacje, wpadliśmy na pomysł warsztatów ogrodniczych, na początku roku wydaliśmy pierwszy poradnik ogrodniczy, który bardzo dobrze się sprzedaje. Dopiero teraz zaczęła rosnąć liczba zleceń na projekty, co mnie bardzo cieszy – są małe i duże, więc jest dużo pracy i dużo pomysłów. Wstawianie filmików to nie wszystko – przez to, że tyle osób zaczyna cię obserwować, trzeba to umieć później wykorzystać. Trzeba wykorzystać to, że chcą ciebie oglądać i być może chcą też od ciebie coś kupić.

Zapytam jeszcze o inne formy aktywności poza takim wrzucaniem filmików na Facebooka, udostępnianiem ich w grupach poświęconych ogrodnictwu, skupiających ludzi, którzy mają swoje ogrody i chcą, żeby pięknie wyglądały – co jeszcze robiliście, jeżeli chodzi o przyciąganie uwagi?

Mój brat naciskał na relacje na żywo, bo one najbardziej przyciągają, widz ogląda nas na żywo i może na żywo skomentować, i porozmawiać z nami. Na początku to były relacje typu podziękowania za tysiąc obserwujących, a przy okazji coś pokazaliśmy, próbowaliśmy też sprzedaży sadzonek, które wyprodukował tato. Te live’y w sumie były, ale nic z tego było, bo jedynie raz na jakiś czas pokazywaliśmy się, informowaliśmy o nowym filmiku do obejrzenia.

W komentarzach pojawiało się wiele konkretnych pytań o rośliny, od pielęgnacji nietypowych gatunków po opryski – pomyślałam wtedy, że może zamiast gadania o niczym, będziemy odpowiada na pytania.

Pierwszy nasz live przygotowaliśmy w ten sposób, że dałam wcześniej ogłoszenie z informacją, żeby zadawać nam pytania. Przygotowaliśmy odpowiedzi wcześniej, siedzieliśmy i odpowiadaliśmy na nie – ale to się zupełnie nie sprawdziło. Mimo że to było na żywo, to było takie bezosobowe, nie było tej korelacji między nami a widzem. Doszliśmy do wniosku, że musimy to zrobić inaczej – usiądziemy i będziemy czekać na pytania od widzów. Pojawią się to odpowiemy, nie pojawią się, to będziemy gadać o roślinach i tyle. Okazało się, że to był strzał w dziesiątkę, bo pierwszy live z pytaniami pojawiającymi się na bieżąco trwał ponad godzinę, bo tych pytań było tak wiele. Myślałam, że to będzie kilka pytań, na które odpowiemy w góra dwadzieścia minut, a wyszła ponad godzina, bo tych pytań było mnóstwo. Mimo że wybraliśmy live w godzinach pracy, bo to była dziesiąta rano w poniedziałek, to tych pytań było sporo. Teraz prowadzimy regularnie relację, co tydzień – musimy wręcz, bo gdy nie robimy, to mamy pytania, dlaczego nie było dyżuru [śmiech].

Teraz przyciąganie ludzi nie jest już trudne, bo oni się przyzwyczaili do tego, że te dyżury są co tydzień, ale skąd ci ludzie się wzięli na początku? Mieliście w końcu tyle tych pytań, że ponad godzinę na nie odpowiadaliście – jak zdobyliście publiczność?

Z dyżurem zaczęliśmy działać dopiero, jak mieliśmy około 10 tysięcy obserwujących na Facebooku.

A zbudowanie dziesięciotysięcznej społeczności to jest zasługa tych filmików, które wrzucaliście wcześniej?

Tak, to jest zasługa tylko i wyłącznie filmików i udostępniania ich na grupach – to był klucz do tego. Grupy są bardzo liczne, my wybraliśmy największe, które są skupione na ogrodach. Po czasie już nas wyrzucają stamtąd z tymi filmikami i nie chcą, żebyśmy je udostępniali, bo chcą działać między sobą. Jednak wykorzystaliśmy ten odpowiedni moment, niektóre grupy wręcz same prosiły, żeby udostępniać filmy u nich. Jednak z czasem zaczynają się pojawiać komunikaty „proszę nie udostępniać filmów – profesjonaliści mają zakaz”.

Jesteście już zbyt duzi.

Wykorzystaliśmy taki fajny moment, jak ta liczba urosła nam do tych dziesięciu tysięcy, chociaż ja i tak w to nie wierzyłam, myślałam, że jak będziemy mieć około dwóch tysięcy obserwujących, to będzie już super, bo inne firmy ogrodnicze mają właśnie ponad dwa tysiące obserwujących. A teraz mamy 22 tysiące – nie wierzyłam, że do czegoś takiego dojdziemy. Był taki moment, jeszcze przed ograniczeniem zasięgów, że można to było fajnie i szybko zrobić na Facebooku, i to wykorzystaliśmy. W międzyczasie nie zapomnieliśmy o YouTubie, mimo że mieliśmy mało subskrybentów, bo chyba tylko 20 osób. Te same filmiki, które były na Facebooku, wstawialiśmy później na Youtube, pojawiały się nawet komentarze typu, po co wstawiamy tyle filmików, skoro mamy tak mało subskrybentów [śmiech]. Jednak twardo wstawialiśmy materiały i powoli, powoli rosło. Jak urosło do tysiąca, to zaczęło szybciej rosnąć – ta bariera to był ten tysiąc subskrybentów.

W tej chwili ile macie?

Ponad 18 tysięcy subskrybentów.

A ile filmików?

Około 180.

To już jest spora biblioteka. Powiedziałaś o sprzedaży produktów, które pojawiły się w waszej ofercie, czyli konsultacje, warsztaty ogrodnicze i poradnik – co było pierwsze?

Pierwsze były konsultacje – organizowaliśmy takie wydarzenia, że będziemy tego i tego dnia na przykład w Poznaniu i jeżeli ktoś chce się z nami spotkać i zaprosić do swojego ogrodu, to zbieraliśmy takie osoby z tamtego rejonu i odwiedzaliśmy ich ogrody. Przeważnie to było pięć osób z jednego regionu i podczas wizyty w ogrodzie robiliśmy konsultacje ogrodnicze. Jednak to tak do końca się nie sprawdziło, bo zaangażowanie, umówienie się z ludźmi, to nie jest taka prosta sprawa. Ludzie odzywali się do nas, żeby przeprowadzić konsultacje online albo chociaż telefoniczne. Są też tacy, którzy konkretnie chcą, żebyśmy przyjechali do ich ogródka – wtedy umawiamy się z nimi i za jakąś opłatą jedziemy na konsultację.

Zaczęliśmy od konsultacji ogrodniczych, później pojawił się poradnik. O poradniku myślałam już jakiś czas wcześniej, bo prowadziliśmy też bloga, gdzie najciekawsze filmiki przekształcamy w taki krótki artykuł i dodajemy zdjęcia. Kiedy marka Zielone Pogotowie zaczęła być bardziej popularna, zaczęłam myśleć o wydaniu poradnika w wersji papierowej. To zawsze było moje i taty marzenie, żeby wydać swoją książkę – to jest prestiżowe, mieć produkt podpisany swoim nazwiskiem. W końcu się udało. Na początku próbowaliśmy działać przez jakieś wydawnictwa, ale było ciężko. Odezwało się jedno wydawnictwo, które było zainteresowane, ale to wiązało się z dużymi kosztami. Ostatecznie wydaliśmy poradnik na własną rękę.

Były duże koszty, czyli wydawnictwo chciało żebyście zapłacili mu za to, że wyda książkę?

Tak. Dodatkowo wydawnictwo od początku chciało wiedzieć co, gdzie i jak, a my na początku mieliśmy pomysł bez konkretnego planu – okazało się, że to nie jest takie proste. Wydaliśmy książkę na własną rękę, przy współpracy bydgoskiej drukarni i udało się. Książka się sprzedaje, nie są to ogromne ilości, ale ostatnio schodzi nawet po kilka sztuk dziennie, więc jest dobrze, jesteśmy z tego zadowoleni. Jest to nasz autorski produkt, więc osoby, które nas obserwują, lubią nasze filmiki, chciały mieć coś takiego naszego – nawet jeśli ich zainteresowania nie pokrywają się całkowicie z tematyką poradnika, to chcieli go mieć. To niesamowite uczucie, wiedzieć, że był tak duży odzew na nasz poradnik, który się regularnie sprzedaje. Później pojawiły się stacjonarne warsztaty ogrodnicze z zakresu szczepienia, rozmnażania i cięcia artystycznego roślin – najbliższe warsztaty będą w maju.

Czy mieliście problem z przejściem od dawania wiedzy za darmo do sprzedawania tej wiedzy? Wiem, że wiele osób ma taką mentalną barierę „do tej pory dawałem filmiki, które każdy mógł obejrzeć nie płacąc za nie – a tu nagle wyciągam rękę po pieniądze”.

Dla mnie wciąż jest to psychologiczna bariera, bo nie wiadomo, jak tę wiedzę wycenić. U różnych blogerów widziałam, że sprzedają kursy online, głównie w formie PDF-ów i pomyślałam, żeby coś takiego wprowadzić u nas. Mimo że przekazujemy dużo wiedzy, to ludzie i tak chcą więcej na ten konkretny temat usłyszeć. Nawet jeśli publikujemy filmik, w którym opowiadamy o jakiejś roślinie wszystko – to i tak jest pełno komentarzy z pytaniami, więc pewnie nie przekazujemy tej wiedzy w pełni albo coś jest niedopowiedziane. Całego tematu nie da się wyczerpać w dziesięciominutowym filmiku – stworzyliśmy więc produkt w formie kursu, czy szkolenia.

Jest to pakiet kilku filmików, który opisuje jakieś zagadnienie od początku, czyli na przykład rozmnażanie od pozyskania sadzonek, poprzez ich ukorzenianie, przechowywanie i posadzenie w konkretne miejsce. To jest już full zestaw, mamy dużo ogólnych filmików na temat rozmnażania, ale w nich są pokazane konkretne rośliny hortensja, tuja – a w pakiecie jest pokazany cały problem, od samego początku do końca i konkretna grupa roślin, bo są różne formy rozmnażania w zależności od pory roku. Jest bardzo dużo możliwości, żeby coś takiego pokazać w formie kursu – skoro inni mogą zrobić kurs w innej działalności, to dlaczego my nie możemy zrobić tak samo. Naszym cele było to, żeby nie jeździć tyle na ogrody i nie pokazywać ludziom, co mają zrobić czy zrobić to za nich, tylko żeby oni to zrobili sami, dzięki naszej pomocy. Wykorzystujemy to, wiadomo biznes to biznes – jakiś zakres pokazujemy publicznie za darmo, ale za fachową poradę chcemy już otrzymać jakieś wynagrodzenie.

Biznes to biznes. Dajemy dużo za darmo, ale za profesjonalne porady chcemy otrzymać wynagrodzenie

Jasne. Powiedziałaś, że biznes to jest biznes, ale biznes ogrodniczy to jest coś zupełnie innego niż biznes online. Musieliście gdzieś nauczyć się zdobyć mnóstwo nowych kompetencji, których wcześniej nie było. Skąd uczyliście się tego, jak przekształcić waszą firmę w firmę działającą głównie w internecie?

Korzystamy z różnych źródeł – mój brat korzysta z twojego podcastu, ja zaczęłam obserwować Joannę Ceplin, która opowiada o budowaniu marki online. Obserwuję również Urszulę Phelep, czy Iwonę Gruszkę, która też ma bardzo ciekawe programy i przedstawia sprawy graficzno-techniczne, a to też jest potrzebne – kiedyś wydawało mi się, że to jest tylko wstawienie filmiku do sieci, a to nie jest takie proste. Oczywiście można ten filmik wstawić, ale trzeba napisać opis do niego, trzeba wiedzieć, jak go wstawić, czy wstawić go na YouTube’a i udostępnić na Facebooku, czy wstawić to osobno na Facebooka i na YouTube’a, co jest lepsze, czy podać odnośnik do jakiegoś konkretnego produktu, zachęcić kogoś do tego obejrzenia, gdzie najlepiej udostępnić – to jest cała chmura tych problemów, które się pojawiają się przy wstawieniu filmiku. Na początku to było takie spontaniczne i po prostu wstawiliśmy: „patrzcie, szczepimy różę” albo „zobaczcie, jak uszlachetnić różę”, a teraz wstawienie filmu to jest nic. Trzeba napisać opis tak, żeby zachęcić do oglądania, trzeba przy okazji zareklamować nasz produkt i dać link, żeby od razu ktoś mógł go sobie kupić, później trzeba się zastanowić czy wykupić reklamę i gdzie go udostępnić.

Im dalej w las, tym więcej drzew.

Tak. Korzystamy z wielu źródeł, głównie są to blogerzy czy vlogerzy, którzy skupiają się na pomocy takim firmom jak nasza.

A jak twój tata się odnalazł w tej nowej wirtualnej rzeczywistości?

Naprawdę super, to jest teraz jego drugie życie. Jak zaczęliśmy działać, on miał taki zwyczajny telefon tylko do dzwonienia, przez to, że pojawiły się te filmiki, to chciał je oglądać, sprawdzać – ciągle pokazywałam nasze filmiki na komputerze albo w moim telefonie. Bez jego wiedzy kupiłam mu pierwszego smartfona, zainstalowałam tam YouTube’a, Facebooka, utworzyłam mu profil na Facebooku i teraz się tak odnajduje, że sam wstawia filmiki [śmiech]. Bardzo mu się to podoba, bo ma charyzmę w przekazywaniu wiedzy i ma przy tym taki fajny sposób bycia, rzuca żartami. To wszystko zachęca ludzi do tego, żeby też pokochali te rośliny, jak on. Tato nie ma takiej bariery do nauki tego wszystkiego – sam daje teraz komentarze i sam wstawia posty.

Utworzyliśmy też grupę dla naszych obserwatorów, bo chcieli pokazywać nam zdjęcia swoich ogrodów, a na stronie mieli to zablokowane. Chcieli się pochwalić swoimi rzeczami, czy pokazać jakiś swój problem, w którym możemy pomóc – utworzyliśmy więc swoją grupę Zielone Inspiracje, gdzie kumulujemy tych obserwujących i oni mogą między sobą wymieniać się wiedzą, pokazywać ogródki, czy chwalić się, jak zrobili coś na podstawie naszego filmiku. Ta grupa jest dla nas ogromną bazą wiedzy, bo wiemy, co zadziałało na naszych odbiorców i co robią dobrze, a co robią źle – stąd wiemy co musimy dograć, wytłumaczyć i pokazać. I to właśnie tato obsługuje tę grupę, bo ja się skupiam na fanpage’u, YouTubie i blogu.

Tak naprawdę, tato nie chce robić niczego innego, tylko chce pojechać na swój ogród albo do kogoś, gdzie wie, że ma coś fajnego do pokazania w ogrodzie. Utworzyłam nawet zbiórkę dla niego na PayPalu, żeby kupić mu kamerkę GoPro – zbiórka była ustawiona na miesiąc, a kwotę udało się zebrać w ciągu dwóch tygodni. Dzięki tej kamerce teraz on sam nagrywa filmiki. Nie jesteśmy cały czas razem, a on jedzie na swój ogród i chce coś pokazać, więc zakłada kamerkę na głowę i kręci.

Powiedz, jak zmienił się wasz biznes dzisiaj w porównaniu do tego, co było półtora czy dwa lata temu? Ile więcej, czy mniej czasu poświęcacie na prowadzenie firmy, jak zmieniła się lista zadań, które macie do wykonania? Z tego co mówisz, to są potężne zmiany.

Potężne. Pracy jest tak samo dużo, ale jest to inna praca. To jest praca, którą możesz lepiej zorganizować – pracuję siedem-osiem godzin w biurze, później mam czas przeznaczony dla mojej rodziny i na zainteresowania, jednak codziennie wieczorem siadam do komputera. Wtedy albo zdobywam nową wiedzę, szukam nowych pomysłów, albo wstawiam filmiki, ustawiam opisy, robię projekty. Myślę też o tym, żeby zbudować nasz sklep. Do tej pory wystawiamy produkty na Facebooku i na Allegro – przyszła pora, żeby stworzyć nasz sklep internetowy, przez to, że jest coraz większe zainteresowanie.

Są nowe zadania, które codziennie muszę zrobić – takie moje rytuały. Codziennie siadam do komputera, najpierw odpowiadam na komentarze, maile i pytania, później zajmuję się sprawami zawodowymi, projektami, spotykam się z klientami i załatwiam sprawy biurowe. Natomiast wieczorem bardziej skupiam się na tym, żeby pomyśleć, jak to bardziej rozwinąć albo pracuję już nad rozwinięciem tego pomysłu. Teraz mocniej weszłam w Instagram. Chciałabym też rozwinąć YouTube’a, bo teraz tam jest duże zainteresowanie – obecnie pracuję nad tym, żeby dodać napisy do naszych filmików, bo osoby niesłyszące też nas oglądają. Oglądają nas też ludzie za granicą w Niemczech, w Kanadzie, w USA – wszędzie. Chcę działać na jeszcze większą skalę, stąd pomysł na napisy po angielsku – tato proponuje, żebym ja mówiła po angielsku, a on po polsku [śmiech].

Rozwijamy się cały czas. Spędzam nad tym wszystkim więcej czasu niż dotychczas, ale przez to, że mam więcej rzeczy do ogarnięcia, staram się to wszystko lepiej poukładać. Jednak praca sprawia mi przyjemność, nie mam czegoś takiego, że „o Boże, muszę usiąść teraz do komputera, bo muszę coś zrobić” – praca mnie przyciąga, bo wiem, że ludzie na to czekają, że to ich interesuje. To jest wciągające – uzależniające wręcz.

Jest to na pewno nowa przygoda i to daje ogromną frajdę do działania. Sam wiem po podcaście, jak ktoś napisze jakiegoś fajnego maila albo zostawi komentarz, pochwali – to jest coś, co dodaje człowiekowi skrzydeł. Zastanawiam się jeszcze nad jedną rzeczą, nad aspektem finansowym. Czy taki model działalności, jaki przyjęliście teraz, jest lepszy finansowo niż to, co było wcześniej?

Na razie jeszcze nie, ale do tego dążymy, bo widzimy, że ten model może być lepszy. Staramy się jeszcze robić niektóre prace ogrodnicze, mamy stałych klientów, którym nie możemy z dnia na dzień odmówić – jak odmówiłam jednej klientce, to aż się popłakała przez telefon. To jest ciężkie, bo jak znasz tych ludzi już długo, jeździsz często na te same ogródki, to ciężko jest tak zupełnie zerwać. Poza tym to są jednak pieniądze, które inwestujemy w tę działalność – ona też zaczyna już przynosić jakieś efekty finansowe. Wykonamy jeszcze trochę pracy, żeby się skupić tylko na tym. Dzięki YouTubowi zarabiamy już jakieś bardziej konkretne pieniądze, dzięki naszym produktom też już mamy zyski – ale mamy jeszcze pewne zobowiązania z przeszłości, które musimy ogarnąć. Jest ciężko, ale widzimy, że można się z tego utrzymać, że jest to dobry krok. Tym bardziej, że tato nie może pracować fizycznie i musi znaleźć sobie jakąś alternatywę, a jest jeszcze dosyć młody, bo ma 55 lat, więc ma jeszcze czas do emerytury. Dodatkowo, wiadomo, że prowadząc działalność praktycznie nie ma się emerytury, więc musimy działać i wymyślić coś takiego, żeby sobie zapewnić warunki finansowe.

Te zmiany w waszej firmie zostały trochę wymuszone przez okoliczności, przez sytuacje losowe – czy zdarza ci się żałować, że tak się stało? Czy nie byłoby lepiej, gdyby było po staremu, tak jak dwa lata temu?

Mamy chwile słabości – teraz bardziej widzimy nasze błędy w tej działalności. Na przykład dzisiaj rano byliśmy źli na to, że zobowiązaliśmy się do zrobienia jakiejś realizacji, zamiast poświęcić ten czas na budowanie naszej marki online, bo wiemy, że teraz tylko to chcemy robić i na tym się skupić. Niczego nie żałujemy, jak jedziemy na ogród, to mamy wręcz poczucie zmarnowanego czasu. Mamy tę świadomość, że coś zrobione raz, może przynieść więcej zysku – filmiki i nasze produkty zrobione raz przynoszą więcej zysku niż regularna praca.

Piękna metafora ogrodowa nam się zrobiła, bo raz zasadzisz taką treść online i ona ciągle przynosi owoce.

Tak i to zauważyłam. Nie spodziewaliśmy się czegoś takiego, że będziemy źli na to, że musimy pojechać do ogrodu, a nie zostać w biurze i popracować nad naszą marką i nad tym, jak ją rozwinąć i promować.

Życzę sukcesów w promowaniu tej marki. Bardzo dziękuję ci za rozmowę.

Dziękuję również.